Bilans księgowy
Dodane 30 września 2009 w kategorii Literatura,Prywata.Wystrugałem sobie ostatnio bazę przeczytanych książek. Nic wielkiego, ale zabawek nigdy za dużo [tu miałem dać uśmieszek, ale że mamy dzisiaj dzień bez emotikonek, to się powstrzymałem]. Baza, jak to baza, doskonale się nadaje do celów statystycznych, a moje ego domaga się okresowego łechtania, więc się pochwalę kilkoma ciekawszymi liczbami:
Przez dwadzieścia kilka lat odkąd nauczyłem się czytać, przeczytałem przynajmniej 695 książek napisanych przez 296 osób. Przynajmniej, bo oczywiście nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich lektur z dzieciństwa, więc w rzeczywistości było tego pewnie o kilkadziesiąt tytułów więcej.
Czołowa dziesiątka (a właściwie jedenastka) najczęściej czytanych autorów:
1. Stanisław Lem - 28
2. Robert Silverberg - 23
3. Philip K. Dick - 22
4. Terry Pratchett - 18
5. Arkadij i Borys Strugaccy - 15
6-7. Michael Crichton, Stephen King - po 13
8. Andrzej Sapkowski - 11
9-11. Mario Vargas Llosa, Zbigniew Nienacki, Kurt Vonnegut - po 9
Dalej rozkład liczby książek na autora wygląda następująco:
8 * 2
7 * 6
6 * 6
5 * 8
4 * 12
3 * 18
2 * 32
1 * 176
Jak widać, różnice "majątkowe" są potężne, aczkolwiek zasada Pareto (80/20) się tu nie stosuje - czołowe 20% autorów daje "tylko" ciut ponad 57% całości. Biorąc jednak pod uwagę, że zarówno liczba autorów jak i siła czołówki stale rośnie, prędzej czy póżniej magiczne 80% pewnie się uzbiera.
Dużo ciekawsza byłaby pewnie statystyka chronologiczna, pokazująca jak z wiekiem zmieniały się moje gusta - niestety, tu znowu pamięć zawodzi. Ale cóż - skoro baza już jest, to wystarczy tylko poczekać kilkanaście lat [tu miał być kolejny uśmieszek].
A gdyby tak odpowiadać na spamy?
Dodane 17 września 2009 w kategorii Net.Nie, tytułowe pytanie nie jest prowokacją ani (mam nadzieję) objawem choroby umysłowej. Pytam całkiem serio, jako że przyszło mi ostatnio do głowy następujące spostrzeżenie - skoro spamerzy wysyłają codziennie miliardy maili, to byłoby dla nich zupełną katastrofą, gdyby ludzie, zamiast te maile ignorować, zaczęli na nie masowo odpowiadać. Spamerzy oberwaliby własną bronią, zmuszeni do przekopywania się przez miliony bezwartościowych odpowiedzi w poszukiwaniu tych nielicznych dla nich ważnych. Czy to by nie było piękne?
Oczywiście pomysł przekonywania milionów internautów do korespondowania ze spamerami to kompletna utopia, bo komu by się chciało. Ale od czego nowoczesna technologia? Można by przecież użyć do tego specjalnie wytrenowanych botów, zintegrowanych z programami pocztowymi lub/i serwerami, które to boty już przy dzisiejszym poziomie technologii byłyby w stanie generować w miarę realistycznie brzmiące odpowiedzi. Na dłuższą metę oczywiście żaden istniejący dziś bot nie da rady przekonująco udawać człowieka, ale niechby zamienił ze spamerem choćby trzy-cztery maile - już to by oznaczało dla spamerów nawał dodatkowej pracy, a co za tym idzie, drastyczny spadek opłacalności, jeśli takiego bota by używał chociaż co setny odbiorca.
