Debata po polsku

Dodane 30 czerwca 2011 w kategorii Absurdy.

Zebranie właścicieli mieszkań. Nie pierwsze, a nawet nie dziesiąte, ale i tak już samo ustalenie porządku obrad trwa i trwa. Kiedy w końcu udaje się wybrać przewodniczącego zebrania i uspokoić towarzystwo, zaczyna się rozwlekłe gadanie o jakichś procedurach, co i rusz przerywane kolejnymi próbami zabrania głosu przez ludzi z sali. Zanim się wreszcie dowiadujemy, po co w ogóle to zebranie zwołano i nad czym mamy głosować, mija z pół godziny. Jak już wiemy, zaczyna się dyskusja, stopniowo - ale dosyć szybko - przechodząca w kłótnię, przekrzykiwanie się, walki o głos, nie obywa się oczywiście bez nieśmiertelnego "ja panu/pani nie przerywałem!" i symultanicznych pojedynków słownych, w których nikt nikogo nie słyszy, a nawet jak słyszy, to i tak nie słucha.

Po prawie dwóch godzinach udaje nam się wybrać... metodę głosowania. A raczej udałoby się, gdyby było kworum. Ponieważ trochę zabrakło, nieobecni dostaną karty do głosowania pocztą i dopiero jak padnie wystarczająco dużo głosów, to na następnym zebraniu będzie można przejść do głosowania nad meritum. W sumie dobrze, bo może będzie okazja, żeby to meritum przedyskutować - dziś jakoś zabrakło na to czasu...

Co tu dużo mówić - aż się prosi, żeby to podsumować wiadomym cytatem z Bismarcka. Jeśli nie potrafimy się dogadać nawet w najbardziej banalnych i przyziemnych sprawach, to i trudno się dziwić naszym posłom, że nigdy nie mogą dojść do sensownego porozumienia w sprawach wyższej wagi.


Filozofia przypadku (Stanisław Lem)

Dodane 28 czerwca 2011 w kategorii Literatura.

Filozofia przypadku | Stanisław Lem (Agora)

[tom 26 Lemowej Kolekcji]

Uff! Takiej ciężkiej lektury (także dosłownie - ponad 600 stron maczkiem) to już dawno nie miałem. Jeśli wcześniej narzekałem na wysiłek potrzebny do przegryzienia się przez pierwszy tom "Fantastyki i futurologii", to teraz przyznaję, że nie wiedziałem co mówię - w porównaniu z "Filozofią przypadku" to była naprawdę bułka z masłem. A porównanie jest o tyle łatwe, że obie książki poruszają w dużej mierze ten sam temat, czyli teorię literatury - co przy okazji trochę ułatwia lekturę, bo niektóre tezy i zagadnienia się powtarzają (część z nich poruszał także "Mój pogląd na literaturę") i nie trzeba się wszystkiego uczyć od początku.

A uczyć jest się czego: na dzień dobry mamy fenomenologiczną teorię dzieła literackiego, potem idzie semantyka językowa i kulturowa, analiza dzieła za pomocą teorii informacji, teorii gier, cybernetyki, stochastyki, a nawet genetyki, wreszcie socjologiczne i kulturowe usytuowanie dzieła, metody poznawcze, genologia, metakrytyka - i tak dalej, i tak dalej. A oprócz tego polemiki z różnymi szkołami i teoriami literaturoznawstwa, no i oczywiście rozliczne dygresje na rozliczne tematy. Nie dla mięczaków, zdecydowanie.

OK, mógłby ktoś powiedzieć, ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi? No cóż, najogólniej rzecz biorąc, chodzi o to, że autor proponuje nowe, bardziej naukowe spojrzenie na literaturę, przesuwające literaturoznawstwo w kierunku nauk ścisłych, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Stąd wspomniana cybernetyka i inne dalekie od literatury dziedziny, które Lem próbuje zaprząc do analizy dzieła literackiego, np. analizując przepływ informacji od autora do czytelnika lub przedstawiając lekturę jako grę między czytelnikiem i autorem (dość osobliwą, bo tylko autor zna jej reguły, którymi w dodatku może manipulować do woli).

