JID: cichyfragles@jabber.wroc.pl, mail: cichy kropka fragles małpa gmail kropka com
Jeden z najdziwniejszych komiksów, jakie w życiu czytałem. A właściwie nie jeden, tylko pięć - bo tyle historii (każda rysowana innym stylem) się tu ze sobą przeplata. Główny wątek to urywek z życia twórcy komiksów imieniem Paul (bez wątpienia alter ego autora), który przyjechał w odwiedziny do rodziców, ale zamiast odpocząć, cały czas myśli nad fabułą swojego komiksu o chłopcu spotykającym potwora (druga historia, z wieloma alternatywnymi zakończeniami co chwila wymyślanymi przez autora) lub wspomina traumatyczną przygodę z dzieciństwa (trzecia historia). Podczas wizyty w sklepie spotyka sprzedawcę z blizną na szyi - o jej pochodzeniu dowiadujemy się z czwartej historii, a piąta, wtrącona w rozmowę Paula z ojcem opowiada o Zenonie z Elei, który wykłada ateńskim filozofom swoje słynne paradoksy i spotyka się z ostrą reakcją młodego Sokratesa.
Szczerze mówiąc, interpretacja tego wszystkiego jakoś mi nie idzie. Owszem, pole do popisu dla interpretatora jest tu spore, ale z której strony bym nie podchodził, zaraz mam wrażenie, że interpretuję raczej swoje wyobrażenia, co też autor mógł mieć na myśli, niż sam komiks. Przeczytałem kilka recenzji - i każdy rozumie wszystko po swojemu, a punktów stycznych praktycznie nie widać. Cóż, albo prawdziwe przesłanie jest za dobrze ukryte, albo może po prostu go nie ma, a całość jest tylko kpiną z krytyków doszukujących się na siłę drugiego dna;-).
Pomijając jednak te problemy, czyta się to nieźle - autor bardzo zręcznie miesza poszczególne historie (także na poziomie rysunków), stosuje ciekawe zabiegi formalne (jak choćby "dymki" nie mieszczące się w kadrze lub przez coś zasłonięte, gdy bohater zamyśla się i nie słucha rozmówcy) i wykazuje się godną uznania dbałością o szczegóły (widać na przykład, że układ mebli i przedmiotów w pokoju jest cały czas zachowany, włącznie z ledwo widocznym rysunkiem na kalendarzu). A w szczegółach tkwi może nie diabeł, ale parę ciekawych smaczków - przykładowo gdy chłopczyk z komiksu Paula (też zresztą imieniem Paul - ani chybi kolejne alter ego) lamentuje na widok potwora, że "wybrał złą drogę", uważny czytelnik zauważy, że obie odnogi rozwidlenia prowadzą... w to samo miejsce. Z kolei jeśli się przyjrzeć tabliczce na drzwiach do biura ojca Paula, to wyczytamy na niej nazwisko "Hornschemeier" - przez co podejrzenie o autobiograficzny charakter opowieści zmienia się w pewność.
Na szczególną pochwałę zasługuje wreszcie historia o Zenonie i Ateńczykach, w której humorystyczna forma rodem z komiksów dla dzieci tworzy efektowny kontrast z poważną i mocno zastanawiającą treścią. Za tę historię zdecydowanie należy się duży plus. Reszta niestety takiego poziomu nie trzyma, a całość jest mimo wszystko zbyt chaotyczna i niejasna - co wprawdzie wydaje się być celowym zabiegiem, ale trochę za daleko posuniętym. Doceniam odwagę formalną autora, ale nad treścią należałoby jeszcze trochę popracować.
