Cichy Fragles

skocz do treści

Kryzys

Dodane: 14 lipca 2013, w kategorii: Varia

Napisałbym coś. Naprawdę. Ale ni cholery nie mam weny. O czymkolwiek pomyślę, wydaje się banalne, słabe, nudne, i kto to w ogóle przeczyta.

Wiem, są takie dni w miesiącu i w ogóle. Ale to trwa już od kilku tygodni, a światełka w tunelu ciągle nie widać. Cóż tu począć?


Yob vashu mat!

Dodane: 16 czerwca 2013, w kategorii: Varia

Dawno już tu nie było czepiania się błędów językowych, więc dzisiaj się czepię – formalnie może niezupełnie błędu, ale na pewno drażniącego i ze wszech miar niesłusznego, a z roku na rok coraz bardziej popularnego zachowania, jakim jest pisanie słowiańskich nazwisk z użyciem angielskiej transkrypcji.

Fakt, że tej transkrypcji używamy powszechnie, niezależnie od języka – ale w przypadku arabskiego czy chińskiego nie robi to większej różnicy, bo to języki na tyle odległe od naszego, że i tak nie ma mowy o zachowaniu ich oryginalnego brzmienia. Ani „Mao Ce-Tung”, ani „Mao Zedong” nie przeczytamy zgodnie z prawdziwą chińską wymową, więc to w sumie tylko kwestia umowy, którą wersję wolimy. W przypadku rosyjskiego, ukraińskiego czy bułgarskiego sytuacja jest diametralnie inna: ze względu na bliskie pokrewieństwo z polskim, ich brzmienie można oddać w naszym języku bez porównania lepiej, niż w dalekim angielskim – używanie go w charakterze pośrednika ma więc tyle samo sensu, co podróż z Warszawy do Kijowa przez Londyn.

Jednak z jakiegoś powodu (zapatrzenie w Amerykę? przekonanie, że angielski jest bardziej cool i trendy?) ten bezsens krok po kroku zyskuje na popularności – czego najbardziej widocznym przykładem książki z cyklu „Metro 2033”, sygnowane nazwiskiem „Dmitry Glukhovsky”, co po naszemu pisze się po prostu Dmitrij Głuchowski. Żeby było śmieszniej, wydawnictwo nie dba o konsekwencję w tej kwestii, mieszając różne transkrypcje nawet na jednej okładce, choć akurat „Andrey Diakov” wyglądałby zdecydowanie mniej żałośnie niż ten Gluk-cośtam.

Biorąc pod uwagę wszechobecną ekspancję angielszczyzny, jak i postępy analfabetyzmu w necie, w przyszłości będzie pewnie tylko gorzej. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej „Zbrodni i kary” nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy wydawać pod nazwiskiem „Fyodor Dostoyevsky”, bo w takim wypadku mógłbym mieć problemy z powstrzymaniem się przed zbrodnią – i karą zarazem.

Vot i vsyo;-).


Szkoła umarła

Dodane: 11 maja 2013, w kategorii: Varia

Inkubator procesu reprodukcji wczesnokonsumpcyjnego społeczeństwa postchłopskiego nie nadaje się już nawet do naprawy i jedyne, co można z nim sensownego zrobić, to rozwalić i zacząć budować coś nowego – tako rzecze prof. Hartman w dzisiejszej Wyborczej (w necie niestety tylko fragment tekstu, całość wyłącznie na papierze). Miło widzieć, że mądrzy ludzie z mainstreamu zgadzają się z tym, co pisałem kilka miesięcy temu. Oby to był początek większej debaty, która może za kilka(naście?) lat w końcu doprowadzi do jakichś odważniejszych działań przeciwko tej XIX-wiecznej skamielinie, w której ciągle dręczy się niewinne dzieci, w dodatku z coraz bardziej żenującymi skutkami. Może nie ze wszystkimi propozycjami Hartmana się zgadzam, ale tekst jako całość – koniecznie!


