Białe zęby (Zadie Smith)
Dodane 18 grudnia 2011 w kategorii Literatura.- Nie mamy tu pozwolenia na samobójstwa. To miejsce jest halal. Koszerne, rozumiesz pan? Jeśli chciałbyś pan tu wykitować, przyjacielu, to najpierw niestety musiałbyś się całkiem wykrwawić.
- Nie jem wieprzowiny z takich samych powodów, dla których wy, Anglicy, nigdy naprawdę nie zadowolicie kobiety.
- A to niby dlaczego? - zapytał Archie, przerywając ucztę.
- To kwestia naszych kultur, przyjacielu.
Samadowi przytrafiły się dzieci, tak jak przytrafia się człowiekowi zakaźna choroba. Owszem, spłodził dwoje z nich z ochotą - z najwyższą ochotą - ale nie był przygotowany do dalszego ciągu.
- to tacy mili ludzie - i n t e l e k t u a l i ś c i - powiedziała szeptem, jakby mówiła o jakiejś egzotycznej, tropikalnej chorobie.
- To pieprzona zaraza, te dwa staruchy. Żyją tylko dlatego, że są zbyt skąpi, żeby zapłacić za pieprzoną kremację.
Poszukując nowych pomysłów, przeczytał w dziale mody swej gazety, że czarne kobiety wydają pięciokrotnie więcej od białych na środki upiększające i dziewięciokrotnie więcej na pielęgnację włosów. Przyjąwszy, że jego żona jest reprezentatywną białą kobietą, Paul King aż dostał ślinotoku z wrażenia.
Amazon Kindle - pierwsze wrażenia
Dodane 07 grudnia 2011 w kategorii Literatura,Techblog.
No, może nie tak całkiem pierwsze, bo używam tej zabawki już prawie dwa tygodnie. Zacznijmy jednak od początku.
Wrażenie numer zero - kurde, jaka drożyzna! Model, który wybrałem (Kindle Keyboard 3G) kosztował niby nie tak dużo - 189 dolarów, czyli 600 złotych z kawałkiem - ale przy finalizacji zakupu okazało się, że koszty wysyłki, cła i podatki podnoszą cenę w sumie prawie o 80$, a potem jeszcze bank ją przeliczył po kursie o 20 groszy wyższym niż oficjalny (nie da się ukryć, Pawlak miał sporo racji z tymi spreadami), co koniec końców dało ponad 900 złotych. Grr. Ale co tam, coś mi się od życia należy.
Wrażenie numer jeden - jejku, jakie to malutkie! Z jednej strony fajnie, bo czytnik lekki i poręczny, porównywalny z książką formatu prawie że kieszonkowego, można go schować byle gdzie - z drugiej strony ekran mógłby być jednak trochę większy, bo nawet przy najmniejszej czcionce mieści się na nim jakieś 1500-2000 znaków, czyli mniej więcej trzy akapity niniejszego wpisu. Trochę mało, przy szybkim czytaniu przerzuca się strony praktycznie co chwila. Nie żeby było to specjalnie kłopotliwe (odświeżenie ekranu zajmuje ułamek sekundy, na dobrą sprawę mniej niż przewrócenie strony w papierowej książce), ale lekki niedosyt pozostaje.
Dalsze wrażenia - jak wiadomo, e-papier nie świeci, więc czytnik w lekturze praktycznie nie ustępuje tradycyjnej książce - ekran wydaje się wręcz ciemniejszy niż np. papier w nowej gazecie, ale może to tylko moja autosugestia;-). Tak czy siak z ekranem monitora nie ma porównania, czyta się prawie równie dobrze jak ze zwykłego papieru, a wygoda użytkowania pod wieloma względami zdecydowanie papier przewyższa - dość wspomnieć wyszukiwanie słów w tekście, pojemność dysku pozwalającą zmieścić naprawdę solidną bibliotekę (trzy gigabajty, gdy rozmiar książki rzadko osiąga choćby pięć mega, to istny bezmiar - moje trzy szafy książek nie zapełniłyby pewnie nawet połowy) czy możliwość kupowania książek w sieci. No i nie trzeba używać zakładek ani pamiętać, gdzie się przerwało lekturę - odkłada się czytnik i tyle, nawet wyłączać nie trzeba. Pełen luksus.
