Cichy Fragles

skocz do treści

Myśli wakacyjne

Dodane: 3 lipca 2017, w kategorii: Przemyślenia

Paradoks czasu: wolny mija najszybciej. Wszyscy to pamiętamy chyba najdobitniej z czasów szkolnych, kiedy żadne miesiące nie odchodziły w przeszłość szybciej niż te dwa letnie, które właśnie znów się zaczynają. Wiele byśmy dzisiaj dali, żeby mieć tyle laby, prawda?

A jednak nie zabiegamy zbytnio o to, żeby mieć więcej wolnego czasu. Wniosek o podwyżkę pensji – rzecz naturalna i oczywista, ale wniosek o skrócenie czasu pracy – nie do pomyślenia.

Owszem, większość ludzi nie zarabia tak dobrze, żeby sobie na takie luksusy pozwolić – ale nawet ci, co walczą o drugą, trzecią czy fafnastą średnią krajową, zwykle ani myślą powalczyć zamiast tego o dodatkowy miesiąc urlopu czy przejście na pół etatu. Nawet jeśli kasa dawno przestała im robić realną różnicę, a odpocząć nie mają kiedy.

Drugi paradoks w tej krótkiej notce: gdyby jednak rozwój technologii pozwolił kupować czas (np. w postaci pobytu w jakimś zakrzywieniu czasoprzestrzeni, gdzie płynie on wolniej), ci sami ludzie zaraz by się pewnie zaczęli ustawiać w kolejkach po taką usługę. Nierzadko zresztą wykorzystując ją do tego, żeby popracować jeszcze więcej…

Pisząc to, wychodzę na hipokrytę, sam bowiem niezmiennie haruję na pełnym etacie, choć zarabiam dość dobrze, żeby móc spokojnie pracować na pół gwizdka, a dorobiłem się już w zasadzie wszystkiego, co mi do szczęścia potrzebne. Można to uznać za trzeci paradoks. Na swoją obronę mógłbym powiedzieć, że oszczędności nigdy za wiele (zwłaszcza w państwie, któremu w kwestii emerytur niespecjalnie można ufać) ale jaka właściwie suma byłaby wystarczająca, żeby sobie odpuścić dalsze odkładanie? Pytanie czysto retoryczne, żadnej obiektywnej granicy nie ma.

Co jednak nie znaczy, że nie można sobie postawić subiektywnej. W związku z czym już dawno temu postanowiłem sobie, że starać się będę co najwyżej do czterdziestki, a potem – aby tylko nie dokładać do interesu. Do czego też zachęcam każdego, kto może sobie na podobne podejście pozwolić. Pamiętajmy bowiem: pieniądz jest dobrem odnawialnym, czas i zdrowie niestety nie.


Sztuka obrażania

Dodane: 25 lutego 2017, w kategorii: Przemyślenia

Jednym ze zjawisk odróżniających Polskę od zachodniego świata są wybuchające od czasu do czasu spory o to, czy sztuka powinna być cenzurowana, czy też nie. Szczęśliwie od świata wschodniego różni nas to, że na sporach (i ew. umorzeniu sprawy przez prokuraturę) zwykle się kończy. Sam oczywiście jestem programowo przeciwko cenzurze – czy to obyczajowej, czy religijnej, czy zwłaszcza politycznej – ale nie o tym dzisiaj, tylko o kwestii wprawdzie pobocznej, ale niezmiennie w tych sporach się przewijającej, czyli wartości „obraźliwego” dzieła.

Mianowicie: ilekroć dojdzie do dyskusji o jakiejś „Pasji” czy „Klątwie”, tylekroć ze strony procenzorskiej padają argumenty, że owo dzieło jest bezwartościowe, lub wręcz w ogóle nie zasługuje na miano dzieła sztuki, a autor(ka) to beztalencie, które stawia na prowokację, bo nic więcej nie potrafi. Nieodmiennie w tego typu zarzutach przodują ludzie, którzy omawianego dzieła nie widzieli, co niestety pozwala łatwo i zasłużenie ich wyśmiać. „Niestety”, ponieważ argument sam w sobie pozostaje w ten sposób bez odpowiedzi, na którą przecież zasługuje.



Wynurzenia o 2016

Dodane: 31 grudnia 2016, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Że lata idą, to nic, ale w którą stronę!