Ocena: 4+
Każde dziecko, które miało do czynienia z programowaniem, dobrze wie, że komentarze w kodzie pełnią dwie funkcje: po pierwsze, oczywiście komentowanie kodu (co za niespodzianka, nie?), po drugie - "wyłączanie" kawałków kodu, których nie chcemy wykonywać, ale nie chcemy ich także kasować. Banał. Jest jednak pewna nie do końca banalna kwestia - zdarza się, że podczas pisania i testowania kodu na przemian "włączamy" i "wyłączamy" jakiś fragment, sprawdzając jego działanie oraz działanie kodu bez niego. Żaden problem, jeśli fragment jest krótki i można go zakomentować/odkomentować w dwie sekundy - ale jeśli zajmuje on, powiedzmy, kilka ekranów, a nasz edytor nie ma automatycznego usuwania znaków końca komentarza po usunięciu początku, to ciągłe latanie kursorem w te i wewte może być dość męczące. Co więcej, jeśli odkomentujemy kod, a potem coś dopiszemy i zechcemy go znowu zakomentować, to nierzadko stracimy chwilę na znalezienie miejsca, w którym fragment do zakomentowania się kończy. Niby drobiazg, ale czasem przeszkadza.
Cóż zatem począć? Na pewno wygodniej by było, gdyby początek i koniec komentarza był widoczny także po jego chwilowym usunięciu, a włączanie i wyłączanie komentarza dało się zrobić w jednym kroku, zamiast w dwóch. Niektórzy radzą sobie z tym problemem, obejmując kod klamrami i dając na początku warunek "if(0)". Efekt niby taki sam jak przy komentarzu, no i wystarczy zmienić zero na jedynkę, żeby kod się wykonał. Nie jest to jednak ani eleganckie, ani nie odpowiada w pełni komentarzowi - raz, że "zakomentowany" w ten sposób kod musi być poprawny, żeby kompilator/interpreter się nie wywalił, a dwa, że nie widać na pierwszy rzut oka, że kod jest nieaktywny, bo kolorowanie składni pozostaje.
Jako że Jogger ma jutro wieczorem nie działać, już dzisiaj przypominam, że pojutrze (tzn. we czwartek) mamy Światowy Dzień Książki - czyli dzień, kiedy księgarnie masowo urządzają promocje. Empik tradycyjnie oferuje trzy książki w cenie dwóch, inne księgarnie (przynajmniej w Krakowie) zapewne równie tradycyjnie dadzą 10% zniżki. Krótko mówiąc, będzie okazja się obłowić:-).
Nasunęły mi się ostatnio dwa spostrzeżenia na tytułowy temat.
Pierwsze:
Drugie:
Już nawet nie pamiętam, kiedy po raz ostatni widziałem kogoś z discmanem czy walkmanem - podczas osób z odtwarzaczami MP3 zawsze wypatrzę przynajmniej kilka. Ten fakt najlepiej pokazuje, jak głupia i krótkowzroczna jest polityka koncernów fonograficznych, które bronią się rękami i nogami przed tym formatem. Nikt mi bowiem nie wmówi, że choć 1% tych wszystkich ludzi zadaje sobie trud kupowania płytek w sklepie i konwertowania ich do empetrójek, a na pewno wielu by chętnie zapłaciło za pliki, gdyby było je gdzie kupić - oczywiście bez kretyńskich zabezpieczeń i za sensowną cenę. Ale nie, lepiej do końca bronić pozycji, które już i tak są nie do utrzymania...
Druga Rzeczpospolita - trzy razy przez dwadzieścia lat.
PRL - cztery razy przez ponad czterdzieści lat.
Trzecia Rzeczpospolita - jak dotąd jedenaście razy przez dwadzieścia lat. W tym pięć razy przez ostatnie trzy lata.
Mowa oczywiście o dzisiejszym temacie numer jeden, czyli kolejnej żałobie narodowej. Bardzo ciekawy trend, prawda?
Ciekawe jest też porównanie przyczyn. W Drugiej RP i w PRL-u żałobę ogłaszano wyłącznie po śmierci znaczących postaci (jak Narutowicz, Piłsudski, Stalin, Bierut czy Wyszyński), Kwaśniewski ogłaszał ją tylko przy okazji naprawdę ważnych wydarzeń (powódź, jedenasty września, tsunami czy śmierć papieża), a Kaczyński? Zawalona hala, eksplozja w kopalni, wypadek autobusu, katastrofa lotnicza, pożar w hotelu. Bez wątpienia tragedie, ale czy rzeczywiście ważne dla całego narodu i zasługujące na taką "nobilitację"? Pytanie czysto retoryczne - wiadomo, że chodzi o PR i nic więcej.
Napisałbym jeszcze coś o innej statystyce, ale tu już mnie uprzedził Modrzew, z którym całkowicie się zgadzam i solidaryzuję, ale layoutu na różowo nie chce mi się przerabiać;-).
Ale mniejsza o żałobę, bo to w sumie drugorzędna kwestia. Gorzej, że po raz kolejny słyszę, że Kaczor z Donaldem już się spieszą z rozdawaniem państwowej kasy ofiarom pożaru. I to mnie już naprawdę wkurza, bo codziennie dziesiątki ludzi tragicznie giną i ich rodzinom jakoś władza pięniędzy nie daje - tak jakby istniała jakaś różnica między ofiarą małej i dużej katastrofy. Tzn. z punktu widzenia mediów - a zatem i polityków - oczywiście istnieje, ale w takim razie mogliby z łaski swojej sypać swoimi własnymi pieniędzmi, a nie robić sobie kampanię wyborczą za nasze.
No i ostatni kretynizm, czyli natychmiastowe podróże premiera i prezydenta na miejsce katastrofy, gdzie nie tylko nie są do niczego potrzebni, ale jeszcze nierzadko przeszkadzają w akcji ratunkowej, bo część służb musi nadskakiwać jaśnie panom zamiast normalnie pracować. Cóż, służba nie drużba, ale mam nadzieję, że trafi się kiedyś jakiś poszkodowany, który podczas transmisji na żywo z miejsca katastrofy poczęstuje zatroskanego prezydenta czy premiera ciętą ripostą wujka Staszka.
Tytułem podsumowania - nie o żałobie, ale bardzo à propos.
Prezydent wreszcie podpisał nowelizację ustawy podatkowej, dzięki której znika w końcu kretyński wymóg używania podpisu elektronicznego przy składaniu PIT-ów przez sieć. Przy odrobinie szczęścia będzie można wypełnić zeznanie w necie jeszcze przed świętami. Witamy w dwudziestym wieku!
Dlaczego nie w dwudziestym pierwszym? Ano dlatego:
Do wysłania PIT-u tą drogą potrzebny będzie komputer z systemem operacyjnym Windows 2000, XP lub Vista i skonfigurowanym dostępem do internetu. Do tego oprogramowanie Adobe Reader w wersji 8.0 lub wyższej z zainstalowaną tzw. wtyczką do tego programu.
Cóż, żadna to nowość, że nasze instytucje państwowe z uporem maniaka promują jedynie słuszne oprogramowanie (akurat Windy używam, ale Adobe Readera nie trawię, a pluginów do otwierania PDF-ów przez przeglądarkę nienawidzę). Żadna też nowość, że najprostsze i najlepsze rozwiązania (czyli w tym przypadku formularze w HMTL-u) muszą być prośbą i groźbą wymuszane, bo urzędnicy robią co w ich mocy, żeby nam utrudnić życie. Ale jakiś krok do przodu został zrobiony, więc może kiedyś nasza skarbówka i w dwudziesty pierwszy wiek wejdzie. Trzeba wierzyć.
Wczoraj wieczorem Ryszard Forbrich, szerzej znany jako "Fryzjer", szef mafii ustawiającej mecze, został skazany za udział w aferze korupcyjnej na trzy i pół roku więzienia i 320 tys. PLN grzywny. Kara nad wyraz łagodna, biorąc pod uwagę szkody, jakie on i jemu podobni wyrządzili polskiej piłce. Niniejszym życzę mu zatem z całego serca, żeby przyszło mu odsiadywać ten wyrok w przepełnionej dziesięcioosobowej celi z gorącymi kibicami np. Aluminium Konin, którzy doskonale pamiętają finał Pucharu Polski z roku 1998 i chętnie dadzą Forbrichowi do zrozumienia, co na ten temat sądzą.