Cichy Fragles

skocz do treści

.Nowocześniejsza

Dodane: 31 grudnia 2017, w kategorii: Polityka

Na koniec roku wypadałoby zrobić tradycyjne podsumowanie – ale ani mi się nie chce (tym bardziej, że niewesołe by to było, delikatnie mówiąc), ani nie widzę potrzeby, skoro podsumowań wszędzie dookoła pełno. Zamiast tego napiszmy więc tylko o jednym, za to najbardziej niedocenionym wydarzeniu minionego roku, czyli o zmianie lidera w Nowoczesnej. Mała rzecz, a jednak pod paroma względami przełomowa.

Po pierwsze: spektakularny upadek wodza. Jedną z największych patologii naszej demokracji jest panujący w partiach autorytaryzm, z nieusuwalnym wodzem na czele, niby przeprowadzającym wewnątrzpartyjne wybory, ale zbyt silnym, żeby ktokolwiek mógł mu realnie zagrozić. A patologia systemu partyjnego przekłada się i na problemy państwa – kto bowiem uprawia zamordyzm w partii, świadomie lub podświadomie będzie do tego dążyć także w rządzeniu państwem – czego krańcowym efektem są obecne rządy Kaczyńskiego.

Największą ironią naszej demokracji jest z kolei fakt, że jedyne autentycznie demokratyczne partie, regularnie wymieniające władze, to postkomunistyczne SLD i PSL – co zapewne wynika z faktu, że oba te ugrupowania miały czas na wykształcenie odpowiednich struktur i poczucia identyfikacji z partią, a nie z liderem, podczas gdy partie tworzone po 1989 zaczynały od zera i wódz był ich głównym lub wręcz jedynym atutem. W efekcie jedynym wyjątkiem była tam przez kilka lat UW – wyjątkiem potwierdzającym regułę, jako że powstała z połączenia dwóch partii, więc siłą rzeczy jednego niepodważalnego wodza mieć nie mogła.



Uzależnienie

Dodane: 22 grudnia 2017, w kategorii: Absurdy

Jadę kilka godzin busem.

Jedna laska ogląda serial na netbooku, trzy czy cztery odcinki ciurkiem.

Druga zawzięcie czatuje przez komórkę, praktycznie bez przerwy.

Dzieciak gra na komórce, bez przerwy nawet teoretycznie, jeśli nie liczyć kilkunastu (!) przesiadek z FIFy na GTA i z powrotem.

Z przodu widzę wystający ekran, na którymś też leci serial.

Gość za mną ciągle stuka oburącz w komórkę, chyba i on w coś gra.

Babka koło niego słucha muzyki, oprócz tego coś pisze.

Laska od serialu wysiada, jej miejsce zajmuje koleś, który od razu odpala przeglądarkę na tablecie.

Nie wszystkich widzę, ale z dużym prawdopodobieństwem jestem tu oprócz kierowcy jedyną osobą, która nie gapi się w ekran, tylko przez okno, jak zwierzę. Bite pięć godzin nie wyciągam ani kompa, ani komórki (poza odebraniem telefonu), ani nawet czytnika – tymczasem dookoła rzadko widzę, by ktokolwiek w ogóle je wyłączał.

Ironia losu i chichot historii – przez lata to ja uchodziłem w otoczeniu za beznadziejnie uzależnionego komputerowego maniaka, tymczasem teraz wyrastam na ostoję normalności pośród rzeszy nałogowców. Uzależnionych zresztą bez porównania silniej niż ja kiedykolwiek – przesiedzieć dobrowolnie pięć godzin bez przerwy przed komputerem zdarzyło mi się ze trzy razy w życiu, tymczasem dla dzisiejszych normalsów to już najwyraźniej codzienność…


Bitnonsens

Dodane: 23 listopada 2017, w kategorii: Absurdy, Net

Im dłużej żyję, tym trudniej mnie czymś naprawdę zdziwić – świat jest tak pełen absurdów wszelakich, że gdybym nie był zakamieniałym racjonalistą, dawno już bym się nawrócił na wiarę w Latającego Potwora Spaghetti, bo jakież inne bóstwo mogłoby taki cyrk stworzyć. Ciągle jednak zdarzają się newsy, których poziom absurdalności pozostawia mnie bezbronnym. Powyższa mapa (znaleziona tutaj) pokazuje państwa, które zużywają mniej energii elektrycznej niż… kopalnie Bitcoinów.

