Google rozpoznaje skróty

Dodane 29 czerwca 2008 w kategorii Net.

Ciekawostka, którą przypadkiem zauważyłem, a o której wcześniej nie słyszałem – jeśli wpiszemy w Google jakiś akronim, wyszukiwarka znajduje (i podświetla) także jego rozwinięcia. Czyli np. wpisując „ONZ” dostajemy wyniki także dla frazy „Organizacja Narodów Zjednoczonych”. Przeprowadzone naprędce testy wykazały, że za skróty uznawane są ciągi o długości nie większej niż sześć liter – np. IPN, ZSRR, PZPN, TKM, AK, UJ, AWRSP, KPEIR, CEPIK, UDP, JPF, RTS, UNESCO, PCMCIA – ale już nie CONCACAF, CAPTCHA czy WYSIWYG.

Jak nietrudno się domyśleć, nie działa to dla skrótów, w których dwie litery są rozwijane w jedno słowo – Google nie rozwinie więc takich zapytań jak RP, SDPL czy NSDAP. Mechanizm radzi sobie natomiast ze spójnikiem „of” nieuwzględnionym w skrócie, np. dla zapytania „USA” znajduje „United States of America”, a dla „ASEAN” – „Association of South East Asian Nations”. Z innymi, jak „and” lub polskie „w”, już nie – vide GUUAM czy USOPAŁ.

Sprytne to Google. Ale skrótu D3 jeszcze nie rozpoznaje – choć z D2 sobie radzi;-).


Euro 2008 – 97% done

Dodane 27 czerwca 2008 w kategorii Futbol.

Wadą mistrzostw jest to, że im bliżej końca, tym mniej się dzieje. Na początku dwa mecze dziennie, pod koniec jeden mecz na dwa dni i uciążliwe czekanie na ten ostatni, najważniejszy. Kto w nim wygra? Po półfinałach nie mam większych wątpliwości, że będą to Niemcy.

Wiem, że wszyscy na nich narzekają, a ich grę w półfinale ostro krytykuje nawet niemiecka prasa, ale dla mnie to właśnie ten mecz był dowodem wielkości tej drużyny. Po pierwsze, jak głosi stare sportowe porzekadło: nie sztuka wygrać, kiedy gra się dobrze – sztuka wygrać, kiedy gra się źle. Po drugie, w futbolu, jak w mało którym sporcie, kolosalne znaczenie ma psychologia – a w tej akurat kwestii Niemcy pokazali absolutne mistrzostwo Europy i świata.

Mecz zaczęli fatalnie – Turcy od pierwszych minut na nich wsiedli, wyprowadzając atak za atakiem, seryjnie strzelając na bramkę, aż po dwudziestu minutach potwierdzili swoją przewagę golem. Niemcy byli słabsi pod każdym względem, wyglądali jak Holendrzy w meczu z Rosją – ale mentalnie różnica była ogromna. Gdyby Holendrzy stracili bramkę po dwudziestu minutach, skończyłoby się pewnie pogromem, natomiast Niemcy pokazali stalowe nerwy i ze spokojem wyrównali. Potem znów dali się zepchnąć do obrony, ale psychologicznie już wygrywali.

Stalowe nerwy pokazali także w końcówce. Kiedy Klose strzelił na 2-1, nie sposób było nie zadać sobie pytania: Czy Turcy zdołają w czwartym kolejnym meczu odrobić straty? Zdołali. W dodatku tym razem nie zrobili tego w ostatnich sekundach, tylko na dobre sześć minut przed końcem. Jak tu utrzymać nerwy na wodzy, kiedy się traci z takim trudem wywalczone prowadzenie, i to z drużyną, która w trzech poprzednich meczach strzelała decydujące gole w ostatniej minucie? Jak tu nie myśleć o tej feralnej minucie, która zaraz nadejdzie? Niemcy potrafili. Ba, potrafili jeszcze sami strzelić w tej ostatniej minucie zwycięskiego gola. I kto to zrobił – ten sam zawodnik, którego błąd kosztował przed chwilą stratę prowadzenia. Wyobraża ktoś sobie, żeby Hiszpanie tak się podnieśli? Ja nie.

