Cichy Fragles

skocz do treści

Bajty polskie (Bartłomiej Kluska i Mariusz Rozwadowski)

Dodane: 26 kwietnia 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Orka)

Recenzję „Dawno temu w grach” zakończyłem wyrażeniem nadziei, że na kolejną polską książkę o grach komputerowych nie będziemy musieli znowu czekać dziesięć lat. Rzeczywistość okazała się dużo lepsza, niż śmiałem wówczas przypuszczać – przez minione dwa lata wyszły co najmniej cztery kolejne tytuły poruszające tę tematykę, czyli dwa razy więcej niż w całej wcześniejszej historii. Strach pomyśleć, co to będzie dalej, jeśli taki trend się utrzyma;-).

„Bajty polskie”, jak sam tytuł wskazuje, traktują o historii gier komputerowych nad Wisłą. Jak się okazuje, historia ta liczy sobie – trudno uwierzyć – równe pół wieku. Pierwsza polska gra powstała bowiem w roku 1962, kiedy na komputer mówiło się jeszcze „mózg elektronowy”, jakkolwiek ironicznie by to nie brzmiało, biorąc pod uwagę możliwości ówczesnych maszyn. Gierka nosiła tytuł „Marienbad” i była implementacją Nim na legendarnym komputerze Odra (również stuprocentowo polskim), a ruchy wykonywało się za pomocą… dalekopisu. Całe szczęście zresztą, biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach standardem było wprowadzanie danych za pomocą kart perforowanych – tak mozolne, że gdyby je tam zastosować, gra na komputerze wymagałaby znacznie więcej czasu i wysiłku niż z użyciem prawdziwych kamieni.

Na postępy trzeba było długo czekać – żelazna kurtyna skutecznie izolowała nas od nowoczesnych technologii z Zachodu, a rodzima myśl techniczna pozostawała daleko w tyle. Odra, choć w swoim czasie była całkiem niezłym sprzętem, do grania (ani w ogóle do zastosowań domowych) stanowczo się nie nadawała, choćby z racji ceny i gigantycznych rozmiarów – nawet najmniejsza wersja miała gabaryty potężnej szafy. Dopiero w 1983 wyprodukowaliśmy pierwszy komputer aspirujący do miana osobistego – Meritum. Niestety, pozostawiał on wiele do życzenia (obraz wyłącznie w trybie tekstowym, dwa kolory, słabe parametry techniczne), a w warunkach zapaści gospodarczej nie udało się nawet porządnie rozkręcić produkcji – skończyło się na kilku tysiącach egzemplarzy.

Oczywiście coś tam przez kurtynę przeciekało – szczęśliwcy, którym udało się dostać paszport i popracować na Zachodzie, przywozili stamtąd Spectrumy, Commodore czy Atari, z czasem zaczął się nieoficjalny handel tymi i innymi komputerami, a co za tym idzie, również oprogramowaniem do nich, z grami włącznie. Wszystko to jednak tylko na niewielką skalę, bo zachodnie ceny w PRL-owskich realiach zwalały z nóg – jeszcze w połowie lat 80-tych byle Spectrum (na Zachodzie już wówczas odchodzący do lamusa) kosztował u nas równowartość ponad czterech średnich krajowych, a Commodore 64 dobre dwa razy tyle. To mniej więcej tak, jakby przeciętny pecet kosztował dziś 20 tysięcy złotych! Ktoś nadal wierzy, że za komuny było lepiej?

W końcu jednak ta komuna padła i komputerów w Polsce zaczęło przybywać niemal lawinowo. Co prawda ilość nie szła w parze z jakością – ze względów ekonomicznych największą popularnością cieszyło się Atari XL/XE oraz C64, na Zachodzie wychodzące już z użytku – ale co tam, grunt że wreszcie było na czym i w co pograć. A w dodatku nie trzeba było płacić za gry, bo ochrona praw autorskich u nas nie istniała (stosowna ustawa została wprowadzona dopiero w 1994) i za kopiowanie nic nie groziło. Dla graczy istny raj, dla wydawców wręcz przeciwnie…

A skoro rynek oryginalnych gier praktycznie nie istniał, to i na ich tworzeniu trudno było zarobić. Siłą rzeczy pierwsze polskie gry były zatem amatorskimi lub półamatorskimi produkcjami, tworzonymi bądź to dla frajdy, bądź w nadziei, że dzięki niskim kosztom uda się wyjść na swoje, zanim piraci zaleją rynek kopiami. Jednym się udawało, innym nie. Do tych drugich należeli niestety twórcy Blockoutu – trójwymiarowej wersji Tetrisa, która szybko stała się światowym hitem i bez wątpienia najpopularniejszą polską grą przynajmniej do czasów Wiedźmina. Co z tego, skoro popularność ta była dziełem piratów i nie przynosiła autorom ani grosza zysku – na oryginalnych egzemplarzach zarobili niewiele i wkrótce potem zakończyli działalność.

Szkoda, bo reszta rodzimej branży nawet wtedy nie marzyła o sukcesach za granicą – dominowała amatorszczyzna pod każdym względem, bo i skąd mieli nam się wziąć profesjonaliści po półwieczu komuny, w dodatku na rynku rządzonym przez piratów. Przez lata trzeba więc było żyć z tym przykrym faktem, że polskie gry komputerowe wyglądają mniej więcej tak jak polski futbol – czyli nie za dobrze, delikatnie mówiąc. Owszem, powstało trochę niezłych gier np. na Atari, gdzie staliśmy się wręcz potęgą – tyle że w cywilizowanym świecie na Atari nikt już wówczas nie grał. Na topie była Amiga, gdzie w drugiej połowie lat 90-tych również na chwilę staliśmy się potęgą – ale wtedy z kolei Amiga była już na Zachodzie dogorywającą platformą, wykoszoną przez pecety. Co tu dużo mówić, cierpieliśmy na spóźniony zapłon;-).

O tym, jak dochodziliśmy do stanu dzisiejszego, kiedy już bez kompleksów atakujemy świat Wiedźminami, można by jeszcze długo opowiadać, historię ubarwiając rozlicznymi ciekawostkami – ale nie będę tu przepisywać książki, która robi to naprawdę dobrze, ciekawie i wyczerpująco. W porównaniu z „Dawno temu w grach” mamy tu postęp pod każdym względem – merytorycznym, objętościowym, jakości wydania – jedynie dystrybucja pozostaje ciągle tylko wysyłkowa, ale wobec wszystkich plusów można ten odosobniony minus przeboleć. Wszystkim polskim graczom polecam bezdyskusyjnie.

Ocena: 5

Zobacz także: Dawno temu w grach


Komentarze

Podobne wpisy