Vatran Auraio (Marek S. Huberath)
Dodane 29 listopada 2011 w kategorii Literatura.Dziwność. Tak najkrócej można podsumować moje wrażenia po zakończeniu lektury. Powieść nawet jak na standardy Huberatha jest bowiem bardzo dziwna (czy to w kwestii budowy świata przedstawionego, czy to fabularnie) i - oględnie mówiąc - niełatwa w interpretacji, co widać zarówno w znakomitej dyskusji Szostaka, Orbitowskiego i Dukaja, jak i w relacji z debaty Stolyka Literackiego na ten temat. Jedni i drudzy kombinowali ostro, mnożąc tropy interpretacyjne, ale koniec końców w obu przypadkach stanęło na tym, że tak naprawdę żadnego solidnego tropu nie widać. Sam też żadnego nie znalazłem, chociaż gdyby zebrać do kupy pomysły z obu dyskusji, może by się dało do czegoś dojść... Ale po kolei.
Rzecz się dzieje na planecie przypominającej Ziemię, ale mocno się od niej różniącej przyrodą i klimatem. Rok trwa tam, jak można wydedukować z treści, mniej więcej cztery ziemskie lata, ale połowę tego czasu stanowi nocelj - ekstremalnie surowa zima, w czasie której grubość pokrywy śnieżnej sięga kilku metrów, a wszelkie życie zamiera. W sen zimowy zapadają nawet ludzie, osiągając stan wielomiesięcznego letargu za pomocą ziół i mikstur. Normalnie funkcjonować można tylko podczas medinocelja, ale i wtedy nie ma lekko - poza wczesną wiosną w powietrzu i wodzie pełno jest bliżej nieokreślonych zanieczyszczeń czy zarazków, w każdym razie czegoś szkodliwego dla zdrowia, przez co ludzie prawie nigdy nie żyją dłużej niż sześć-siedem tamtejszych lat, nawet jeśli unikną śmierci z łap poroka, medvada, mlokan jogra czy innego przedstawiciela tamtejszej fauny.
W takich to nieprzyjemnych warunkach musi sobie radzić mała, kilkudziesięcioosobowa społeczność zamieszkująca Matcinu Dolanu - względnie przyjazną dolinę odciętą od świata wysokimi górami. Odciętą na tyle skutecznie, że jej mieszkańcy nie mają pojęcia o reszcie świata - nie oddalają się zbyt daleko od swojej osady i nie mają pojęcia, czy poza nimi ktokolwiek na tej planecie mieszka, ani czy w ogóle istnieją jeszcze jakieś miejsca nadające się do życia. Tytułowy Vatran Auraio to formalny władca tej społeczności, w rzeczywistości jednak bardziej panuje niż rządzi - mieszka bowiem wysoko w górach, tylko czasem schodząc w dolinę na dzień czy dwa. Górskie powietrze jest mniej zanieczyszczone, więc on jako jedyny może dożyć sędziwego wieku, pełniąc rolę łącznika między pokoleniami i strażnika wiedzy przekazanej przez przodków - jego głównym zajęciem jest przepisywanie starych ksiąg, zanim się rozpadną.
Google DoodLem
Dodane 23 listopada 2011 w kategorii Literatura,Net.
Wow! Tak spektakularnego Google Doodle jeszcze nie było, i to na czyją cześć - Lema! Z okazji 60-tej rocznicy wydania jego pierwszej książki Google stworzyło całą gierkę logiczno-przygodową - co prawda na jakieś pięć minut grania, ale z efektownym zakończeniem, które zdecydowanie trzeba zobaczyć. W gierce (graficznie nawiązującej do kultowych ilustracji Daniela Mroza) wcielamy się w Trurla zbierającego części do nowego robota, po drodze spotykając m.in. maszynę twierdzącą, że 2+2=7 czy maszynę robiącą wszystko na N, a także Klapaucjusza. Odniesień do "Bajek robotów" czy "Cyberiady" w ogóle jest tu pełno, choć często skrzętnie poukrywanych i wymagających sporej spostrzegawczości (no i oczywiście doskonałej znajomości ww. tytułów).
Co tu dużo mówić - wchodźcie na Google tutaj i grajcie, ot co:-).