W finale Niemcy będą mieli jeszcze przewagę doświadczenia. Kilku zawodników grało już w finale (MŚ 2002), a prawie wszyscy pamiętają półfinał sprzed dwóch lat. Znają już smak porażek na najwyższym szczeblu, na pewno nie zadrżą im nogi w finale, a zarazem żaden z nich nie zdobył jeszcze żadnego trofeum – idealna mieszanka wybuchowa. Czy jednak Hiszpanie znajdą na nich sposób? Wątpię, bo jaki może być sposób na drużynę, która potrafi strzelić trzy bramki po trzech celnych strzałach i która dwukrotnie tracąc gola z rozpędzonymi Turkami, dwukrotnie potrafi im odpowiedzieć w ciągu pięciu minut?

Dochodzi jeszcze kwestia przygotowania fizycznego – Hiszpanie mają o jeden dzień mniej na odpoczynek, a to im dobra kondycja będzie bardziej potrzebna, bo oni na pewno nie wygrają na stojąco, wykorzystując jedyną stworzoną sytuację. Na pewno nie powtórzą losu Rosjan, których „holenderski cud” najwyraźniej kosztował więcej sił niż się wydawało, ale minus mają. Aczkolwiek sądząc po wynikach poprzednich finałów, nie należy tego dodatkowego dnia demonizować.

Podsumowując, gdybym musiał postawić swój majątek na ten mecz, stawiałbym bez wahania na Niemców – ale na szczęście nie muszę i nie postawię, bo w futbolu wszystko jest możliwe, a w tym turnieju już nie raz świat stawał na głowie, czego przykładem choćby bilans obu finalistów w fazie pucharowej: Niemcy 6-4, Hiszpania 3-0. Kto tu jest mistrzem beztroskiej ofensywy, a kto specem od kunktatorstwa?


Tak płacimy za Macierewicza

Dodane 24 czerwca 2008 w kategorii Polityka.

Za granicą giną nam agenci - co zresztą było do przewidzenia. Z kolei w kraju MON przeprasza za oszczerstwa Macierewicza i nie jest to pierwszy, ani nawet drugi taki przypadek, a w kolejce czeka jeszcze kilkanaście. Bajki o wielkim sukcesie, jakim miała być likwidacja WSI, sypią się na całego – szkoda tylko, że takim kosztem.

Nie ma już chyba wątpliwości, że miejsce tego mitomana jest za kratami, ewentualnie w psychiatryku. Niestety, jak znam życie, wszystko mu ujdzie na sucho lub spotka go zaledwie symboliczna kara. Przy całej swojej paranoi ma on jednak silny instynkt samozachowawczy i zawsze potrafi tak się ustawić, że prawo go nie dosięgnie. Pamiętna „lista agentów” formalnie była tylko listą zasobów archiwum; równie pamiętny „skrót myślowy” dotyczył tylko „większości” byłych ministrów, wskutek czego żaden nie mógł podać Macierewicza do sądu; pewnie i teraz się okaże, że za raport z likwidacji WSI odpowiedzialność ponosi każdy, tylko nie jego autor. Ale zawsze jest nadzieja…


Euro 2008 – 90% done

Dodane 23 czerwca 2008 w kategorii Futbol.

Nie wiem jak Was, ale mnie w najmniejszym stopniu nie zaskoczyła wygrana Niemców. Przecież nie od dziś wiadomo, że to drużyna, która prawie zawsze dochodzi dalej niż zasługuje, a jej rzekomo słabą formą nie ma się co sugerować. Niemcy jak nikt inny doskonale rozumieją, że w piłce nie o to chodzi, żeby lepiej grać, tylko o to, żeby strzelić więcej bramek. I tak też czynią. Dlatego, choć po meczu z Chorwacją nie brakowało głosów, że już po nich, wciąż są głównym faworytem do mistrzostwa, podczas gdy Chorwacja już się z turniejem pożegnała. Jej odpadnięcie to już spora niespodzianka – wydawało się, że Turcy szczyt swoich możliwości osiągnęli w meczu z Czechami i pozostało im już tylko godne pożegnanie z Euro, a tymczasem po raz drugi w ciągu sześciu lat grają w półfinale. Fakt, że musieli w tym celu dokonać cudu – bo trudno inaczej określić zdobycie gola w ostatniej akcji meczu, po tym jak minutę wcześniej zrobił to przeciwnik – ale awans to awans.

