Hiroszima 1945 - Bosonogi Gen (Nakazawa Keiji)

Dodane 08 września 2011 w kategorii Literatura.


(Waneko)

Nawet na naszym wiecznie kulejącym rynku komiksowym długo by szukać serii wydawanej w takich bólach - choć to tylko dziesięć tomów, między pierwszym a ostatnim minęło... sześć lat. Po części dlatego, że pierwotnie w ogóle nie planowano wydania pełnej serii - miały być tylko pierwsze dwa tomy (z tego co pamiętam, było to dofinansowane przez ambasadę Japonii czy inną jakąś fundację i tylko dlatego seria w ogóle się u nas pojawiła, ale jakoś wyguglać tego nie mogę, więc może pamięć mnie zawodzi), jednak zainteresowanie czytelników przerosło oczekiwania, więc wydawnictwo postanowiło zaryzykować kolejne trzy, a później i pozostałe pięć. Potem z różnych powodów, w które nie wnikam, mnożyły się opóźnienia (liczone w miesiącach) i spekulacje o upadku serii, aż wreszcie wiosną tego roku doczekaliśmy się szczęśliwego zakończenia - ku wielkiej uldze fanów i wydawcy, jak sądzę.

Do rzeczy jednak. Rzecz się zaczyna - niespodzianka! - w roku 1945. Wojna na Pacyfiku zmierza ku końcowi, Amerykanie kontrolują już prawie cały ocean, coraz częściej i coraz bardziej bezkarnie bombardują Japonię, której wojsku brakuje już sprzętu i amunicji - słowem, nikt przytomny już nie może wątpić, że Japonia przegrała. Problem w tym, że Japończycy przytomni nie są - rządzący krajem wojskowi zamierzają się bronić do ostatniej kropli krwi i w ramach przygotowań do spodziewanej inwazji posuwają się do takich absurdów, jak ćwiczenie poddanych w walce... zaostrzonym kijem, bo lepszej broni brakuje. Już atak konnicą na czołgi byłby mniejszym idiotyzmem, ale poddani ani myślą się buntować - lata agresywnej propagandy zrobiły swoje i mało kto zachował zdolność do samodzielnego myślenia. Jednostki siejące defetyzm są więc prześladowane zarówno przez władzę, jak i społeczeństwo.

Jedną z takich jednostek jest ojciec tytułowego bohatera - prosty rolnik, który z trudem wiąże koniec z końcem, wychowując gromadkę dzieci - czyli ktoś, po kim raczej trudno się spodziewać buntu przeciw państwu. Jednak to on jeden wśród ogłupionych ludzi potrafi myśleć samodzielnie i ma odwagę głośno mówić, co myśli - podczas gdy inni, nawet jeśli po cichu przyznają mu rację, boją się do tego przyznać. Nic dziwnego, bo odwaga sporo kosztuje zarówno jego, jak i całą rodzinę: społeczny ostracyzm, wyzywanie od zdrajców, zniesławianie, prześladowanie przez urzędników i policję, w ruch idą nawet kije i kamienie... A żyje się i bez tego bardzo ciężko, bo gospodarka kraju leży w gruzach i często zupełnie dosłownie nie ma co do garnka włożyć.



Top 10: Najlepsze książki, jakie czytałem

Dodane 02 sierpnia 2011 w kategorii Literatura.

Żyjemy w czasach mierzenia wszystkiego i układania w rankingi, więc stwierdziłem ostatnio, że nie zaszkodziłoby się do tego trendu przyłączyć i z braku lepszych tematów walnąć czasem jakiś Ranking Od Czapy (© by Wojciech Orliński). A co mogłoby być lepszego na początek, niż lista ulubionych książek? No to jedziemy - aczkolwiek "ranking" to w tym przypadku nie do końca trafne określenie, bo nie zamierzam numerować tej dziesiątki - o ile wybranie najlepszych tytułów nie było wielkim problemem, o tyle ustalenie wśród nich jakiejś hierarchii uznałem za niewykonalne - każda byłaby wadliwa i sam bym w nią nie wierzył. Alfabetycznie zatem:

Cyberiada (Stanisław Lem)

Co tu dużo mówić - najlepsza książka Lema, lepszej rekomendacji chyba nie trzeba. A jak trzeba, to w podlinkowanej recenzji chyba się wystarczająco naprodukowałem;-).

