JID: cichyfragles@jabber.wroc.pl, mail: cichy kropka fragles małpa gmail kropka com
Lecz stojący w pobliżu pan z Taczewa odpowiedział:
- Komu wadził chrzest Litwy, tego może mierzić i krzyż.
- My krzyż na płaszczach nosim - odpowiedział z dumą Schonfeld.
Na to zaś Powała:
- A trzeba go nosić w sercach.
Henryk Sienkiewicz, "Krzyżacy"
Z dedykacją dla "obrońców krzyża". Wszelkich, nie tylko tych spod pałacu.
W ostatnich dniach kampanii miałem dojmujące uczucie deja vu - nieudana ostatnia debata, Kaczyński rosnący w sondażach i bezczelnie podlizujący się lewicy, przy bierności Platformy - wypisz wymaluj powtórka z 2005. Tym większy kamień spadł mi z serca po ogłoszeniu wyników. Mogło być lepiej, ale grunt, że ekshumacji IV RP nie będzie, a kaczyści mimo sprzyjających im okoliczności ponieśli już czwartą porażkę z rzędu - oby tak dalej:-).
Co do tego, jaki powinien być prezydenr, zdania są podzielone. Natomiast wszyscy chyba się zgodzą, że prezydent nie powinien:
Oczywiście nie jestem tak naiwny, żeby na serio myśleć, że wszyscy się z tym zgodzą. Skoro Jarek od dwóch tygodni z rozmachem pluje w twarz swoim wyborcom (do niedawna z definicji antykomunistom), a oni - z rzadkimi wyjątkami - nawet nie mają o to pretensji, to doprawdy brak mi już wyobraźni, co w ogóle mogłoby podważyć ich wiarę w Prezesa.
Ale dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe, więc trzeba walczyć do końca. Przecież Polska jest najważniejsza.
(znalezione na raczkowski.soup.io)
Już pojutrze wybory, a stawka - mimo niewielkich uprawnień prezydenta - wyjątkowo jest dość wysoka. Zatem idąc do urn, pamiętajmy:
O dziadku z Wehrmachtu.
O trzech milionach mieszkań.
O ciemnym ludzie, który kupi każdą ściemę.
O koalicji z Samoobroną.
O wcześniejszych gromkich zapowiedziach, że Platforma to może by się do współpracy z Lepperem zniżyła, ale PiS nigdy, przenigdy.
O podpisaniu umowy koalicyjnej przed kamerami telewizji Trwam.
O uwaleniu ustawy o służbie cywilnej zaraz po dojściu do władzy, bo utrudniała obsadzanie posadek krewnymi i znajomymi królika.
O przyjętej w rekordowo krótkim czasie ustawie medialnej, w wyniku której TVP zmieniła się w TVPiS.
O rządzie Kazia Marcinkiewicza, który miał na koncie chyba więcej konferencji prasowych niż ustaw.
O wykształciuchach, łże-elitach, partii białej flagi, froncie obrony przestępców, szarej sieci, złogach gierkowsko-gomułkowskich i tych, którzy stoją tam gdzie ZOMO.
O "oczywistych oczywistościach", "skrótach myślowych", "semantycznych nadużyciach" i "prawdzie, której nie udało się udowodnić".
Mam nadzieję, że wyznawcy teorii spiskowych wezmą to pod uwagę. Trzeba przecież zbadać każdy trop, prawda?
Czyli na kogo bym głosował, gdyby nie brać pod uwagę szans na zwycięstwo danego kandydata:
1. Andrzej Olechowski - najbliższy mi poglądami (co prawda konserwatysta, ale umiarkowany), rozumny i nieskory do politycznych wojenek. Na prezydenta jak znalazł, tylko wygrywać wyborów nijak nie potrafi, a w dodatku brak mu instynktu politycznego - gdyby rok temu nie odszedł z Platformy, może dziś startowałby z jej poparciem...
2. Waldemar Pawlak - rzadki w naszym kraju przypadek polityka, który pracuje nad sobą i stara się ciągle rozwijać. Kiedyś chłopek-roztropek krzyczący "sio!" na dziennikarzy, dziś całkiem merytoryczny facet, co to i o gospodarce, i o nauce, i o internecie potrafi coś w miarę sensownego powiedzieć. Szkoda, że należy do tak dziadowskiej partii.
