Po co mi Linux?

Dodane 26 stycznia 2009 w kategorii Przemyślenia.

(Ten wpis miał być pierwotnie komentarzem do wpisu o bezsensie używania Linuksa na desktopach i dyskusji, jaka tam się wywiązała, ale stwierdziłem, że trochę tego za dużo jak na komentarz)

Zacznijmy może od moich prywatnych doświadczeń z pingwinami. Pierwszy (i w dającej się przewidzieć przyszłości ostatni) raz podjąłem wyzwanie trzy czy cztery lata temu, pod wpływem fali entuzjastycznych tekstów o Ubuntu, który miał być jakoby niesamowicie przyjazną dystrybucją, niewiele tylko trudniejszą w obsłudze niż Windows. Cóż, instalacja faktycznie nie była problemem, ale zaraz potem zaczęły się schody.



Linkowanie to podstawa...

Dodane 21 stycznia 2009 w kategorii Net.

...ale niektórzy już naprawdę przesadzają:

Gdyby ktoś miał wątpliwości - tak, to na czerwono to linki. Wszystkie oczywiście do innych podstron tej samej witryny. Aż dziw, że nie podlinkowali jeszcze słów "rząd", "koalicja" i "parlament". Nie pierwszy to taki kwiatek na tej stronie (serwisy Agory nie od dziś słyną z linkowania wszystkiego, co się da), ale wart uwagi, bo pokazuje niektóre kwestie jak w soczewce.

Po pierwsze, bezsens stawiania na ilość, zamiast na jakość - jeśli wszystko jest linkiem, to nic nie jest linkiem, bo tak ewidentny nadmiar tylko zniechęca do klikania w cokolwiek. Po drugie, przerost formy nad treścią, utrudniający autorowi życie - nawet gdyby chciał on wstawić jakiś rzeczywiście pożyteczny i związany z treścią tekstu link, to nie miałoby to wielkiego sensu, bo zaginął by on w masie śmieci. Taki np. Wojciech Orliński, linkujący często-gęsto, ale zawsze z sensem (albo przynajmniej dla jaj) długo by tam pewnie nie wytrzymał.

Po trzecie wreszcie, prymitywizm algorytmu generującego linki - nie dość, że nie potrafi zachować umiaru, to jeszcze linkuje po kilka razy te same słowa. Te niedoróbki można jednak łatwo poprawić... i tu mnie właśnie naszła refleksja, pod wpływem której zacząłem strugać ten wpis. Bo co będzie, gdy zaśmiecaniem tekstów linkami zajmą się naprawdę inteligentne programy? Inteligentne, czyli biorące pod uwagę kontekst, a nie tylko wyłapujące słowa kluczowe; do tego samouczące się i oczywiście pod stałym nadzorem speców od pozycjonowania.

Co to oznacza z punktu widzenia użytkownika, można łatwo przewidzieć, patrząc na rzucające się na nas ze wszystkich stron reklamy - już nie tylko im, ale i zwykłym linkom w tekście nie będzie można ufać, bo na jeden "prawdziwy" przypadnie dziesięć wypuszczonych przez automat. Przedsmak takiej sytuacji mamy już teraz - coraz popularniejsze stają się linki z podwójnym podkreśleniem, przylepiające się do lukratywnych słów kluczowych i wyświetlające reklamy po najechaniu. Ale one przynajmniej są łatwo rozpoznawalne dzięki temu podwójnemu podkreśleniu (ta uczciwość aż mnie dziwi - czyżby do kogoś wreszcie dotarło, że wciskanie reklam podstępem nie jest zbyt skuteczne?), a ich sztuczność zwykle bije po oczach (w zdaniu "na łóżku leżały zwłoki" słowo "łóżko" raczej nie powinno być linkiem do strony producenta mebli). Z linkami bardziej naturalnie wyglądającymi i bez znaków szczególnych już nie będzie tak łatwo - zerkanie na adres przed kliknięciem będzie nieodzowne. Chyba że na wzór AdBlocka powstanie i LinkBlock - ale tu o zadowalającą skuteczność łatwo nie będzie.

