Europa zaczyna, Polska kończy
Dodane 27 sierpnia 2009 w kategorii Futbol.To jest już koniec, nie ma już nic. Porażka Lecha z FC Brugge oznacza, że po raz drugi w ciągu ostatnich trzech lat nasze zespoły w komplecie poodpadały z pucharów już w rundach eliminacyjnych, zanim europejska czołówka w ogóle zaczęła grać. Nic nam po reformie Platiniego - upadliśmy tak nisko, że już nawet do dolnej strefy stanów średnich nie możemy się zaliczać. I nie ma już absolutnie żadnego kraju w Europie i okolicach, który by marnował swój futbolowy potencjał choćby porównywalnie z nami - skoro nawet Węgry wreszcie się dorobiły klubu w Lidze Mistrzów (Debreczyn, w przeciwieństwie do Wisły, jakoś potrafił pokonać Levadię Tallin), to z góry możemy patrzeć już tylko na Kazachstan i kilka malutkich państewek. A i to już pewnie niedługo, jak tak dalej pójdzie.
Gdyby nie Euro 2012, doprawdy nie widziałbym żadnych przeciwwskazań dla wprowadzenia komisarza do PZPN - skoro i tak nasze kluby nie są w stanie wejść choćby do pierwszej rundy, to co nam zaszkodzi dyskwalifikacja?
Dno coraz głębiej...
Dodane 22 lipca 2009 w kategorii Futbol.Nawet nie wiem, jak to skomentować. Chyba tylko znanym aforyzmem Leca, że nie ma takiego dna, w które nie dałoby się jeszcze zapukać od dołu. Na dłuższy komentarz po prostu brak mi słów - przynajmniej cenzuralnych.
Dokąd płynie Wisła?
Dodane 12 czerwca 2009 w kategorii Futbol.Jesień nie była zbyt udana - ledwo czwarte miejsce na półmetku i trzy punkty straty do lidera to nie był wynik na miarę oczekiwań. Wiosna zapowiadała się zatem ciężko, ale wiślakom nie brakowało optymizmu. Gdy jednak Wisła już w pierwszym wiosennym meczu straciła punkty (remis z Polonią Bytom), optymistów trochę ubyło. Gdy wkrótce potem drużynę opuścił Cleber, sprzedany nagle do Tereka Grozny, optymistów ubyło jeszcze trochę. Gdy Wisła straciła kolejne punkty w Bełchatowie, a w dodatku Paweł Brożek doznał ciężkiej kontuzji, o optymizm było już naprawdę trudno, szczególnie wobec zbliżających się spotkań z Cracovią i Lechem. Gdy wreszcie w derbach Krakowa beznadziejnie grająca Wisła przegrywała do przerwy 0-1, nawet najwięksi fanatycy musieli spojrzeć prawdzie w oczy: już tylko cud mógłby uratować mistrzostwo.
I cud się zdarzył!
Nie wiadomo, co trener Skorża powiedział zawodnikom w przerwie (z całą pewnością nie było to nic cenzuralnego), ale efekt był piorunujący - na drugą połowę drużyna wyszła odmieniona i rozjechała Cracovię, strzelając jej cztery bramki. A że w tej samej kolejce Lech tylko zremisował z dołującą Arką, perspektywa wyjazdu do Poznania nagle przestała brzmieć jak wyrok. I faktycznie, w Poznaniu nie tylko nie było egzekucji, ale nawet niewiele zabrakło do wygranej. Wiślacy kręcili nosami, że remis raczej ich oddalił od obrony tytułu, niż przybliżył - jednak wiary w sukces zdecydowanie przybyło. I słusznie, bo Lech coraz częściej gubił punkty, a Wisła w kolejnych spotkaniach systematycznie wygrywała, wyprzedzając w tabeli kolejnych rywali i wreszcie zrównując się punktami z prowadzącą Legią.
A wtedy Wisła znowu się potknęła, remisując z Piastem Gliwice - i okazało się, że teraz tylko komplet punktów w czterech ostatnich spotkaniach gwarantuje mistrzostwo (albo wpadki rywali, ale te wydawały się średnio prawdopodobne). Na początek Legia - i ogromne nerwy, bo wprawdzie udało się dość szybko zdobyć bramkę, ale im dłużej trwał mecz, tym bardziej Legia nacierała, a groźne sytuacje podbramkowe się mnożyły. Szczęśliwie Legioniści pudłowali na potęgę i Wisła jakoś utrzymała to prowadzenie, choć w końcówce niejeden kibic otarł się o atak serca. Ulga po ostatnim gwizdku była w Krakowie ogromna - najcięższa przeszkoda wzięta, jeszcze tylko przejechać się po paru średniakach i tytuł mistrza obroniony... Czy na pewno?