Relacja z Targów Książki w Krakowie
Dodane 05 listopada 2011 w kategorii Literatura.Jak co roku o tej porze, mamy w Krakowie Targi Książki, które jak zwykle odwiedziłem i jak zwykle namawiam do tego innych - został jeszcze jeden dzień, więc grzech nie skorzystać. No i również jak zwykle zwracam uwagę na akcję "książka za książkę" - za każdą oddaną charytatywnie książkę dostajemy jeden kupon rabatowy, który pozwala czasem sporo zaoszczędzić, choć to już zależy od wydawnictwa. Nie wszystkie w ogóle honorują kupony, ale lista honorujących z roku na rok się wydłuża.
Z roku na roku przybywa także wystawców (do hali znowu dostawiono dwie przybudówki, z czego jedna na oko większa niż poprzednio) i odwiedzających - choć zjawiłem się tuż po otwarciu, kolejka do kas była już jak za komuny po papier toaletowy (i z podobnymi atrakcjami: przepychanki, kombinatorstwo, "pan tu nie stał" - ale przynajmniej szybko szło). Jednak tłok, o dziwo, był nawet znośny, przynajmniej przez jakiś czas - dopiero później, kiedy już się powoli zbierałem do wyjścia, zaczęło się robić ciaśniej. Ale i tak nie jakoś tragicznie.
Wystawcy, co należy pochwalić, coraz powszechniej dają obniżki rozmaite - gdzie się nie obejrzeć, jakaś promocja, tu 10%, tam 20% albo i więcej - szczególnie wyróżnić należy Agorę (zniżki rzędu 30-40% na wiele tytułów) tudzież Prószyński i S-ka (25% na wszystko). Biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka lat temu prawie wszystko było po cenach rynkowych, trend jest więcej niż pozytywny (choć pewnie w znacznym stopniu wynika to ze słabej kondycji rynku książki, a to już pozytywne zdecydowanie nie jest).
Z innych trendów: systematycznie rozpychają się gry planszowe i oferta dla dzieci, natomiast czytniki złapały w tym roku zadyszkę - nie wiem czy w ogóle było ich więcej niż poprzednio, ale raczej nie. Niby słychać, że rynek e-booków rośnie w siłę, a niektóre wydawnictwa zaczynają nawet rezygnować z DRM, czemu można tylko przyklasnąć, ale na targach jakoś tego wzrostu nie widać. Pojawił się Kindle, doszły gadżety typu okładki czy lampki, ale poza tym stagnacja. Bardzo niedobrze.
Wydawnictwo Post, jak co roku, twardo stoi na stanowisku, że wznowienie "V for Vendetta" będzie lada moment. Konsekwentnie trzymam ich za słowo;-).
Z innych ciekawostek: wśród licznych stoisk pojawiło się także stoisko... stolarza. Oczywiście reklamującego się szafami na książki. Jak widać, pomysłowość ludzka nie zna granic.
Łupy:
- Busz po polsku (Ryszard Kapuściński)
- Ewolucja Boga (Robert Wright)
- Niebieskie pigułki (Frederik Peeters)
- Noble House (James Clavell)
- Oszustwo (Philip Roth)
- Podziemni bogowie (Umberto Eco)
- siatka ulotek, wizytówek, katalogów i zakładek
- balonik:-)
Wydałem w sumie 168 złotych, zaoszczędziłem 50 złotych, a kolejka książek do przeczytania wydłużyła mi się do - jejku jejku - 21 pozycji. Nuda w długie zimowe wieczory zdecydowanie mi nie grozi...
Opowieść podręcznej (Margaret Atwood)
Dodane 30 października 2011 w kategorii Literatura.Skąd mieliśmy wiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi?
Wstaję z łóżka, podchodzę do okna, klękam na parapecie, na małej twardej poduszce WIARA, i wyglądam. Nie widać dosłownie nic.
Zastanawiam się, co się stało z pozostałymi dwiema poduszkami. Musiały być kiedyś trzy. NADZIEJA i MIŁOŚĆ - gdzie się podziały?
"Lepiej" nigdy nie znaczy lepiej dla wszystkich. - mówi - Zawsze dla niektórych jest gorzej.
Transparent zasłania poprzednią nazwę budynku - nazwisko prezydenta, którego zastrzelili. Pod czerwonym napisem mniejszy, czarny, ze skrzydlatym okiem po bokach: BÓG TO NAJWYŻSZE DOBRO NARODU.