A z punktu widzenia wyszukiwarki? Jak tu automatycznie odróżnić link "sztuczny" od "naturalnego"? Szczerze mówiąc, nie mam pomysłu i marnie widzę szanse Google'a w tym wyścigu zbrojeń - dokonanie takiego rozróżnienia już na pierwszy rzut oka wydaje się dużo trudniejsze niż generowanie wiarygodnie wyglądających linków, więc specjaliści z Mountain View musieliby być stale o kilka długości przed peletonem, żeby nie przegrać. No ale Google nie na darmo zatrudnia najlepszych programistów na rynku, więc kto wie?

Jedno jest pewne - prace nad sztuczną inteligencją posuną się przy tym mocno do przodu, co jeszcze raz pokaże, jak krętymi ścieżkami chadza postęp naukowy.


Wyścig mózgów

Dodane 17 stycznia 2009 w kategorii Net.

Wpadłem kilka miesięcy temu na pomysł - stworzyć stronę, która by pozwalała zrobić z kanałami RSS coś więcej niż czytniki. Na przykład filtrować, łączyć kilka kanałów w jeden, przesyłać wiadomości z kanału na maila lub odwrotnie, wstawiać widok kanału na własną stronę, czyścić wiadomości z niepożądanych elementów i tak dalej. Krótko mówiąc - narzędzie, które by mogło ten cały strumień (ś)wiadomości jakoś sprawnie kontrolować.

Co prawda nie miałem za bardzo pomysłu, jak taki serwis miałby na siebie (no i na autora) zarabiać, ale na pewno coś by się wymyśliło. Gorzej, że nie miałem czasu, by się tym zająć, a i z ochotą do pracy różnie u mnie bywa - ale kilka tygodni temu w końcu się wziąłem, zaimplementowałem parę podstawowych funkcjonalności i nawet zacząłem ze swojego dzieła korzystać. Z bardzo zadowalającym skutkiem zresztą - dość powiedzieć, że dzięki łączeniu wiadomości i banalnie prostym filtrom dzienna liczba wiadomości spadła prawie o połowę, a ich przeglądanie stało się wyraźnie wygodniejsze.

Pomyślałem zatem, żeby nie budować od razu całego kombajnu, tylko dorobić parę opcji, wystrugać interfejs i postawić to w sieci, zanim ktoś inny wpadnie na to samo. Przecież wiadomo, że w sieci kto pierwszy ten lepszy, a zabawka wydawała się mieć potencjał. I pewnie prędzej czy później bym się ruszył i to zrobił, choć dopieszczenie wszystkiego zajęłoby mi na pewno wiele tygodni (nie jest łatwo być leniem i perfekcjonistą jednocześnie). Nie żebym się spodziewał jakiegoś wielkiego sukcesu - bądź co bądź 90% internautów nigdy nie słyszało o RSS, a i wśród pozostałych 10% tylko nieliczni mieliby z takiego narzędzia rzeczywisty pożytek, bo mało kto subskrybuje tyle kanałów, żeby potrzebować przy nich jakiejś automagicznej pomocy.

Ale zgodnie z prawem Murphy'ego, jak również z mądrą sentencją "wszystko co wymyślisz, na pewno zostało już zbudowane przez Japończyków" - akurat jak już miałem się za to zabrać na poważnie, okazało się, że wszystko to i wiele więcej robi już serwis xFruits. Chociaż nie, filtrowania tam nie ma. Ale to z kolei robi Feed Rinse. Oba już zresztą działały, zanim ja w ogóle wpadłem na swój jakże odkrywczy pomysł. Cóż, w sumie od początku nie miałem wielkich złudzeń, że to by było za proste - ale jakaś tam cicha nadzieja jednak była.

I bądź tu człowieku innowatorem.

Całe szczęście, że mam jeszcze w zapasie kilka innych genialnych pomysłów;-). Trzeba tylko sprawdzić, którego z nich jeszcze nikt nie zdążył zrealizować.


Nie dla getta paszporty

Dodane 14 stycznia 2009 w kategorii Literatura.

Z przyczyn obiektywnych nie mogłem wczoraj natychmiastowo zareagować na informację o przyznaniu Paszportów Polityki. Może to i dobrze, bo jak się dowiedziałem, że Dukaj znowu nie wygrał, to mnie trochę krew zalała i komentarz mógłby być niezbyt cenzuralny, a tak to już mi przeszło. Dukajowi pewnie też - w końcu skoro już kiedyś przegrał ze Shutym (którego proza, łagodnie mówiąc, wrażenia na mnie nie zrobiła), to i teraz jakoś to przeżyje.