S. J. Lec

Rok temu wielu spodziewało się, że w 2016 dojdzie do Brexitu – ale że ledwo zmieści się on na podium w kategorii największych katastrof roku, chyba nawet najwięksi pesymiści nie sądzili.

Tylko na podium, bo na drugim miejscu stawiam jednak Turcję. Wielka Brytania, w UE czy poza nią, pozostanie demokratycznym krajem zintegrowanym z Europą, w najgorszym razie na zasadach podobnych do Norwegii czy Szwajcarii – a w najlepszym, wróci do nas za jakiś czas z podkulonym ogonem. Jej odejście doraźnie oznacza dla Unii bolesny cios i redukcję potencjału, ale w dłuższej perspektywie brak wiecznego hamulcowego może nawet wyjść nam na zdrowie – choć złośliwym zrządzeniem losu Brexit nastąpił akurat w momencie, kiedy do pogłębiania integracji nikt specjalnie się nie pali.

Tymczasem upadku demokracji w Turcji odkręcić już się prędko nie uda – tym bardziej, że obecna sytuacja to tylko zwieńczenie wieloletnich wysiłków Erdogana włożonych w jej demontaż. Nawet gdyby jakimś cudem stracił teraz władzę, niemal wszystkie instytucje tureckiego państwa trzeba by zbudować praktycznie od nowa, żeby demokracja mogła tam znowu zacząć funkcjonować. Ba, co tam instytucje – samo społeczeństwo musiałoby się nad sobą zastanowić, wszak Erdogan mimo wszystkich swoich działań ciągle utrzymuje wysokie poparcie, kilkakrotnie zweryfikowane w wyborach – i nawet absurdalnie przesadzone represje po puczu nie obniżyły mu notowań, jeśli wierzyć sondażom.

W perspektywie krótszej niż pokolenie nadziei na to nie widać, odwrót od Zachodu i nowoczesności w ogóle wydaje się trwałym trendem – co wobec geopolitycznego znaczenia Turcji zapowiada wiele problemów zarówno dla Europy, jak i Bliskiego Wschodu. Państwo, które przez lata stanowiło najmocniejszy argument za możliwością pogodzenia islamu z demokracją, teraz zmienia się w równie mocny kontrargument – skoro bowiem naród, który z własnej inicjatywy postawił na laicką republikę (i to prawie sto lat temu, kiedy nawet w Europie nie był to jeszcze standard), koniec końców wraca do kalifatu, to jakie perspektywy mogą mieć narody, które de facto nigdy jeszcze od kalifatu nie odeszły?

Nawiasem mówiąc, to chyba paradoks roku, że symbolicznym końcem tureckiej demokracji stał się nieudany pucz wojskowy przeciwko demokratycznie wybranej władzy…



Czucie i rozum

Dodane: 27 listopada 2016, w kategorii: Przemyślenia

Pozostaje tylko owa symetria zdziwień: Pańskiego, tego, z któregoś mnie Pan pytał, czy jestem „that strong”, żeby upierać się przy „non serviam” – oraz mojego, że można, jak Pan to odważnie robi, polegać na doznaniach najprywatniejszych, gdy poszukuje się prawdy z uniwersalistyczną ważnością. Myśl, żeby na takich doznaniach, przeczuciach, uczuciach fundować światopogląd, wydawała mi się zawsze i wydaje mi się czymś najdziwniejszym w człowieku – i tam gdzie polegający na owych przeżyciach dostrzega swoją naturalną i przyrodzoną skromność, ja widzę nadzwyczajne uroszczenie – gdyż to, co ja czuję, mam za całkowicie nieważne, jako indykator stanu rzeczy tego świata. Jeśli bowiem istnieje rzecz myśląca, jako człowiek oraz rzecz w sobie, jeśli przystać na taką segmentację, to owo myślące, będąc tylko powłoką fenomenalistyczną, wtórnikiem, nie może mieć (w mym pojmowaniu) żadnych racji logicznych za sobą, żeby orzekać o tym, co fenomenalistyką powierzchniową już NIE JEST.

Stanisław Lem, „Sława i Fortuna”, s. 144

Romantyczne stawianie czucia i wiary przed rozumem zawsze uważałem za idiotyzm wagi ciężkiej – ale nigdy bym nie potrafił tego uzasadnić tak elegancko, lapidarnie i dobitnie zarazem, jak Lem. Żeby więc wrażenia nie popsuć, niczego więcej już tu od siebie nie dodaję.


