Cichy Fragles

skocz do treści

Dwie trzecie

Dodane: 26 lipca 2017, w kategorii: Polityka

Jest taki stary dowcip wielokrotnego użytku o spotkaniu papieża z przywódcą ZSRR – w innych wersjach z Fidelem Castro, z prezydentem USA i tak dalej. Ktokolwiek by to jednak nie był, papież rozmawia z nim za zamkniętymi drzwiami, przed którymi koczuje gromada dziennikarzy, czekających niecierpliwie, co z tego wyniknie. W końcu drzwi się otwierają i pierwszy wychodzi rozmówca papieża, cały w skowronkach. Spotkanie bardzo nam się udało, oznajmia dziennikarzom, zgodziliśmy się w dziewięćdziesięciu procentach. Chwilę później wychodzi papież, w zupełnie odmiennym nastroju, smutny i zrezygnowany. Co się stało, pytają dziennikarze, przecież podobno zgodziliście się w dziewięćdziesięciu procentach? No niby tak, kiwa głową papież – ale myśmy rozmawiali o dziesięciu przykazaniach…

Ten dowcip chyba najlepiej oddaje moje uczucia po poniedziałkowej decyzji Dudy. Oczywiście, trudno się nie cieszyć, że chociaż dwie ustawy zawetował, a jeszcze trudniej się nie cieszyć z reakcji jego partyjnych kolegów, których zabolało to niesamowicie – ale nie zmienia to (ani nie usprawiedliwia) faktu, że trzecią podpisał. Mamy tu zatem podobną sytuację, jak z aborcją – pozostajemy w defensywie, na pozycjach dalekich od akceptowalnego minimum i cieszymy się, że nie jest jeszcze gorzej. Przy czym w przypadku aborcji przynajmniej stoimy ciągle w miejscu, podczas gdy w przypadku sądów zrobiliśmy krok w tył i skaczemy z radości, że tylko jeden. A to jest przecież jeden.

Owszem, było to zwycięstwo dla PiS-u bardzo kosztowne – może nawet pyrrusowe, czas pokaże – ale mimo wszystko zwycięstwo. Jedna z zasad długoterminowej strategii: kupuj trwałe korzyści za doraźne koszty. Straty wizerunkowe można odrobić, groźbę rozłamu (o ile faktycznie takowa istnieje) można oddalić, pamięć o wtopie przeminie – a łapa położona na sądach pozostanie. Czy na pewno mamy co świętować?

Jako się rzekło, czas pokaże. Być może oglądamy początek równi pochyłej PiS-u, być może także początek prawdziwej, a nie malowanej prezydentury – ale równie dobrze może to być tylko potknięcie prezesa i odosobniony przebłysk niezależności prezydenta. Nie dalej jak kilka miesięcy temu mieliśmy przecież pamiętne 1:27 z Tuskiem, po którym nastroje były podobne – a ledwie po paru tygodniach PiS się pozbierał, sondaże wróciły do normy i nic więcej z tego nie wynikło. Miejmy nadzieję, że teraz będzie inaczej, ale pamiętajmy, że nie musi. Druga bowiem ważna zasada mówi: nie myl upokorzenia wroga z jego pokonaniem. Walka o Polskę trwa i nie ma co się łudzić, że jeden ułamkowy sukces nam wystarczy.

Jak powiedział Churchill po bitwie pod El-Alamein: „To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku.” W tym właśnie miejscu jesteśmy – a nie, jak chcieliby niektórzy komentatorzy, już pod Stalingradem.


Wygaszanie kłamstwa smoleńskiego

Dodane: 10 kwietnia 2017, w kategorii: Polityka

Przez pięć lat po katastrofie smoleńskiej PiS przy każdej okazji krzyczał, że to był zamach, że rząd Platformy jest winny, że mają niepodważalne dowody i tak dalej. Macierewicz prezentował światu te niepodważalne dowody średnio raz na kwartał (co prawda zwykle stały one w całkowitej sprzeczności z niepodważalnymi dowodami z poprzedniego kwartału, ale ojtam ojtam), jego zespół wytrwale pracował nad coraz to kolejnymi teoriami na ten temat, Kaczyński krzyczał o „zdradzonych o świcie”, w PiS-owskiej propagandzie każde rzeczywiste czy wydumane uchybienie w śledztwie natychmiast urastało do rangi wielkiej afery na pograniczu zdrady stanu – i tak dalej, i tak dalej. Nie było dla PiS-u ważniejszej sprawy przez te lata, niż prawda o Smoleńsku.

Aż wreszcie w 2015 doszli do władzy. Pelnej, samodzielnej, niczym nieograniczonej – nawet konstytucją, jak się okazało. Od tamtej chwili absolutnie nic już nie stoi na przeszkodzie, by sprawę katastrofy smoleńskiej ostatecznie wyjaśnić, zdemaskować wszystkie kłamstwa poprzedników i pokazać tym razem już naprawdę niepodważalne dowody na zamach.

Od tamtej chwili minęło półtora roku. I co?

I nic.



Dyplomasakra

Dodane: 9 marca 2017, w kategorii: Polityka

Kiedy kilka lat temu Dorn wyskoczył z arcykretyńskim pomysłem (szczęśliwie przez nikogo nie podchwyconym), żeby sabotować polską prezydencję w UE celem skompromitowania rządu Tuska, wydawało mi się, że dalej w tej chorej zawiści pójść się nie da – ale nie ma takiego dna, w które kaczyści nie potrafiliby zapukać od dołu, więc i to przebili, w walce z Tuskiem ośmieszając dziś już nie jego rząd, tylko swój własny.

A powiedzieć, że zaliczyli ten blamaż na własne życzenie, to nic nie powiedzieć – oni naprawdę solidnie sobie nań zapracowali. Już samo stawanie do tej walki było debilizmem – kto się jako tako orientuje w sprawach unijnych, dawno wiedział, że reelekcja Tuska będzie formalnością (chyba żeby się pojawił jakiś kontrkandydat z najwyższej półki, dajmy na to Blair, Prodi czy Barroso), więc najlepsze co PiS mógł zrobić, to sprawę odpuścić, a na szczycie grzecznie powiedzieć „nie poprzemy Tuska, bo to i tamto” i się wstrzymać od głosu – niektórzy dyplomaci trochę by się zdziwili, ale co tam, różne kraje mają różne swoje dziwactwa, więc sprawy by nie drążyli, Tusk by wygrał 27:0 przy jednym wstrzymującym się, a po tygodniu nikt by o sprawie nie pamiętał.

Ale nie – PiS musiał wyskoczyć z własnym kandydatem, bez cienia szansy na cokolwiek, wyrwanym z Platformy (co w Polsce uchodzi za powód do dumy, ale na forum unijnym bynajmniej – na Zachodzie takie transfery między wrogimi partiami nie stanowią normy, tylko kuriozum, bo poglądy i lojalność traktuje się tam trochę poważniej niż u nas), a na dodatek zgłoszonym za pięć dwunasta. Gdyby kupili go rok temu i wystawili do walki wkrótce potem, mieliby przynajmniej szansę na pozyskanie dla niego jakiegoś poparcia, zbudowanie koalicji i tak dalej – w parę dni oczywiście nie było mowy, żeby ktokolwiek w ogóle potraktował taką kandydaturę poważnie.



Wynurzenia o 2016

Dodane: 31 grudnia 2016, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Że lata idą, to nic, ale w którą stronę!

S. J. Lec

Rok temu wielu spodziewało się, że w 2016 dojdzie do Brexitu – ale że ledwo zmieści się on na podium w kategorii największych katastrof roku, chyba nawet najwięksi pesymiści nie sądzili.

Tylko na podium, bo na drugim miejscu stawiam jednak Turcję. Wielka Brytania, w UE czy poza nią, pozostanie demokratycznym krajem zintegrowanym z Europą, w najgorszym razie na zasadach podobnych do Norwegii czy Szwajcarii – a w najlepszym, wróci do nas za jakiś czas z podkulonym ogonem. Jej odejście doraźnie oznacza dla Unii bolesny cios i redukcję potencjału, ale w dłuższej perspektywie brak wiecznego hamulcowego może nawet wyjść nam na zdrowie – choć złośliwym zrządzeniem losu Brexit nastąpił akurat w momencie, kiedy do pogłębiania integracji nikt specjalnie się nie pali.