Zauważmy, że wśród owych państw znajduje się Nigeria, licząca skromne 190 mln mieszkańców.

W wizję Bitcoina jako nowej, lepszej waluty, która przyniesie nam wolność od państw i banków, nie wierzyłem nigdy (a szkoda, bo gdybym uwierzył i trochę kupił na początku, byłbym dzisiaj milionerem), długo jednak uważałem go za nieszkodliwą zabawkę dla libertariańskich oszołomów. Dziś już nawet to przekonanie okazuje się zbyt optymistyczne – mało, że Bitcoin stał się doskonałym systemem transakcyjnym dla przestępców, mało że walnie się przyczynił do rozkwitu ransomware’u, mało że stał się jedną wielką bańką spekulacyjną (której wirtualny charakter sprawia, że pęknięcie może pójść w tempie, jakiego realna gospodarka nigdy nie zaznała), to jeszcze pompowanie tej bańki zużywa coraz bardziej zauważalny odsetek światowej produkcji prądu.

Odsetek, jeszcze raz podkreślmy, większy niż zużywa 190 mln Nigeryjczyków.

I ten odsetek idzie na nic innego, jak na liczenie haszy. Nieprzydatnych do niczego i nie mających żadnej wartości poza tą, jaką im nadaje ludzkie przekonanie, także niepoparte absolutnie niczym. Bez cienia gwarancji, że jutro (literalnie jutro) te hasze nadal będą warte choćby tyle, co cena zużytego prądu. Czy można wierzyć, że ten świat mógł stworzyć ktoś inny niż Latający Potwór Spaghetti?


O problemach z cofaniem czasu

Dodane: 29 października 2017, w kategorii: Nauka

Co roku przychodzi ten dzień, kiedy wszyscy cofamy zegarki o godzinę, nierzadko pomstując na ten obowiązek i domagając się jego zniesienia. Osobiście jestem raczej za jego utrzymaniem (wstawanie zimą o świcie jest wystarczająco przykre, cóż dopiero na godzinę przed), ale nie o tym dzisiaj. Cofanie zegarka to bowiem dobra okazja, bo pomyśleć o cofaniu samego czasu, nastręczającym problemów zupełnie, ale to zupełnie nieporównywalnych z tymi, które się wiążą z przestawianiem zegarków.

Od zarania dziejów nie znała ludzkość większej oczywistości niż to, że nie można cofnąć czasu. Sama idea przyprawiała o zawrót głowy, cóż dopiero myśleć o jej realizacji – ale w końcu przyszedł Einstein i oczywistość (nie pierwsza i nie ostatnia w historii nauki) oczywistością być przestała. Teoria względności pokazała drogę do podróży w czasie: wystarczy, bagatela, znaleźć sposób na przekroczenie prędkości światła. Co ma jedno z drugim wspólnego, już kiedyś tłumaczyłem, więc nie będę się powtarzać; ewentualnymi sposobami na przekroczenie tej bariery także nie zamierzam się w niniejszej notce zajmować. Zamiast tego przejdźmy do problemów, jakie możemy napotkać, jeśli podróże w czasie okazałyby się możliwe.



Kto tu rządzi i dlaczego tak długo?

Dodane: 24 września 2017, w kategorii: Nauka, Polityka

Przy okazji wyborów w Niemczech zauważyłem, że RFN przez 68 lat istnienia miała zaledwie ośmioro kanclerzy (nie licząc Waltera Scheela, który sprawował ten urząd tymczasowo przez tydzień), podczas gdy trzecia RP, istniejąca o czterdzieści lat krócej, zdążyła już dojść do piętnastki premierów. Szydło, choć nie osiągnęła jeszcze nawet półmetka kadencji, zajmuje u nas już czwarte miejsce na liście najdłużej urzędujących – tymczasem w Niemczech jeszcze długo byłaby ostatnia. Świetnie to pasuje do stereotypów o polskim bajzlu i niemieckim ordnungu, prawda?