Mistrzostwa świata w zdobywaniu medali

Dodane: 5 sierpnia 2016, w kategorii: Przemyślenia

Igrzyska Olimpijskie, największa impreza sportowa na świecie, to również impreza najbardziej chyba kuriozalna. Do jednego worka wrzuca się tu masę dyscyplin, które przez pozostałe cztery lata w większości mało kogo obchodzą, ale przez ten jeden miesiąc nagle urastają do miana najważniejszych sportów narodowych – choć rzecz jasna nie wszystkie, tylko te, w których nasi akurat coś osiągną.

Na co dzień zjawisko sezonowych kibiców oczywiście też obserwujemy (dość wspomnieć Małyszomanię czy Kubicomanię) – efekt jest jednak bez porównania słabszy i dotyczy tylko dyscyplin samych w sobie cieszących się jakąś popularnością. Trudno sobie wyobrazić nagły szał na punkcie np. chodziarstwa, choćby nasz reprezentant seryjnie zdobywał wszystkie możliwe nieolimpijskie trofea. Tylko te olimpijskie nobilitują bezdyskusyjnie, wyciągając z cienia nawet najbardziej egzotyczne sporty, jak wspomniane chodziarstwo – dopóki Robert Korzeniowski wygrywał mistrzostwa Europy czy świata, psa z kulawą nogą to nie obchodziło, ale jak sięgnął po złoto w Atlancie, natychmiast stał się bohaterem narodowym.

Skąd ta różnica? Owszem, IO to najbardziej prestiżowe zawody – ale w każdej dyscyplinie jakieś zawody są najbardziej prestiżowe, a jednak nie wszystkimi się interesujemy, choćby nasi nie wiadomo jakie triumfy w nich odnosili. W takim na przykład brydżu Polska jest podobno mocarstwem, zbierającym medale seryjnie – ale kto w ogóle o tym wie? Poza garstką pasjonatów, prawie nikt. Nie dyscyplina jest tu zatem ważna, tylko olimpijski prestiż.



Refleksje po Euro 2016

Dodane: 12 lipca 2016, w kategorii: Futbol, Przemyślenia

Pierwsze i najważniejsze: powiększenie Euro do dwudziestu czterech drużyn było kretynizmem. Mogliśmy się o tym przekonać na wszystkich etapach rywalizacji – im dalej, tym dobitniej.

W eliminacjach emocje jak na rybach – już nie tylko mocarzom, ale i lepszym średniakom nic nie grozi, gdy miejsc na turnieju wystarcza dla prawie połowy drużyn (a nawet ponad połowy, jeśli odliczymy etatowych chłopców do bicia typu Andora czy Gibraltar). Fakt, nie wystarczyło dla Holendrów – to jednak wyjątek potwierdzający regułę, oni zrobili naprawdę wszystko co w ich mocy, by odpaść, wygrywając jedynie z Łotwą i Kazachstanem, zdobywając jeden (!) punkt w pozostałych sześciu meczach. A i tak potrzebowaliby tylko wygrać rewanż z Turcją, by się mimo wszystko na to trzecie miejsce wdrapać…

W rundzie grupowej jeszcze gorzej – potęgi wygodnie porozsadzane osobno, żadnej grupy śmierci, żadnego hitowego meczu, a możliwość awansu z trzeciego miejsca dodatkowo wykluczyła jakąkolwiek dramaturgię. Walka o awans toczyła się w najlepszym razie między Turcją a Czechami, z poważniejszych drużyn zagrożona była przez chwilę tylko Portugalia. Nuda, panie, zero porównania z poprzednimi turniejami. Dodatkowo te trzecie miejsca koszmarnie skomplikowały wyznaczanie par w 1/8 finału, a niektórym przyniosły emocje zupełnie niepożądane – Albańczycy po ostatnim meczu jeszcze przez trzy dni musieli czekać na rozstrzygnięcia w innych grupach, żeby się dowiedzieć, czy awansowali. Portugalczycy dla odmiany mieli ten komfort, że grali na końcu, więc w meczu z Węgrami nie musieli umierać za zwycięstwo – z góry wiedzieli, że do awansu wystarczy im remis. Niesprawiedliwość rażąca.