Tymczasem upadku demokracji w Turcji odkręcić już się prędko nie uda – tym bardziej, że obecna sytuacja to tylko zwieńczenie wieloletnich wysiłków Erdogana włożonych w jej demontaż. Nawet gdyby jakimś cudem stracił teraz władzę, niemal wszystkie instytucje tureckiego państwa trzeba by zbudować praktycznie od nowa, żeby demokracja mogła tam znowu zacząć funkcjonować. Ba, co tam instytucje – samo społeczeństwo musiałoby się nad sobą zastanowić, wszak Erdogan mimo wszystkich swoich działań ciągle utrzymuje wysokie poparcie, kilkakrotnie zweryfikowane w wyborach – i nawet absurdalnie przesadzone represje po puczu nie obniżyły mu notowań, jeśli wierzyć sondażom.

W perspektywie krótszej niż pokolenie nadziei na to nie widać, odwrót od Zachodu i nowoczesności w ogóle wydaje się trwałym trendem – co wobec geopolitycznego znaczenia Turcji zapowiada wiele problemów zarówno dla Europy, jak i Bliskiego Wschodu. Państwo, które przez lata stanowiło najmocniejszy argument za możliwością pogodzenia islamu z demokracją, teraz zmienia się w równie mocny kontrargument – skoro bowiem naród, który z własnej inicjatywy postawił na laicką republikę (i to prawie sto lat temu, kiedy nawet w Europie nie był to jeszcze standard), koniec końców wraca do kalifatu, to jakie perspektywy mogą mieć narody, które de facto nigdy jeszcze od kalifatu nie odeszły?

Nawiasem mówiąc, to chyba paradoks roku, że symbolicznym końcem tureckiej demokracji stał się nieudany pucz wojskowy przeciwko demokratycznie wybranej władzy…



World Trump Center

Dodane: 9 listopada 2016, w kategorii: Polityka


obrazek © by Lennart Gäbel

W USA wszystko musi być the best – i jak widać, katastrofy także. Mieli już dwa największe kryzysy w historii, największy atak terrorystyczny w historii, a teraz przyszedł czas na najdurniejszego prezydenta w historii (przynajmniej biorąc pod uwagę państwa ważne i poważne, bo w różnych Trapezfikach znalazłoby się oczywiście parę postaci jeszcze bardziej kuriozalnych).

Tu próbowałem ulepić jakiś poważniejszy komentarz, ale brak weny, lenistwo, jesienna depresja, załamanie wynikiem wyborów, ogólne zniechęcenie do polityki, niepotrzebne skreślić, mnie powstrzymało. A najbardziej chyba przekonanie, że cokolwiek napiszę, zostało już dziś napisane sto razy i każdy jako tako zainteresowany tematem już to przeczytał.

Może oprócz jednego: co właściwie spowodowało, że Amerykanie byli zdolni wybrać na prezydenta kogoś takiego jak Trump? Prostej odpowiedzi oczywiście nie ma, ale warto zwrócić uwagę na jeden z tropów. Znaleziony kilka lat temu – tak dawno, że za cholerę już sobie nie przypomnę źródła – ale dopiero teraz powinien należycie walić po oczach.


A niech zakażą

Dodane: 29 września 2016, w kategorii: Polityka

Co kilka lat (za obecnego rządu trochę częściej) oglądamy ten sam spektakl: do Sejmu trafia projekt zaostrzenia zakazu aborcji, kobiety się mobilizują, zaskakują rząd skalą protestów, projekt upada, oddychamy z ulgą i na tym się kończy. A nie powinno. Protestującym nieodmiennie umyka bowiem, że bronią zaledwie status quo, który i tak jest patologią, w cywilizowanym świecie praktycznie już niespotykaną. Kolejne zwycięstwa są więc tak naprawdę pyrrusowe – nie zmieniają nic, a tylko utwierdzają opinię publiczną w przekonaniu, że obowiązujący stan rzeczy stanowi jakąś akceptowalną normę, której utrzymanie samo w sobie oznacza dla kobiet sukces.

