-om!

Dodane 28 lipca 2008 w kategorii Varia.

Z natury jestem człowiekiem wyjątkowo tolerancyjnym. Toleruję nawet błędy ortograficzne, choć mało co mnie drażni bardziej od nich. Oczywiście lata siedzenia w sieci zrobiły swoje - potworki, które kiedyś zwalały mnie z nóg, dziś bez mrugnięcia okiem ignoruję, bo i po co się denerwować, skoro nic to nie da. Co z tego, że nawet wbiję coś do głowy jednemu analfabecie, skoro dookoła krążą ich miliony.

Nawet moja tolerancja ma jednak swoje granice, których ani myślę przesuwać. Oprócz błędów, na które już dawno się uodporniłem, są i takie, na widok których po prostu krew mnie zalewa, a diabełek siedzący na ramieniu krzyczy mi do ucha: "Zostań nauczycielem polskiego!", na co aniołek z drugiego ramienia odkrzykuje: "Nie rób tego, świat jest już wystarczająco okrutny!". Jeśli do tej pory nie posłuchałem diabełka, to tylko i wyłącznie z wrodzonego lenistwa.

Absolutnym numerem jeden wśród tych "kwiatków" podnoszących mi ciśnienie jest używanie "ą" w celowniku liczby mnogiej: ludzią, państwą, fraglesą, kretyną... Popełnienie takiego czegoś dyskwalifikuje delikwenta w moich oczach absolutnie, jako wtórnego analfabetę, który kontaktu ze słowem pisanym (poza internetem) nie miał od lat - nikt choć odrobinę oczytany nie ma bowiem prawa czegoś takiego popełnić. Jeśli popełni - hańba na wieki wieków.

Każdemu, kto o taki czyn choćby się otarł, radzę powiesić nad monitorem lub/i nad łóżkiem napis:

Celownik liczby mnogiej kończy się na -om i nigdy nie daj sobie wmówić, że jest inaczej!

Jeśli w naszym pogmatwanym języku istnieje jakaś reguła bez wyjątków, to właśnie ta. O czym wszystkim czytelnikom, a tym bardziej komentatorom, radzę dobrze pamiętać.


Kolor magii - komiks (Ross i Rockwell)

Dodane 25 lipca 2008 w kategorii Literatura.

Kolor magii | Ross & Rockwell (Prószyński i s-ka)

Generalnie rzecz biorąc, adaptację można zrobić na trzy sposoby. Sposób pierwszy - przeniesienie historii żywcem z jednego medium do drugiego, przy tak daleko posuniętej zgodności z oryginałem, jak to tylko możliwe - vide film "Władca pierścieni". Sposób drugi - przeniesienie tylko bohaterów i dopisanie własnego scenariusza - vide filmy o Batmanie. Sposób trzeci, ostatnio szczególnie popularny - wziąć tylko chwytliwy tytuł/autora i olać całą resztę - vide niedawne ekranizacje Dicka i Wellsa. "Kolor magii" to wprawdzie ten pierwszy przypadek, ale o sukcesie na miarę "Władcy pierścieni" nie ma mowy. W sumie to w ogóle nie ma mowy o sukcesie.

Historia, jako się rzekło, została przeniesiona żywcem z książki. Kto ją czytał, tego komiks nie zaskoczy absolutnie niczym - fabuła została jedynie nieco okrojona, scenarzysta nie pokusił się o dodanie choćby jednej scenki od siebie. Dialogi w większości zostały praktycznie przepisane z książki i tu również nie zauważyłem, by cokolwiek dodano. Nikogo więc chyba nie zaskoczy informacja, że i rysunki sprowadzają się do zilustrowania tego, co było opisane w książce, bez jakiejkolwiek własnej inwencji.

