JID: cichyfragles@jabber.wroc.pl, mail: cichy kropka fragles małpa gmail kropka com
No i cóż, znów nie było łatwo znaleźć kilka blogów godnych uwagi, a jeszcze przeze mnie nie reklamowanych - ale nie takie rzeczy się robiło ze szwagrem po pijaku;-).
Dlaczego nie napalm - blog zbierający teorie spiskowe, jakich multum powstało po katastrofie pod Smoleńskiem. Jedna głupsza od drugiej, a wszystkie zgrabnie zilustrowane stosownymi kadrami z Monty Pythona.
3000 stóp - nie ukrywam, że gór nie lubię, a chodzenie po nich z narażeniem zdrowia i życia uważam za, hmm, niezbyt mądrą rozrywkę. Ale przyznaję, że widoki ze szczytów bywają piękne, a zdjęcia na tym blogu są naprawdę wypasione.
Poprawki.com - co łączy grafików z programistami? Jedni i drudzy mają skaranie boskie z poprawkami od klientów, ale też jedni i drudzy potrafią podejść do tego z humorem:-).
Teatrzyk Suchych Gnatów - ani chybi jakiś potomek Teatru Zielona Gęś. Nic więcej chyba nie muszę dodawać.
Anomalia klimatyczna - na koniec dla odmiany coś na poważnie, a nawet naukowo, czyli blog o zmianach klimatu - młody, ale bardzo dobrze się zapowiada.
Tak jakoś wyszło (mniejsza o przyczyny), że w trwającej już kilka dni wielkiej debacie o rozwoju Joggera nie zabrałem dotąd głosu - ale może to i lepiej, bo po paru kolejnych odcinkach można już zrobić małe podsumowanie.
Przede wszystkim, spora część dyskutantów wykazała się zboczeniem zawodowym programistów, czyli myśleniem przede wszystkim o kodzie. Co tam społeczność, co tam funkcjonalności - najważniejsze, żeby było open source. OK, może i fajnie by było, ale to tak naprawdę trzeciorzędna kwestia. Nieważne, czy kod będzie otwarty czy zamknięty - ważniejsze, jakie będą efekty jego działania i jak będzie wyglądał jego rozwój. Ale i to jest kwestią drugorzędną. Najważniejszy jest - jak zawsze - efekt końcowy, czyli rozwój społeczności. A to ma już naprawdę niewiele wspólnego z samym kodem.
Żeby nie być gołosłownym - w obecnej pracy zajmuję się rozwijaniem serwisu, który ma 100k UU dziennie, a niektóre partie kodu to po prostu burdel na kółkach: niekończące się elseify, masa zmiennych globalnych, skamieniałości z czasów pehapa łupanego, dziki gąszcz powiązań między dziesiątkami plików i generalnie pokaz, jak nie należy programować. Jakim cudem to wszystko się nie wywala dziesięć razy dziennie, nie jestem w stanie pojąć. Ale użytkownicy tego nie widzą, więc dla nich problem nie istnieje, a serwis się trzyma - może na słowo honoru, ale jednak.
Wracając do Joggera - nie wiem oczywiście, jak wygląda jego kod (D4rky twierdzi, że tragicznie, ale to pojęcie względne), na pewno jednak nie tam tkwi przyczyna spadku popularności platformy. Owszem, źle napisany kod trudniej się rozwija, ale da się z tym żyć, przynajmniej do pewnego momentu. Rzecz w tym, żeby w ogóle ktoś się tym regularnie zajmował, bo nie ma (no, prawie nie ma) takich problemów, których przy odrobinie wysiłku nie dałoby się obejść.
Krótka historia Wykopu:
I na tym chyba lepiej poprzestanę. Dłuuugo (za długo) trzymałem to w czytniku, bo mimo wszystko ciągle się czasem pojawiały prawdziwe perełki - ale obecnie ich odsetek jest już o wiele za mały, żeby się opłacało tracić czas na grzebanie w coraz większym śmietniku. Szkoda, bo jak wspomnę początki, to łezka się w oku kręci, ale nadziei na poprawę już dawno nie widać.
Smutny paradoks Web 2.0 - na dłuższą metę nic skuteczniej nie niszczy społeczności, niż sukces komercyjny. Większa popularność => więcej hołoty => spadek poziomu => odejście porządnych ludzi => śmietnik. Przykładów - od Basha do Naszej Klasy - nie brakuje. Tylko Wikipedia podąża w przeciwnym kierunku, ale to oczywiście wyjątek potwierdzający regułę. No i Jogger na szczęście się trzyma - aż trudno uwierzyć, jak skutecznym zabezpieczeniem przed hołotą jest konieczność zainstalowania Jabbera. Niby drobiazg, a jednak wystarczy, żeby blogów poniżej pewnego poziomu praktycznie tu nie było.