3. Bronisław Komorowski - twardy konserwatysta, który w wolnych chwilach znęca się nad zwierzętami, ale też człowiek z klasą i potrafiący bronić swojego zdania - jako jedyny w PO nie ugiął się pod szantażem moralnym kaczystów w sprawie WSI i miał odwagę zagłosować przeciw. Entuzjazmu we mnie nie budzi, ale ujdzie w tłoku.
4. Grzegorz Napieralski - menda i aparatczyk, a do tego skumał się z PiS-em dla posadek w TVP. Na plus można mu policzyć co najwyżej to, że nie leży plackiem przed Kościołem, aczkolwiek obawiam się, że w razie potrzeby gładko by zmienił poglądy, tak jak kiedyś Miller. W ostateczności mógłbym go z kwaśną miną poprzeć, ale tylko jako mniejsze zło.
5-7. Marek Jurek, Kornel Morawiecki, Bogusław Ziętek - tercet egzotyczny, którego żaden członek nie ma co marzyć o moim głosie - chyba że z zatkanym nosem i zaciśniętymi zębami, gdyby alternatywą był ktoś jeszcze gorszy.
8-10. Jarosław Kaczyński, Janusz K*rwin-Mikke, Andrzej Lepper - zło ultymatywne. Nie ma absolutnie żadnej możliwości, żebym na któregokolwiek z tej bandy kiedykolwiek zagłosował. I oby mi cegła na głowę w punkcie wyborczym spadła, gdybym zmienił zdanie.
A jeśli brać pod uwagę szanse na zwycięstwo? Cóż, nie mam się co oszukiwać - w grę wchodzi tylko Komorowski...
Wszystko niby wskazuje, że porażka Jarosława Kaczyńskiego w nadchodzących wyborach jest nieunikniona:
Sondaże - z jednej strony dwudziestoprocentowa strata do lidera, z drugiej - ponad 40% elektoratu negatywnego. Kaczyński musi więc nie tylko odrabiać potężne straty, ale w dodatku zdobyć praktycznie cały dostępny elektorat i nikomu więcej się nie narazić. Zadanie praktycznie niewykonalne.
Terminarz - co tu dużo mówić, dwa miesiące na taką kampanię to tyle co nic.
Psychologia - Kaczyński ma opinię twardziela, ale tragiczna śmierć brata i ciężka choroba matki z pewnością mu nie pomoże i nie doda energii do walki, a granie na współczuciu po katastrofie to co najmniej ryzykowna strategia.
Kwestie organizacyjne - pod Smoleńskiem zginęła niemal cała czołówka PiS-u. Rozbita partia, którą wkrótce pewnie czeka walka o zwolnione stanowiska, może nie być specjalnie pomocna w kampanii.
Układ sił - pięć lat temu wszyscy poważniejsi kontrkandydaci poparli w drugiej turze Lecha Kaczyńskiego (Lepper, Religa, Giertych) lub zachowali neutralność (Borowski, Kalinowski), przez co Tusk pozostał sam przeciw całej koalicji. Tym razem będzie odwrotnie - Pawlak bez wątpienia poprze Komorowskiego, Olechowski pewnie też, a Napieralski najprawdopodobniej nie poprze nikogo - i to Kaczyński zostanie sam przeciw wszystkim.
Perspektywy - jest oczywiste nawet dla dziecka, że wygrana Kaczyńskiego oznaczać będzie kolejne pięć lat klinczu między dwoma pałacami - prezydent będzie wszystko blokować, a rząd będzie zwalać na niego winę za brak reform. A tego wszyscy chyba mają serdecznie dosyć - już nawet niektórzy przeciwnicy Platformy niechętnie życzą zwycięstwa Komorowskiemu, żeby w końcu coś drgnęło.
Motywacja - prezydentura nie daje wielkiej władzy, a ciężko ją łączyć z rządzeniem partią. Wygrana Kaczyńskiego mogłaby więc stać się początkiem końca PiS-u, na czym mu na pewno nie zależy, a porażka w obecnej sytuacji nie byłaby zbyt bolesna, pod warunkiem uzyskania przyzwoitego wyniku.
Dlaczego zatem Kaczyński mimo wszystko wygra?
Poprzedniego wprawdzie, ale jednak:
Chcecie wiedzieć, co ja myślę? Spytajcie Jarosława Kaczyńskiego.
członek PiS-u na kongresie
Piękne słowa, które powinny chyba stanowić życiowe motto każdego prawdziwego kaczysty. Wielka szkoda, że źródło nie podaje nazwiska geniusza, który tę wiekopomną sentencję wygłosił...