Totalnym zaskoczeniem był natomiast mecz Holandia-Rosja. Przy czym o ile wynik był sensacją, o tyle gra – megasensacją. Genialni Holendrzy, którzy w poprzednich spotkaniach prezentowali futbol niemal doskonały, tym razem zostali literalnie zrównani z ziemią. Przez bite dwie godziny meczu uzbierało się może ze dwadzieścia minut ich przewagi, może z pięć dobrych okazji do zdobycia gola, może ze trzy wymiany podań z pierwszej piłki – wszystkie zresztą daleko od rosyjskiej bramki. Zamiast z pasją atakować, bezradnie wymieniali podania na własnej połowie, bo ilekroć ją opuścili, zaraz się okazywało, że nie ma do kogo zagrać. Jak już strzelali, to głównie z dystansu i niecelnie. Nawet gdy zdobyli wreszcie gola ratującego ich przed porażką, dodało im to skrzydeł tylko na chwilę, a potem pozwolili się Rosjanom stłamsić jeszcze bardziej, rozpaczliwie się broniąc nawet po stracie drugiej bramki. Ich grę najlepiej podsumowuje fakt, że van Basten już po godzinie wykorzystał limit zmian, a najlepszym ich zawodnikiem był bramkarz.

Co się stało? Czy to tragedia rodzinna Bouhlarouza tak rozbiła pomarańczowych, czy raczej „Judasz” Hiddink tak doskonale rozpracował swoich rodaków? Zapewne jedno i drugie, a dodatkowo doszedł jeszcze spadek koncentracji po zbyt łatwo wygranej grupie śmierci – Holendrzy byli już pewnie myślami w finale i (jak wiele drużyn przed nimi) zapomnieli, że do tego finału jeszcze nie doszli. W niczym to jednak nie umniejsza sukcesu Rosjan, którzy zagrali absolutnie olśniewająco, atakując od pierwszej do ostatniej minuty i nie pozwalając przeciwnikom prawie na nic. Gdyby tylko nie brakowało im skuteczności (i gdyby nie trafili na świetnie dysponowanego van der Sara), rozbiliby Holendrów już w regulaminowym czasie gry. I jak na początku turnieju zastanawiano się, czy Holandia utrzyma swoją fantastyczną formę, tak teraz można o to samo pytać w odniesieniu do Rosji. Holendrom wystarczyło dynamitu na trzy mecze, Rosjanie eksplodowali na razie dwa razy…

Czy Hiszpanie przeszkodzą im w trzeciej eksplozji? Myślę, że tak. Bynajmniej nie dlatego, że już raz ich pokonali (to raczej plus dla Rosjan – oni teraz mogą wygrać, Hiszpanie muszą), ale dlatego, że po przerwaniu najgorszej passy świata (88 lat bez zwycięstwa z Włochami w meczu o stawkę! przy tym wysiada nawet nasz kompleks wobec Niemców, bo przegrywamy z nimi „dopiero” 75 lat, a w meczach o punkty „dopiero” 37) i po pierwszym od 1964 awansie do półfinału mają historyczną szansę zerwać z wizerunkiem drużyny, która zawsze przegrywa najważniejsze mecze. Skoro udało się pokonać tych strasznych Włochów (po karnych, ale jednak), to i ponowny triumf nad Rosją nie powinien być problemem – choć drugiego 4-1 na pewno nie będzie. Statystyka również stoi za Hiszpanią murem – ilekroć jakieś drużyny spotykały się dwukrotnie na jednym turnieju, zawsze zwycięzca pierwszego meczu wygrywał także drugi. Choć oczywiście w futbolu nie ma nic pewnego – poza tym, że na końcu wygrają Niemcy;-).

PS.
W tak zwanym międzyczasie Cracovia po ćwierć wieku przerwy znów zagrała w europejskich pucharach - i na dzień dobry przegrała na własnym boisku z Białorusinami. Po raz kolejny nasuwa się pytanie, czy istnieje jeszcze jakiś kraj dający się zauważyć na mapie, którego piłkarze nie są w stanie wpędzić nas w kompleksy?


Oryginalne zabezpieczenie przed spamem

Dodane 21 czerwca 2008 w kategorii Net.

Jak podać swój adres e-mail na stronie, żeby był w pełni dostępny dla użytkowników, a zarazem chroniony przed spambotami? Pewna firma znalazła bardzo ciekawy sposób rozwiązania tego problemu:

oryginalne zabezpieczenie przed spambotami;-)

Niestety, ten genialny pomysł nie daje stuprocentowego bezpieczeństwa – podobno spamboty najnowszej generacji potrafią już zaglądać do źródła strony;-).