Gniazdo światów (Marek S. Huberath)

Co tu dużo mówić - najlepsza książka Huberatha... Nie no, nie idźmy na taką łatwiznę. Chociaż chciałoby się, bo napisać tu coś sensownego ciężko - książka jest tak oryginalna, że nie bardzo można ją zrecenzować bez zdradzania od razu całego przesłania i zamysłu autora. Tym bardziej, że fabuła zaczyna się dość banalnie, a rozkręca się powolutku i wręcz zniechęcająco - dopiero jak już się rozkręci i w końcu zaczynamy się dowiadywać, czym jest tytułowe Gniazdo Światów, robi się naprawdę ciekawie. Ale dlaczego, nie będę zdradzać - uchylić rąbka tajemnicy to za mało, wyjaśnić jej sedno to o wiele za dużo. No niestety, zostaje mi tylko gołosłowne zapewnienie, że książka jest genialna, a przeczytać ją po prostu trzeba i koniec;-).

Imię róży (Umberto Eco)

Powieść ocierająca się o ideał pod chyba każdym względem - świetnie oddany klimat średniowiecznego klasztoru i ówczesnych dysput filozoficzno-teologicznych, perfekcyjnie skonstruowana fabuła, niewiarygodna dbałość autora o szczegóły (podobno nawet rozmowy bohaterów podczas przechadzek po klasztorze trwają tyle, ile faktycznie powinny trwać, biorąc pod uwagę odległości do przejścia - nie sprawdzałem, ale wierzę na słowo), liczne smaczki dla erudytów, przewrotne przesłanie - długo by można zachwalać. Za główną wadę można uznać ciężki początek - pierwsze kilkadziesiąt stron może trochę zmęczyć - ale i to było ponoć zamierzone przez autora, żeby czytelnik poczuł się tak jak młody kandydat na zakonnika, którego na początku pobytu w klasztorze usilnie się zniechęca do wyboru tej drogi. Cóż dodać - mistrzostwo absolutne.



Filozofia przypadku (Stanisław Lem)

Dodane 28 czerwca 2011 w kategorii Literatura.

Filozofia przypadku | Stanisław Lem (Agora)

[tom 26 Lemowej Kolekcji]

Uff! Takiej ciężkiej lektury (także dosłownie - ponad 600 stron maczkiem) to już dawno nie miałem. Jeśli wcześniej narzekałem na wysiłek potrzebny do przegryzienia się przez pierwszy tom "Fantastyki i futurologii", to teraz przyznaję, że nie wiedziałem co mówię - w porównaniu z "Filozofią przypadku" to była naprawdę bułka z masłem. A porównanie jest o tyle łatwe, że obie książki poruszają w dużej mierze ten sam temat, czyli teorię literatury - co przy okazji trochę ułatwia lekturę, bo niektóre tezy i zagadnienia się powtarzają (część z nich poruszał także "Mój pogląd na literaturę") i nie trzeba się wszystkiego uczyć od początku.

A uczyć jest się czego: na dzień dobry mamy fenomenologiczną teorię dzieła literackiego, potem idzie semantyka językowa i kulturowa, analiza dzieła za pomocą teorii informacji, teorii gier, cybernetyki, stochastyki, a nawet genetyki, wreszcie socjologiczne i kulturowe usytuowanie dzieła, metody poznawcze, genologia, metakrytyka - i tak dalej, i tak dalej. A oprócz tego polemiki z różnymi szkołami i teoriami literaturoznawstwa, no i oczywiście rozliczne dygresje na rozliczne tematy. Nie dla mięczaków, zdecydowanie.

