Blog Day 2009

Dodane 31 sierpnia 2009 w kategorii Net.

Cholera by wzięła, problem z wyborem blogów godnych polecenia miałem jeszcze większy niż rok temu. Ale jakoś poszło:

Bookcase Porn - spokojnie, żadnej golizny tu nie znajdziecie - autora podniecają tylko szafki i półki na książki. Cóż, różne są zboczenia.

Spod pędzla - a tu dla odmiany golizna występuje dosyć często, co i nie dziwi, bo wśród artystów pełno jest świntuchów. Ale nie tylko dlatego polecam.

Plakaty filmowe - tytuł mówi chyba wszystko, a plakat jaki jest, każdy widzi - czasem arcydzieło, czasem katastrofa...

Neurotyk.net - neurologia, psychologia, technologia i tak dalej, czyli wszystko o mózgu i pokrewnych sprawach.

Kurwa mać! - tytuł nieładny, a i blog to formalnie nie jest, ale co tam - rysunki Marka Raczkowskiego są godne polecenia pod byle jakim pretekstem;-).

A gdyby komuś jeszcze było mało świętowania, przypominam o linkach po prawej (swoją drogą, ciekaw jestem, jak wygląda ich klikalność - szkoda, że nie ma tego jak sprawdzić).

Europa zaczyna, Polska kończy

Dodane 27 sierpnia 2009 w kategorii Futbol.

To jest już koniec, nie ma już nic. Porażka Lecha z FC Brugge oznacza, że po raz drugi w ciągu ostatnich trzech lat nasze zespoły w komplecie poodpadały z pucharów już w rundach eliminacyjnych, zanim europejska czołówka w ogóle zaczęła grać. Nic nam po reformie Platiniego - upadliśmy tak nisko, że już nawet do dolnej strefy stanów średnich nie możemy się zaliczać. I nie ma już absolutnie żadnego kraju w Europie i okolicach, który by marnował swój futbolowy potencjał choćby porównywalnie z nami - skoro nawet Węgry wreszcie się dorobiły klubu w Lidze Mistrzów (Debreczyn, w przeciwieństwie do Wisły, jakoś potrafił pokonać Levadię Tallin), to z góry możemy patrzeć już tylko na Kazachstan i kilka malutkich państewek. A i to już pewnie niedługo, jak tak dalej pójdzie.

Gdyby nie Euro 2012, doprawdy nie widziałbym żadnych przeciwwskazań dla wprowadzenia komisarza do PZPN - skoro i tak nasze kluby nie są w stanie wejść choćby do pierwszej rundy, to co nam zaszkodzi dyskwalifikacja?

Przeczytane w czerwcu

Dodane 24 sierpnia 2009 w kategorii Literatura.

Tęcza grawitacji (Thomas Pynchon)

Tęcza grawitacji | Thomas Pynchon (Prószyński i S-ka)

Zbliżają się do rozległej improwizacji z cegieł, wiktoriańskiej parafrazy dążeń, które niegdyś, dawno temu, zaowocowały katedrami gotyckimi, powstałej jednak już nie z potrzeby pięcia się ku niebiańskiemu Bogu poprzez porządkowanie odpowiedniech chaosów, lecz wskutek zagubienia celu, wskutek zwątpienia w rzeczywiste lokum Boga (lub, w paru wypadkach, w jego istnienie), narodzonej z okrutnej sieci chwil odczuwanych zmysłami, z której nie sposób było się wyrwać, wobec czego ukierunkowała wysiłki budowniczych nie ku niebu, lecz z powrotem na lęk, na najzwyklejszą ucieczkę dokądkolwiek, byle najdalej od tego, co kopcące kominy, ekstrementy ulicy, rudery bez okien, skórzane kłębowiska pasów napędowych, szczurze i musze królestwa-widma, płynne i cierpliwe, mówiły o szansach na miłosierdzie w tamtym roku. Zabrudzony kompleks z cegieł znany jest jako Szpital Chorób Tropikalnych i Schorzeń Układu Oddechowego pod wezwaniem Świętej Weroniki od Prawdziwego Wizerunku, a do jego etatowych lekarzy zalicza się doktor Kevin Spectro, neurolog i niedzielny pawłowista.