Euro 2008 – 75% done

Dodane 18 czerwca 2008 w kategorii Futbol.

Grupa A, czyli szok po turecku

Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe – niby od zarania dziejów to wiadomo, ale ciągle odkrywamy ten fakt na nowo. W meczu Czech z Turcją wszystko wydawało się już być absolutnie przesądzone, Czesi prowadzili 2-0, spokojnie kontrolowali grę i nawet strata bramki niespecjalnie ich zmartwiła – a tu nagle błąd bramkarza, za minutę błąd obrońców i pozamiatane w drugą stronę. Turcy drugi raz z rzędu pokazali, co znaczy walka do końca, a Czechom po raz drugi właśnie w końcówce zabrakło koncentracji. W dodatku grający o pietruszkę Portugalczycy dali się pokonać Szwajcarii, przez co nasi sąsiedzi spadli na ostatnie miejsce w grupie. I pomyśleć, że gdyby przy stanie 2-0 wykorzystali stuprocentową okazję do zdobycia trzeciej bramki, mieliby awans w kieszeni. A kto tę sytuację zmarnował? Polak…

Grupa B, czyli żadnych marzeń, panowie

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nasz trzeci mecz nie był o honor – przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce liczenie na dwubramkową wygraną z Chorwacją przy jednoczesnej porażce Niemiec z Austrią zakrawało na niepoczytalność. Kibice słyną jednak z wiary w cuda, więc oczekiwano, że zamiast o honor powalczymy o awans. Zderzenie z rzeczywistością było bolesne – ani awansu, ani honoru. Chorwackie rezerwy okazały się dla nas rywalem prawie nieosiągalnym, którego udało się parę razy przycisnąć tylko dlatego, że grał bez wielkiego zaangażowania. Co by było, gdyby Chorwaci grali tak jak z Niemcami – strach pomyśleć. Dobrze, że przynajmniej mieliśmy Boruca na bramce, bo gdyby nie on, dostalibyśmy solidne lanie w każdym meczu, a tak przynajmniej na papierze nie wygląda to tragicznie.

Grupa C, czyli Waterloo

A jednak znalazł się ktoś, kto może zazdrościć wyników nawet Polsce. Francuzi zaliczyli powtórkę z MŚ2002, z tą tylko różnicą, że tym razem przynajmniej zdobyli bramkę. Jedną, przy sześciu straconych. Gry jednak nie mogą nam zazdrościć, bo wypadli dużo lepiej, niż to sugerują ich wyniki. Z Holandią wcale nie musieli przegrać, a z Włochami długo toczyli równą walkę mimo gry w osłabieniu. Cóż, grupa śmierci to grupa śmierci, ktoś musiał polec. A Holendrzy postawili efektowną kropkę nad i, rezerwowym składem pokonując Rumunię, której nie dały rady podstawowe jedenastki Francji i Włoch. Oby tego nie pożałowali w półfinale, gdzie mogą trafić na Włochów, którzy drugi raz nie dadzą się tak zaskoczyć.

Grupa D, czyli atak górą

W tej grupie zdecydowanie opłacała się gra ofensywna – Hiszpanie i Rosjanie bezdyskusyjnie wykosili Szwedów i Greków. Ci ostatni zaliczyli rekordowy upadek – cztery lata temu mistrzostwo, tym razem ostatnie miejsce w grupie i w ogóle na całych mistrzostwach. Ideał sięgnął bruku, chciałoby się powiedzieć, gdyby nie to, że Grecja ideałem nigdy nie była – swój sensacyjny triumf zawdzięczała głównie zlekceważeniu przez przeciwników i idealnemu trafieniu z formą. Kiedy jednego i drugiego zabrakło, z greckich herosów niewiele zostało. W ćwierćfinale zamiast nich obejrzymy Hiszpanię męczącą się niemiłosiernie z włoską defensywą (marnie widzę szanse Hiszpanów, jeśli już Szwedzi i Grecy byli o włos od wywalczenia z nimi remisu) oraz bratobójcze starcie holenderskich trenerów, gdzie bramki powinny padać seryjnie.


Lapidaria IV-VI (Ryszard Kapuściński)

Dodane 17 czerwca 2008 w kategorii Literatura.