Tak się bawi, tak się bawi PZPN!
Dodane 14 maja 2009 w kategorii Absurdy,Futbol.1999 - utworzenie Pucharu Ligi, wprowadzenie dwumeczu w finale Pucharu Polski
2000 - wprowadzenie baraży o utrzymanie w ekstraklasie
2001 - wprowadzenie podziału ekstraklasy na grupy
2002 - rezygnacja z podziału ekstraklasy na grupy, likwidacja Pucharu Ligi
2003 - zmniejszenie ekstraklasy z 16 do 14 drużyn
2004 - wprowadzenie rundy grupowej w Pucharze Polski
2005 - powiększenie ekstraklasy z 14 do 16 drużyn, rezygnacja z rundy grupowej w Pucharze Polski
2006 - rezygnacja z dwumeczu w finale Pucharu Polski
2007 - utworzenie Pucharu Ekstraklasy (ups, to akurat nie dzieło PZPN)
2008 - zmiana nazewnictwa (I Liga -> Ekstraklasa, II Liga -> I Liga, III Liga -> II Liga itd.)
2009 - rezygnacja z baraży o utrzymanie w ekstraklasie
I niech mi ktoś powie, że działacze PZPN nic nie robią dla polskiej piłki.
Ległaaa, legła Warszawaaa...
Dodane 10 maja 2009 w kategorii Futbol.W meczu o (prawie) mistrzostwo Wisła wygrała z Legią 1:0 po golu Marcelo i po raz pierwszy od nie wiem ilu miesięcy samodzielnie prowadzi w tabeli! Jeśli tylko nie będzie potknięcia w trzech ostatnich kolejkach, obrona tytułu stanie się faktem:-D.
Ale fakt, że mecz mógł być mniej dramatyczny. Kibice wokół mnie wypalili w nerwach tyle papierosów, że do tej pory nimi "pachnę". Fuj;-P.
Ten fryzjer już nikogo nie ostrzyże
Dodane 04 kwietnia 2009 w kategorii Futbol.Wczoraj wieczorem Ryszard Forbrich, szerzej znany jako "Fryzjer", szef mafii ustawiającej mecze, został skazany za udział w aferze korupcyjnej na trzy i pół roku więzienia i 320 tys. PLN grzywny. Kara nad wyraz łagodna, biorąc pod uwagę szkody, jakie on i jemu podobni wyrządzili polskiej piłce. Niniejszym życzę mu zatem z całego serca, żeby przyszło mu odsiadywać ten wyrok w przepełnionej dziesięcioosobowej celi z gorącymi kibicami np. Aluminium Konin, którzy doskonale pamiętają finał Pucharu Polski z roku 1998 i chętnie dadzą Forbrichowi do zrozumienia, co na ten temat sądzą.
Zamienił stryjek siekierkę na kijek
Dodane 30 października 2008 w kategorii Futbol.Efekt cieplarniany w polskim sporcie - rok temu Lipiec odszedł w październiku, a teraz Lato przychodzi jesienią. Też zresztą w październiku. Pechowy jakiś ten miesiąc.
Pechowy, bo działacze PZPN po raz kolejny się wykazali, wybierając najgorszego możliwego kandydata. Fakt, że dobrych nie było, ale taki Boniek dawałby przynajmniej nadzieję na jakieś reformy - a Lato daje gwarancję, że żadnych zmian nie będzie. Może oprócz zmiany na stanowisku selekcjonera reprezentacji - Beenhakker bez wątpienia popłynie przy pierwszej okazji, a może nawet bez okazji. Ale to raczej nie będzie zmiana na lepsze. A Listkiewicz już wkrótce pewnie będzie się śmiał, że tak na niego naciskano, żeby odszedł, a teraz wszyscy za nim tęsknią i żałują jego odejścia.
Jedyna nadzieja w Euro 2012 - wprowadzić kuratora do PZPN na trzy miesiące przed mistrzostwami i żadna FIFA ani UEFA nie odważy się zdyskwalifikować gospodarzy tuż przed turniejem. Dzięki temu kurator będzie miał dużo czasu na twórczą destrukcję i może w końcu coś z tego wyniknie. Ale to dopiero (ewentualnie) za cztery lata, a póki co tylko siąść i płakać...
...albo mieć nadzieję, że Lato nas jednak pozytywnie zaskoczy. W końcu Listkiewicz, witany powszechną euforią, totalnie nas rozczarował, a jakaś równowaga w przyrodzie musi być. A w futbolu logika rzadko działa;-).
Wisła-Barca 1-0!
Dodane 26 sierpnia 2008 w kategorii Futbol.Fakt, że mecz praktycznie towarzyski. Fakt, że szczęścia pod własną bramką żeśmy mieli co niemiara. Ale kto by się przejmował takimi szczegółami:-).
Wisła-Beitar 5-0
Dodane 06 sierpnia 2008 w kategorii Futbol.Co tu dużo mówić - po takich meczach odzyskuję wiarę w polski futbol. Gdyby tak jeszcze z Barceloną...
Euro 2008 – finished
Dodane 01 lipca 2008 w kategorii Futbol.No, gdybym postawił ten majątek na Niemców, nieźle bym wtopił. Jak widać, nawet im zdarzają się dni, kiedy nic nie wychodzi, dośrodkowania lądują daleko za polem karnym, piłka co i rusz odskakuje od nogi, a trzy okazje nie wystarczają do strzelenia dwóch goli. Co w niczym nie umniejsza sukcesu Hiszpanów, którzy tak w finale jak i w całym turnieju grali jak na mistrzów przystało, łącząc efektowność z efektywnością i chyba po raz pierwszy w swojej historii imponując szczelnością obrony – dość powiedzieć, że w fazie pucharowej nie stracili ani jednej bramki. Grali jak nigdy i wygrali jak nigdy. Cóż dodać – viva España!
Tu należałoby sypnąć statystykami turnieju, ale to już zdążył zrobić LSR, a zrobił to tak wybornie, że tylko przyklasnąć i się uczyć. Powtarzać po nim nie będę (ech, tyle roboty na marne), dodam tylko, że to pierwszy od niepamiętnych czasów turniej, na którym w fazie pucharowej padało więcej bramek niż w fazie grupowej – co jest chyba najlepszym dowodem, że ofensywa faktycznie wraca do łask. Ciekawe, na jak długo.
O Polsce lepiej już nic nie mówić, bo szkoda nerwów. Powodów do frustracji i tak nam nie zabraknie, bo zaraz zaczną się europejskie puchary, w których jak zwykle polegniemy praktycznie na starcie, a PZPN dodatkowo zadba, żebyśmy się nie łudzili, że doczekamy lepszych czasów. Miejmy nadzieję, że przynajmniej nie wywalą Beenhakkera, bo pomimo klęski na Euro jego osoba wciąż daje nadzieję, że nie musimy wiecznie tkwić w tym bagnie.
A teraz, proszę państwa, czas wrócić do normalnego życia. Ze studia w Krakowie mówił do Was Cichy Fragles;-).
Euro 2008 – 97% done
Dodane 27 czerwca 2008 w kategorii Futbol.Wadą mistrzostw jest to, że im bliżej końca, tym mniej się dzieje. Na początku dwa mecze dziennie, pod koniec jeden mecz na dwa dni i uciążliwe czekanie na ten ostatni, najważniejszy. Kto w nim wygra? Po półfinałach nie mam większych wątpliwości, że będą to Niemcy.
Wiem, że wszyscy na nich narzekają, a ich grę w półfinale ostro krytykuje nawet niemiecka prasa, ale dla mnie to właśnie ten mecz był dowodem wielkości tej drużyny. Po pierwsze, jak głosi stare sportowe porzekadło: nie sztuka wygrać, kiedy gra się dobrze – sztuka wygrać, kiedy gra się źle. Po drugie, w futbolu, jak w mało którym sporcie, kolosalne znaczenie ma psychologia – a w tej akurat kwestii Niemcy pokazali absolutne mistrzostwo Europy i świata.