No właśnie: czy częstotliwość zmian szefa rządu faktycznie mówi coś o danym kraju? Czy istnieją tu jakieś prawidłowości, czy może jest to kwestia czysto losowa, a Polska i Niemcy to tylko statystyczne fluktuacje?

Intuicja podpowiada, że przynajmniej jedna różnica powinna dać się zauważyć – starsze demokracje powinny mieć dłuższą średnią niż młodsze, ponieważ scena polityczna z czasem się stabilizuje, politycy znają swoje miejsce, partie się nie rozpadają z byle powodu i tak dalej. W Polsce, żeby daleko nie szukać, pierwszych ośmiu premierów zaliczyliśmy w ciągu pierwszych ośmiu lat, a przez kolejne dwadzieścia – już „tylko” siedmiu. Co jednakowoż nie musi być regułą – w RFN już pierwszy kanclerz utrzymał się na stanowisku przez czternaście lat…

Tak czy siak, jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić – siadłem więc nad Wikipedią i zacząłem liczyć. Postanowiłem ograniczyć się do Europy – w skali świata wyniki raczej nie byłyby miarodajne z powodu różnic ustrojowych (pozycja premiera jest zupełnie inna w systemie parlamentarno-gabinetowym, niż w prezydenckim) tudzież dużej liczby dyktatur, w których formalnym szefem rządu jest zwykle jakaś marionetka, sterowana przez realnego decydenta z tylnego siedzenia (tu nieodzowny ukłon w stronę premier Szydło i szeregowego posła Kaczyńskiego). W Europie natomiast prawie wszędzie panuje demokracja i system parlamentarno-gabinetowy, więc nie grozi nam porównywanie jabłek z gruszkami.

Żeby nie sięgać za daleko w przeszłość, liczyłem od zakończenia drugiej wojny światowej (wygodna granica, bo wiele państw zaczynało wtedy budować system polityczny od nowa), ewentualnie od uzyskania niepodległości lub zmiany ustroju, jeśli takowa nastąpiła później (co pozwoliło odsiać np. pseudopremierów w demoludach). W liczeniu pomijałem wszelkich tymczasowych i p.o. – chyba że sprawowali urząd przez ponad pół roku; wtedy uznawałem, że po takim czasie musieli już realnie podejmować decyzje, a nie tylko przekładać papierki w oczekiwaniu na „prawdziwego” szefa rządu, więc wypada ich uwzględnić. Jeśli ktoś tracił stanowisko, by potem je zdobyć ponownie, liczyłem go kolejny raz – interesował mnie sam fakt zmiany premiera, niezależnie od tego, czy delikwent był nim już wcześniej. Lata zaokrąglałem – parę miesięcy w te czy wewte nie robi znaczącej różnicy.

Tyle o metodologii – a teraz zobaczmy, co z tego wynikło:



Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla 2016

Dodane: 23 sierpnia 2017, w kategorii: Literatura

Ojejku, jak już dawno nic nie pisałem – a jeszcze dawniej nic nie recenzowałem. Czas najwyższy się poprawić w obu kwestiach, a cóż może być po temu lepszą okazją, niż kolejna edycja nominacji do Zajdla?

Wiem, praktycznie co roku narzekam, że poziom tekstów spada, a ostatnio już nawet recenzować mi się ich nie chciało, tak bardzo były szare i przeciętne – ale tym razem nastąpiło jeśli nie odbicie, to przynajmniej rozrzut, tzn. opowiadania dają się od siebie odróżnić, jest co pochwalić i co zganić – słowem, jest co napisać. Piszmy więc.



Dwie trzecie

Dodane: 26 lipca 2017, w kategorii: Polityka

Jest taki stary dowcip wielokrotnego użytku o spotkaniu papieża z przywódcą ZSRR – w innych wersjach z Fidelem Castro, z prezydentem USA i tak dalej. Ktokolwiek by to jednak nie był, papież rozmawia z nim za zamkniętymi drzwiami, przed którymi koczuje gromada dziennikarzy, czekających niecierpliwie, co z tego wyniknie. W końcu drzwi się otwierają i pierwszy wychodzi rozmówca papieża, cały w skowronkach. Spotkanie bardzo nam się udało, oznajmia dziennikarzom, zgodziliśmy się w dziewięćdziesięciu procentach. Chwilę później wychodzi papież, w zupełnie odmiennym nastroju, smutny i zrezygnowany. Co się stało, pytają dziennikarze, przecież podobno zgodziliście się w dziewięćdziesięciu procentach? No niby tak, kiwa głową papież – ale myśmy rozmawiali o dziesięciu przykazaniach…