W fazie pucharowej wreszcie zobaczyliśmy kuriozalne niezrównoważenie – nadmiar drużyn, wpadka Hiszpanii i mała złośliwość losu sprawiły, że wszyscy potentaci trafili do jednej połówki drzewka, a do drugiej… Cóż, dość powiedzieć, że Portugalia przed tym turniejem miała na koncie dziesięć spotkań w fazie pucharowej Euro, Chorwacja i Belgia po dwa, a pozostałe pięć drużyn – absolutne zero. Czemu zresztą trudno się dziwić, skoro trzy z nich dopiero na tym Euro zadebiutowały. Co za niespodzianka, że do finału weszła akurat Portugalia, prawda?



Dlaczego większość nie musi mieć racji

Dodane: 24 kwietnia 2016, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

„Co z ciebie za demokrata, skoro nie popierasz demokratycznie wybranego rządu” – taki argument, w tej czy innej formie, zdarzyło się usłyszeć chyba każdemu, a przez ostatnie pół roku szczególnie przybrał on na popularności. Nawet sam rząd chętnie go używa, oskarżając organizatorów antyrządowych demonstracji o niezdolność do pogodzenia się z wynikami wyborów. Nonsensowność tego argumentu zawsze wydawała mi się oczywista, ale z jakiegoś powodu dla wielu ludzi oczywiste to nie jest – i to nie tylko ludzi tego sortu, który aktualnie nami rządzi. Nawet Leszek Kołakowski, intelekt wszak niepospolity, zabłysnął kiedyś niezbyt mądrym bon motem: „Jeżeli 51% społeczeństwa chce zabić pozostałe 49%, to ja nie jestem demokratą”.

Nonsensowność, o której mówię, wynika z mieszania dwóch porządków – czym innym jest przecież popieranie ustroju jako takiego, a czym innym popieranie konkretnych ludzi, którzy w ramach tego ustroju akurat sprawują władzę. Parafrazując Kołakowskiego, można by równie dobrze powiedzieć: „Jeśli król chce zabić 49% poddanych, to ja nie jestem monarchistą” – i idąc dalej tym tropem, odrzucić w końcu wszystkie znane ludzkości ustroje polityczne, bo nie ma i pewnie nigdy nie będzie takiego, który uniemożliwiałby podejmowanie decyzji głupich, szkodliwych, czy zbrodniczych. Prawdopodobieństwo ich podjęcia może być oczywiście mniejsze lub większe, w zależności od trybu ich podejmowania – ale nigdy zerowe, niestety.



Troll

Dodane: 25 marca 2016, w kategorii: Net, Przemyślenia

Najpierw tym mitologicznym terminem nazywano w necie zwykłego chama, bluzgającego zamiast dyskutować.

Potem – prowokatora, wygłaszającego kuriozalne poglądy celem wywołania bluzgów pod własnym adresem.

Jeszcze potem – jajcarza, któremu już nie o drażnienie chodziło, tylko o to, żeby było śmiesznie.

W końcu – zawodowego propagandzistę podszywającego się pod zwykłego użytkownika, by skuteczniej głosić poglądy swojego klienta.

A ostatnio spotkałem się z użyciem tego słowa na określenie ludzi siejących w necie nienawiść do uchodźców. Tylko parokrotnie, więc za wcześnie mówić o kolejnym znaczeniu – ale zarazem aż parokrotnie, więc nie można wykluczyć, że coś będzie na rzeczy.

I to wszystko w ciągu zaledwie kilku lat – w czasie tak krótkim, że gdy jedni używali już kolejnego znaczenia, inni jeszcze nie zdążyli sobie przyswoić poprzedniego. Tempo przemian w internecie bywa zaiste szokujące.

Ciekawe, co będzie oznaczać to słowo za kolejne kilka lat…


Singletasking

Dodane: 21 grudnia 2015, w kategorii: Przemyślenia

Wszystko co robię, robię pospiesznie, by móc robić co innego.

Stephen Dobyns

Miałem taki okres, kiedy starałem się optymalnie wykorzystywać czas, bo przecież mam go ograniczoną ilość, straconego nigdy nie odzyskam, a biegnie coraz szybciej, więc wstyd i szkoda go marnować. Kombinowałem zatem, jak tu wcisnąć jeszcze więcej wszystkiego wszędzie: jadąc tramwajem koniecznie musiałem czytać gazetę i słuchać muzyki, a najlepiej jeszcze szukać przy tym inspiracji do kolejnej notki na blogu, w domu niemalże z zegarkiem w ręku planowałem, ile czasu poświęcić na czytanie, a ile na siedzenie przy kompie, wdrażałem się w zasady GTD i tak dalej.

