Cichy Fragles

skocz do treści

Vatran Auraio (Marek S. Huberath)

Dodane: 29 listopada 2011, w kategorii: Literatura

Vatran Auraio | Marek S. Huberath (Wydawnictwo Literackie)

Dziwność. Tak najkrócej można podsumować moje wrażenia po zakończeniu lektury. Powieść nawet jak na standardy Huberatha jest bowiem bardzo dziwna (czy to w kwestii budowy świata przedstawionego, czy to fabularnie) i – oględnie mówiąc – niełatwa w interpretacji, co widać zarówno w znakomitej dyskusji Szostaka, Orbitowskiego i Dukaja, jak i w relacji z debaty Stolyka Literackiego na ten temat. Jedni i drudzy kombinowali ostro, mnożąc tropy interpretacyjne, ale koniec końców w obu przypadkach stanęło na tym, że tak naprawdę żadnego solidnego tropu nie widać. Sam też żadnego nie znalazłem, chociaż gdyby zebrać do kupy pomysły z obu dyskusji, może by się dało do czegoś dojść… Ale po kolei.

Rzecz się dzieje na planecie przypominającej Ziemię, ale mocno się od niej różniącej przyrodą i klimatem. Rok trwa tam, jak można wydedukować z treści, mniej więcej cztery ziemskie lata, ale połowę tego czasu stanowi nocelj – ekstremalnie surowa zima, w czasie której grubość pokrywy śnieżnej sięga kilku metrów, a wszelkie życie zamiera. W sen zimowy zapadają nawet ludzie, osiągając stan wielomiesięcznego letargu za pomocą ziół i mikstur. Normalnie funkcjonować można tylko podczas medinocelja, ale i wtedy nie ma lekko – poza wczesną wiosną w powietrzu i wodzie pełno jest bliżej nieokreślonych zanieczyszczeń czy zarazków, w każdym razie czegoś szkodliwego dla zdrowia, przez co ludzie prawie nigdy nie żyją dłużej niż sześć-siedem tamtejszych lat, nawet jeśli unikną śmierci z łap poroka, medvada, mlokan jogra czy innego przedstawiciela tamtejszej fauny.

W takich to nieprzyjemnych warunkach musi sobie radzić mała, kilkudziesięcioosobowa społeczność zamieszkująca Matcinu Dolanu – względnie przyjazną dolinę odciętą od świata wysokimi górami. Odciętą na tyle skutecznie, że jej mieszkańcy nie mają pojęcia o reszcie świata – nie oddalają się zbyt daleko od swojej osady i nie mają pojęcia, czy poza nimi ktokolwiek na tej planecie mieszka, ani czy w ogóle istnieją jeszcze jakieś miejsca nadające się do życia. Tytułowy Vatran Auraio to formalny władca tej społeczności, w rzeczywistości jednak bardziej panuje niż rządzi – mieszka bowiem wysoko w górach, tylko czasem schodząc w dolinę na dzień czy dwa. Górskie powietrze jest mniej zanieczyszczone, więc on jako jedyny może dożyć sędziwego wieku, pełniąc rolę łącznika między pokoleniami i strażnika wiedzy przekazanej przez przodków – jego głównym zajęciem jest przepisywanie starych ksiąg, zanim się rozpadną.


ilustracje do książki zaczerpnięte z portfolio Marty Blachury

Jak można przypuszczać, przodkowie byli pochodzącymi z Ziemi kolonizatorami planety i z pewnością posiadali sporą wiedzę, jednak po wielu pokoleniach jej przekazywania zgodnie z zasadą głuchego telefonu pozostały z niej tylko strzępki. Przykładowo nasi bohaterowie wiedzą, że planeta jest okrągła, ale nie rozumieją działania grawitacji, więc interpretują to w taki sposób, że Matcina Dolana leży na szczycie kuli, a oddalanie się od niej grozi spadnięciem w kosmos. Jeden z mieszkańców nie do końca w to wierzy, więc przeprowadza eksperyment, obchodząc najdalsze znane zakątki i sprawdzając odchylenie sznurka z ciężarkiem od pionu – a że odchylenia nie stwierdza, wyciąga z tego logiczny wniosek, że… świat jest płaski.