Moralna schizofrenia

Dodane: 10 marca 2013, w kategorii: Varia

Generalnie zastanawiające jest to, jak bardzo wiara religijna przypomina schizofrenię. W pewnym sensie można nawet przyjąć, że jest jej moralną odmianą. Jednym z kluczowych mechanizmów wywoływania tej choroby jest tzw. podwójne wiązanie. Zasadniczo składa się on z trzech elementów. Najpierw jest wysyłany jeden komunikat, potem drugi, ale kompletnie sprzeczny z tym pierwszym, a ostatecznie gdzieś w tle musi pojawić się też zakaz komentowania powstałej sprzeczności.

Smakowity cytat via Trzecie dno – polecam także źródłowy wpis, jak i zresztą cały blog, gdyby jakimś cudem ktoś go jeszcze nie znał.


Denver – dwa scenariusze

Dodane: 20 lipca 2012, w kategorii: Varia

Sytuacja wyjściowa:

Do tragedii doszło w lokalnym centrum handlowym w dzielnicy Aurora na przedmieściach Denver w stanie Kolorado około północy. Mniej więcej 15-20 minut po rozpoczęciu premierowego nocnego pokazu najnowszego filmu o przygodach Batmana ubrany w kamizelkę kuloodporną i maskę gazową mężczyzna wyszedł przed ekran kina i otworzył ogień do widzów w sali nr 9.

W stanie Kolorado prawo do posiadania broni jest bardzo liberalne, a na sali było – jak można wnosić z newsów – co najmniej kilkadziesiąt osób, w dużej części zapewne pełnoletnich, które mogły mieć przy sobie broń. Jak zatem powinien wyglądać dalszy rozwój wydarzeń?

Scenariusz #1 – według zwolenników powszechnego dostępu do broni:

Zamachowiec zastrzelił dwie osoby, po czym zginął posiekany kulami przez uzbrojonych widzów.

Scenariusz #2 – według lewackich wrogów wolności:

Co najmniej 14 osób zginęło, około 50 zostało rannych. Policja aresztowała domniemanego zamachowca.

Który scenariusz został zrealizowany w rzeczywistości? No, zgadnijcie.


Jak Amazon dba o klientów

Dodane: 15 lipca 2012, w kategorii: Varia

Wyjątek z maila od Amazonu:

We’re writing to let you know we processed your refund of $10.98 for your Order
(…)
Reason for refund: Export fee reduced

Tłumaczenie dla nieznających języków obcych: w związku z obniżką cła na czytniki Amazon zwrócił mi jego równowartość za zeszłoroczny zakup. Tak po prostu, z własnej nieprzymuszonej woli. Przez chwilkę aż się zacząłem zastanawiać czy to nie jakaś ściema, ale zaraz wyguglałem, że Amazon faktycznie tak robi – choć skąd się tak naprawdę biorą te zwroty i ich wysokość, pozostaje zagadką. Tak czy siak, Amazonowi należy się uznanie – przekonałem się naocznie, że opowieści o niesłychanie przyjaznym podejściu tej firmy do klientów to nie bajki. Oby tak dalej i oby reszta świata brała z nich przykład:-).


28 * Tetris

Dodane: 6 czerwca 2012, w kategorii: Varia

Dwadzieścia osiem lat temu, szóstego czerwca 1984, światło dzienne ujrzała jedna z najlepszych gier komputerowych w historii, a już na pewno najpopularniejsza – nie sposób znaleźć szanującego się gracza, który by w nią chociaż raz nie zagrał. Nic dziwnego, bo zasady banalnie proste, a rozgrywka, wymagająca zarówno zręczności jak i inteligencji, wciąga bardziej niż chodzenie po bagnach – do tego stopnia, że neurolodzy stworzyli pojęcie Tetris effect na określenie aktywności pochłaniającej umysł do tego stopnia, że nie sposób się od niej oderwać w myślach czy nawet snach…

Trudno uwierzyć, ale autor tej genialnej gry – Aleksiej Pażytnow – przez długie lata nic na niej nie zarobił. Ba, gdy miliony ludzi na całym świecie uzależniało się od układania klocków, on klepał biedę, dosłownie przymierając głodem. Swoje dzieło stworzył bowiem w ZSRR, gdzie pojęcie własności intelektualnej nie istniało, a pomysł zarabiania na takim wstrętnym burżuazyjnym wynalazku jak gra komputerowa – cóż, trudno było o gorszą herezję. Los Pażytnowa zmienił się po – jakże by inaczej – emigracji do USA. Dopiero tam, po założeniu firmy i wygraniu kilku procesów o prawa do Tetrisa, wreszcie zaczął godziwie zarabiać. O jakieś dziesięć lat za późno i pewnie parę zer za mało, ale jednak.

Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy: z okazji dwudziestych ósmych urodzin Tetrisa zebrałem tutaj dwadzieścia osiem najciekawszych, najoryginalniejszych, lub przynajmniej najdziwniejszych jego przeróbek. Niektóre o wartości tylko anegdotycznej, ale większość jak najbardziej grywalna i godna polecenia – szczególnie tym, którzy oryginał masakrują już od niechcenia z zamkniętymi oczami.



Cytaty weekendu

Dodane: 14 kwietnia 2012, w kategorii: Varia
Beavis i Butt-head towarzyszyli teledyskom, komentując wszystko na trzy sposoby: „cool”, „sucks” i debilnym rechotem. Wtedy nazywano to głupotą, dzisiaj nazywamy to Facebookiem.

Wojciech Orliński
Jeśli ja panu dam dolara i pan mi da dolara, to każdy z nas ma po jednym dolarze. Ale jak ja panu dam myśl i pan mi da myśl, to każdy z nas ma dwie myśli.

Zygmunt Bauman

Oba cytaty z dzisiejszej papierowej Wyborczej (skądinąd wyjątkowo obfitującej w dobre teksty, kumulacja normalnie) – pierwszy z felietonu o wiadomo jakim serialu (w sieci chyba niedostępnego), drugi ze świetnego wywiadu (w sieci tylko skrócona wersja), który po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że Bauman to najmądrzejszy z żyjących Polaków – i coraz bardziej wstyd przyznać, że mimo to ciągle jeszcze nie przeczytałem ani jednej jego książki…


Top 10: najlepsze gierki XX wieku

Dodane: 27 marca 2012, w kategorii: Varia

Dlaczego tylko XX? Cóż, mógłbym tutaj machnąć nostalgiczny wywód o starych dobrych czasach pionierskiego romantyzmu, kiedy takie gry robili, panie, że dzisiaj to już nawet na bazarze takich nie mają – ale byłoby to bzdura i zrzędzenie zgreda żyjącego przeszłością. Owszem, DOSBox jest jednym z częściej odpalanych przeze mnie programów, mimo to (a może właśnie dlatego) na dawne hity patrzę bez emocji i nie zamierzam ich idealizować, ani deprecjonować hitów dzisiejszych, które za kolejne kilkanaście lat zapewne będą wspominane z taką samą nostalgią i wychwalane tymi samymi frazami. Zatem – dlaczego?

Po pierwsze, z daleka lepiej widać – do tytułów sprzed kilkunastu lat łatwiej podejść z dystansem, bez uprzedzeń, z samodzielnie wyrobioną przez lata opinią. Po drugie, trudno porównywać gierki z różnych epok – przepaść technologiczna (i finansowa) jest zbyt wielka, żeby był jakikolwiek sens stawiać obok siebie np. Ishar i Skyrim. Fakt, aby być w tym punkcie konsekwentnym, należałoby i XX wiek podzielić na dwie czy trzy epoki, ale ojtam ojtam;-). Po trzecie wreszcie, w początkach obecnego stulecia zacząłem wypadać z obiegu i dziś już tylko z grubsza się orientuję, co tam w gierkach piszczy (dość powiedzieć, że w kolejce do zagrania mam takie tytuły jak Gothic 2 czy Fable), więc aktualniejszego rankingu nie byłbym w stanie zrobić rzetelnie.

Dobra, do rzeczy. Oto moja subiektywna lista w kolejności alfabetycznej:


Civilization

Treść Civilization została dokładnie zawarta w tytule tej gry. Jest to historia rozwoju cywilizacji ludzkiej, historia odkryć, paktów i podbojów, walki z naturą i z innymi ludźmi, historia ekonomii, która zawsze bezlitośnie weryfikuje zamierzenia polityków i strategów.