No właśnie, co do rysunków - dość powiedzieć, że ich autorem nie jest Josh Kirby ani choćby jego naśladowca. Ani choćby rozumny człowiek, który zdawałby sobie sprawę, że jeśli wszystkie "Światy Dysku" były ilustrowane przez Kirby'ego, to czytelnicy mają mocno ugruntowane wyobrażenie tego świata i zastępowanie go własną wizją nie jest najlepszym pomysłem. Szczególnie, jeśli ta wizja nie dorasta Kirby'emu do pięt. Niestety, rysunki są co najwyżej przeciętne i bez wyrazu, a z klimatem Świata Dysku mają niewiele wspólnego. Drażni szczególnie Rincewind, który przypomina raczej menela niż maga.

Tytułem podsumowania - nie wystarczy pociąć tekst i dodać obrazki, żeby z dobrej książki zrobić równie dobry komiks. Autorzy albo tego nie wiedzieli, albo świadomie zrobili skok na kasę, posiłkując się magią tytułu i nazwiska. Nie radzę im tej kasy oddawać, zdecydowanie lepiej ją wydać na oryginał.

Ocena: 3-


Koniec z regulowaniem krzywizny ogórka

Dodane 23 lipca 2008 w kategorii Polityka.

EuroPAP donosi:

Od przyszłego roku unijne przepisy nie będą już regulować kąta zakrzywienia ogórka, bowiem do lamusa odejdą szczegółowe normy jakości 26 owoców i warzyw - ogłosiła w środę Komisja Europejska.

"Regulowanie tego rodzaju rzeczy to nie jest zadanie dla Komisji Europejskiej. Lepiej zostawić to firmom działającym na rynku. Ograniczy to zbędne marnotrawstwo i będzie z korzyścią dla konsumentów" - oświadczyła unijna komisarz ds. rolnictwa Mariann Fischer Boel.

Co prawda nie wszystkie tego typu normy zostaną zniesione, ale i tak przeciwnicy UE mają powód do zgryzoty - jeden z ich naczelnych argumentów przeciw Unii odchodzi do lamusa:-).


Poniedziałkowy dół

Dodane 21 lipca 2008 w kategorii Varia.

Człowiek przez pierwsze pół życia traci zdrowie, żeby zarabiać pieniądze, a przez drugie pół traci pieniądze, żeby odzyskać zdrowie.
Napisanie 90% kodu zajmuje 90% czasu. Napisanie pozostałych 10% zajmuje kolejne 90% czasu.
Program, który zaczyna się dobrze, kończy się źle.
Program, który zaczyna się źle, kończy się przerażająco.
Jeżeli udoskonalasz coś wystarczająco długo, na pewno to zepsujesz.

Wiecie, dlaczego Garfield nie cierpi poniedziałków? Ja też nie. Ale całkowicie się z nim zgadzam w tej kwestii.


Historia i Fantastyka (Sapkowski i Bereś)

Dodane 17 lipca 2008 w kategorii Literatura.

Historia i fantastyka | Andrzej Sapkowski i Stanisław Bereś (SuperNOWA)

Pisząc o tej książce trudno uniknąć porównań z "Tako rzecze Lem" - szczególnie, że już pierwsze jej zdanie zaczyna się od słów "Stanisław Lem twierdzi". A że rozmowy Beresia z Lemem darzę uwielbieniem, czcią i kultem, oznacza to zawieszenie poprzeczki na najwyższym możliwym pułapie. Czy możliwym do przeskoczenia, to kwestia dyskusyjna.

Już z zewnątrz widać, że o równym starciu nie ma mowy - mała i niezbyt gruba "Historia i fantastyka" nie wygląda zbyt okazale obok opasłej księgi, jaką jest "Tako rzecze...", różnica objętości jest kilkakrotna, trudno więc liczyć na równie długie i głębokie dyskusje na temat życia, wszechświata i całej reszty. I faktycznie takich dyskusji tu za wiele nie ma. Niemal cała rozmowa kręci się wokół dwóch tytułowych tematów, przy czym "historia" to głównie Husyci, a "fantastyka" to głównie Wiedźmin. Rolę spójnika pełnią wspomnienia Sapkowskiego (począwszy od wypraw z dziadkiem na grzyby, przez karierę w handlu zagranicznym, skończywszy na sukcesach pisarskich i bojach z niekompetentnymi dziennikarzami)... i na tym w zasadzie się kończy.



Prof. Bronisław Geremek nie żyje

Dodane 13 lipca 2008 w kategorii Polityka,Varia.

Jak podaje TVN24, prof. Geremek zginął dziś w wypadku samochodowym.

...


Formatowanie CSS – zagadka

Dodane 10 lipca 2008 w kategorii Net,Techblog.

Kwestia, która mnie nurtuje od jakiegoś czasu – dlaczego wszyscy (no dobra, prawie wszyscy) formatują kod CSS tak:

.something
{
    width: 100px;
    height: 30px;
    border: 2px solid #ABC;
}

.something a
{
    text-transform: uppercase;
    color: #666;
}

.somethingElse
{
    float: left;
    clear: both;
    display: block;
    padding: 5px;
}

...a nie tak?

.something { width: 100px; height: 30px; border: 2px solid #ABC; }
.something a { text-transform: uppercase; color: #666; }

.somethingElse { float: left; clear: both; display: block; padding: 5px; }

Jakoś nie przychodzi mi do głowy żadna odpowiedź, poza „no bo przecież wszyscy tak robią”. Wyższość drugiego sposobu wydaje mi się bowiem oczywista – kilkakrotna różnica w liczbie zajętych linijek (w powyższym przykładzie cztery zamiast dwudziestu) to nie w kij dmuchał, a chyba mało kto lubi mieć kod rozciągnięty na dziesięć ekranów, gdy można go praktycznie bez straty dla czytelności zmieścić na dwóch. Oczywiście „zwinięty” kod wymaga przyjęcia jakiejś ustalonej kolejności znaczników, żeby je łatwo znajdować wzrokiem, ale odrobina wewnętrznej dyscypliny to chyba nie taki wielki problem.

OK, rozumiem, że niektórym (a może nawet większości) mimo wszystko wygodniej mieć każdy znacznik w osobnej linijce – ale żeby ci „niektórzy” stanowili 99% webmasterów? Tego jakoś nie kumam.

Potrafi mi to ktoś wytłumaczyć?


Zatkany czasowstrzymywacz

Dodane 07 lipca 2008 w kategorii Net,Przemyślenia.

Nikogo, kto miał do czynienia z RSS, nie trzeba chyba przekonywać do zalet tej technologii. Na nadmiar wolnego czasu mało kto przecież narzeka, a mało co pozwala go tak łatwo zaoszczędzić. Wystarczy kilka subskrypcji, żeby docenić narzędzie, które odwala za nas sprawdzanie, czy na którejś z przeglądanych stron nie pojawiło się coś nowego – a na kilku oczywiście się nie kończy. Przy kilkunastu różnica staje się bardzo wyraźna, a przy kilkudziesięciu nie ma już żadnej dyskusji – regularne odwiedzanie takiej liczby stron byłoby praktycznie niewykonalne. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, klikanie w charakterystyczną pomarańczową ikonkę przychodzi nam coraz łatwiej, kolejne blogi same wskakują do czytnika, wszelkie pożądane treści dostajemy na tacy, a życie staje się coraz piękniejsze.

Do czasu.

Do czasu, gdy liczba subskypcji staje się trzycyfrowa, podobnie jak dzienna liczba wiadomości do przeczytania. Nagle okazuje się, że cudownie zaoszczędzonego czasu znowu zaczyna brakować, ba! zaczyna on nas coraz szybciej gonić. Przekonujemy się o tym dobitnie, kiedy po dwóch-trzech dniach odpoczynku od komputera widzimy pięćset nieprzeczytanych wiadomości i uświadamiamy sobie, że trzeba je w miarę szybko przeczytać, bo w ciągu doby przybędzie sto kilkadziesiąt kolejnych.



Liberté!

Dodane 04 lipca 2008 w kategorii Net,Polityka.

Jak donosi Antymatrix, właśnie rozpoczął działalność internetowy magazyn liberalny o wdzięcznej nazwie Liberté. Zaczął trochę po cichu, choć firmujące go nazwiska (np. Gadomski, Lewandowski, Sadurski, Szostkiewicz, Winiecki) powinny wystarczyć do rozgłosu.

Nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił do strony technicznej serwisu. W nagłówku strony brak linka do RSS, w treści wprawdzie są dwa – ale jeden pusty, a drugi prowadzi do nieistniejącej strony. Dodatkowo strona „Warunki prawne” jest w trakcie budowy. Nie ma to jak prowizorka…

Ale to tylko szczegóły. Od strony merytorycznej jest bardzo obiecująco (choć podtytuł „głos wolny, wolność ubezpieczający” to niezbyt szczęśliwy pomysł), więc można mieć nadzieję, że może w końcu liberalizm w polskim internecie przestanie się kojarzyć z UPR.


Trzynastu apostołów (Dean Koontz)

Dodane 03 lipca 2008 w kategorii Literatura.

Trzynastu apostołów | Dean Koontz

Prawie jak King – tak można najkrócej podsumować ten zbiór opowiadań. Wiadomego sloganu jednak nie powtórzę, bo nie chcę tworzyć wrażenia, że to jakiś szajs, który najmarniejszej z książek Kinga do pięt nie dorasta. Co to, to nie. W tym przypadku „prawie” nie robi aż tak wielkiej różnicy – Koontz ustępuje Kingowi tylko nieznacznie (przynajmniej tą książką, bo innych nie czytałem), a diabeł tkwi w szczegółach.

Szczegół pierwszy – przewidywalność. King, nawet jeśli kończył sztampowym happy endem, dbał przynajmniej o to, żeby czytelnik wcześniej w ten happy end mocno zwątpił. Koontz nie dba, a w każdym razie nie wychodzi mu to – w niemal wszystkich opowiadaniach można łatwo odgadnąć, co będzie dalej i czym to się skończy.

Szczegół drugi – konsekwencja. Zabrakło jej szczególnie w tytułowym opowiadaniu, którego końcówka sprawia wrażenie totalnej improwizacji połączonej z pogardą dla logiki i konwencji utworu. Na minus należałoby też zaliczyć deus ex machina w opowiadaniu „Twardziel”, skądinąd całkiem niezłym.



Euro 2008 – finished

Dodane 01 lipca 2008 w kategorii Futbol.

No, gdybym postawił ten majątek na Niemców, nieźle bym wtopił. Jak widać, nawet im zdarzają się dni, kiedy nic nie wychodzi, dośrodkowania lądują daleko za polem karnym, piłka co i rusz odskakuje od nogi, a trzy okazje nie wystarczają do strzelenia dwóch goli. Co w niczym nie umniejsza sukcesu Hiszpanów, którzy tak w finale jak i w całym turnieju grali jak na mistrzów przystało, łącząc efektowność z efektywnością i chyba po raz pierwszy w swojej historii imponując szczelnością obrony – dość powiedzieć, że w fazie pucharowej nie stracili ani jednej bramki. Grali jak nigdy i wygrali jak nigdy. Cóż dodać – viva España!

Tu należałoby sypnąć statystykami turnieju, ale to już zdążył zrobić LSR, a zrobił to tak wybornie, że tylko przyklasnąć i się uczyć. Powtarzać po nim nie będę (ech, tyle roboty na marne), dodam tylko, że to pierwszy od niepamiętnych czasów turniej, na którym w fazie pucharowej padało więcej bramek niż w fazie grupowej – co jest chyba najlepszym dowodem, że ofensywa faktycznie wraca do łask. Ciekawe, na jak długo.

O Polsce lepiej już nic nie mówić, bo szkoda nerwów. Powodów do frustracji i tak nam nie zabraknie, bo zaraz zaczną się europejskie puchary, w których jak zwykle polegniemy praktycznie na starcie, a PZPN dodatkowo zadba, żebyśmy się nie łudzili, że doczekamy lepszych czasów. Miejmy nadzieję, że przynajmniej nie wywalą Beenhakkera, bo pomimo klęski na Euro jego osoba wciąż daje nadzieję, że nie musimy wiecznie tkwić w tym bagnie.

A teraz, proszę państwa, czas wrócić do normalnego życia. Ze studia w Krakowie mówił do Was Cichy Fragles;-).