Marek Migalski: "Ile trzeba byłoby najeść się wstydu i jak obrzydliwe rzeczy trzeba by było robić (...) I jak trudno byłoby spoglądać sobie w twarz w lustrze goląc się nad ranem. (...) Na świństwach zaś nie da się zbudować zwycięstwa i powrócić do władzy. (...) po co nas dopuszczać do władzy, jeśli zdolni jesteśmy do takich rzeczy".
Rafał Ziemkiewicz: "Cnotę stracili i jeszcze rubla dopłacili".
Tomasz Sakiewicz: "przekraczają barierę, za którą polityka istnieje już tylko dla siebie samej. (...) nie każde środki można podjąć dla osiągnięcia celu. Nie zawsze zdobyta władza jest warta tego, co się dla niej poświęciło. Tego, co się właśnie dzieje, Polacy nie zaakceptują."
Pytanie za jeden punkt - jakież to świństwo PiS-u mają na myśli ww. panowie? Czyżby haki, którymi Kaczyński straszy Sikorskiego? Albo aneks do raportu Macierewicza, którym drugi Kaczyński straszy Komorowskiego? A może sprawę Libickiego (który oczywiście nie doczeka się przeprosin, bo kaczyści przepraszają tylko przymuszeni wyrokiem sądowym)? Nie - wspomniane obrzydliwe świństwo, którego "Polacy nie zaakceptują", to zgoda na odwołanie Anity Gargas ze stanowiska wiceszefowej TVP1.
Od razu mi się przypomniała sytuacja sprzed niemal równo trzech lat. PiS jeszcze wtedy radośnie rządził w towarzystwie Samoobrony i LPR, a dla popierających ten rząd publicystów nie było takiego świństwa, którego by się nie dało obronić, albo i nawet przekuć w powód do chwały. Nie wzruszył ich ani Lepper w rządzie, ani czystki i skok na stołki we wszystkim co państwowe, ani śmierć Barbary Blidy, ani sprawa doktora G. - ale podczas tamtej kadencji miało miejsce jedno jedyne wydarzenie, które ich popchnęło do ostrej krytyki i protestów, a nawet krótkich chwil zwątpienia w Rewolucję Moralną. Było to odwołanie Bronisława Wildsteina ze stanowiska prezesa TVP.
Czy trzeba tu cokolwiek dodawać?
To, że Jarosław Kaczyński po raz kolejny łże jak pies, wydaje mi się oczywistością niewartą tłumaczenia. Warto jednak zwrócić przy okazji uwagę na kolejny przykład samobójczego instynktu kaczystów - tyle już było tego "ocieplania wizerunku" i "otwierania się na młodzież i inteligencję", a oni dalej z uporem maniaka wszystkie swoje wysiłki systematycznie marnują wypowiedziami, które w oczach tej młodzieży i inteligencji całkowicie ich przekreślają.
Mamy tu także przykład ich bezradności i niemocy intelektualnej - dwa lata rządów Platformy za nami, a PiS-owi ciągle nie udało się wykombinować żadnej spójnej strategii, żadnych nowych zagrywek, nic. W kółko tylko lecą te same zdarte płyty, nagrane jeszcze w 2005 i od tamtej pory najwyżej nieco retuszowane: Układ, aferzyści, agenci i oczywiście kultowy przebój "Wiem, ale nie powiem", który już chyba najbardziej zagorzałych fanów przestał ruszać.
Wiadomo, dwór eunuchów niczego sensowniejszego nie wymyśli (w końcu głównym kryterium selekcji dworzan jest od kilku lat właśnie niezdolność do samodzielnego myślenia), ale sam Kaczyński powinien - przez długie lata był przecież uważany za politycznego geniusza. Czemu więc teraz stoi w miejscu? Nasuwa mi się analogia z tymi przysłowiowymi generałami, co zawsze są doskonale przygotowani do wygrania poprzedniej wojny. Może tak samo Kaczyński ciągle jest gotowy wygrać wybory w 2005, a tylko jakoś mu umknęło, że dziś już mamy rok 2010, histeria moralna z czasów afery Rywina dawno minęła, a wyborcy w większości mają już w Dużym Poważaniu haki i afery.