Efekty tych prób są jednak mocno wątpliwe - przedstawienie książki jako genotypu, a jej odbioru jako fenotypu, jest niewątpliwie oryginalne i ciekawe, ale dla krytyki literackiej nic konkretnego z tego nie wynika - podobnie jak z większości zaprezentowanych tu pomysłów. Fajnie się o nich czyta, może i coś w nich jest, ale jak właściwie miałaby wyglądać ich realizacja? W jaki sposób krytyk miałby analizować utwór za pomocą teorii gier i jakie wnioski mógłby wyciągnąć z takiej analizy? Nie wiadomo. Odważnych teorii i postulatów nie brakuje, ale praktyka wydaje się autora zupełnie nie interesować.



Aborcja i gatunkizm

Dodane 23 czerwca 2011 w kategorii Przemyślenia.
Odczucie, że członkowie własnego gatunku zasługują na znaczniejsze względy niż członkowie innych gatunków, jest stare i głęboko zakorzenione. Zabijanie ludzi przy innej niż działania wojenne okazji uważa się za najpoważniejsze z popełnianych przestępstw. Jedynym czynem, którego nasza kultura zakazuje jeszcze surowiej, jest jedzenie ludzi (nawet, jeśli są już nieżywi). Członków innych gatunków zjadamy jednak z przyjemnością. Wielu z nas wzdraga się przed karą śmierci nawet dla najstraszniejszych ludzkich zbrodniarzy, a jednocześnie ochoczo aprobujemy zabijanie bez sądu względnie niegroźnych szkodników zwierzęcych. Co więcej, przedstawicieli jeszcze innych, niewadzących nam w niczym gatunków zabijamy dla rozrywki i odprężenia. Ludzki płód, w którym ludzkich uczuć jest tyle, co u ameby, doznaje o wiele większej czci i ochrony prawnej niż dorosły szympans. A przecież szympans czuje, myśli i - jak wskazują uzyskane ostatnio dane doświadczalne - jest nawet zdolny nauczyć się pewnej odmiany ludzkiego języka. Płód należy do naszego gatunku i dlatego przyznaje mu się pewne szczególne przywileje i uprawnienia. Nie wiem, czy można stworzyć logiczne podstawy etyki "gatunkowego szowinizmu" (speciesism), by użyć określenia Richarda Rydera, które brzmiałyby sensowniej niż podstawy "rasizmu".

Richard Dawkins, "Samolubny gen"

Ten przydługi cytat powinien sam w sobie wystarczyć do wywołania epic flejma burzliwej dyskusji, więc chyba nawet nie będę już nic do niego dodawać. Może oprócz tego, że sam jednoznacznego poglądu w tej kwestii jak dotąd nie mam.


Duke Nukum forever

Dodane 16 czerwca 2011 w kategorii Varia.

Przeszedłem to już kilka razy, ale przechodzę po raz kolejny, bo gierka zdecydowanie na to zasługuje. Fakt, grafika i oprawa dźwiękowa mogłaby być lepsza, ale nie czepiajmy się - trochę lat minęło, technologia poszła do przodu i w ogóle. Kuleje też trochę AI wrogów, często sprawiających wrażenie, że nasza obecność niespecjalnie ich obchodzi. Za to ich mnogość i różnorodność zachowań robi wrażenie - mamy potworki łażące po ścianach, wredne latające robociki z laserami, skaczące po platformach roboty bojowe, wielkie fioletowe króliki (hę?), a nawet helikoptery atakujące nas z wysoka i efektownie eksplodujące po zestrzeleniu.

Interakcja z otoczeniem niestety zawodzi - możemy rozwalać skrzynki z bonusami (jak również, co ciekawe, same bonusy) oraz kamery, które przyprawiają o paranoję ciągłym śledzeniem naszych ruchów (nawet gdy jesteśmy poza ich polem widzenia - ot, drobna niedoróbka programistyczna), z rzadka jeszcze się trafi ściana do do przebicia, ale na tym w zasadzie koniec. Pochwalić można natomiast fizykę - latające przeszkadzajki po rozwaleniu nie spadają pionowo, tylko po wyraźnej paraboli, a eksplozje dynamitu wywołują idącą po gruncie charakterystyczną falę uderzeniową.

Sam Duke również daje radę - wprawdzie nie potrafi kucać (czyżby sztywny kręgosłup moralny?), co czasem drażni, kiedy nie można przejść przez szczelinę sięgającą nam do pasa, ale wywija efektowne salta, a na niektórych levelach może uzyskać dodatkowe zdolności dzięki znalezionemu sprzętowi (np. chodzenie po suficie z pomocą szczypiec). Szkoda tylko, że nie jest tak gadatliwy jak w innych częściach - w przerywnikach czasem rzuci jakimś chojrackim tekstem, ale w czasie gry zero komentarzy, żadnego "It's time to kick ass and chew bubble gum" nie usłyszymy. Niestety, to zdecydowanie nie ten charyzmatyczny macho, którego gracze pokochali w DN3D.



