Król bólu #3 (Jacek Dukaj)

Dodane 20 maja 2012 w kategorii Literatura.

okładka (Wydawnictwo Literackie)

Crux

Polska AD 2054 ciągle nie jest normalnym krajem - przynajmniej nie w świetle dzisiejszych wyobrażeń o normalności. Postępy nanotechnologii przyniosły wprawdzie powszechny dobrobyt, ale też równie powszechne bezrobocie i skrajne rozwarstwienie społeczeństwa - miażdżąca większość prowadzi pustą, bezcelową egzystencję w blokowiskach (zwanych socjaliskami), mając o swój los pretensje do całego świata, ale ani myśląc czegokolwiek zrobić w kierunku jego odmiany; nieliczna elita natomiast bawi się w odtwarzanie Rzeczypospolitej szlacheckiej, z tytułomanią, heraldyką, kodeksem honorowym, pojedynkami i całym dobrodziejstwem inwentarza. Obie sfery, jak nietrudno zgadnąć, praktycznie się nie stykają, niewiele o sobie wiedzą i wzajemnie sobą gardzą.

Główny bohater należy do elity i z pospólstwem się nie zadaje - ale gdy jego ojciec zostaje ciężko ranny w pojedynku, a lekarze nie są w stanie mu pomóc, trzeba się brzytwy chwytać. Tytułowy Crux, mityczny mesjasz socjerów, podobno może wszystko, nawet umarłych przywracać do życia - co nasz bohater uważa za totalną bzdurę, ale ulega perswazji i postanawia spróbować go odszukać. Wyprawa do socjaliska potoczy się jednak całkowicie inaczej niż oczekiwał, a Crux, jak się okaże, istnieje, jest nie byle kim i ma - żeby tu za wiele nie zdradzić - bardzo ambitne i dalekosiężne plany, które wyższym sferom niezbyt się spodobają. Inna rzecz, że socjerom na dłuższą metę pewnie jeszcze bardziej.



Król bólu #2 (Jacek Dukaj)

Dodane 17 maja 2012 w kategorii Literatura.

okładka (Wydawnictwo Literackie)

Oko potwora

Trzy dni po opuszczeniu orbity Marsa CSS "Behemot V" otrzymał morsem ostrzeżenie o nadchodzącej burzy słonecznej. Nawigator obliczył nową trajektorię, pozwalającą zejść w porę w pas asteroidów i osłonić statek masą skalną; mieliśmy potem dopędzić Jupitera na tej samej elipsie, po dodatkowych akceleracjach. Stos atomowy, stary model lunarny, sprawował się dobrze, "Behemot" dysponował zresztą zapasem paliwa na cztery akceleracje do kursowej. Już po zmianie kursu Nawigator odkrył, że w obliczeniach był błąd. Rozmontowawszy z Elektronikiem i Inżynierem kalkulator pokładowy, znalazł na świeżo lutowanych układach popalone kłębki włosów, kulki kurzu bądź wełny. Była to oczywiście wina Elektronika, który się upił na wychodnym w bazie na Dejmosie i dręczony kacem nieważkościowym nie dopilnował techników przysłanych dla okresowych reperacji ze stoczni marsjańskiej. Trzeba było na gwałt nowe obliczenia wykonać, już dla z góry tak nieszczęśliwie ustalonego wektora. Kapitan, Nawigator i Pierwszy Pilot ślęczeli nad nimi całą nocną wachtę. Wyczyszczony kalkulator dla odmiany się przegrzał; Elektronik własnymi rękami okładał rozpalone lampy próżniowe maszynowego mózgu szmatami z suchym lodem, parząc się przy tym dotkliwie. Przyszedł do mnie z tymi poparzeniami. Dałem mu maść i obandażowałem dłonie. Teraz już będzie zupełnie do niczego nieprzydatnym.

Nie, ten cytat nie pochodzi z jakiejś zaginionej powieści Lema z lat 60-tych. Tak się zaczyna opowiadanie Dukaja będące jednym wielkim hołdem dla Mistrza - Dukaj odtworzył tu wiernie zarówno styl, jak i "realia" powieści SF sprzed półwiecza (stąd ta cała lutowana elektronika, lampy próżniowe i inne technologie dziś już przestarzałe, ale wówczas stanowiące symbol ultranowoczesności), a do tego powtykał tu i ówdzie rozliczne smaczki dla fanów Lema. Część z nich widać już w powyższym wprowadzeniu - bezimienni bohaterowie nazywani jedynie funkcjami, jak w "Edenie", charakterystyczna fraza "w obliczeniach był błąd", która tamtą powieść otwierała, wiecznie niedomagające (czy to przez własną niedoskonałość, czy przez ludzką fuszerkę) sprzęty na statku, niczym w niektórych przygodach pilota Pirxa...