Uff. Jeśli kogoś podnieca perspektywa czytania takich wywodów przez sześćset stron (dużego formatu, małą czcionką), to gorąco polecam. Pynchon wprost uwielbia piętrowe metafory, wielokrotnie złożone zdania ciągnące się w nieskończoność i akapity długie przynajmniej na pół strony - ten zacytowany powyżej jest akurat jednym z krótszych i jaśniejszych. Ja niestety nie podzielam tego uwielbienia - jakoś wolę książki, z których da się cokolwiek zrozumieć bez czytania każdego zdania po trzy razy. A tu do potwornie ciężkiej formy dochodzi mocno zagmatwana treść gęsto przetykana dygresjami na wszelkie tematy, wywołującymi ogólny zamęt i mętlik w głowie. Być może jest w tym wszystkim jakiś głębszy sens, przesłanie i tak dalej, ale nie starczyło mi determinacji, żeby to odkryć. Zmęczyłem pierwszy rozdział (140 stron), na więcej nie mam siły ani ochoty.

Oceny nie wystawię, jako że nie przeczytałem całości. Może kiedyś spróbuję...


Jak zatruć życie webdeveloperowi

Dodane 18 sierpnia 2009 w kategorii Absurdy.

Jeśli jesteś grafikiem:


Dawno temu w grach (Bartłomiej Kluska)

Dodane 10 sierpnia 2009 w kategorii Literatura.

Dawno temu w grach | Bartłomiej Kluska (Orka)

Pierwsze wrażenie po otwarciu koperty (bo książkę można kupić tylko wysyłkowo) jest nienajlepsze: cienka książeczka na takim sobie papierze nie zachwyca wyglądem. No ale nie ocenia się książki po okładce, a zawartość przezentuje się na szczęście dużo lepiej. Trudno, żeby było inaczej, skoro autor to zasłużony weteran i długoletni publicysta CDA, znany z artykułów o historii gier.

A historia ta jest dużo dłuższa, niż by się mogło wydawać, bo sięga roku... 1952. W tych to prehistorycznych czasach, kiedy na Kremlu siedział Stalin, a w Polsce socrealiści opiewali cud techniki zwany traktorem, pewien amerykański naukowiec stworzył w ramach doktoratu program do gry w kółko i krzyżyk - działający na komputerze wielkości kilku szaf, z wyświetlaczem o niewiarygodnej rozdzielczości 35x16 pikseli. No ale w tamtych czasach wyświetlacz sam w sobie był luksusem, bo większość komputerów mogła tylko drukować wyniki na papierze. Nic więc dziwnego, że kolejna gra, napisana sześć lat później, jako ekranu używała oscyloskopu, a urządzenia do sterowania nią autor musiał sam skonstruować. Cóż, los pionierów zawsze był ciężki, a ich wysiłek niedoceniony.

Później oczywiście było tylko lepiej. Rozwój technologii pozwolił z czasem tworzyć gry z prawdziwego zdarzenia, a potem i zarabiać na nich pieniądze - ale to dopiero dwadzieścia lat po wspomnianej pracy doktorskiej. Polska była wtedy, jak wiadomo, sto lat za Afroamerykanami, więc na pierwszą "prawdziwą" grę made in Poland musieliśmy czekać aż do roku 1986, kiedy powstała "Puszka Pandory" - prosta przygodówka w trybie tekstowym. Co ciekawe, jej autorem był Borek - legendarny (baczność!) naczelny (spocznij!) równie legendarnego Top Secretu. Czasy nadal były pionierskie - recenzja w Bajtku pojawiła się dopiero trzy lata później i była to prawdopodobnie jedyna recenzja w ogóle. Dziś, gdy Polacy tworzą hity pokroju "Wiedźmina" czy "Call of Juarez", a czasopism i stron o grach mamy legion, brzmi to jak bajka o żelaznym wilku.


Y: Ostatni z mężczyzn

Dodane 05 sierpnia 2009 w kategorii Literatura.

Y: Ostatni z mężczyzn | Vaughan, Guerra (Manzoku)

Od upadku "Thorgala" tudzież zakończenia "Kaznodziei" i "Sandmana" mocno mi brakuje dobrej serii komiksowej. One-shotów na wysokim poziomie wychodzi całkiem sporo, ale z seriami gorzej - poza "Lucyferem" nie ma prawie niczego godnego uwagi. Gdy zatem pojawił się "Y", bardzo dobrze oceniany i nagrodzony Nagrodą Eisnera za scenariusz, dużo sobie po nim obiecywałem.

Zaczyna się, zgodnie z zasadą Hitchcocka, od trzęsienia ziemi, i to nie byle jakiego. Oto pewnego pięknego dnia, bez żadnej widocznej przyczyny, jednocześnie na całym świecie, w ciągu kilku chwil umierają wszyscy mężczyźni. No, prawie wszyscy. Jedynym ocalałym jest niejaki Yoryk Brown - młody bezrobotny z Nowego Jorku. Los mężczyzn podzielają zresztą samce wszystkich gatunków - z wyjątkiem jednego małpiszona wabiącego się Ampersand i należącego (cóż za przypadek) do Yoryka. Niezły początek, a autorzy przedstawili kataklizm naprawdę świetnie - bez fajerwerków, bez taniego efekciarstwa, umiejętnie budując napięcie odliczaniem do "godziny zero", której nikt z bohaterów się nie spodziewa.

Cóż zatem począć z tak pięknie rozpoczętym komiksem? No właśnie, tu się zaczyna problem. Yoryk dociera do Waszyngtonu, spotyka się z nową panią prezydent i w prawdziwym świecie na tym by się skończyło - rząd zamknął by go w bazie wojskowej otoczonej kordonem czołgów, zaprzągł do jakże przyjemnego odtwarzania gatunku, ludzkość (przynajmniej w USA) byłaby uratowana i mielibyśmy happy end... ciut za połową pierwszego tomu. Trochę za szybko, więc zamiast tego mamy ulubioną zagrywkę amerykańskich scenarzystów, czyli pozbawienie bohaterów zdrowego rozsądku. Pani prezydent wysyła Yoryka do Bostonu celem odnalezienia wybitnej genetyczki, która ma ustalić, dlaczego akurat jemu udało się przeżyć. Samo w sobie niezbyt to mądre, ale nie dość na tym - wysyła go tam pieszo, w towarzystwie raptem jednej agentki, pomimo że świat po katastrofie jest pełen niebezpieczeństw, a największe z nich to amazonki - kobiety, które uznały śmierć mężczyzn za swoje wyzwolenie, a gdy dowiadują się o jednym ocalałym, oczywiście stawiają sobie za cel jego likwidację...


Święto

Dodane 01 sierpnia 2009 w kategorii Absurdy.

Dwa tygodnie temu mieliśmy rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Ciężko było to zauważyć.

Za dwa tygodnie będziemy mieć rocznicę bitwy warszawskiej. Zauważyć ją będzie można co najwyżej przy okazji parady wojskowej.

Dziś mamy rocznicę... wiadomo czego. Wiadomo, bo od kilku lat nie zauważać jej się nie da, strach nawet lodówkę otworzyć.

Ciekawi mnie tylko jedno - gdyby to powstanie jakimś cudem skończyło się zwycięstwem, czy również byśmy jego rocznicę tak hucznie obchodzili, czy też podzieliłoby ono los dwóch wspomnianych bitew?

« starsze wpisy nowsze wpisy »
© 2006, Powered by Jogger, layout by Cichy