Paradoks poznawczy

Dodane 12 czerwca 2011 w kategorii Nauka.

Skąd wiemy, że empiria się sprawdza?

No cóż - sprawdziliśmy to empirycznie.


Poselnische Wirtschaft #2

Dodane 06 czerwca 2011 w kategorii Net,Polityka.

Jakiś czas temu pisałem o stronie "Zadanie dla Posła". Objechałem ją wtedy od góry do dołu za rozliczne błędy i niedoróbki, kończąc jednak stwierdzeniem, że pierwsze śliwki robaczywki, więc może z czasem jakoś to zacznie wyglądać. Od tamtej pory minęły trzy miesiące z okładem, można więc się przyjrzeć po raz drugi i ocenić, czy faktycznie nastąpiły jakieś postępy.

I owszem, jakieś nastąpiły: trochę doczesali layout, można wybrać metodę sortowania zadań (chronologicznie lub według popularności), widać ich status (oczekujące/realizowane/zakończone), można też poznać pełny skład zespołu, który za tym stoi - a okazuje się on całkiem spory, bo liczy aż siedemnaście osób. Niestety, to już wszystkie zmiany na lepsze, jakie przez te trzy miesiące nastąpiły. Pozostałe uwagi z poprzedniego wpisu pozostają aktualne: nadal mamy niepoprawnie i niekonsekwentnie używany AJAX, nie ma komentarzy do zadań, można głosować nawet na te już zakończone, wyszukiwarki brak, ciągle tylko pięć zadań na stronie (a tych stron zrobiło się już 29) i tak dalej.

Postępów zatem praktycznie nie ma, natomiast w paru kwestiach nastąpił nawet regres. Na liście zadań opisy zostały skrócone do jakichś dwustu znaków, przez co mało który widać od razu w całości. Przycisk "więcej", poprzednio słusznie wyświetlany tylko przy opisach przekraczających limit znaków, teraz pokazuje się przy wszystkich, przez co często nie wiadomo, czy klikanie ma sens. Nagłówek strony tak się rozrósł w pionie (zupełnie niepotrzebnie zresztą), że na netbooku zajmuje prawie całą wysokość ekranu. W nagłówku tym widzimy link do bloga - a blog, mało że na Onecie, to jeszcze zupełnie pusty, nie ma nawet powitalnego wpisu czy choćby nieśmiertelnego "strona w budowie".

Co by tu jeszcze zmieszać z błotem? Ach prawda, działalność - przecież po coś ta strona powstała. Użytkownicy wrzucili prawie 150 zadań - czasem debilnych ("płaćmy uczniom za chodzenie do szkoły"), czasem nierealnych, czasem nazbyt ogólnikowych, po części też się dublujących (JOW czy obniżka podatków pojawiają się kilkanaście razy), więc powiedzmy, że połowa tej liczby byłaby do rozważenia. Przy wspomnianych siedemnastu osobach w zespole dawałoby to raptem 4-5 zadań na osobę, przez ponad trzy miesiące. A jak jest w praktyce? Otóż zadań oznaczonych jako zakończone, mamy... trzy. Zadań w realizacji - dwa. Obie liczby nie zmieniają się już od dobrych kilku tygodni. Czy oni tam w ogóle coś jeszcze robią?

Chyba nie. Na Facebooku ich ostatni wpis pochodzi sprzed - bagatela - dwóch miesięcy. Boks z profilem na Twitterze w ogóle pusty - najpewniej dlatego, że profil przestał istnieć. Wysłałem maila z uwagami - kilka tygodni minęło, a odpowiedzi ani widu, ani słychu. Dodałem zadanie - nie pokazało się na stronie. Krótko mówiąc - wszystko wskazuje na to, że posłom minął słomiany zapał i ich wielki projekt będzie już tylko dogorywać w zapomnieniu.

Chcemy pokazać, że politycy nie zawsze muszą się kłócić i chcemy skupić się na tym co nas łączy, a nie na tym co nas dzieli - głosi slogan witający nas na stronie. Faktycznie, pokazali - że tym, co ich łączy, jest partactwo.