Naprawdę dziwne jest jednak co innego: z niewiadomego powodu (efekt jakichś eksperymentów genetycznych?) ludzie mają tu wąskie biodra i ciasną miednicę, przez co kobiety nie są w stanie rodzić dzieci – zajście w ciążę kończy się dla nich tragicznie. Rozmnażanie jest więc możliwe tylko za pomocą vyletan bazinu – zbiornika corocznie napełnianego specjalną miksturą, dzięki której zarodki mogą się rozwijać poza organizmem, połączone z nim tylko pępowiną. Co więcej, jedna kobieta może w ten sposób „urodzić” wiele dzieci jednocześnie. problem w tym, że zanurzenie się w vyletan bazinu prowadzi do natychmiastowej śmierci, która jakoś jednak nie przeszkadza w zapłodnieniu i rozwoju płodów. Dzieci rodzą się zatem niemal dosłownie na zwłokach rodziców.

Rodziców, bo mężczyźni wchodzą do basenu razem z kobietami, czego nijak nie mogę zrozumieć – skoro potrzebni są tylko do zapłodnienia, to czemu poświęcają życie, zamiast załatwiać to bez wchodzenia do basenu? Gdzie tu sens, gdzie logika? Co prawda do vyletu idą tylko przedstawiciele najstarszego rocznika, którzy i tak mają marne szanse dożyć następnej wiosny, ale nie uzasadnia to skazywania ich na przedwczesną śmierć. Można by to jeszcze wytłumaczyć tradycją i ideologią, ale nie – jakkolwiek udział w vylecie jest traktowany jako oczywista oczywistość, elementu przymusu w tym nie ma – pojawia się bohaterka, która z niego zrezygnowała i nie spotyka jej z tego powodu ostracyzm społeczny – raczej współczucie, że umiera bezpotomnie. A mimo to mężczyźni tak po prostu godzą się na niepotrzebną śmierć? Nie wierzę.

Tym bardziej, że społeczność na nadmiar rąk do pracy nie narzeka, więc na zachowaniu mężczyzn przy życiu choćby kilka miesięcy dłużej powinno jej zależeć. A jeszcze bardziej na tym, żeby kobiety się nie uchylały od tego przykrego obowiązku – dzieci i tak rodzi się za mało, żeby zrównoważyć wysoką śmiertelność, więc społeczności w perspektywie najdalej paru pokoleń grozi zagłada. W takiej sytuacji należałoby się raczej spodziewać potężnej presji albo i przymusu, a nie dobrowolności w tak kluczowej sprawie. To drugi poważny zgrzyt. Trzeci to – co dość zaskakujące, biorąc pod uwagę autora – całkowity brak religii. Nie ma tu ani cienia sugestii, żeby bohaterowie w cokolwiek wierzyli czy choćby rozważali wiarę jako ideę, nawet ich rytuały pogrzebowe są całkowicie pozbawione akcentów religijnych czy metafizycznych. Biorąc pod uwagę ciężar życia w Matcinaj Dolane i ciągłą bliskość śmierci, wydaje się to psychologicznie nieprawdopodobne.

Z drugiej strony, jak tłumaczy sam autor w wywiadzie, jego zamysłem było postawienie pytania, „jak daleko można człowieka zmienić, żeby nim pozostał” – może zatem niezrozumiałe zachowania bohaterów należy tłumaczyć faktem, że oprócz ich biologii zmieniła się także psychika? Może, ale jeśli tak, to nie do końca się to udało – przynajmniej ja tu nie dostrzegłem jakiejś konsekwentnej przemiany, tylko zbiór niepowiązanych ze sobą dziwactw różnego kalibru. Choć fakt, że specjalistą od psychologii nie jestem, więc może po prostu zabrakło mi kompetencji, żeby ten zamysł pojąć.

Co do fabuły – nie będę oryginalny, powtarzając za chórem recenzentów, że budzi ona skojarzenia z „Chłopami” – podobnie jak u Reymonta mamy tu bowiem opisany jeden rok, jeden cykl życiowy, z przyciętymi na obu końcach wątkami, a losy bohaterów są zdecydowanie mniej ważne niż opis ich świata, kultury i mentalności. Drugie oczywiste skojarzenie to SF typu „world building”, gdzie pretekstowa fabuła służy wyłącznie przedstawieniu wymyślonego świata w działaniu, a wyznacznikiem wartości utworu jest oryginalność i dopracowanie tego świata. Jak na Huberatha wydaje się to jednak niezbyt ambitne zamierzenie, szczególnie że powieść powstawała – bagatela – trzynaście lat, a więc nawet dłużej niż monumentalne i grubo obrośnięte znaczeniami „Miasta pod skałą”. Szukanie drugiego albo i trzeciego dna jest zatem oczywistym odruchem.