A może - skoro taki z niego geniusz - dobrze rozumie, że zmierza ku przepaści, ale zna swoje możliwości i rozumie też, że zmienić kierunku już znacząco nie zdoła, więc nawet nie próbuje, bo a nuż jakimś cudem nad tą przepaścią przeskoczy. Czego mu oczywiście nie życzę i za bardzo sobie nie wyobrażam, ale jako nieuleczalny paranoik ciągle próbuję szukać w działaniach PiS-u jakiejś przewrotnej logiki i jakiejś tajnej broni, która mogłaby im jeszcze przywrócić władzę. A to, że jej znaleźć nie mogę, tylko potęguje mój niepokój. Przecież wiadomo, że brak dowodów jest najlepszym dowodem. To oczywista oczywistość.
...ale Pomarańczowa Rewolucja wmerła ostatecznie. Wygrana Janukowycza to bez wątpienia ostatni gwóźdź do trumny, a okoliczności, w jakich do tego doszło, każą stwierdzić, że tak naprawdę niewiele się przez te pięć lat zmieniło. I przez następne pięć lat również niewiele się zmieni, chyba że na gorsze.
Smutne. Szczególnie gdy się wspomni tamte wydarzenia i ówczesne nadzieje. Cóż, tak to już jest, że każda rewolucja kończy się rozczarowaniem. Szkoda tylko, że tak głębokim.
Minione dwudziestolecie bez żadnej przesady trzeba uznać za najgorszy okres w dziejach Polski - w tym krótkim czasie zdążyliśmy stracić niepodległość już trzykrotnie! A w dodatku ani razu jej nie odzyskaliśmy!
Pierwszy raz był w 1997, kiedy przyjęliśmy nową konstytucję. W miejsce starej, narzuconej wprawdzie przez Stalina, ale mimo to solidnie chroniącej naszą niezależność, przyszła nowa - dzieło Żydów i masonów, dopuszczające podzielenie się suwerennością z instytucjami międzynarodowymi, co patryjoci zgodnie uznali za zbrodnię, zdradę i zapowiedź kolejnych rozbiorów Polski. Niestety, nie starczyło im determinacji, żeby wezwać Rosję na pomoc, wzorem przodków z Targowicy, którzy w ten sposób zablokowali niegdyś inną zdradziecką konstytucję autorstwa Żydów i masonów - konstytucja weszła zatem w życie i musieliśmy się pogodzić z przykrym faktem, że nie żyjemy już w wolnym kraju.
Drugi raz nastąpił w 2004, kiedy weszliśmy do UE. Tu zaprzedanie się w niewolę było jeszcze wyraźniejsze, bo już nie tylko domniemane, ale widoczne gołym okiem. I w dodatku nieodwracalne, bo o ile konstytucję można zmienić, to z Unii wyjść się nie dało. A w dodatku zamiary Unii były ewidentnie zbrodnicze - na początek zniszczenie naszej gospodarki (ze szczególnym uwzględnieniem rolnictwa), a potem wprowadzenie aborcji i eutanazji, odebranie ziem zachodnich i na koniec ostateczne zniszczenie Narodu Polskiego. Nic dziwnego, że wśród Prawdziwych Polaków, którzy znowu przegrali w referendum z nieprawdziwymi, zapanowała głęboka żałoba.
Trzeci raz przyszedł dziś. Oto we wspomnianej UE zaczął obowiązywać Traktat Lizboński, który oprócz zwyczajowego pozbawienia nas suwerenności, wprowadza dyktaturę eurokratów i nadaje Unii osobowość prawną (co stanowi niezaprzeczalny dowód, że UE stała się państwem - podobnie jak NATO czy ONZ). Co prawda przy okazji wprowadził także możliwość wyjścia z Unii, ale to na pewno tylko mydlenie oczu - nie po to nas przecież zniewalali, żeby nas teraz wypuścić. Niestety, prezydent nie ogłosił z tej okazji żałoby narodowej - pewnie dlatego, że od dzisiaj decyzję o jej ogłoszeniu podejmuje się w Brukseli. No, może w Strasburgu.
Zaiste, w strasznych czasach żyjemy. A na dodatek we wszystkich powyższych przypadkach utrata niepodległości cieszyła się poparciem większości Polaków. To ma być naród wiecznych powstańców? Wstyd!
Ciekawe, kiedy będzie czwarty raz?