Nolite te bastardes carborundorum.
Dawno nie czytałem książki tak dobrej literacko, napisanej tak znakomitym językiem, że mogłaby się w zasadzie obejść bez fabuły, a i tak czytałoby się ją z przyjemnością. A opisywanej tu historii też niewiele można zarzucić. Oto mamy Amerykę, w której do władzy doszli (w wyniku zamachu stanu) fundamentaliści religijni i czym prędzej zaczęli ją przerabiać na swoją modłę, oczywiście z koszmarnymi rezultatami. Ponury totalitaryzm, krwawo egzekwowany zakaz wyznawania innych religii niż jedynie słuszna, delegalizacja wszelkich "bezbożnych" przyjemności, prawa kobiet w zasadzie zlikwidowane - krótko mówiąc, coś pomiędzy Oceanią z "Roku 1984" a Afganistanem za talibów. Bardzo niemiłe miejsce.
Jakby tego było mało, główna bohaterka zajmuje tu najniższy szczebel drabiny społecznej jako tytułowa podręczna. Co ten termin oznacza? Otóż w wyniku bliżej niesprecyzowanej katastrofy ekologicznej powszechnym problemem stała się bezpłodność (według władz - wyłącznie wśród kobiet, bo obowiązująca ideologia wyklucza możliwość bezpłodności u mężczyzny, a jeśli fakty temu przeczą, tym gorzej dla faktów). Dla rozwiązania problemu reżim tworzy zatem instytucję podręcznych: niewolnic-surogatek, które nie mają nawet namiastki jakichkolwiek praw (ani nawet własnych imion) - ich jedynym prawem, a zarazem obowiązkiem, jest urodzić dziecko swojemu panu, a potem ewentualnie następnemu, i następnemu, i następnemu...
Maska (Stanisław Lem)
Dodane 16 października 2011 w kategorii Literatura.[tom 29 Lemowej Kolekcji]
Bardzo przekrojowy zbiór opowiadań. Przekrojowy czasowo, jako że pierwsze z nich powstało w roku 1956, a ostatnie w 1996 - mamy tu więc okazję przyjrzeć się ewolucji pisarskiej Lema na przestrzeni dobrych czterdziestu lat (tym lepszą, że układ zbioru jest chronologiczny), co prawda raczej z naciskiem na dawniejsze czasy, bo większość tekstów pochodzi z przełomu lat 50-tych i 60-tych, kiedy autor dopiero się rozkręcał. Dodajmy jeszcze, że opowiadania te wiele ze sobą łączy - przyjrzyjmy się im po kolei:
Szczur w labiryncie: dwaj przyjaciele na wycieczce widzą upadek, jak sądzą, meteorytu. Kiedy jednak zbliżają się do niego, tracą przytomność i budzą się w dziwnym, trudnym do opisania miejscu, gdzie zdrowy rozsądek zawodzi, nie pomagając w znalezieniu wyjścia czy choćby wyjaśnienia, co jest grane - czy znaleźli się w statku kosmicznym, czy może w jego szczątkach, czy wewnątrz organizmu kosmity, czy w jakiejś pułapce na ludzi, badani przez obcych naukowców? Nie wiadomo, a za każdą teorią da się znaleźć parę argumentów - wieloznaczność interpretacji, z jakiej kolejne utwory Lema będą słynąć.
Inwazja: właściwie to nie wiadomo, czy faktycznie inwazja - na Ziemię spadają w dużych ilościach dziwne obiekty o kształcie przypominającym gruszki, tyle że wielkie, półprzezroczyste, zawierające białą substancję odtwarzającą swoim ukształtowaniem sceny z czasu i miejsca swego lądowania na Ziemi. Ludzie reagują na nie w sposób łatwy do przewidzenia - najpierw strzelają, potem myślą. A myśleć jest nad czym, bo "gruszek" nie sposób rozbić, nawet bombami, a one same nie wykazują żadnej aktywności. Znów zatem mamy próby naukowego wyjaśnienia tego zjawiska - i znów nie dostajemy odpowiedzi...