Oczywiście spamerzy mogliby na to odpowiedzieć własnymi botami, ale takie rozwiązanie miałoby z ich punktu widzenia kilka sporych wad. Po pierwsze, tak czy siak musieliby wysyłać dużo więcej maili niż obecnie, a łącza nie są z gumy. Po drugie, nie sztuka doprowadzić do niekończącej się wymiany korespondencji między dwoma botami - sztuka rozpoznać, że ten na drugim końcu kabla to też bot, żeby móc z czystym sumieniem korespondencję zakończyć. Po trzecie, jeszcze większa sztuka to rozpoznanie, że korespondent nie jest botem, tylko żywym jeleniem, który faktycznie chce kupić Viagrę za półdarmo albo uratować demokrację w Nigerii - no i przekonanie tego jelenia, że nie rozmawia z botem, tylko z żywym nigeryjskim dysydentem czy powiększaczem penisów. A tu już skuteczność musi być spora, bo jeleni jest niewiele i każdy zniechęcony przez bota lub pomyłkowo odrzucony oznacza dla spamera spore straty.
Pytanie tylko - czy dobrze kombinuję, czy mój pomysł ma jakieś słabości, których nie uwzględniłem?
WTC i WTS, czyli rzecz o samodzielnym myśleniu
Dodane 11 września 2009 w kategorii Absurdy,Przemyślenia.Kolejna (poniekąd okrągła) rocznica ataku na WTC jak zwykle zaowocowała wysypem tekstów dowodzących, że cały ten atak to jedna wielka mistyfikacja, za którą stoi Bush, a za nim najprawdopodobniej Żydzi i masoni. Wyznawcy teorii spiskowych (których z braku krótszego synonimu będę dalej nazywać skrótowo WTS) po raz kolejny zaczęli nam wmawiać, że wieże WTC nie miały prawa się zawalić, dziura w Pentagonie była za mała i tak dalej. I po raz kolejny udowadniają, że choć uważają się za jedynych samodzielnie myślących, w rzeczywistości samodzielnie myśleć ani trochę nie potrafią i to właśnie im można wcisnąć dowolną brednię, jeśli się ją opatrzy odpowiednią etykietką. Przy czym bredni tej nie tylko w żaden sposób nie zweryfikują (bo i po co, anonimowi twórcy stron o spiskach z całą pewnością mówią samą prawdę, a wstukanie paru słów w Google jest niesamowicie trudne), ale nawet nie pomyślą przez parę chwil, czy to się w ogóle kupy trzyma i co z tego wynika. Logiczne wnioskowanie jest dla leszczy, WTS logiki nie potrzebują.
Przykłady? Zacznijmy od twierdzenia, jakoby budynki WTC zostały zaminowane przed atakiem, a ich zawalenie się nie było skutkiem uderzeń samolotów tylko właśnie zdetonowania bomb. Pomijając nawet całkowity brak dowodów, pozostaje pytanie o sens takiej operacji - raz, że zaminowanie po kryjomu budynków tej wielkości graniczyłoby z cudem (a WTS twierdzą, że zrobiono to dwa tygodnie przed atakiem - niestety nie tłumaczą, jakim cudem nikt z kilkudziesięciu tysięcy ludzi w WTC tak długo żadnej bomby nie zauważył); dwa, że byłoby to zbyteczne - nawet gdyby budynki się nie zawaliły, to same uderzenia samolotów już wywołały gigantyczny szok; trzy, że oznaczałoby to gigantyczne ryzyko zdemaskowania - wystarczyłaby jedna przedwczesna eksplozja (wywołana chociażby uderzeniem samolotu), albo przeciwnie, jeden niewypał, żeby sprawa była nie do zatuszowania - a przecież bomb musiałyby być dziesiątki, jeśli nie setki. Poza tym spiskowcy nie mogli zaplanować co do metra, w którym miejscu uderzą samoloty, więc skąd mieliby wcześniej wiedzieć, jak te bomby dokładnie rozłożyć? Na wyczucie?
Inny przykład - dziennikarka BBC, która poinformowała o zawaleniu się WTC7 dwadzieścia minut przed faktem. WTS doznają niemalże orgazmu, gdy o tym mówią - patrzcie, taki dowód słuszności naszej teorii, cały świat to widział, nikt temu nie zaprzeczy! No i owszem, nie da się zaprzeczyć, że tak było - ale co z tego wynika? Czyżby dziennikarka dostała od spiskowców rozpiskę, co ma się kiedy zawalić, i komuś pomyliła się godzina? Chyba nawet najzagorzalszy WTS przyzna, że to absurd. Jakie jest zatem wytłumaczenie, poza tym prozaicznym, że dziennikarka po prostu nie znała numeracji tych budynków i mówiła o którymś innym, albo się przejęzyczyła, albo jeszcze coś innego jej się pomyliło? I po co w ogóle spiskowcy mieliby ją w cokolwiek wtajemniczać - szczególnie, że ani nie była ona Amerykanką, ani nie pracowała dla amerykańskiej stacji? Wierzę, że WTS kiedyś znajdą jakąś sensowną odpowiedź, ale jak dotąd, o ile mi wiadomo, nie zdołali tego zrobić.