Wracając do Wykopu - mimo wszystko wciąż mógłby być z niego pożytek, gdyby ktoś przesiewał ten śmietnik i przepuszczał tylko te nieliczne strony prezentujące jakiś poziom. Niestety takiej moderacji tam nie ma i raczej nigdy nie będzie, a nie istnieją jeszcze boty tak inteligentne, żeby odróżniały perełkę od śmiecia. Ba, wśród użytkowników Wykopu większość tego nie potrafi, więc czego wymagać od botów. Ale gdyby znalazł się ktoś rozumny i z odpowiednią ilością wolnego czasu, ręcznie oddzielał ziarno od plew i prezentował na blogu, to wróżę takiemu blogowi sporą popularność. Sam czasu i ochoty na to nie mam, ale może ktoś podchwyci pomysł i go zrealizuje? Jeśli się taki znajdzie, może liczyć u mnie na darmową reklamę;-).
Kto by pomyślał - Wikipedia ma już dziewięć lat, a więc jest w połowie drogi do pełnoletności. I nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że dzieciak rozwija się cudownie, dostarczając swoim rodzicom wielu powodów do dumy. A że za rodziców (no, współrodziców) może się uważać wielka rzesza internautów (ze mną włącznie, choć nie powiem, żebym był dumny ze swojego mizernego wkładu), to i świętować jest komu. Świętujmy zatem i miejmy nadzieję, że nasze dziecko pomyślnie przejdzie zbliżający się trudny wiek dojrzewania;-).
Tak wygląda Miranda:

A tak GG 10:

I pomyśleć, że oba programy służą do tego samego, a w dodatku Miranda ma ciut większe możliwości...
Ostatnio przy guglaniu rzuciło mi się w oczy takie coś:

Funkcjonalność bardzo ciekawa i niewątpliwie przydatna. Pytanie tylko - jak oni to robią? Przez chwilę myślałem, że po prostu dostosowali się do skryptu phpBB, na którym stoi miażdżąca większość forów w sieci, ale nie - dane o postach widać też dla forum Racjonalista.pl czy forum Frondy, ale dla forum.gazeta.pl już nie, czyli najwyraźniej działa tu jakaś automagiczna analiza.
Tak czy siak pomysłowość ludzi z Google ciągle nie przestaje mnie zadziwiać. Ani chybi wkrótce będą rządzić światem - o ile już teraz tego po cichu nie robią;-).
Nie, tytułowe pytanie nie jest prowokacją ani (mam nadzieję) objawem choroby umysłowej. Pytam całkiem serio, jako że przyszło mi ostatnio do głowy następujące spostrzeżenie - skoro spamerzy wysyłają codziennie miliardy maili, to byłoby dla nich zupełną katastrofą, gdyby ludzie, zamiast te maile ignorować, zaczęli na nie masowo odpowiadać. Spamerzy oberwaliby własną bronią, zmuszeni do przekopywania się przez miliony bezwartościowych odpowiedzi w poszukiwaniu tych nielicznych dla nich ważnych. Czy to by nie było piękne?
Oczywiście pomysł przekonywania milionów internautów do korespondowania ze spamerami to kompletna utopia, bo komu by się chciało. Ale od czego nowoczesna technologia? Można by przecież użyć do tego specjalnie wytrenowanych botów, zintegrowanych z programami pocztowymi lub/i serwerami, które to boty już przy dzisiejszym poziomie technologii byłyby w stanie generować w miarę realistycznie brzmiące odpowiedzi. Na dłuższą metę oczywiście żaden istniejący dziś bot nie da rady przekonująco udawać człowieka, ale niechby zamienił ze spamerem choćby trzy-cztery maile - już to by oznaczało dla spamerów nawał dodatkowej pracy, a co za tym idzie, drastyczny spadek opłacalności, jeśli takiego bota by używał chociaż co setny odbiorca.
Oczywiście spamerzy mogliby na to odpowiedzieć własnymi botami, ale takie rozwiązanie miałoby z ich punktu widzenia kilka sporych wad. Po pierwsze, tak czy siak musieliby wysyłać dużo więcej maili niż obecnie, a łącza nie są z gumy. Po drugie, nie sztuka doprowadzić do niekończącej się wymiany korespondencji między dwoma botami - sztuka rozpoznać, że ten na drugim końcu kabla to też bot, żeby móc z czystym sumieniem korespondencję zakończyć. Po trzecie, jeszcze większa sztuka to rozpoznanie, że korespondent nie jest botem, tylko żywym jeleniem, który faktycznie chce kupić Viagrę za półdarmo albo uratować demokrację w Nigerii - no i przekonanie tego jelenia, że nie rozmawia z botem, tylko z żywym nigeryjskim dysydentem czy powiększaczem penisów. A tu już skuteczność musi być spora, bo jeleni jest niewiele i każdy zniechęcony przez bota lub pomyłkowo odrzucony oznacza dla spamera spore straty.
Pytanie tylko - czy dobrze kombinuję, czy mój pomysł ma jakieś słabości, których nie uwzględniłem?
Cholera by wzięła, problem z wyborem blogów godnych polecenia miałem jeszcze większy niż rok temu. Ale jakoś poszło:
Bookcase Porn - spokojnie, żadnej golizny tu nie znajdziecie - autora podniecają tylko szafki i półki na książki. Cóż, różne są zboczenia.
Spod pędzla - a tu dla odmiany golizna występuje dosyć często, co i nie dziwi, bo wśród artystów pełno jest świntuchów. Ale nie tylko dlatego polecam.
Plakaty filmowe - tytuł mówi chyba wszystko, a plakat jaki jest, każdy widzi - czasem arcydzieło, czasem katastrofa...
Neurotyk.net - neurologia, psychologia, technologia i tak dalej, czyli wszystko o mózgu i pokrewnych sprawach.
Kurwa mać! - tytuł nieładny, a i blog to formalnie nie jest, ale co tam - rysunki Marka Raczkowskiego są godne polecenia pod byle jakim pretekstem;-).
A gdyby komuś jeszcze było mało świętowania, przypominam o linkach po prawej (swoją drogą, ciekaw jestem, jak wygląda ich klikalność - szkoda, że nie ma tego jak sprawdzić).
Widzieliście, jakie wirusy teraz robią? Na pewno nie. Zatem patrzcie uważnie, bo nie będę powtarzać:

Ciężkie czasy idą, na takie coś już Avast nie wystarczy, a nawet przesiadka na Linuksa nie pomoże...
Chciałem kiedyś wspomóc się internetem w mojej pracy. Wpisałem w wyszukiwarkę słowo "utopia" i dostałem informację "znaleziono trzy miliony stron". Byłoby największą utopią w moim życiu, gdybym próbował się przez to wszystko przekopać...
Zygmunt Bauman
- Co jest trudnością dla człowieka, który chce dziś poznać z lektur świat, zdobyć o nim wiedzę, zrozumieć go?
- Nadmiar. Morze książek, czasopism, taśm, stron internetu, a wszystko pełne wszelkich teorii, nazw, danych. Nadmiar.
Ryszard Kapuściński
Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.
Stanisław Lem
Wyczytałem gdzieś kiedyś, że w dwudziestym wieku ludzkość wyprodukowała więcej informacji niż w całej swojej wcześniejszej historii, od wynalezienia pisma aż do roku 1900 - a w dwudziestym pierwszym wieku, choć trwa on dopiero kilka lat, wyprodukowaliśmy jej już więcej, niż przez cały wiek dwudziesty. Ponieważ wyczytałem to parę lat temu, mogę chyba spokojnie uznać, że w takim razie w obecnym stuleciu zdążyło już powstać więcej informacji niż od zarania dziejów aż po rok 2000. Nic zatem dziwnego, że - jak wyczytałem gdzie indziej i kiedy indziej - współczesny człowiek często "przetwarza" więcej wiadomości w ciągu jednego dnia, niż jego przodek sprzed kilku wieków dostawał przez całe życie.
Wydawałoby się - nic, tylko się cieszyć. Więcej produkujemy, więcej dostajemy, a postęp jest niemalże hiperboliczny. Czego chcieć więcej? No niestety, aż tak różowo nie jest. W puszczy wprawdzie zniknęły problemy, które nam doskwierały na pustyni, ale w zamian, jak to zwykle w życiu bywa, pojawiły się nowe.
Przede wszystkim, ilość nie przeszła w jakość. Może i stoimy po kolana w klejnotach, ale miażdżąca większość tej masy to bezwartościowe świecidełka, które tylko przeszkadzają w znajdywaniu diamentów. Nie chodzi mi nawet o informacyjny szum o Dodzie czy Paris Hilton, bo tego typu durnoty łatwo odsiać, czasem najwyżej drażnią. Prawdziwą zmorą jest szum innego rodzaju - tony kłamstw i bredni na wszystkie tematy, serwowanych nam ze wszystkich stron coraz bardziej bezczelnie i bezkarnie.