Aż trafiłem gdzieś na powyższy cytat – i otworzyły mi się oczy, jak chyba nigdy w życiu. Kilka prostych słów, a jakże dobitnie obnażyły one bezsens całej tej optymalizacji i życia w pośpiechu. Czemu innemu bowiem służy ten pośpiech? No właśnie – żeby móc się spieszyć z czym innym. A przecież choćbym nie wiem co zrobił, i tak zawsze pozostanie praktycznie nieskończona liczba książek, których nie przeczytam, gier, w które nie zagram, filmów, których nie obejrzę i tak dalej. Lepiej więc się nie stresować, że z czymś nie zdążę, tylko w spokoju zajmować się tym, na co akurat mam ochotę – i niczym więcej. Niby oczywistość, gdy się już do tego dojdzie, ale jakże trudna do pojęcia wcześniej.

A co najciekawsze, jakiś czas po zmianie podejścia na bardziej wyluzowane stwierdziłem, że w sumie i tak czytam, gram itd. praktycznie tyle samo co wcześniej. Choć nie zawracam sobie głowy planowaniem, choć tramwajem coraz częściej jeżdżę „bezczynnie”, choć „marnuję” czas, jakoś jego ubytku nie poczułem. Co polecam pod rozwagę wszystkim specom od „zarządzania czasem”, jak również ofiarom ideologii pośpiechu. Święta to dobra okazja, by się nad tym zastanowić.


W co wierzący nie wierzą

Dodane: 20 września 2015, w kategorii: Przemyślenia

Religie z definicji opierają się na wierze. W Boga, bogów, duchy, anioły, demony, karmę, zaświaty, cuda i co tam tylko jeszcze – inwencja ludzka w tej dziedzinie, jak i w każdej innej, praktycznie nie zna granic. Każde wyznanie oczywiście ma swój własny zbiór bytów, w które nakazuje wierzyć – mniejszy lub większy, ale zawsze jakiś jest. Nie zdarza się natomiast, by religia opierała się na odmawianiu wiary w jakieś byty czy zjawiska – wyjąwszy oczywiście zakaz podzielania wierzeń głoszonych przez konkurencję.

(OK, fundamentalistom niektórych wyznań zdarza się odrzucać wiarę np. w ewolucję – ale to margines, a ich przekonanie nie stanowi podstawy ich religii samej w sobie, a tylko efekt uboczny niezgodności mitologii z rzeczywistością.)

Istnieje jednak coś, w co żadna religia (a przynajmniej żadna, o jakiej słyszałem) z założenia nie wierzy. I ta niewiara jest jak najbardziej immanentną ich częścią, zwykle wręcz konieczną dla zachowania spójności doktryny. Tym czymś jest przypadek, czy też, jak kto woli, losowość.

Niezbadane wyroki boże, predestynacja, karma, ingerencje istot nadprzyrodzonych, czy nawet ruchy ciał niebieskich – wszystko może w religijnej wizji świata posłużyć za uzasadnienie jakichkolwiek wydarzeń, tylko nie ślepy los. Idea, że cokolwiek może się wydarzyć tak po prostu, w wyniku zbiegu okoliczności, za którym nikt nie stoi i który nie ma żadnego drugiego dna ani głębszego sensu – taka idea w żadnej znanej mi religii nie ma racji bytu.

(Jeszcze jedna z licznych zbieżności między religiami a teoriami spiskowymi.)

Co jednak ciekawe, żadna religia wiary w przypadkowość formalnie nie potępia – próżno w świętych księgach, katechizmach czy pismach teologów szukać stwierdzenia, że wiara taka jest grzechem, bądź że należy ją zwalczać. Mamy tu więc do czynienia z przekonaniem tak fundamentalnym i oczywistym, że najczęściej w ogóle się go nie zauważa i trzeba pewnego wysiłku, by zdać sobie sprawę z jego istnienia. Niewiara w przypadek jest dla religii powietrzem – niezbędnym, a zarazem niewidzialnym…


« Starsze wpisy