Najtrudniejsze pytania dla ateistów
Dodane 06 września 2009 w kategorii Nauka,Przemyślenia.Dwa tygodnie temu Adriano poprosił "wierzącą załogę Joggera" o podanie najtrudniejszych pytań, jakie można zadać ateistom. Wierząca załoga niespecjalnie się spisała - pytań pojawiło się niewiele, w większości banalnych, oklepanych i przede wszystkim bardzo prostych. Fakt, że zadanie nie było łatwe, bo i ciężko znaleźć pytanie, na które ateista nie odpowie, a wierzący będzie w stanie powiedzieć cokolwiek sensowniejszego niż "niezbadane są wyroki boże". I vice wersa zresztą - mimo wysiłku pokoleń filozofów jak dotąd nie udało się znaleźć żadnych nieusuwalnych sprzeczności ani w teistycznej ani w ateistycznej wizji świata. Nie znaczy to jednak, że problemów mogących spędzić bezbożnikowi sen z powiek w ogóle nie ma. Są przynajmniej dwa, które spać mi wprawdzie nie przeszkadzają, ale przejść obok nich obojętnie się nie da.
Problem pierwszy: czym jest świadomość? Z punktu widzenia religii wszystko jasne - świadomość to po prostu dusza (czy też jej manifestacja), stworzona przez Boga, unikalna i niepoznawalna dla innych. Jeśli jednak podejdziemy do sprawy naukowo, robi się trudniej. Przede wszystkim: jak w ogóle wykryć istnienie świadomości? Wiemy, że sami jesteśmy istotami świadomymi (a ściślej rzecz ujmując, ja wiem, że jestem istotą świadomą), ale o innych można to tylko domniemywać per analogiam, co oczywiście może być tylko złudzeniem. W rzeczywistości wszyscy inni mogą być przecież bezdusznymi maszynami (zbudowanymi z białka, ale jednak) i nie ma żadnego sposobu, żeby się o tym przekonać.
Owszem, moglibyśmy się zadowolić intuicyjnym pojmowaniem świadomości, ale raz, że nasza wrodzona ciekawość na to nie pozwala, a dwa, że problem jest nie tylko teoretyczny - odkąd naukowcy pracują nad stworzeniem sztucznej inteligencji, nie sposób uciec od pytania: po czym poznamy, że ta sztuczna inteligencja rzeczywiście myśli i czuje, a nie tylko doskonale symuluje procesy myślowe? Jedno z drugim nie jest tożsame, o czym świadczy problem chińskiego pokoju. Jak zatem rozpoznać obecność świadomości? Na dzień dzisiejszy żadnego sensownego pomysłu nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie.
Na dobrą sprawę istnienie świadomości wydaje się bowiem do niczego niepotrzebne - na ile jesteśmy w stanie to stwierdzić, wszelkie nasze zachowania, emocje i procesy myślowe można sprowadzić do chemii i fizyki - nie ma ani żadnego elementu, który by wymagał istnienia świadomości, ani niczego, na co by świadomość mogła oddziaływać sama w sobie. Innymi słowy, choć świadomość bez wątpienia istnieje, nie widać żadnego powiązania między nią a światem fizycznym - a więc być może w ogóle nie jest ona naukowo poznawalna. Brzmi to niepokojąco, bo racjonalne spojrzenie na świat przyjmuje niepisane założenie, że świat jest poznawalny, a sukcesy nauki w odkrywaniu tajemnic wszelakich systematycznie nas w tym upewniają. Oczywiście istnieje możliwość, że i ten problem kiedyś rozgryziemy - bądź co bądź naukowcy dokonali już wielu rzeczy, które nie dalej jak sto czy dwieście lat temu wydawały się absolutnie niewyobrażalne - więc kto wie. Póki co jednak pytanie o naturę świadomości musi pozostać bez odpowiedzi.