Problem w tym, że jak już wspomniałem na wstępie, znaleźć je ciężko. Uczestnicy wspomnianych dyskusji skłaniali się – znając wcześniejsze utwory Huberatha – ku interpretacjom biblijnym, doszukując się klucza głównie w Księdze Rodzaju. OK, faktycznie można to tak interpretować, że Matcina Dolana to jakiś Raj na odwrót, Ajfrid i Alica to zniekształcone odbicia Adama i Ewy, a inteligentny porok symbolizuje węża – ale wydaje mi się to trochę naciągane, zbyt odległe te analogie, nie widzę odpowiednika Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego (chociaż może to zamierzony brak?), nie wiem również, co miałoby z takiej cudacznej alegorii wynikać. Koniec świata jako zdeformowane odbicie początku? Jest to jakiś pomysł, ale jakoś mi to nie gra i nie sądzę, żeby autor faktycznie miał coś takiego na myśli.

Może zatem – to już moje skojarzenie – mamy tu jakąś metaforę naszej cywilizacji? Zanik religijności, dołująca demografia, rozdzielenie seksu i prokreacji, zanieczyszczone środowisko – trochę podobieństw by się jeszcze znalazło, ale znowu różnic także nie brakuje, analogie mimo wszystko luźne, a Nieunikniony Upadek Zachodniej Cywilizacji to temat bardzo pojemny, dopasowywalny w zasadzie do wszystkiego i mocno oklepany, wałkowany przecież od stu lat przynajmniej (a złośliwa cywilizacja ciągle nie chce upaść, ale to temat na osobny wpis), więc i do tej wersji nie jestem przekonany. Ale innych wykombinować nie zdołałem, poza odjechanym pomysłem, że powieściowy świat to jeszcze jedna kraina w uniwersum „Gniazda światów” – kto zna obie powieści, może znaleźć parę zbieżności – ale to już w ogóle trudno traktować serio.

Cóż, może ktoś kiedyś rozgryzie, co autor miał na myśli. Niezależnie jednak od tego powieść zasługuje na uznanie, zarówno ze względu na świat przedstawiony, jak i na język – ze szczególnym uwzględnieniem licznych neologizmów, których przykłady starałem się wplatać w niniejszą recenzję. Nietrudno dostrzec w nich podobieństwo do jakiegoś słowiańskiego języka (czeski? chorwacki?), nietrudno też zauważyć ich specyficzną deklinację – całych zdań w tym języku prawie nie słyszymy, ale pojedyncze słowa pojawiają się wystarczająco często i w wystarczająco wielu formach gramatycznych, by dało się stwierdzić, że Huberath odrobił pracę domową z językoznawstwa, a nie tylko wymyślał dziwnie brzmiące słówka ad hoc, jak to często w fantastyce bywa.

Tom oprócz powieści zawiera także dwa starsze, publikowane już kiedyś opowiadania dziejące się w tym samym uniwersum. „Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe” przybliża nam fenomen cyvutów (w powieści występujących pod nazwą „lietuczan smyj„), gigantycznych stworzeń zdolnych podróżować przez przestrzeń kosmiczną – jak się okazuje, to dzięki nim ludzie mogli zacząć podbój kosmosu, a nie dzięki własnej technologii. „Maika Ivanna” z kolei opisuje cywilizację Sysunów, którzy wprawdzie gardzą ludźmi i uważają ich za diabły, ale właśnie dlatego przyjęli od nich chrześcijaństwo – ich prastare proroctwo mówiło bowiem, że przesłanie od Boga zostanie im przyniesione przez diabły. Bardzo fajny i jakże przewrotny pomysł – szkoda, że autor nie rozwinął go bardziej…

Ocena: 4+

Zobacz także: Gniazdo światów


Podobne wpisy