Nic dodać, nic ująć – ten cytat z „Biblii komputerowego gracza” powinien wystarczyć za wprowadzenie ludziom, którzy o „Cywilizacji” nie słyszeli. Pozostałe 99% graczy chyba żadnych tłumaczeń nie potrzebuje – kto choć raz w to zagrał, zbudował kilka miast, stoczył parę wojen z sąsiadami, rozwinął jakąś technologię i tak dalej, powinien znać magię tej gry i syndrom „jeszcze jednej tury”. Dziś oczywiście wygląda ona już bardzo blado na tle swoich kolejnych części, ale w roku 1990 to była naprawdę strategia ultymatywna, w cieniu której wszelka konkurencja jeszcze długo leżała i kwiczała.



Jak używać apostrof’u

Dodane: 7 marca 2012, w kategorii: Varia

Oczywiście nie tak jak w tytule. I nie tak, jak to robi – niestety – większość internautów, wstawiających ten znak gdzie popadnie. A jak widzę po raz kolejny „Facebook’a”, „PiS’u”, „Laptop’a”, czy, o zgrozo, „PC’ta”, innych kwiatków litościwie nie wymieniając, to naprawdę tracę wiarę w ludzkość.

Zasada jest bowiem prosta jak budowa cepa: apostrof w języku polskim służy wyłącznie do oddzielania końcówek wyrazów obcojęzycznych w sytuacji, gdy końcówka jest „niekompatybilna” z resztą wyrazu. Przykładowo jeśli ktoś się nazywa Bruce Wayne, to odmieniając jego imię i nazwisko piszemy „Bruce’a Wayne’a” czy „Bruce’owi Wayne’owi”, bo „e” na końcu wyrazu w rodzaju męskim u nas nie występuje i nie mamy na taką okoliczność odpowiedniej końcówki. Ale jak założy kostium i stanie się Batmanem, to już apostrof przestaje być potrzebny, bo „Batman” odmienia się zupełnie zwyczajnie i prawomyślnie.

Natomiast taki Johnny Depp potrzebuje apostrofu tylko po imieniu („Johnny’ego Deppa”, „Johnny’emu Deppowi”), a i to nie zawsze, bo w niektórych przypadkach końcówka się szczęśliwie zgadza – piszemy więc „z Johnnym Deppem” albo „o Johnnym Deppie” bez żadnego apostrofu. Proste i intuicyjne, prawda?

No to żeby nie było za łatwo, przyjrzyjmy się Francuzom – każdy się chyba domyśli, że Charles de Gaulle przy odmianie powinien mieć apostrof po nazwisku – ale uwaga: po imieniu również! Co prawda kończy się ono spółgłoską i na piśmie wszystko wygląda prawidłowo, ale nie w mowie – „s” na końcu jest bezdźwięczne i niewymawiane, przez co nasze końcówki przestają pasować, więc dla zaznaczenia tego faktu trzeba pisać „Charles’a”, „Charles’em” i tak dalej. Ale jeśli Charles jest Anglikiem czy Amerykaninem, apostrofu już nie trzeba, bo w angielskim to imię wymawia się z „s” na końcu i odmiana jest naturalna zarówno w mowie jak i na piśmie.

Z drugiej strony samogłoska na końcu też nie musi wymagać apostrofu – pod warunkiem, że jest to „y” czytane jako „j”, np. w słowie „Disney” czy „Romney” – ich możemy odmieniać bez żadnych dodatkowych znaczków.

A czasem trzeba kombinować jeszcze inaczej – wspomnianego Bruce’a w narzędniku piszemy „z Bruce’em” (dodatkowe „e” po apostrofie), a w miejscowniku, co dość zaskakujące, „o Brusie” – każdy bowiem chyba przyzna, że „Bruce’ie” czy coś w tym guście wyglądałoby raczej pokracznie. Takich nie całkiem intuicyjnych odmian jest zresztą więcej, ale to na szczęście margines. W miażdżącej większości przypadków wystarczy pamiętać o tym, co napisałem w drugim akapicie.

Ot i wszystko:-).


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »