Cichy Fragles

skocz do treści

Czarny rok kleru

Dodane: 30 grudnia 2018, w kategorii: Przemyślenia

W czasach słusznie minionych był taki dowcip: „Jakie są cztery główne problemy socjalizmu? Wiosna, lato, jesień, zima”. W roku 2018 podobnie można podsumować problemy Kościoła.

Wiosna: protesty przed kuriami. Pamiętam, że po pierwszym Czarnym Proteście ktoś (ale już nie pamiętam kto) słusznie zauważył, że jest to protest zastępczy – jego właściwym adresatem nie powinien być bowiem rząd, tylko Kościół. Organizatorki najwyraźniej wzięły sobie tę uwagę do serca, zrywając tym samym z kultywowanym od wielu lat (acz niewypowiadanym) przekonaniem, że Kościół „ingeruje w politykę”. Prawda jest taka, że Kościół nie „ingeruje”, tylko zwyczajnie bierze w polityce udział, jako jeden z graczy – i stosownie do tego powinien być traktowany, a nie jako jakaś zewnętrzna wobec niej instytucja, od której nic nie zależy i która za nic nie odpowiada. Wygląda na to, że w tym roku ta prawda w końcu zaczęła docierać do kogoś poza garstką odwiecznych antyklerykałów – co dla Kościoła jest oczywiście fatalną wiadomością, jako że status „ingerującego w politykę” wybitnie mu przez lata pomagał bezkarnie w tej polityce mieszać cudzymi rękami.

Lato: szum wokół pedofilii w Kościele. Wymuszane przez papieża Franciszka dymisje biskupów w Chile czy Holandii to ciągle „too little, too late”, ale i tak dużo więcej, niż robili jego poprzednicy – i dużo więcej, niż robi Kościół w Polsce, nadal zadowalający się „wyrazami ubolewania” (podkreślmy: nawet nie przeprosinami) za bliżej nieokreślone czyny, popełnione przez bliżej nieokreślonych sprawców, pozostających z Kościołem w bliżej nieokreślonym związku. I trudno się temu nawet dziwić: jeśli episkopaty wspomnianych krajów są choć trochę reprezentatywne dla reszty świata, to umoczeni w aferę pedofilską (przynajmniej na poziomie „wiedział i nic nie zrobił”) muszą być praktycznie wszyscy hierarchowie, co oczywiście wyklucza możliwość samodzielnego oczyszczenia się Kościoła – chyba, że w perspektywie dekad, po których umoczeni po prostu wymrą śmiercią naturalną – ale i to tylko przy założeniu, że kolejne pokolenie będzie lepsze.

Założeniu mocno wątpliwym – mafia pedofilska nie wzięła się bowiem z jakiejś pokoleniowej anomalii, tylko z tego wszystkiego, co stanowi DNA Kościoła: poczucia wyższości wobec reszty świata, żelaznej hierarchii, zamkniętych struktur, statusu państwa w państwie, stawiania własnych norm powyżej prawa stanowionego – i dopóki nic się w tych kwestiach nie zmieni, dopóty trudno sobie wyobrazić zmianę podejścia do wewnętrznych patologii.

Jesień: „Kler” w kinach. Prawdopodobnie największa sensacja w historii polskiej kinematografii: rekordowy wynik (ponad pięć milionów widzów) uzyskał film, który ani nie był hollywoodzką superprodukcją, ani ekranizacją lektury szkolnej, ani nie miał wielkiej akcji promocyjnej (ataki prawicy i Kościoła wprawdzie zapewniły mu nieco darmowej reklamy, ale bez przesady), ani nie zebrał zbyt entuzjastycznych recenzji – ani chybi nastroje antyklerykalne w społeczeństwie są znacznie, znacznie silniejsze, niż się wydawało.

Ich wzrost zapewne uszedł czyjejkolwiek uwagi z powodu jednej z naszych cech narodowych, jaką jest hipokryzja: stereotypowy prawdziwy Polak może sobie w zaciszu domowym bluzgać na klechów, a jednocześnie bez mrugnięcia okiem zaliczać wszystkie sakramenty, przyjmować księdza po kolędzie i głosować na PiS, nie widząc w tym żadnego dysonansu. Z tego samego powodu nie oczekiwałbym szybkiego przełożenia się tego antyklerykalizmu na wyniki wyborów – choć w powszechnej opinii stosunek do Kościoła stanowi u nas główny wyznacznik podziału na lewicę i prawicę, to w rzeczywistości od lat nie odgrywa on praktycznie żadnej roli: wybieramy co najwyżej między umiarkowanie klerykalną PO a mocno klerykalnym PiS-em. Jeśli nie liczyć efemerydy Palikota, ostatnią realnie antykościelną partią w Sejmie był SLD, i to jeszcze w latach 90-tych, zanim nie przyjął się wygodny dla Kościoła konsensus, w ramach którego tematu przywilejów tej instytucji się nie rusza (chyba że w celu jeszcze większego ich poszerzenia).

Ale kropla drąży skałę, a niedostrzegalność tego procesu tylko sprzyja jego postępowaniu bez przeszkód, aż do przekroczenia punktu krytycznego – im dłużej więc relacje naszego państwa z Kościołem będą wyglądać tak jak wyglądają, tym radykalniejsze będzie kiedyś ich załamanie.

Zima: afera prałata Jankowskiego. Nie miał Kościół szczęścia w tym roku: akurat jak dogasała dyskusja o pedofilii, nastąpiło wejście „Kleru”, a akurat jak dogasała ponownie, nastąpiło ujawnienie pedofilskich ekscesów jednego z najbardziej medialnych księży trzeciej RP. I poza pedofilią ponownie odżył temat patologicznych relacji państwa z Kościołem – jak bowiem słusznie ktoś zauważył, widoczny powyżej na zdjęciu pomnik Jankowskiego to pomnik hańby nie tylko KK, ale i państwa, którego liczni przedstawiciele ten monument kilka lat temu fundowali. O pedofilii prałata oczywiście wtedy nie wiedzieli – ale wiedzieli doskonale o jego antysemityzmie, o jadowitych kazaniach, o śmieszno-strasznych politycznych szopkach bożonarodzeniowych, przyrównujących niemiłe mu partie do NKWD czy Gestapo, o pomniejszych przywarach nie wspominając. Wszystko to jednak nie przeszkadzało im go wysławiać jako nieledwie świętego.

To samo tyczy się zresztą zmarłego w ostatnim tygodniu biskupa Pieronka, który najbardziej zasłynął bon motem o feministkach i kwasie solnym, a na koncie miał jeszcze masę innych skandalicznych wypowiedzi, czy to o Żydach, czy to o homoseksualistach, czy to o niesłuszności ścigania pedofilii w Kościele – ale mimo to urastał do rangi autorytetu moralnego, bo jak na kościelne standardy i tak był liberałem…

I to jest w tym wszystkim najsmutniejsze: u progu roku 2019 czołową siłą polityczną i społeczną w Polsce wciąż i niezmiennie pozostaje instytucja tak anachroniczna i dogłębnie zdemoralizowana, że na zdrowy rozum powinna ona być postrzegana przez opinię publiczną jako coś pomiędzy mafią pruszkowską a dżihadystami – ale autorytet religijny wciąż i niezmiennie daje jej taryfę ulgową na wszystko, a postulat choćby ograniczenia jej przywilejów uchodzi za ekstremizm.

Autorytet systematycznie jednak słabnie, a taryfa ulgowa razem z nim. Wszystkie powyższe wydarzenia to przecież nie są odosobnione przypadki, tylko symptomy trwałego trendu, w nowym roku wystarczy więc sobie życzyć, by ten trend nadal się utrzymywał. Kropla, jako się rzekło, drąży skałę – a Kościół w Polsce już dawno nawet nie na skale stoi…


Komentarze

Podobne wpisy