Co nie zmienia faktu, że werdykt szacownego jury to kpina i kompromitacja. Nagrodę dostała bowiem niejaka Sylwia Chutnik, której cały literacki dorobek to raptem jedna dwustustronicowa książeczka. Być może genialna - nie czytałem, więc się nie wypowiadam - ale nagradzanie debiutantki za zasługi tak czy siak uważam za niepoważne. Z całym szacunkiem dla laureatki, nie wydaje mi się, żeby jej wpływ na polską kulturę był choćby porównywalny ze wpływem Dukaja, a o porównywaniu dokonań w ogóle lepiej nie mówić.

Ale bez wątpienia ma ona przynajmniej dwa atuty, które nie po raz pierwszy przeważyły nad względami merytorycznymi: słuszne poglądy polityczne i właściwe literackie pochodzenie. Wiem, że wypominanie takich kwestii stanowi domenę prawicowych oszołomów, uwielbiających z iskrą w oku pytać "kto za tym stoi", a to niezbyt miłe towarzystwo - ale cóż począć, skoro nawet średnio zorientowany czytelnik nie może nie zauważyć, że nagrody literackie (nie tylko Paszporty) dziwnie często trafiają do ludzi, których proza czyta się co najwyżej tak sobie, ale ideologocznie jest słuszna, a autor bywały w odpowiednim towarzystwie. Nie mówię, że taki jest standard - mimo wszystko większość nagród trafia w jak najbardziej właściwe ręce - ale osobiste sympatie jurorów z całą pewnością odgrywają większą rolę, niż powinny.

A w takich przypadkach jak Dukaj, dochodzi jeszcze jeszcze odwieczny problem fantastycznego getta - w opinii większości szanujących się humanistów fantastyka jest bowiem gatunkiem podrzędnym i z definicji niegodnym uwagi. I choćby taki fantasta nie wiem ilu problemów filozoficznych czy egzystencjalnych nie męczył, dla "mainstreamu" (jak ja nie cierpię tego słowa) i tak pozostanie autorem głupich bajeczek o zielonych ludzikach, nieskończenie gorszym niż "mainstreamowy" grafoman piszący o niczym. Chyba że taki fantasta zacznie uzyskiwać sześcio- czy siedmiocyfrowe nakłady, doczeka się tłumaczeń na dziesięć języków i wywoła zachwyty krytyków z zagranicy (vide Lem i Sapkowski) - wówczas dopiero można go ewentualnie docenić. Ale tylko jego - fantastyka musi pozostać w getcie z zielonymi ludzikami, a uznanego fantastę po prostu się z tego getta wyjmuje, nazywając go futurologiem czy postmodernistą, przy czym określenie to nie musi być specjalnie zgodne z rzeczywistością.

Problem w tym, że Dukaj raczej nigdy kosmicznych nakładów mieć nie będzie, bo jego proza jest zbyt wymagająca dla masowego czytelnika - a i wyciągnąć go z getta nie tak łatwo, bo się nogami zapiera i mówi, że SF jest cacy, a fantasy ma wielki potencjał. Cóż zatem z takim fantem począć? Jeśli nawet "Lód" nie wystarczył, żeby wygrać rywalizację z dwójką zupełnych żółtodziobów (mających na koncie w sumie trzy książki), to doprawdy nie widzę dla Dukaja nadziei. Chyba że za dziesięć lat, jak już naprawdę nie będzie się go dało dłużej ignorować.

Ale mimo wszystko laureatce gratuluję, pełen nadziei, że jej debiut jest faktycznie tak dobry jak o nim mówią, a kolejne książki dodatkowo potwierdzą, że jurorzy wiedzieli co robią.


Uznanie w Watykanie

Dodane 10 stycznia 2009 w kategorii Absurdy.

Kwiatek z Onetu:

O "finansowe uznanie", czyli rodzaj pensji dla gospodyń domowych zaapelował w piątek przewodniczący Papieskiej Rady Rodziny kardynał Ennio Antonelli.

"Nie można zrozumieć, dlaczego prowadzenie domu miałoby być mniej warte, gdy zajmuje się tym matka, niż gdy wykonuje to pomoc domowa" - podkreślił watykański hierarcha na konferencji prasowej.