OK, mógłby ktoś powiedzieć, ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi? No cóż, najogólniej rzecz biorąc, chodzi o to, że autor proponuje nowe, bardziej naukowe spojrzenie na literaturę, przesuwające literaturoznawstwo w kierunku nauk ścisłych, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Stąd wspomniana cybernetyka i inne dalekie od literatury dziedziny, które Lem próbuje zaprząc do analizy dzieła literackiego, np. analizując przepływ informacji od autora do czytelnika lub przedstawiając lekturę jako grę między czytelnikiem i autorem (dość osobliwą, bo tylko autor zna jej reguły, którymi w dodatku może manipulować do woli).

Efekty tych prób są jednak mocno wątpliwe - przedstawienie książki jako genotypu, a jej odbioru jako fenotypu, jest niewątpliwie oryginalne i ciekawe, ale dla krytyki literackiej nic konkretnego z tego nie wynika - podobnie jak z większości zaprezentowanych tu pomysłów. Fajnie się o nich czyta, może i coś w nich jest, ale jak właściwie miałaby wyglądać ich realizacja? W jaki sposób krytyk miałby analizować utwór za pomocą teorii gier i jakie wnioski mógłby wyciągnąć z takiej analizy? Nie wiadomo. Odważnych teorii i postulatów nie brakuje, ale praktyka wydaje się autora zupełnie nie interesować.



Certyfikat (Isaac Bashevis Singer)

Dodane 26 maja 2011 w kategorii Literatura.

Certyfikat | Isaac Bashevis Singer (Muza)

Niedawno wyczytałem, że każdy atom jest rodzajem układu słonecznego. Ja, Dawid, syn rabina, siedziałem pośrodku wieczności, obracając się wraz z Ziemią na jej osi, a Ziemia obracała się z kolei wokół Słońca. Ja sam byłem całym kosmosem, a mimo to ogarniał mnie lęk: byłem kosmosem, który nie miał gdzie spędzić nocy.
Tak wiele było do powiedzenia, że milczałem.
- Co się dzieje w Rosji?
- Ach... podrzynają sobie nawzajem gardła... w imię rewolucji... w imię kontrrewolucji... w imię cara albo Boga. Teraz wygłaszają okropnie długie przemówienia.
Przez chwilę przyglądałem się cegłom i zastanawiałem się, jakie myśli może mieć taka cegła. Jeśli traktować dosłownie twierdzenie Spinozy, że Bóg jest rozciągłością i myśleniem, to nawet przedmioty materialne muszą mieć swoje "idee" i ducha. Cegła nie ma ceglanych myśli, tylko takie same jak Bóg. Rzecz w tym, że cegła nie umie opowiadać historyjek rodem z podręczników szkolnych.
Patrzyłem na wiszące kiełbasy i przemawiałem do nich w duchu:
"Kiedyś żyłyście, cierpiałyście, ale teraz wasze smutki się skończyły. Nigdzie nie ma śladu waszego wicia się i cierpienia. Czy gdzieś w kosmosie istnieje tablica pamiątkowa, na której napisano, że krowa Kwiatula pozwoliła się doić przez jedenaście lat? A potem, w dwunastym roku, kiedy jej wymiona zwiędły, zaprowadzono ją do rzeźni, gdzie odmówiono nad nią błogosławieństwo i podcięto jej gardło."


Horror show (Łukasz Orbitowski)

Dodane 13 kwietnia 2011 w kategorii Literatura.

Horror show | Łukasz Orbitowski (Ha!art)

"Dobry Boże piratów komputerowych, daj mi jego siłę", myślał Giełdziarz, "w ten piątkowy wieczór, gdy nawet stolec jest z ołowiu".
- Zawsze mówię, że gdyby każdy miał broń, najwięcej morderstw byłoby w publicznym sraczu - odezwał się student.
- Bardzo możliwe - burknął Giełdziarz.
- No popatrz, przecież każdy życzy tu każdemu śmierci.
(...)
- Nieprawda - rzekł Giełdziarz - co najwyżej ja tobie.
Boże, chroń mnie od ludzi uczciwych - ze skurwysynami jakoś dam sobie radę.
Pił, grał i układał myśli. Od dwudziestej jego pikselowy żołnierz zastrzelił więcej Niemców niż wszyscy Francuzi na II wojnie światowej.
Koleś podchodził do stolika i pytał:
- Czy są jakieś gry dla odrażających, zdegenerowanych psychopatów?


Przeczytane w 2010

Dodane 03 lutego 2011 w kategorii Literatura.

W dzisiejszym odcinku:

  • Wiek żelaza (J. M. Coetzee)
  • Inna Ziemia (Philip K. Dick)
  • Lucyfer 5-6
  • Al-Kaida i korzenie nowoczesności (John Gray)
  • Lituma w Andach (Mario Vargas Llosa)
  • Kroniki birmańskie (Guy Delisle)
  • Myślenie konstytucyjne (Wojciech Sadurski)
  • Blaze (Stephen King)
  • spis treści;-)

Wiek żelaza (J. M. Coetzee)

Wiek żelaza | J. M. Coetzee (Znak)

To już trzecia z rzędu (według mojej kolejności czytania) powieść JMC, w której narratorem jest samotna kobieta z problemami osobistymi. Co więcej, tworzą one pewien logiczny ciąg: w "Foe" bohaterka była młoda, "W sercu kraju" opisywało życie od młodości do starości, a "Wiek żelaza" przedstawia starość i oczekiwanie na śmierć. Jeśli jeszcze dodać, że tak w "Foe", jak i w "Wieku żelaza" ważną rolę odgrywa nieobecna (a może nawet nieistniejąca) córka bohaterki, to aż się prosi o zbiorczą interpretację tej nieformalnej trylogii.

Tyle tylko, że moja kolejność czytania ma się nijak do kolejności powstania ww. książek - "W sercu kraju" było wcześniej niż "Foe", a całą trójkę rozdzielają inne tytuły - cała interpretacja zatem się wali już na wstępie. I na co mi było to sprawdzać? Może nawypisywałbym głupot, ale przynajmniej ładnie by mi się ułożyły w jedną całość, a i tak mało kto by się zorientował;-).

Bądźmy już jednak poważni, bo i powieść do humorystycznych zdecydowanie nie należy. Bohaterka - staruszka umierająca na raka - pisze długi list do córki, która kilkanaście lat temu wyemigrowała do Ameryki. O ile w ogóle istniała - z całego listu nie dowiadujemy się o niej praktycznie niczego, nie ma tu prawie żadnych wspomnień na jej temat, ani słowa o wzajemnych relacjach, nawet jej imienia. I ani słowa o jej ojcu, co także zastanawia. Czy można zatem wierzyć autorce listu? Cóż, ona sama deklaruje: "Ten list nie jest obnażaniem własnej duszy. Odsłania pewne prawdy, ale nie są to prawdy mojego serca".

A jakie prawdy odsłania? Przede wszystkim gorzkie i niepopularne - o starości, upadku dawnego świata, powszechnej obojętności wobec cudzego cierpienia... Nie są to jednak łzawe wynurzenia, lecz raczej zjadliwa krytyka - bohaterka do końca stara się nie poddawać rozpaczy, mimo otaczających ją nieszczęść i postępującego rozpadu wszystkiego co znała, mimo osamotnienia i rosnącego poczucia bezradności wciąż walczy, by odejść z godnością. Cóż - u kresu życia tylko to jej pozostało.

Tytułem podsumowania: nie jest to może arcydzieło (jak już kiedyś wspominałem, powieści JMC zawsze zostawiają u mnie jakiś niedosyt, podobnie i tym razem czegoś mi zabrakło do pełnej satysfakcji), można by się do tego i owego przyczepić, ale mniejsza o szczegóły - równie frapującej i dającej do myślenia książki dawno nie czytałem.

Ocena: 5-

Zobacz także: Foe, W sercu kraju



Arystoteles vs Platon

Dodane 17 stycznia 2011 w kategorii Literatura,Nauka.

(nie mylić z Aliens vs Predator)

Z pewną taką nieśmiałością sięgnąłem po nową (nową zeszłej wiosny, a teraz już starą, a nawet dawno zakończoną) kolekcję GW. Z jednej bowiem strony każda inicjatywa na rzecz podnoszenia poziomu intelektualnego społeczeństwa jest cenna (szczególnie w dzisiejszych czasach postępującej kretynizacji), ale z drugiej strony dzieła filozoficzne to wyjątkowo ciężka lektura i większość nabywców pewnie przez nią nie zdołała przebrnąć, a niektórzy mogli się wręcz zniechęcić do filozofii w ogóle. Sam po lekturze pierwszych czterech tomów mam mieszane uczucia i sporo wątpliwości co do sensu sięgania po kolejne tomy - no ale pożyjemy, zobaczymy. A póki co przyjrzyjmy się dziełom dwóch ojców filozofii, jakkolwiek by to określenie dwuznacznie nie brzmiało.

Zachęta do filozofii, Fizyka (Arystoteles)

Zachęta do filozofii, Fizyka | Arystoteles (Agora)

Dlaczego warto zajmować się filozofią? Arystoteles wali z grubej rury: "filozofia (...) jest największym dobrem i jest łatwa do opanowania, tak iż pod każdym względem godna jest tego, ażeby się nią ochoczo zająć", a zresztą "wszystko poza tym jest bezsensowne i bezwartościowe". Trudno na takie dictum nie zareagować kpiącym uśmiechem, ale jeśli pominąć momenty, kiedy autora trochę ponosi, trudno "Zachęcie do filozofii" coś zarzucić - krótki, bardzo zgrabny i starannie skonstruowany wywód faktycznie może być niezłą zachętą, jeśli nawet nie do filozofii, to przynajmniej do myślenia i dążenia ku mądrości.

Dużo ciekawiej jednak prezentuje się "Fizyka". Dopiero tutaj Arystoteles rozwija skrzydła i daje pokaz filozoficznego rozumowania, dogłębnie analizującego wszystkie potrzebne pojęcia i trzymającego się żelaznej dyscypliny myślenia, gdzie każda teza musi być przemyślana, a każda definicja starannie sformułowana - aczkolwiek do ideału trochę brakuje, zdarza się parę razy przyjmowanie wątpliwych tez jako oczywistych oczywistości, lub nieprecyzyjne rozumienie pojęć. A pojęcia, którymi "Fizyka" się zajmuje, to m.in. byt, materia, forma, przyczynowość, celowość, przypadek, czas, przestrzeń, próżnia, ruch...

Rozważania te nie całkiem dotyczą fizyki w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Arystoteles zajmuje się raczej kwestiami z pogranicza fizyki i metafizyki, rozważając np. czy czas i przestrzeń można dzielić w nieskończoność na coraz mniejsze części, czy też mają one "ziarnisty" charakter, i co wynika z obu możliwych odpowiedzi - przy okazji daje odpór Zenonowi z Elei, jako że w obu przypadkach jego sławne paradoksy tracą sens. Jeśli bowiem możliwy jest podział w nieskończoność, to możliwe jest także przebycie nieskończonej liczby odcinków w skończonym czasie, a jeśli istnieją najmniejsze niepodzielne cząstki, to nie można z nich utworzyć nieskończonej liczby odcinków.

Generalnie rozumowanie Arystotelesa sprawdza się nieźle - w tych punktach, które od jego czasów poddały się naukowej weryfikacji, w większości przypadków jego przypuszczenia okazały się słuszne. Wbrew temu, co by można pomyśleć po lekturze "Innych Pieśni" Dukaja, świat według Arystotelesa nie różni się zbyt mocno od naszego. Bolesnym wyjątkiem jest, niestety, ruch - kwestia, której analiza zajmuje (co za pech) blisko połowę "Fizyki", a w której intuicja zawiodła wielkiego filozofa na całej linii. Fakt, że przez kolejne dwa tysiące lat zawodziła ona wszystkich, dopóki nie pojawił się Newton - no ale się pojawił i nie da się o jego odkryciach zapomnieć na czas lektury. Ale przymrużyć oko można - i jeśli się tak zrobi, to ocena całości będzie zdecydowanie pozytywna.

Ocena: 4+



Strzelby, zarazki, maszyny (Jared Diamond)

Dodane 29 grudnia 2010 w kategorii Literatura,Nauka.

Strzelby, zarazki, maszyny | Jared Diamond (Prószyński i S-ka)

Dlaczego jedne części świata są rozwinięte, a inne zacofane? Dlaczego w Europie czy w Chinach cywilizacja istnieje od tysięcy lat, a niektóre plemiona afrykańskie czy indiańskie do dziś żyją w epoce kamienia łupanego? Dlaczego Europejczycy stworzyli dziesiątki silnych i trwałych państw, a w Ameryce przed Kolumbem państwa z prawdziwego zdarzenia można było zupełnie dosłownie na palcach policzyć? Dlaczego nawet te nieliczne amerykańskie państwa zostały bez najmniejszego trudu zmiecione z powierzchni ziemi przez garstkę konkwistadorów? Dlaczego rdzenni mieszkańcy Afryki i Australii osiągnęli zaledwie etap wspólnot plemiennych?

Przez wieki odpowiedź na te wszystkie pytania była jedna, banalnie prosta: my, biali ludzie, jesteśmy najzwyczajniej w świecie lepsi i mądrzejsi, stoimy na wyższym szczeblu ewolucji i słusznie rządzimy kolorowymi dzikusami. Kiedy jednak naukowcy wzięli się na serio za porównywanie ludzi różnych ras, szybko stwierdzili, że różnice genetyczne między nimi są zbyt małe, by tę tezę obronić. Co więcej, przedstawiciele "niższych" ras, którzy wychowywali się w cywilizowanym otoczeniu, ani trochę nie ustępowali białym w umiejętności obchodzenia się ze zdobyczami ich cywilizacji. Czyżby więc przyczyną wspomnianych nierówności nie była natura, tylko kultura?

Ten trop również nie wytrzymuje krytyki. Kultur na całym świecie jest multum, a ewolucja nie zna litości - kultury sprzyjające postępowi musiałyby szybko wygrać rywalizację z kulturami antyrozwojowymi, czy to przez propagowanie swoich osiągnięć, czy to przez eksterminację zacofanych sąsiadów. Prymitywne plemiona toczą przecież między sobą jeszcze więcej wojen niż państwa (i zadają sobie w proporcji do liczby ludności dużo większe straty), więc tym bardziej żadne z nich nie mogłoby sobie pozwolić na bycie mniej rozwiniętym od konkurencji.



I człowiek stworzył bogów (Pascal Boyer)

Dodane 25 listopada 2010 w kategorii Literatura,Nauka.

I człowiek stworzył bogów | Pascal Boyer (Prószyński i S-ka)

Z czego wynika niezwykła popularność religii? Jak to jest, że na całym świecie, we wszystkich możliwych kulturach prawie każdy wyznaje jakąś wiarę, a ateizm (światopogląd teoretycznie bardziej naturalny) jeszcze parę wieków temu był praktycznie niespotykany? Gdyby religia była jedna i wszędzie ta sama, można by taki stan rzeczy tłumaczyć po prostu jej prawdziwością;-), ale nie - religii jest legion, przybierają one najróżniejsze formy, głoszą najróżniejsze treści i nie ma chyba twierdzenia, co do którego wszystkie by się zgodziły, za to multum fundamentalnych sprzeczności. Płynie z tego prosty wniosek, że ludzie odczuwają potrzebę wiary jako takiej, nieważne w co - ale skąd ta potrzeba się bierze? Dlaczego ludzie wierzą "grupowo", a nie każdy w co innego? I dlaczego za wiarą zawsze idą jakieś rytuały i obrzędy?

Na te i inne pytania próbuje odpowiedzieć ta książka. Zaczyna jednak od kwestii podstawowej - czym właściwie jest religia? Autor szybko dochodzi do wniosku, podobnie jak Dennett w "Odczarowaniu", że religię można uznać za szczególnie rozbudowany i sprawnie się replikujący mem - ale skąd ten mem się bierze i czemu się tak sprawnie replikuje, praktycznie niezależnie od konkretnej formy? To już dużo trudniejsze pytanie, a udzielenie satysfakcjonującej odpowiedzi wymaga gruntownej analizy problemu. I trzeba przyznać, że taką analizę faktycznie dostajemy - autor ani przez chwilę nie idzie na skróty, krok po kroku objaśniając powiązane z tematem zagadnienia. A jest tego sporo: procesy przetwarzania informacji przez mózg (wraz z ewolucyjnymi uzasadnieniami), systemy kojarzeniowe, psychologia poznawcza, komunikacja społeczna, teoria gier, elementy socjologii...

Już wiadomo, że nudzić się nie można, ale co z tego wszystkiego wynika? Spróbujmy to krótko streścić, zaczynając, za autorem, od kwestii poznawczych.



Relacja z Targów Książki w Krakowie

Dodane 06 listopada 2010 w kategorii Literatura.

Targi Książki w Krakowie

No i kolejne targi za mną - i liczę, że dla czytających mnie krakusów również, a jeśli któryś jeszcze się nie wybrał, to zachęcam, żeby zrobił to jutro.

Zachęcam też do skorzystania z akcji "książka za książkę" - za każdą książkę oddaną dla krakowskich bibliotek dostajemy jeden kupon rabatowy do wykorzystania na targach. Co prawda tylko część wydawnictw honoruje te kupony, ale okazji do obłowienia się nie brakuje - tym bardziej, że w niektórzy dają bonusy nawet dla książek i tak już przecenionych.

Spostrzeżenia

  • Targi ciągle rosną - już od paru edycji była jedna przybudówka do hali, teraz doszła jeszcze druga, a i tak stoiska wydają się bardziej upchane niż poprzednio. Niby od przybytku głowa nie boli, ale ma to i swoje minusy: po pierwsze, coraz większy tłok i hałas; po drugie, coraz większe problemy z obejściem wszystkiego w sensownym czasie. Przydałoby się wymalować jakąś optymalną ścieżkę na podłodze, jak w Ikei, żeby odwiedzający mogli mieć pewność, że niczego nie przegapili.
  • Mała wpadka organizacyjna - spotkanie z Dukajem miało być o 14, a było o 13, przez co załapałem się tylko na końcówkę, w której Dukaj wywodził, że cegły wcale nie są przeżytkiem, a seriale oglądane po kilka odcinków naraz można uznać za nowe wcielenie XIX-wiecznej powieści. Coś w tym jest...
  • Czytniki - przybyło ich w porównaniu z zeszłym rokiem, ale poza tym postępu nie widać - ceny dalej wysokie, oferta książkowa ciągle bardzo ograniczona i po zbójeckich cenach. Zdecydowanie nie idzie to tak jak powinno. Nawiasem mówiąc - na całych targach widziałem tylko jeden czytnik w okładce, a to przecież dość znaczący element.
  • Pani z wydawnictwa Post zapewniła mnie, że w przyszłym roku wreszcie będzie wznowienie "V for Vendetta" - co prawda rok temu też to słyszałem, ale "tym razem to już na pewno na pewno". Cóż, trzymam za słowo.
  • Na jednym ze stoisk padłem ofiarą ejdżyzmu - nie chcieli mi dać balonika, bo mam więcej niż dziesięć lat. Buu;-(.

Łupy

Wydane: 98 złotych. Zaoszczędzone: 39 złotych. Nie tak dobrze jak rok temu, ale nadal przyzwoicie:-).


Za co Mario Vargas Llosa dostał Nobla

Dodane 07 października 2010 w kategorii Literatura.

Nie ukrywam, że dzisiejszy werdykt Akademii Szwedzkiej bardzo mnie ucieszył. Po serii laureatów, których nazwiska niewiele mi mówiły, w końcu nagrodę dostał pisarz, którego twórczość znam i lubię. Prędko raczej się kolejny taki przypadek nie zdarzy - pewnie dopiero przy Noblu dla Dukaja;-).

Cóż, grzechem byłoby nie wykorzystać tej okazji do przybliżenia moim wiernym czytelnikom (niewiernym zresztą też, co mi tam) twórczości laureata. Co prawda tylko częściowo, bo wiele jego książek dopiero przede mną, ale i te przeczytane są godne uwagi. Co najbardziej?

Przede wszystkim "Pochwała macochy" - krótka (niestety) powieść przesycona mocno dwuznacznym erotyzmem. Niejaki don Rigoberto, miłośnik sztuki i kobiet, żeni się po raz drugi, a jego nową wybranką jest bajecznie piękna i mądra Doňa Lukrecja. Problem tylko w tym, że don Rigoberto ma już małego synka z pierwszego małżeństwa, więc pytanie, czy zdoła on zaakceptować i pokochać nową mamę? Jak się okaże, pokocha ją od pierwszego wejrzenia, ale, hmm, miłością niekoniecznie dziecięcą. Biorąc pod uwagę, że do wieku dojrzewania jeszcze mu daleko, nie muszę chyba tłumaczyć, na czym polega wspomniana dwuznaczność. No i diaboliczna przewrotność, bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy dziecko molestuje dorosłą osobę...

Na tym jednym wątku rzecz się jednak nie kończy - mamy tu też wiele smakowitych scen (wyobrażonych i rzeczywistych) między dwojgiem małżonków, jak również poetyckie opisy takich obrazów jak "Diana po kąpieli" Bouchera czy "Zwiastowanie" Fra Angelico - niby na zasadzie przerywników, ale wplatające się zręcznie w fabułę i podsuwające (szczególnie ten ostatni) przewrotne, a nawet bluźniercze jej interpretacje. Wszystko to pisane naprawdę pięknym językiem, sprawiającym niemal fizyczną przyjemność przy czytaniu. Trzeba też pochwalić zakończenie - tak przewrotne, że już bardziej nie można, jedno z najlepszych, jakie widziałem. Wielka szkoda, że to misterne dzieło sztuki ma niecałe dwieście stron.



Fantastyka i futurologia (Stanisław Lem)

Dodane 06 października 2010 w kategorii Literatura.

Fantastyka i futurologia | Stanisław Lem (Agora)

[tomy 23-24 Lemowej Kolekcji]

Największe dzieło Lema. Największe w sensie dosłownym - dwa tomy liczą sobie łącznie ponad 900 stron. A że nie jest to lektura lekka i łatwa, kawał życiorysu można przy tym stracić. Co jednak nie znaczy, że będzie to stracony czas;-).

Żeby się o tym przekonać, trzeba jednak trochę samozaparcia - szczególnie na początku, gdy po przydługim wstępie wypływamy na głębokie wody literaturoznawstwa (z elementami futurologii), w krzyżowy ogień takich terminów, jak "struktura semantyczna" czy "powiązania kauzalne". Bez przygotowania lepiej się tam nie pakować, tylko najpierw przeczytać np. "Mój pogląd na literaturę", poruszający zbliżone tematy nieco mniej wyczerpująco.

A jakie to tematy? Na początek język dzieła literackiego i problemy lingwistyczne związane z pisaniem o przyszłości (rozwój technologiczny a rozwój języka), następnie konstrukcja świata przedstawionego i sposoby kreowania światów nieistniejących (w SF stanowiących spodziewaną przyszłość naszego świata bądź racjonalną dla niego alternatywę), a na koniec najcięższa artyleria, czyli struktury (narracyjne, fabularne itp.) i metody kreacyjne utworów literackich - oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem fantastyczno-naukowych. Wszystko to zdecydowanie bez taryfy ulgowej, więc chwilami nie ma lekko.

W tej ostatniej części Lem podejmuje też próbę stworzenia klasyfikacji pomysłów, na jakich SF się opiera. Próbę ciekawą i nadspodziewanie udaną - okazuje się, że niemal wszystko, co fantaści wykombinowali, możne dość gładko sprowadzić do złożenia kilku elementarnych operacji myślowych. Pozostaje pytanie, czy należy to traktować jako dowód mizerii intelektualnej fantastów, czy raczej jako przejaw geniuszu Lema, który zdołał w tak przemyślny sposób wymodelować podstawy tak szerokiej i różnorodnej dziedziny twórczości. Sam autor skłania się ku pierwszej odpowiedzi - bynajmniej nie z wrodzonej skromności, bo tą nie grzeszył.