Mecz zaczęli fatalnie – Turcy od pierwszych minut na nich wsiedli, wyprowadzając atak za atakiem, seryjnie strzelając na bramkę, aż po dwudziestu minutach potwierdzili swoją przewagę golem. Niemcy byli słabsi pod każdym względem, wyglądali jak Holendrzy w meczu z Rosją – ale mentalnie różnica była ogromna. Gdyby Holendrzy stracili bramkę po dwudziestu minutach, skończyłoby się pewnie pogromem, natomiast Niemcy pokazali stalowe nerwy i ze spokojem wyrównali. Potem znów dali się zepchnąć do obrony, ale psychologicznie już wygrywali.
Stalowe nerwy pokazali także w końcówce. Kiedy Klose strzelił na 2-1, nie sposób było nie zadać sobie pytania: Czy Turcy zdołają w czwartym kolejnym meczu odrobić straty? Zdołali. W dodatku tym razem nie zrobili tego w ostatnich sekundach, tylko na dobre sześć minut przed końcem. Jak tu utrzymać nerwy na wodzy, kiedy się traci z takim trudem wywalczone prowadzenie, i to z drużyną, która w trzech poprzednich meczach strzelała decydujące gole w ostatniej minucie? Jak tu nie myśleć o tej feralnej minucie, która zaraz nadejdzie? Niemcy potrafili. Ba, potrafili jeszcze sami strzelić w tej ostatniej minucie zwycięskiego gola. I kto to zrobił – ten sam zawodnik, którego błąd kosztował przed chwilą stratę prowadzenia. Wyobraża ktoś sobie, żeby Hiszpanie tak się podnieśli? Ja nie.
W finale Niemcy będą mieli jeszcze przewagę doświadczenia. Kilku zawodników grało już w finale (MŚ 2002), a prawie wszyscy pamiętają półfinał sprzed dwóch lat. Znają już smak porażek na najwyższym szczeblu, na pewno nie zadrżą im nogi w finale, a zarazem żaden z nich nie zdobył jeszcze żadnego trofeum – idealna mieszanka wybuchowa. Czy jednak Hiszpanie znajdą na nich sposób? Wątpię, bo jaki może być sposób na drużynę, która potrafi strzelić trzy bramki po trzech celnych strzałach i która dwukrotnie tracąc gola z rozpędzonymi Turkami, dwukrotnie potrafi im odpowiedzieć w ciągu pięciu minut?
Dochodzi jeszcze kwestia przygotowania fizycznego – Hiszpanie mają o jeden dzień mniej na odpoczynek, a to im dobra kondycja będzie bardziej potrzebna, bo oni na pewno nie wygrają na stojąco, wykorzystując jedyną stworzoną sytuację. Na pewno nie powtórzą losu Rosjan, których „holenderski cud” najwyraźniej kosztował więcej sił niż się wydawało, ale minus mają. Aczkolwiek sądząc po wynikach poprzednich finałów, nie należy tego dodatkowego dnia demonizować.
Podsumowując, gdybym musiał postawić swój majątek na ten mecz, stawiałbym bez wahania na Niemców – ale na szczęście nie muszę i nie postawię, bo w futbolu wszystko jest możliwe, a w tym turnieju już nie raz świat stawał na głowie, czego przykładem choćby bilans obu finalistów w fazie pucharowej: Niemcy 6-4, Hiszpania 3-0. Kto tu jest mistrzem beztroskiej ofensywy, a kto specem od kunktatorstwa?
Euro 2008 – 90% done
Dodane 23 czerwca 2008 w kategorii Futbol.Nie wiem jak Was, ale mnie w najmniejszym stopniu nie zaskoczyła wygrana Niemców. Przecież nie od dziś wiadomo, że to drużyna, która prawie zawsze dochodzi dalej niż zasługuje, a jej rzekomo słabą formą nie ma się co sugerować. Niemcy jak nikt inny doskonale rozumieją, że w piłce nie o to chodzi, żeby lepiej grać, tylko o to, żeby strzelić więcej bramek. I tak też czynią. Dlatego, choć po meczu z Chorwacją nie brakowało głosów, że już po nich, wciąż są głównym faworytem do mistrzostwa, podczas gdy Chorwacja już się z turniejem pożegnała. Jej odpadnięcie to już spora niespodzianka – wydawało się, że Turcy szczyt swoich możliwości osiągnęli w meczu z Czechami i pozostało im już tylko godne pożegnanie z Euro, a tymczasem po raz drugi w ciągu sześciu lat grają w półfinale. Fakt, że musieli w tym celu dokonać cudu – bo trudno inaczej określić zdobycie gola w ostatniej akcji meczu, po tym jak minutę wcześniej zrobił to przeciwnik – ale awans to awans.