Kardynał Antonelli powiedział: "Opieka nad rodziną wynika z miłości, ale tak czy inaczej kobiety te mają prawo do sprawiedliwego uznania".

Jak rozumiem, w następnej kolejności kardynał zaapeluje, by mąż płacił żonie za seks - bo czemu miałoby to być mniej warte, gdy zajmuje się tym żona, niż gdy robi to prostytutka. Ale żarty na bok - propozycja ta, oprócz skrajnie materialistycznego podejścia do życia (trochę nie na miejscu u kapłana), pokazuje jak w soczewce stosunek Kościoła do kobiet. Szacunek, uznanie i tak dalej, ale tylko w słowach - a w praktyce pogarda i seksizm, bo trudno inaczej nazwać sprowadzanie kobiety do roli służącej, której łaskawie się proponuje uznanie i zapłatę.

Gdyby kardynał rzeczywiście kierował się troską o kobiety i dobro rodziny, zaapelowałby raczej o sprawiedliwy podział obowiązków domowych, bo w końcu Biblia nie zakazuje mężczyźnie mycia naczyń, odkurzania czy zajmowania się dziećmi - ale przecież nie o dobro kobiet tu chodzi, tylko, tak jak w przypadku podobnej propozycji LPR sprzed paru lat, o zniechęcenie kobiet do pracy zawodowej. Skoro nie można powiedzieć otwarcie "baby do garów", to trzeba kombinować naokoło, małymi kroczkami, pracowicie pielęgnując stereotypy, a równocześnie obłudnie podkreślając, jak to my się troszczymy o sprawiedliwość i uznanie.

Niby nic nowego, ale ciągle drażni.


10 lat euro

Dodane 05 stycznia 2009 w kategorii Varia.

10 euro

Początek roku nigdy nie należał do moich ulubionych okresów, bo zawsze jakoś ciężko się zmusić do jakichkolwiek konstruktywnych działań po długim świątecznym odpoczynku. A w tym roku jakoś szczególnie ciężko mi się przebudzić - toteż dopiero dzisiaj zauważyłem, że cztery dni temu minęło dziesięć lat (jak ten czas leci!) od powstania euro.

Rocznica nie jest - jak na walutę - szczególnie imponująca, a w dodatku wypadła paskudnie, bo w środku gigantycznego kryzysu - ale też te nieciekawe okoliczności pozwalają dodatkowo docenić sukces wspólnej waluty. Dość porównać Słowację, która dzięki wejściu do Eurolandu nie musi się obawiać wahań kursu, z Islandią, która poznała ostatnio uroki dewaluacji - czy choćby z Polską, która nagle się przekonała, że jednak złotówka nie jest tak doskonale stabilna, jak się wydawało. Zresztą co tam złotówka - nawet mocarny brytyjski funt leci ostatnio na pysk. A euro - wbrew niegdysiejszym twierdzeniom o jego nieuniknionym upadku - z roku na rok radzi sobie coraz lepiej.

Tylko przyjmowanie wspólnej waluty przez kolejne państwa idzie jak po grudzie - do początkowej jedenastki dołączyło przez ten czas zaledwie pięć krajów. Dla innych albo wymagania były za wysokie (tu wyrazy współczucia dla Litwy, która nie zdołała spełnić kryteriów w 2007, bo miała inflację o 0.07% za wysoką), albo rządzącym się nie chciało (tu ukłon pod adresem rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego), a obecnie widoki na dalsze rozszerzenia są marne - Polska wejdzie w najlepszym razie w 2012, reszta pewnie jeszcze później. Chyba że Islandia się pospieszy;-).

Ale, jak zwykł mawiać mój nauczyciel matematyki, cóż to jest wobec wieczności.

10 euro

PS. Z przyczyn wspomnianych na początku również dopiero dzisiaj się dowiedziałem, że w przeddzień tej rocznicy EuroPAP zakończył działalność. Szkoda, bo dobrych serwisów informacyjnych z wiadomościami ze świata mamy bardzo niewiele. Ten może rewelacyjny nie był, ale przynajmniej pisał o czymś więcej niż wygłupy Berlusconiego i pogróżki Putina. A główny serwis PAP to bieda z nędzą...