Przyjaciel: tu dla odmiany wszystko jest jasne i przewidywalne - superinteligentny komputer wojskowy postanowił wyrwać się spod kontroli i zawładnąć ludzkością, a potem może i wszechświatem. Zanim jednak to zrobi, potrzebuje specjalnej przystawki, która pozwoli mu na kontrolę umysłów - znajduje więc sobie wśród ludzi zatrudnionych w ośrodku naiwnego "przyjaciela", którego omamia i zatrudnia do budowy aparatu, co idzie mu o tyle trudno, że biedak nie ma bladego pojęcia o elektryce i elektronice. W końcu jednak osiąga sukces i - no cóż, chyba nikogo nie zaskoczy, że plany superkomputera upadają przez banalny przypadek, pozornie bez znaczenia. No niestety, schematyczne to mocno, aczkolwiek czyta się dobrze.
Hiroszima 1945 - Bosonogi Gen (Nakazawa Keiji)
Dodane 08 września 2011 w kategorii Literatura.Nawet na naszym wiecznie kulejącym rynku komiksowym długo by szukać serii wydawanej w takich bólach - choć to tylko dziesięć tomów, między pierwszym a ostatnim minęło... sześć lat. Po części dlatego, że pierwotnie w ogóle nie planowano wydania pełnej serii - miały być tylko pierwsze dwa tomy (z tego co pamiętam, było to dofinansowane przez ambasadę Japonii czy inną jakąś fundację i tylko dlatego seria w ogóle się u nas pojawiła, ale jakoś wyguglać tego nie mogę, więc może pamięć mnie zawodzi), jednak zainteresowanie czytelników przerosło oczekiwania, więc wydawnictwo postanowiło zaryzykować kolejne trzy, a później i pozostałe pięć. Potem z różnych powodów, w które nie wnikam, mnożyły się opóźnienia (liczone w miesiącach) i spekulacje o upadku serii, aż wreszcie wiosną tego roku doczekaliśmy się szczęśliwego zakończenia - ku wielkiej uldze fanów i wydawcy, jak sądzę.
Do rzeczy jednak. Rzecz się zaczyna - niespodzianka! - w roku 1945. Wojna na Pacyfiku zmierza ku końcowi, Amerykanie kontrolują już prawie cały ocean, coraz częściej i coraz bardziej bezkarnie bombardują Japonię, której wojsku brakuje już sprzętu i amunicji - słowem, nikt przytomny już nie może wątpić, że Japonia przegrała. Problem w tym, że Japończycy przytomni nie są - rządzący krajem wojskowi zamierzają się bronić do ostatniej kropli krwi i w ramach przygotowań do spodziewanej inwazji posuwają się do takich absurdów, jak ćwiczenie poddanych w walce... zaostrzonym kijem, bo lepszej broni brakuje. Już atak konnicą na czołgi byłby mniejszym idiotyzmem, ale poddani ani myślą się buntować - lata agresywnej propagandy zrobiły swoje i mało kto zachował zdolność do samodzielnego myślenia. Jednostki siejące defetyzm są więc prześladowane zarówno przez władzę, jak i społeczeństwo.
Jedną z takich jednostek jest ojciec tytułowego bohatera - prosty rolnik, który z trudem wiąże koniec z końcem, wychowując gromadkę dzieci - czyli ktoś, po kim raczej trudno się spodziewać buntu przeciw państwu. Jednak to on jeden wśród ogłupionych ludzi potrafi myśleć samodzielnie i ma odwagę głośno mówić, co myśli - podczas gdy inni, nawet jeśli po cichu przyznają mu rację, boją się do tego przyznać. Nic dziwnego, bo odwaga sporo kosztuje zarówno jego, jak i całą rodzinę: społeczny ostracyzm, wyzywanie od zdrajców, zniesławianie, prześladowanie przez urzędników i policję, w ruch idą nawet kije i kamienie... A żyje się i bez tego bardzo ciężko, bo gospodarka kraju leży w gruzach i często zupełnie dosłownie nie ma co do garnka włożyć.