W rzeczywistości nic bardziej mylnego – legalnych aborcji mamy około tysiąca rocznie, a nielegalnych nawet według najostrożniejszych szacunków pięćdziesiąt tysięcy (realnie raczej dwa razy tyle), co oznacza, że aborcja pozostaje w 98-99% przypadków zakazana. Czy jest to sytuacja, której warto bronić? Nie uważam.

Dlatego, paradoksalnie, może jednak lepiej, żeby „obrońcy życia” w końcu wywalczyli ten swój upragniony całkowity zakaz. W praktyce niewiele on zmieni, za to efekt psychologiczny powinien być potężny – i może dopiero wtedy nastąpi otrzeźwienie, zmiana dyskursu z „nie ruszać kompromisu” na „przywrócić normalność” i zmiana taktyki z defensywnej na ofensywną, skoro już nie będzie czego bronić. A wtedy pojawi się nadzieja na całkowite obalenie tego chorego prawa, zamiast jego podtrzymywania w nieskończoność w obawie przed jeszcze gorszym.

Zanim to nastąpi, wiele kobiet w międzyczasie ucierpi, niewątpliwie – ale jeśli ten całkowity zakaz, wbrew intencjom autorów, przyspieszy powrót do aborcji na życzenie o choćby jeden rok, to przy wspomnianych wyżej proporcjach korzyści natychmiastowo przewyższą straty o rząd wielkości. Brzmi opłacalnie, prawda?

Cynicznie do tego podchodzę, to prawda. Ale cóż – polityka zazwyczaj sprowadza się do wyboru mniejszego zła.


Dyktaturcja

Dodane: 26 lipca 2016, w kategorii: Polityka

Przyczyny:

Szach myślał, że kluczem do nowoczesności jest miasto i przemysł, ale było to myślenie błędne. Kluczem do nowoczesności jest wieś. Szach upajał się wizją elektrowni atomowych, sterowanych komputerami taśm produkcyjnych i wielkiej petrochemii. Ale w kraju zapóźnionym są to tylko atrapy nowoczesności. W takim kraju większość ludzi żyje na biednej wsi, z której ucieka do miasta. Tworzą oni młodą, energiczną siłę, która mało umie, ale ma duże ambicje i jest gotowa walczyć o wszystko. (…) Do walki wykorzystują tę ideologię, którą wynieśli ze swojej wsi – zwykle jest nią religia. Ponieważ stanowią siłę, której naprawdę zależy na awansie, często zwyciężają.

(…)

Tak długo jak zacofana jest wieś, tak długo zacofany jest kraj, choćby istniało w nim pięć tysięcy fabryk. Tak długo jak syn osiedlony w mieście będzie odwiedzać rodzinną wioskę jak egzotyczną krainę, tak długo naród, do którego należy, nie będzie nowoczesnym.
Ryszard Kapuściński, „Szachinszach”

Objawy:

Turcja, jaką my lubimy, z jaką chcemy się konfrontować, jaka jest dla nas zrozumiała, to jest Stambuł i okolice, a prawdziwa Turcja to jest Anatolia. W Stambule przybywa rocznie 50 ulic. Ok. 250 tys. ludzi przybywa do Stambułu z głębokiej Anatolii. I Stambuł się anatolizuje. I to jest na poziomie społecznym. A na poziomie państwowym od parunastu lat trwa zmiana tego, co było kośćcem tego państwa. Ona się odbywa w dwóch segmentach. Na poziomie szkoły i na poziomie wojska.

(…)

Moim zdaniem ta walka jest przegrana, bo po drugiej stronie jest o wiele większa masa ludzi. Ta Anatolia zaczyna teraz rządzić Turcją. A w finale jest kalifat. Bez złudzeń, w finale jest kalifat.
Bartłomiej Sienkiewicz

Skutek:

Demokracja jest jak pociąg. Kiedy dojedziesz do swojej stacji, po prostu wysiadasz.
Recep Tayyip Erdogan

Przestroga:

Trzeba czynić wszystko, by Polska była tym, czym jest dziś Turcja.
Jarosław Kaczyński w 2014

Bezpieczeństwo

Dodane: 23 czerwca 2016, w kategorii: Polityka


(obrazek © by Clay Bennett)

Prezydent podpisał wczoraj kolejną ustawę mającą zwiększyć nasze bezpieczeństwo. Nazbierało się tych ustaw w ostatnim półroczu, więc przyjrzyjmy się obecnej sytuacji na froncie:

Służby mogą nas inwigilować pod byle pretekstem, także prewencyjnie, a nawet przy okazji inwigilacji kogoś innego, z kim przypadkiem mieliśmy do czynienia. Zbierać mogą wszelkie, nawet najbardziej wrażliwe dane, samodzielnie decydując, co może mieć znaczenie dla śledztwa. To, czy podejrzewają nas (lub tego kogoś, z kim mieliśmy do czynienia) o terroryzm, czy o przejście na czerwonym świetle, nie robi różnicy. Jeśli coś na nas w ten sposób znajdą, mogą nas zatrzymać na 14 dni bez postawienia zarzutów.

Następnie prokurator może nas wsadzić do „aresztu tymczasowego”, który tymczasowy jest tylko z nazwy, można go bowiem przedłużać bez ograniczeń. Teoretycznie potrzebna jest zgoda sądu co trzy miesiące – w praktyce jednak wystarczy, że sąd zgodzi się raz; potem prokurator może po prostu nic nie robić i co trzy miesiące pisać we wniosku (poniekąd zgodnie z prawdą), że śledztwo nadal trwa i nie pojawiły się żadne nowe ustalenia, które zmieniałyby naszą sytuację.



Dialog rocznicowy

Dodane: 4 czerwca 2016, w kategorii: Absurdy, Polityka

– Tato, a ten komunizm, co go wtedy obalili, to czemu właściwie był zły?

– No, na przykład władza łamała wtedy konstytucję, służby mogły nas inwigilować praktycznie bez ograniczeń, w telewizji leciała nachalna rządowa propaganda, wobec opozycjonistów prowadzono kampanię oszczerstw, państwowe stanowiska masowo obsadzano niekompetentnymi partyjnymi działaczami, mieliśmy fatalne stosunki z Zachodem, państwo dążyło do kontrolowania wszystkiego i promowało jedynie słuszną ideologię, a premier i głowa państwa byli figurantami, bo tak naprawdę wszystkim rządził lider partii.

– Ojejku, to musiały być paskudne czasy. Jak dobrze, że mamy to już za sobą.


Dlaczego większość nie musi mieć racji

Dodane: 24 kwietnia 2016, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

„Co z ciebie za demokrata, skoro nie popierasz demokratycznie wybranego rządu” – taki argument, w tej czy innej formie, zdarzyło się usłyszeć chyba każdemu, a przez ostatnie pół roku szczególnie przybrał on na popularności. Nawet sam rząd chętnie go używa, oskarżając organizatorów antyrządowych demonstracji o niezdolność do pogodzenia się z wynikami wyborów. Nonsensowność tego argumentu zawsze wydawała mi się oczywista, ale z jakiegoś powodu dla wielu ludzi oczywiste to nie jest – i to nie tylko ludzi tego sortu, który aktualnie nami rządzi. Nawet Leszek Kołakowski, intelekt wszak niepospolity, zabłysnął kiedyś niezbyt mądrym bon motem: „Jeżeli 51% społeczeństwa chce zabić pozostałe 49%, to ja nie jestem demokratą”.

Nonsensowność, o której mówię, wynika z mieszania dwóch porządków – czym innym jest przecież popieranie ustroju jako takiego, a czym innym popieranie konkretnych ludzi, którzy w ramach tego ustroju akurat sprawują władzę. Parafrazując Kołakowskiego, można by równie dobrze powiedzieć: „Jeśli król chce zabić 49% poddanych, to ja nie jestem monarchistą” – i idąc dalej tym tropem, odrzucić w końcu wszystkie znane ludzkości ustroje polityczne, bo nie ma i pewnie nigdy nie będzie takiego, który uniemożliwiałby podejmowanie decyzji głupich, szkodliwych, czy zbrodniczych. Prawdopodobieństwo ich podjęcia może być oczywiście mniejsze lub większe, w zależności od trybu ich podejmowania – ale nigdy zerowe, niestety.



« Starsze wpisy