Totalnym zaskoczeniem był natomiast mecz Holandia-Rosja. Przy czym o ile wynik był sensacją, o tyle gra – megasensacją. Genialni Holendrzy, którzy w poprzednich spotkaniach prezentowali futbol niemal doskonały, tym razem zostali literalnie zrównani z ziemią. Przez bite dwie godziny meczu uzbierało się może ze dwadzieścia minut ich przewagi, może z pięć dobrych okazji do zdobycia gola, może ze trzy wymiany podań z pierwszej piłki – wszystkie zresztą daleko od rosyjskiej bramki. Zamiast z pasją atakować, bezradnie wymieniali podania na własnej połowie, bo ilekroć ją opuścili, zaraz się okazywało, że nie ma do kogo zagrać. Jak już strzelali, to głównie z dystansu i niecelnie. Nawet gdy zdobyli wreszcie gola ratującego ich przed porażką, dodało im to skrzydeł tylko na chwilę, a potem pozwolili się Rosjanom stłamsić jeszcze bardziej, rozpaczliwie się broniąc nawet po stracie drugiej bramki. Ich grę najlepiej podsumowuje fakt, że van Basten już po godzinie wykorzystał limit zmian, a najlepszym ich zawodnikiem był bramkarz.
Co się stało? Czy to tragedia rodzinna Bouhlarouza tak rozbiła pomarańczowych, czy raczej „Judasz” Hiddink tak doskonale rozpracował swoich rodaków? Zapewne jedno i drugie, a dodatkowo doszedł jeszcze spadek koncentracji po zbyt łatwo wygranej grupie śmierci – Holendrzy byli już pewnie myślami w finale i (jak wiele drużyn przed nimi) zapomnieli, że do tego finału jeszcze nie doszli. W niczym to jednak nie umniejsza sukcesu Rosjan, którzy zagrali absolutnie olśniewająco, atakując od pierwszej do ostatniej minuty i nie pozwalając przeciwnikom prawie na nic. Gdyby tylko nie brakowało im skuteczności (i gdyby nie trafili na świetnie dysponowanego van der Sara), rozbiliby Holendrów już w regulaminowym czasie gry. I jak na początku turnieju zastanawiano się, czy Holandia utrzyma swoją fantastyczną formę, tak teraz można o to samo pytać w odniesieniu do Rosji. Holendrom wystarczyło dynamitu na trzy mecze, Rosjanie eksplodowali na razie dwa razy…
Czy Hiszpanie przeszkodzą im w trzeciej eksplozji? Myślę, że tak. Bynajmniej nie dlatego, że już raz ich pokonali (to raczej plus dla Rosjan – oni teraz mogą wygrać, Hiszpanie muszą), ale dlatego, że po przerwaniu najgorszej passy świata (88 lat bez zwycięstwa z Włochami w meczu o stawkę! przy tym wysiada nawet nasz kompleks wobec Niemców, bo przegrywamy z nimi „dopiero” 75 lat, a w meczach o punkty „dopiero” 37) i po pierwszym od 1964 awansie do półfinału mają historyczną szansę zerwać z wizerunkiem drużyny, która zawsze przegrywa najważniejsze mecze. Skoro udało się pokonać tych strasznych Włochów (po karnych, ale jednak), to i ponowny triumf nad Rosją nie powinien być problemem – choć drugiego 4-1 na pewno nie będzie. Statystyka również stoi za Hiszpanią murem – ilekroć jakieś drużyny spotykały się dwukrotnie na jednym turnieju, zawsze zwycięzca pierwszego meczu wygrywał także drugi. Choć oczywiście w futbolu nie ma nic pewnego – poza tym, że na końcu wygrają Niemcy;-).
PS.
W tak zwanym międzyczasie Cracovia po ćwierć wieku przerwy znów zagrała w europejskich pucharach - i na dzień dobry przegrała na własnym boisku z Białorusinami. Po raz kolejny nasuwa się pytanie, czy istnieje jeszcze jakiś kraj dający się zauważyć na mapie, którego piłkarze nie są w stanie wpędzić nas w kompleksy?