Lapidaria IV-VI | Ryszard Kapuściński (Agora)

Gdyby Kapuściński prowadził bloga, jak by ów blog wyglądał? Jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić – poczytać Lapidaria.

I na tym w zasadzie mógłbym zakończyć ten wpis, bo co tu jeszcze mądrego można napisać – o Kapuścińskim słyszał każdy, a rzetelne zrecenzowanie zbioru wycinków na wszelkie tematy, połączonych tylko osobą autora, to zadanie praktycznie niewykonalne. Można oczywiście sadzić banały, ogólniki i wyrazy zachwytu przez kilka akapitów, ale po przeczytaniu takiej recenzji człowiek będzie głupszy niż przed, bo niewiele z niej wyniknie, poza mało odkrywczym stwierdzeniem, że Kapuściński wielkim pisarzem był.

Cóż zatem począć? Myślę, że najlepszym pomysłem będzie oddanie głosu autorowi. Blog, choćby i papierowy, najłatwiej przecież ocenić, po prostu czytając kilka wpisów. Ktoś może powiedzieć, że idę na łatwiznę – i może będzie w tym trochę prawdy, ale najprostsze środki są czasem najlepsze. Do dzieła zatem:



Euro 2008 – 50% done

Dodane 15 czerwca 2008 w kategorii Futbol.

Grupa A, czyli te ostatnie minuty

Gospodarzom już dziękujemy – przynajmniej jednym, bo Austria ma jeszcze teoretyczne szanse. Szwajcarzy odpadają na pewno, a Turcja niespodziewanie wraca do gry po zwycięskiej bramce w ostatniej minucie. Również w ostatniej minucie Portugalczycy dobili Czechów trzecim golem – i jak się okazało, był to gol nadspodziewanie ważny, który może Czechów kosztować awans. Gdyby skończyło się na 1-2, w meczu z Turcją wystarczyłby im remis, a tak mają identyczną różnicę bramek i muszą wygrać, bo w przypadku remisu o awansie zadecydują... rzuty karne. Ot, taka regulaminowa ciekawostka – jeśli dwie drużyny mają identyczny bilans i remis w bezpośrednim spotkaniu, to o awansie decyduje pozycja w rankingu UEFA, ale jeśli to bezpośrednie spotkanie ma miejsce w ostatniej kolejce, wówczas po jego zakończeniu mamy konkurs jedenastek. Ciekawe, prawda?

Grupa B, czyli wszystko nie tak

Chorwacja, która w pierwszym meczu z niejakim trudem pokonała Austrię, w drugim z łatwością spuszcza łomot faworyzowanym Niemcom. Niedoceniana Austria w pierwszej połowie meczu z Polską urządza sobie kanonadę, jakiej jeszcze na tym turnieju nie było – ale do przerwy, zamiast prowadzić przynajmniej 3-0, przegrywa 0-1. W drugiej połowie Polacy urządzają kanonadę Austriakom, ale zamiast ich dobić, tracą prowadzenie, bo w doliczonym czasie gry sędzia z Anglii – kraju słynącego z nad wyraz łagodnego sędziowania – dyktuje rzut karny za niewinne ciągnięcie za koszulkę. Wszystkie dotychczasowe gole dla Niemców strzelił Polak, a wszystek jeden dla Polski – Brazylijczyk. Logiki w tym wszystkim nie widać – i w tym chyba należy upatrywać naszych szans na awans, bo na zdrowy rozum to już ich praktycznie nie mamy.

Grupa C, czyli pomarańczowa rewolucja

Ale się porobiło. Grupa śmierci, przy całej swojej śmiertelności, miała jednak dwóch wyraźnych faworytów w postaci Włoch i Francji. Tymczasem co widzimy – po dwóch kolejkach faworyci mają po jednym punkcie i jednym golu, a ich bezpośrednie starcie już nie tylko nie zadecyduje o pierwszym miejscu w grupie, ale nawet o awansie może nie zadecydować, jeśli pewna pierwszego miejsca Holandia nie pokona Rumunii. W ciut lepszej sytuacji są Włosi, którym do awansu może wystarczyć remis, ale w nieco lepszej formie są Francuzi, więc z pewnością będzie się działo. Tymczasem Holandia nam wyrosła na absolutnego faworyta do tytułu. Podopieczni van Bastena grają aż za pięknie, aż za skutecznie, pytanie tylko, czy utrzymają swoją fantastyczną formę do końca turnieju – jeśli tak, to nie widzę możliwości, żeby ktoś ich powstrzymał. A do historii przeszli już teraz – z całą pewnością nie było jeszcze drużyny, która by w odstępie czterech dni dokopała mistrzom i wicemistrzom świata, i to jeszcze każdorazowo z trzybramkową przewagą.

Grupa D, czyli mistrzom już dziękujemy

Cztery lata temu gra na 0-0 przyniosła Grekom mistrzostwo. Tym razem przyniosła zero punktów, zero bramek i zero szans na awans. Powtórki cudu nie będzie. Nikogo poza samymi Grekami chyba to specjalnie nie zmartwiło, biorąc pod uwagę, jak paskudny antyfutbol grali. Na przeciwnym biegunie mamy Hiszpanów, którzy i pięknie grają, i wygrywają, a Villa zmierza po tytuł króla strzelców i być może największej gwiazdy turnieju. A pośrodku Szwedzi i Rosjanie, których czeka mecz o drugie miejsce. Zarówno gra, jak i wyniki wskazują raczej na Szwedów, więc w ćwierćfinale, gdzie już czeka Holandia, możemy mieć rewanż za Euro 2004. Nie wiadomo jeszcze, na kogo trafi Hiszpania, ale w tej formie powinna pokonać każdego z potencjalnych rywali. Za to w półfinale możemy mieć spotkanie Hiszpania-Holandia, które może się okazać najlepszym widowiskiem turnieju – ale nie dzielmy jeszcze skóry na niedźwiedziu, wszak nie tacy faworyci przedwcześnie odpadali.


Co z tą Irlandią?

Dodane 14 czerwca 2008 w kategorii Polityka,Przemyślenia.

Stało się. Traktat z Laeken – alias eurokonstytucja, alias traktat lizboński – po raz kolejny poległ w referendum. Przeciwnicy integracji jak zwykle zareagowali na to euforią i tekstami o rychłym końcu UE, a politycy jak zwykle zareagowali zakłopotaniem, powtarzaniem „jakoś to będzie” i patrzeniem po sobie, kto ma jakiś pomysł, co z tym fantem zrobić. Problem w tym, że chwilowo nikt takiego pomysłu nie ma. Propozycja wyłączenia Irlandii z traktatu jest nonsensowna, jako że traktat reguluje m.in. takie kwestie jak skład Komisji Europejskiej czy system głosowania w Radzie UE – a tu żadnych wyjątków przecież być nie może. Powtarzanie referendum nie wchodzi w grę, bo to już by była jawna kpina z demokracji, zresztą bez żadnej gwarancji sukcesu. Cóż zatem począć?

Zacznijmy od kwestii podstawowej – dlaczego właściwie Irlandczycy byli przeciw? Oczywiście nie dlatego, że mają coś przeciwko Unii. Przeciwnicy integracji naturalnie głoszą wszem i wobec, że wynik referendum to głos sprzeciwu wobec „planów budowy superpaństwa”, „dyktatu Brukseli”, „socjalistycznych (ew. liberalnych) zapędów eurokratów” itd., ale sondaże mówią co innego – zdecydowana większość Irlandczyków popiera integrację i nie ma większych zastrzeżeń co do jej kształtu. Głosowanie dotyczyło tylko i wyłącznie samego traktatu – czy może raczej wyobrażeń o nim, bo większość argumentów używanych w kampanii referendalnej miała luźny związek z prawdą (a niektóre były wręcz zwykłymi kłamstwami, jak choćby dyżurny zarzut, że Unia każe zalegalizować aborcję i eutanazję). Przeciwnicy traktatu po raz kolejny z sukcesem użyli sprawdzonego sloganu „nie wiesz, głosuj przeciw”, a zwolennikom po raz kolejny nie przyszło do głowy, żeby na to głupie hasło odpowiedzieć mądrzejszym „nie wiesz, nie głosuj”. Inna sprawa, że gdyby udział w referendum wzięli tylko dobrze poinformowani, frekwencja wyniosłaby pewnie z 5%.

No właśnie – czy jest w ogóle sens przyjmować w drodze referendum dokument tak „techniczny”, regulujący kwestie w większości całkowicie abstrakcyjne dla przeciętnego obywatela? Moim zdaniem nie bardzo – referenda powinny dotyczyć spraw zasadniczych i zrozumiałych dla wyborców, a nie szczegółowych regulacji, które zajmują paręset stron, i których sens tylko prawnicy są w stanie w pełni pojąć. No ale takie Irlandia ma prawo, że umowy międzynarodowe muszą być zatwierdzane przez wyborców, i nic na to nie poradzimy – ten przepis jest jednym z fundamentów irlandzkiej neutralności i nie ma mowy o jego zmianie. Z drugiej strony, nie da się upchać kompleksowej reformy Unii na paru kartkach, a „uatrakcyjnianie” jej na siłę przez dorzucenie paru nośnych propagandowo paragrafów byłoby po prostu jej psuciem i objawem traktowania wyborców jak dzieci. Z trzeciej strony, Unia potrzebuje reform, żeby sprawniej funkcjonować, a bez zgody Irlandii nie ma mowy o ich przeprowadzeniu. Jak z tego wybrnąć?



Euro 2008 – 25% done

Dodane 10 czerwca 2008 w kategorii Futbol.

Grupa A, czyli futbol jest okrutny

To się nazywa pech – być zdecydowanie lepszą drużyną w meczu z teoretycznie silniejszym przeciwnikiem, a jednak przegrać po przypadkowo straconym golu. Do tego kontuzja czołowej gwiazdy. Szwajcarzy długo będą przeklinać ten dzień. Czesi pomimo zwycięstwa też nie mają powodów do radości, bo z taką grą daleko nie zajdą. Jeśli Szwajcaria zdołała ich tak zdominować, to co będzie w meczu z Portugalią? Ta ostatnia pokazała, że w ofensywie ma się czym pochwalić (aczkolwiek nie skutecznością) i jeśli Czesi czegoś nie zmienią, polegną jak Turcy. Inna sprawa, że nawet w wypadku porażki, wygrana z Turcją w ostatnim meczu zapewni im wyjście z grupy. Na powtórkę sprzed czterech lat (nie mówiąc o czymś więcej) jednak się nie zanosi.

Grupa B, czyli kat Po(do)lski

Raz jeszcze się potwierdziło, że futbol to taka gra, w której zawsze wygrywają Niemcy – nawet jak grają w dziewięciu na trzynastu. Polacy podtrzymali swoją fatalną passę, trzeci raz z rzędu zaczynając mistrzostwa od porażki 0-2. Warto przy okazji zauważyć, że wcześniej (w latach 1978-86) trzykrotnie zaczynaliśmy od remisu 0-0, w sumie więc już od sześciu turniejów nie zdobyliśmy bramki na inaugurację. Ani chybi jakiś kompleks wolnego startu. Bardzo wolnego, bo w drugim meczu bilans ostatnich pięciu turniejów to dwa zwycięstwa i trzy porażki. Poprawić go nie będzie łatwo, bo Austriacy zagrali całkiem nieźle – a że mimo to przegrali, mają teraz nóż na gardle i wyjdą ze skóry, żeby z nami wygrać. Po raz kolejny gramy mecz o wszystko – i to dla obu stron…

Grupa C, czyli niebiescy dołem

Rozgrywki w grupie śmierci zaczęły się od śmiertelnie nudnego spotkania Francji z Rumunią, ale zaraz potem wynagrodził nam to mecz Włochy-Holandia. Najstarsi górale nie pamiętają, kiedy ostatnio Włosi dostali taki łomot – i to w meczu, w którym byli faworytami. Wygląda na to, że raczej nie powtórzą sukcesu Francji sprzed ośmiu lat, czyli połączenia mistrzostwa świata z mistrzostwem Europy. Głównym faworytem do tytułu stała się niespodziewanie Holandia, a Francuzi znaleźli się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo jeśli nie sprawią jej zimnego prysznica, to o awans będzie im bardzo ciężko. Jedno jest pewne – stawką meczu Francja-Włochy nie będzie pierwsze miejsce, tylko awans.

Grupa D, czyli viva Villa

Kto by pomyślał, że już w pierwszej kolejce doczekamy się hat-tricka, i to nie przeciw jakimś outsiderom, lecz tak mocnej drużynie jak Rosja. Hiszpanie po raz kolejny zaczynają od meczu z drużyną z byłego ZSRR i po raz kolejny spuszczają jej lanie. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że grają jak zawsze – może więc i wygrają jak nigdy? Z taką skutecznością jest to całkiem możliwe, pytanie tylko, czy nie stracą jej – jak to u nich zwykle bywa – w fazie pucharowej. Bo że do niej awansują, wydaje się raczej pewne. O drugie miejsce zapowiada się bardzo ciekawa walka – Szwedzi odczarowali w końcu Grecję, ale jeśli uda się to i Rosjanom (cztery lata temu się udało), to o awansie zadecyduje bezpośrednie starcie. Chyba że Szwedzi pójdą za ciosem i pokonają także Hiszpanię. Znając Hiszpanów, wszystko jest możliwe…


Kto nie wygra Euro?

Dodane 05 czerwca 2008 w kategorii Futbol.

Po triumfach Danii w 1992 i Grecji w 2004 trudno jeszcze wierzyć w możliwość przewidzenia, kto zdobędzie mistrzostwo Europy. Jeśli po tytuł może sięgnąć drużyna stawiana przez bukmacherów na przedostatnim miejscu (niżej od Grecji cztery lata temu oceniano tylko Łotwę), to jakiekolwiek racjonalne analizy można o kant wiadomej części ciała potłuc. Już lepiej po prostu zgadywać. Ja jednak wolę nie liczyć na szczęście – zamiast tego pójdę na łatwiznę, prognozując, kto i dlaczego nie wygra zbliżającego się turnieju. Tym sposobem moja prognoza będzie w 93.75% prawdziwa, podczas gdy „tradycyjne” prognozy mają tylko 6.25% szans na trafienie. A zatem Euro 2008 nie wygra:

  • Austria – bo to już by była zbyt duża sensacja, nawet jak na Euro;
  • Chorwacja – bo w trzecim grupowym meczu zagra z Polską, a Polska mecz o honor zawsze wygrywa;
  • Czechy – bo drużyny, którym kibicuję, prawie nigdy nie wygrywają;
  • Francja – bo już nie ma Zidane’a;
  • Grecja – bo cuda się dwa razy z rzędu nie zdarzają;
  • Hiszpania – bo przegra jak zawsze;
  • Holandia – bo najlepszy tamtejszy trener prowadzi Polskę;
  • Niemcy – bo główny faworyt prawie nigdy nie wygrywa Euro;
  • Polska – bo nie po to organizujemy Euro 2012, żeby wygrać już w 2008;
  • Portugalia – bo nie po to organizowała Euro 2004, żeby wygrać dopiero w 2008;
  • Rosja – bo za Putina nigdy nie wyszła z grupy, więc Miedwiediew nie pozwoli na taki afront na samym początku swoich rządów;
  • Rumunia – bo nawet jeśli wyjdzie z grupy śmierci, to nie starczy już jej sił na coś więcej;
  • Szwajcaria – bo w finale nie będzie miała atutu własnego boiska;
  • Szwecja – bo jak zwykle przegra pierwszy mecz po wyjściu z grupy;
  • Turcja – bo istnieją poważne wątpliwości, czy w ogóle leży w Europie;
  • Włochy – bo tym razem nie trafią w fazie pucharowej na Australię i Ukrainę;

No i oczywiście nie wygra też Anglia;-).

A kto w takim razie wygra? Po namyśle stwierdziłem, że jednak spróbuję szczęścia. Drużyn jest szesnaście, więc wystarczą cztery rzuty monetą... trzy… dwa… jeden… No ładnie, wyszła mi Rumunia. Hm, co to ja mówiłem o szczęściu?


Tai-Pan (James Clavell)

Dodane 02 czerwca 2008 w kategorii Literatura.

Tai-Pan | James Clavell (vis-a-vis/Etiuda)

Akcja powieści rozpoczyna się 26 stycznia 1841 roku – w dniu, w którym Brytyjczycy obejmują panowanie nad Hong-kongiem. Przejęcie wyspy oznacza początek nowej epoki w stosunkach brytyjsko-chińskich, nic więc dziwnego, że zgromadzeni na wybrzeżu ludzie snują wielkie plany. Najwięcej do snucia ma Dirk Struan – właściciel wielkiej firmy handlowej Noble House, z racji swojej pozycji zwany Tai-Panem („wszechpotężnym władcą”). Jak nietrudno zgadnąć, treścią powieści są właśnie próby realizacji tych planów.