Król bólu #1: Linia oporu (Jacek Dukaj)

Dodane 14 maja 2012 w kategorii Literatura.

okładka (Wydawnictwo Literackie)

Które dragi brać, żeby nie musieć brać żadnych dragów?
Nie pamięta.
To znaczy pamięta, ale niezindeksowane.
Tylko pierwsza młodość za friko! Za następne trzeba płacić.
W progu jeszcze dopada go ostatnia mądrość szefa: To, czego ci trzeba, Kostrzewa, to porządny nałóg.
Panie! Panowie! I wy, pojebce kochane!
Pewne to jak epoka lodowcowa i czerwony olbrzym. Tylko o datę się założyć.
Bo przecież - coś musisz robić, kiedy nie musisz robić niczego.
Chuj tężeje, dusza śpiewa.
Człowieczeństwo to nie jakość zerojedynkowa. Nie istnieją uniwersalne testy Turinga.
Człowieczeństwo to szeroka fala Gaussowska. I jeden jej kraniec nie przyznaje się do drugiego.


Wolność, własność, hipokryzja - czyli rzecz o piractwie

Dodane 07 maja 2012 w kategorii Net,Przemyślenia.

Emocje wokół ACTA zdążyły już nieco opaść i przez jakiś czas powinien być w tej sprawie spokój, choć oczywiście walka będzie trwała jeszcze wiele miesięcy, jeśli nie lat. Niezależnie jednak od wyniku, problem piractwa pozostanie - ani przyjęcie ACTA go nie zlikwiduje, ani odrzucenie nie spowoduje żadnego przełomu. To tylko jedna z wielu bitew w wojnie, która trwa od bardzo dawna i w dającej się przewidzieć przyszłości na pewno się nie skończy. Ba, nie wiadomo, czy w ogóle kiedykolwiek to nastąpi, bo mamy tu klasyczny przypadek sporu o wartości (Wolność vs Własność), a z doświadczenia wiadomo, że takie spory rzadko dają się rozstrzygnąć. Szczególnie gdy za wzniosłymi wartościami stoją przyziemne interesy - producenci chcą zarabiać, a odbiorcy nie chcą płacić i tylko o to tak naprawdę chodzi, reszta to zasłona dymna.

Osobiście zajmuję w tym sporze pozycję mało komfortową, bo na barykadzie, gdzie obrywa się od obu stron. Z jednej strony producenci, którzy próbują zawracać Wisłę kijem i trzymają się kurczowo metod dystrybucji z czasów przedinternetowych, a z piractwem walczą tak kretyńskimi sposobami jak DRM, utrudniający życie wyłącznie uczciwym użytkownikom - no i organizacje typu ZAIKS, które w ramach obrony praw autorskich posuwają się do absurdów typu zakaz puszczania muzyki u fryzjera, bo to niby nielegalne publiczne odtwarzanie. O ich hipokryzji napisano już jednak w necie niezliczone elaboraty, więc nie będę dokładać swojego. Z wrodzonej przekory wolę się przyjrzeć drugiej stronie, czyli piratom, którzy hipokrytami są nie mniejszymi, ale zwracanie na to uwagi jest w necie z oczywistych przyczyn "trochę" mniej popularne.



Tablet Lark FreeMe 70.2S - pierwsze wrażenia

Dodane 03 maja 2012 w kategorii Techblog.

Strasznie się ostatnio rozrzutny zrobiłem - raptem pół roku temu kupiłem sobie czytnik, dwa miesiące temu nowe flaki do komputera, teraz tablet, a jeszcze z powodu Euro zacząłem się zastanawiać nad nowym telewizorem. Ani chybi wpadłem w końcu w sidła szalonego konsumpcjonizmu;-).

A przy okazji w sidła speców od marketingu - zasadniczo nie planowałem zakupu nowej zabawki, ale skoro w Wyborczej zrobili promocję, to stwierdziłem, że specyfikacja przyzwoita, 370 złotych nie majątek, a zabawka do przeglądania netu bez konieczności włączania komputera by mi się przydała. Czytnik niby też dawał taką możliwość, ale na pół gwizdka - wolno, topornie, na czarno-białym ekranie, z kursorem poruszanym klawiszami - to zdecydowanie nie to, co tygrysy lubią najbardziej. Wystarczyło tylko do rozbudzenia apetytu - przypuszczam, że gdyby nie doświadczenia z czytnikiem, raczej bym nie kupił tabletu. Steve Jobs miał jednak sporo racji, kiedy twierdził, że klienci nie są od tego, żeby wiedzieć czego chcą.