Prezydent wreszcie podpisał nowelizację ustawy podatkowej, dzięki której znika w końcu kretyński wymóg używania podpisu elektronicznego przy składaniu PIT-ów przez sieć. Przy odrobinie szczęścia będzie można wypełnić zeznanie w necie jeszcze przed świętami. Witamy w dwudziestym wieku!
Dlaczego nie w dwudziestym pierwszym? Ano dlatego:
Do wysłania PIT-u tą drogą potrzebny będzie komputer z systemem operacyjnym Windows 2000, XP lub Vista i skonfigurowanym dostępem do internetu. Do tego oprogramowanie Adobe Reader w wersji 8.0 lub wyższej z zainstalowaną tzw. wtyczką do tego programu.
Cóż, żadna to nowość, że nasze instytucje państwowe z uporem maniaka promują jedynie słuszne oprogramowanie (akurat Windy używam, ale Adobe Readera nie trawię, a pluginów do otwierania PDF-ów przez przeglądarkę nienawidzę). Żadna też nowość, że najprostsze i najlepsze rozwiązania (czyli w tym przypadku formularze w HMTL-u) muszą być prośbą i groźbą wymuszane, bo urzędnicy robią co w ich mocy, żeby nam utrudnić życie. Ale jakiś krok do przodu został zrobiony, więc może kiedyś nasza skarbówka i w dwudziesty pierwszy wiek wejdzie. Trzeba wierzyć.
Onet ogłosił wyniki konkursu na blog roku 2008 i po raz kolejny poza jednym czy dwoma wyjątkami nagrody przypadły blogom co najwyżej przeciętnym, a w paru przypadkach po prostu słabym - ze szczególnym uwzględnieniem głównej nagrody, którą dostał łzawy blog nastolatki prezentujący poziom szkolnych wypracowań. Znając laureatów trzech poprzednich edycji, nie powinienem się dziwić - na kilkadziesiąt dotychczas nagrodzonych blogów uzbierałoby się może dziesięć, które rzeczywiście na to zasługiwały - ale można było oczekiwać chociaż jakiegoś postępu, a tego wciąż nie widać.
Cóż, przynajmniej sprowokowało mnie to do przemyśleń, kto faktycznie zasłużył w zeszłym roku na wyróżnienie. Oto efekty tych przemyśleń:
W kategorii "humor" moją metaforyczną statuetkę otrzymują Kartonki za absurdalno-geekowsko-złośliwy humor w najlepszym wydaniu i świetne rysunki.
W kategorii "kultura" numer jeden to Cuda świata - blog o klasycznej sztuce i architekturze na najwyższym poziomie.
W kategorii "nauka" wygrywa Cytadela, wbrew tytułowi nie traktująca o architekturze ani strategii wojennej, lecz o fizyce, astronomii i kosmologii. Autor twierdzi, że jest tylko amatorem w tych sprawach, ale trudno w to uwierzyć;-).
W kategorii "net" nagroda niestety "pośmiertna", bo blog net to miesiąc temu zakończył działalność (choć zastrzegł, że może kiedyś wróci). Ale zanim ją zakończył, pisał genialnie.
W kategorii "polityka", skoro miniony rok był rokiem wyborów prezydenckich w USA, nie mógł wygrać nikt inny niż Biały Domek, który trzymał rękę na pulsie od pierwszego dnia kampanii prawyborczej do ostatniego zliczonego głosu w listopadzie.
Wreszcie w kategorii "świat" klasą sam dla siebie był blog pt. Konrad jest w Rwandzie. Co prawda działał na pełnych obrotach tylko przez parę miesięcy, ale jakością tych obrotów zwalał z nóg - dość wspomnieć chociażby wybitny tekst o ludobójstwie, bez żadnej przesady godny Kapuścińskiego. Do dziś nie mogę uwierzyć, że autor po powrocie do Polski wylądował na bezrobociu - może rynek pracy dla reporterów nie jest u nas wielki, ale żeby takie pióro pozostało zupełnie niezauważone? Jak dla mnie skandal.
A spośród blogów niemieszczących się w żadnej z ww. kategorii na najwyższy laur zasłużył Wojciech Orliński, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać ani rekomendować.
Niestety, nie przewidziałem żadnych skuterów ani innych nagród dla laureatów, ale jeśli któregoś spotkam w realu, to na pewno piwo (albo inny napój) postawię;-).