Cichy Fragles

skocz do treści

Myśli niepowiązane

Dodane: 12 października 2019, w kategorii: Varia

Paradoks ciszy wyborczej: z jednej strony jest to wynalazek dyskusyjny już na poziomie idei (bo jak by nie patrzeć, stanowi ona poważne ograniczenie wolności słowa), wątpliwy także w praktyce (masę agitacji można bezkarnie przemycić w treściach formalnie neutralnych, co media chętnie stosują), a w dobie Facebooka już mocno fikcyjny (niby nie wolno publikować sondaży, ale wszystkie natychmiast wyciekają, przebrane za ceny warzyw na bazarku czy co tam akurat kto wymyśli) – zarazem jednak ciągle pożyteczny, bo dający nam tuż przed wyborczą kulminacją ten unikalny dzień świętego spokoju od polityków, pozwalający odetchnąć i uspokoić emocje, które często są przecież złym doradcą. Toteż, świadom całej kuriozalności tego przepisu, niezmiennie pozostaję zwolennikiem jego utrzymania.

***

Ilekroć zdarzy się news takiej wagi jak Nobel dla Olgi Tokarczuk, staję przed dylematem: nie skomentować tego na blogu trochę nie wypada, ale skoro komentarze sypią się zewsząd w takim tempie, że strach lodówkę otworzyć, to dokładanie swoich trzech groszy byłoby wożeniem drzew do lasu, a i napisać cokolwiek oryginalnego trochę trudno.

Pechowo o twórczości laureatki zbyt wiele do powiedzenia nie mam – przeczytałem tylko trzy jej książki, z czego na blogu zrecenzowałem tylko jedną, a na czytniku wprawdzie od dawna czeka na mnie „Prawiek i inne czasy”, ale jakoś ciągle go odkładałem na inne czasy. To wprawdzie o trzy książki więcej, niż nasz pożal się Boże minister kultury, ale o wiele za mało, by popełnić taką notkę jak niegdyś o Mario Vargasie Llosie, więc pozostaje mi nadal czekać na tego Nobla dla Dukaja…

***

Tymczasem Netflix z zaskoczenia wypuścił „El Camino” – film o dalszych losach Jessego z „Breaking bad” – skłaniając mnie najpierw do jeszcze jednej refleksji o niekończącym się odcinaniu kuponów od każdego sukcesu w popkulturze (tylko czekać na seriale o młodości White’a i o dorosłym Walterze Juniorze, a potem spin-off o jego siostrze, bo czemu nie), a potem przypominając, jak bardzo moje podejście do seriali zostało wypaczone przez „Twin Peaks”. Był to bowiem mój pierwszy serial przez duże S, a pozostała mi po nim trauma na całe życie.

Mianowicie: pierwszy sezon był wybitny – pomijając nonsensowny zalew cliffhangerów w ostatnim odcinku, złego słowa nie potrafiłem powiedzieć. Drugi do połowy nadal świetny – stopniowo przeginający z mnożeniem postaci, wątków i dziwactw, ale gdyby się skończył na tej połowie, w momencie schwytania mordercy Laury Palmer, nadal pozostawiłby niezatarte pozytywne wrażenie. Niestety, nie skończył się – a potem, im dalej w las, tym więcej daglezji: wspomniane mnożenie przekroczyło masę krytyczną i Twin Peaks, początkowo normalne miasteczko z paroma mrocznymi sekretami, zaczęło przypominać cyrk, w którym praktycznie każda postać albo ma jakiegoś trupa w szafie, albo nierówno pod sufitem, albo jedno i drugie – a scenariusz coraz bardziej rozpaczliwie tracił resztki sensu.

Zakończenie przyjąłem z ulgą – ale od tamtej pory przy każdym kolejnym sezonie każdego kolejnego serialu mam duszę na ramieniu, że scenarzyści przegną, magia się ulotni i pozostanie tylko smutna groteska. Dlatego np. jeszcze nie odważyłem się zacząć drugiego sezonu „Dark”, który z wielu względów stanowi idealną kandydaturę do powtórzenia drogi „Twin Peaks”. Recenzje twierdzą, że przynajmniej na razie to nie nastąpiło, ale w dzisiejszych czasach nikomu nie można ufać…

Wracając do „El Camino”: cały ten wywód stąd, że pierwszą moją reakcją na wiadomość o filmie, oprócz skrzywienia się na wspomniane odcinanie kuponów, było odruchowe skojarzenie z pełnometrażówką „Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną” – drugi element traumy, ponieważ był to film doskonale zbędny (kto nie oglądał serialu, niewiele by zrozumiał; kto oglądał, dawno wiedział już wszystko) i doskonale wyprany z choćby cienia serialowej magii, wywołujący tylko znużenie i niesmak. Odcinanie kuponów chyba żadnemu serialowi nie przyniosło tyle szkody.

Ale o „El Camino” już mówią, że dobre, więc prędzej czy później pewnie zaryzykuję i obejrzę. Może przynajmniej kawałek traumy mi przejdzie?


Skomentuj na Facebooku