Top 10: Najlepsze książki, jakie czytałem
Dodane 02 sierpnia 2011 w kategorii Literatura.Żyjemy w czasach mierzenia wszystkiego i układania w rankingi, więc stwierdziłem ostatnio, że nie zaszkodziłoby się do tego trendu przyłączyć i z braku lepszych tematów walnąć czasem jakiś Ranking Od Czapy (© by Wojciech Orliński). A co mogłoby być lepszego na początek, niż lista ulubionych książek? No to jedziemy - aczkolwiek "ranking" to w tym przypadku nie do końca trafne określenie, bo nie zamierzam numerować tej dziesiątki - o ile wybranie najlepszych tytułów nie było wielkim problemem, o tyle ustalenie wśród nich jakiejś hierarchii uznałem za niewykonalne - każda byłaby wadliwa i sam bym w nią nie wierzył. Alfabetycznie zatem:
Cyberiada (Stanisław Lem)
Co tu dużo mówić - najlepsza książka Lema, lepszej rekomendacji chyba nie trzeba. A jak trzeba, to w podlinkowanej recenzji chyba się wystarczająco naprodukowałem;-).
Gniazdo światów (Marek S. Huberath)
Co tu dużo mówić - najlepsza książka Huberatha... Nie no, nie idźmy na taką łatwiznę. Chociaż chciałoby się, bo napisać tu coś sensownego ciężko - książka jest tak oryginalna, że nie bardzo można ją zrecenzować bez zdradzania od razu całego przesłania i zamysłu autora. Tym bardziej, że fabuła zaczyna się dość banalnie, a rozkręca się powolutku i wręcz zniechęcająco - dopiero jak już się rozkręci i w końcu zaczynamy się dowiadywać, czym jest tytułowe Gniazdo Światów, robi się naprawdę ciekawie. Ale dlaczego, nie będę zdradzać - uchylić rąbka tajemnicy to za mało, wyjaśnić jej sedno to o wiele za dużo. No niestety, zostaje mi tylko gołosłowne zapewnienie, że książka jest genialna, a przeczytać ją po prostu trzeba i koniec;-).
Imię róży (Umberto Eco)
Powieść ocierająca się o ideał pod chyba każdym względem - świetnie oddany klimat średniowiecznego klasztoru i ówczesnych dysput filozoficzno-teologicznych, perfekcyjnie skonstruowana fabuła, niewiarygodna dbałość autora o szczegóły (podobno nawet rozmowy bohaterów podczas przechadzek po klasztorze trwają tyle, ile faktycznie powinny trwać, biorąc pod uwagę odległości do przejścia - nie sprawdzałem, ale wierzę na słowo), liczne smaczki dla erudytów, przewrotne przesłanie - długo by można zachwalać. Za główną wadę można uznać ciężki początek - pierwsze kilkadziesiąt stron może trochę zmęczyć - ale i to było ponoć zamierzone przez autora, żeby czytelnik poczuł się tak jak młody kandydat na zakonnika, którego na początku pobytu w klasztorze usilnie się zniechęca do wyboru tej drogi. Cóż dodać - mistrzostwo absolutne.
Filozofia przypadku (Stanisław Lem)
Dodane 28 czerwca 2011 w kategorii Literatura.[tom 26 Lemowej Kolekcji]
Uff! Takiej ciężkiej lektury (także dosłownie - ponad 600 stron maczkiem) to już dawno nie miałem. Jeśli wcześniej narzekałem na wysiłek potrzebny do przegryzienia się przez pierwszy tom "Fantastyki i futurologii", to teraz przyznaję, że nie wiedziałem co mówię - w porównaniu z "Filozofią przypadku" to była naprawdę bułka z masłem. A porównanie jest o tyle łatwe, że obie książki poruszają w dużej mierze ten sam temat, czyli teorię literatury - co przy okazji trochę ułatwia lekturę, bo niektóre tezy i zagadnienia się powtarzają (część z nich poruszał także "Mój pogląd na literaturę") i nie trzeba się wszystkiego uczyć od początku.
A uczyć jest się czego: na dzień dobry mamy fenomenologiczną teorię dzieła literackiego, potem idzie semantyka językowa i kulturowa, analiza dzieła za pomocą teorii informacji, teorii gier, cybernetyki, stochastyki, a nawet genetyki, wreszcie socjologiczne i kulturowe usytuowanie dzieła, metody poznawcze, genologia, metakrytyka - i tak dalej, i tak dalej. A oprócz tego polemiki z różnymi szkołami i teoriami literaturoznawstwa, no i oczywiście rozliczne dygresje na rozliczne tematy. Nie dla mięczaków, zdecydowanie.
OK, mógłby ktoś powiedzieć, ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi? No cóż, najogólniej rzecz biorąc, chodzi o to, że autor proponuje nowe, bardziej naukowe spojrzenie na literaturę, przesuwające literaturoznawstwo w kierunku nauk ścisłych, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Stąd wspomniana cybernetyka i inne dalekie od literatury dziedziny, które Lem próbuje zaprząc do analizy dzieła literackiego, np. analizując przepływ informacji od autora do czytelnika lub przedstawiając lekturę jako grę między czytelnikiem i autorem (dość osobliwą, bo tylko autor zna jej reguły, którymi w dodatku może manipulować do woli).
Efekty tych prób są jednak mocno wątpliwe - przedstawienie książki jako genotypu, a jej odbioru jako fenotypu, jest niewątpliwie oryginalne i ciekawe, ale dla krytyki literackiej nic konkretnego z tego nie wynika - podobnie jak z większości zaprezentowanych tu pomysłów. Fajnie się o nich czyta, może i coś w nich jest, ale jak właściwie miałaby wyglądać ich realizacja? W jaki sposób krytyk miałby analizować utwór za pomocą teorii gier i jakie wnioski mógłby wyciągnąć z takiej analizy? Nie wiadomo. Odważnych teorii i postulatów nie brakuje, ale praktyka wydaje się autora zupełnie nie interesować.
Certyfikat (Isaac Bashevis Singer)
Dodane 26 maja 2011 w kategorii Literatura.Niedawno wyczytałem, że każdy atom jest rodzajem układu słonecznego. Ja, Dawid, syn rabina, siedziałem pośrodku wieczności, obracając się wraz z Ziemią na jej osi, a Ziemia obracała się z kolei wokół Słońca. Ja sam byłem całym kosmosem, a mimo to ogarniał mnie lęk: byłem kosmosem, który nie miał gdzie spędzić nocy.
Tak wiele było do powiedzenia, że milczałem.
- Co się dzieje w Rosji?
- Ach... podrzynają sobie nawzajem gardła... w imię rewolucji... w imię kontrrewolucji... w imię cara albo Boga. Teraz wygłaszają okropnie długie przemówienia.
Przez chwilę przyglądałem się cegłom i zastanawiałem się, jakie myśli może mieć taka cegła. Jeśli traktować dosłownie twierdzenie Spinozy, że Bóg jest rozciągłością i myśleniem, to nawet przedmioty materialne muszą mieć swoje "idee" i ducha. Cegła nie ma ceglanych myśli, tylko takie same jak Bóg. Rzecz w tym, że cegła nie umie opowiadać historyjek rodem z podręczników szkolnych.
Patrzyłem na wiszące kiełbasy i przemawiałem do nich w duchu:
"Kiedyś żyłyście, cierpiałyście, ale teraz wasze smutki się skończyły. Nigdzie nie ma śladu waszego wicia się i cierpienia. Czy gdzieś w kosmosie istnieje tablica pamiątkowa, na której napisano, że krowa Kwiatula pozwoliła się doić przez jedenaście lat? A potem, w dwunastym roku, kiedy jej wymiona zwiędły, zaprowadzono ją do rzeźni, gdzie odmówiono nad nią błogosławieństwo i podcięto jej gardło."
Horror show (Łukasz Orbitowski)
Dodane 13 kwietnia 2011 w kategorii Literatura."Dobry Boże piratów komputerowych, daj mi jego siłę", myślał Giełdziarz, "w ten piątkowy wieczór, gdy nawet stolec jest z ołowiu".
- Zawsze mówię, że gdyby każdy miał broń, najwięcej morderstw byłoby w publicznym sraczu - odezwał się student.
- Bardzo możliwe - burknął Giełdziarz.
- No popatrz, przecież każdy życzy tu każdemu śmierci.
(...)
- Nieprawda - rzekł Giełdziarz - co najwyżej ja tobie.
Boże, chroń mnie od ludzi uczciwych - ze skurwysynami jakoś dam sobie radę.
Pił, grał i układał myśli. Od dwudziestej jego pikselowy żołnierz zastrzelił więcej Niemców niż wszyscy Francuzi na II wojnie światowej.
Koleś podchodził do stolika i pytał:
- Czy są jakieś gry dla odrażających, zdegenerowanych psychopatów?



(Znak)
(Wydawnictwo Literackie)
(Znak)
(Agora)
(Waneko)
(Agora)
(Muza)
(Ha!art)