Ten dowcip chyba najlepiej oddaje moje uczucia po poniedziałkowej decyzji Dudy. Oczywiście, trudno się nie cieszyć, że chociaż dwie ustawy zawetował, a jeszcze trudniej się nie cieszyć z reakcji jego partyjnych kolegów, których zabolało to niesamowicie – ale nie zmienia to (ani nie usprawiedliwia) faktu, że trzecią podpisał. Mamy tu zatem podobną sytuację, jak z aborcją – pozostajemy w defensywie, na pozycjach dalekich od akceptowalnego minimum i cieszymy się, że nie jest jeszcze gorzej. Przy czym w przypadku aborcji przynajmniej stoimy ciągle w miejscu, podczas gdy w przypadku sądów zrobiliśmy krok w tył i skaczemy z radości, że tylko jeden. A to jest przecież jeden.

Owszem, było to zwycięstwo dla PiS-u bardzo kosztowne – może nawet pyrrusowe, czas pokaże – ale mimo wszystko zwycięstwo. Jedna z zasad długoterminowej strategii: kupuj trwałe korzyści za doraźne koszty. Straty wizerunkowe można odrobić, groźbę rozłamu (o ile faktycznie takowa istnieje) można oddalić, pamięć o wtopie przeminie – a łapa położona na sądach pozostanie. Czy na pewno mamy co świętować?

Jako się rzekło, czas pokaże. Być może oglądamy początek równi pochyłej PiS-u, być może także początek prawdziwej, a nie malowanej prezydentury – ale równie dobrze może to być tylko potknięcie prezesa i odosobniony przebłysk niezależności prezydenta. Nie dalej jak kilka miesięcy temu mieliśmy przecież pamiętne 1:27 z Tuskiem, po którym nastroje były podobne – a ledwie po paru tygodniach PiS się pozbierał, sondaże wróciły do normy i nic więcej z tego nie wynikło. Miejmy nadzieję, że teraz będzie inaczej, ale pamiętajmy, że nie musi. Druga bowiem ważna zasada mówi: nie myl upokorzenia wroga z jego pokonaniem. Walka o Polskę trwa i nie ma co się łudzić, że jeden ułamkowy sukces nam wystarczy.

Jak powiedział Churchill po bitwie pod El-Alamein: „To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku.” W tym właśnie miejscu jesteśmy – a nie, jak chcieliby niektórzy komentatorzy, już pod Stalingradem.


Myśli wakacyjne

Dodane: 3 lipca 2017, w kategorii: Przemyślenia

Paradoks czasu: wolny mija najszybciej. Wszyscy to pamiętamy chyba najdobitniej z czasów szkolnych, kiedy żadne miesiące nie odchodziły w przeszłość szybciej niż te dwa letnie, które właśnie znów się zaczynają. Wiele byśmy dzisiaj dali, żeby mieć tyle laby, prawda?

A jednak nie zabiegamy zbytnio o to, żeby mieć więcej wolnego czasu. Wniosek o podwyżkę pensji – rzecz naturalna i oczywista, ale wniosek o skrócenie czasu pracy – nie do pomyślenia.

Owszem, większość ludzi nie zarabia tak dobrze, żeby sobie na takie luksusy pozwolić – ale nawet ci, co walczą o drugą, trzecią czy fafnastą średnią krajową, zwykle ani myślą powalczyć zamiast tego o dodatkowy miesiąc urlopu czy przejście na pół etatu. Nawet jeśli kasa dawno przestała im robić realną różnicę, a odpocząć nie mają kiedy.

Drugi paradoks w tej krótkiej notce: gdyby jednak rozwój technologii pozwolił kupować czas (np. w postaci pobytu w jakimś zakrzywieniu czasoprzestrzeni, gdzie płynie on wolniej), ci sami ludzie zaraz by się pewnie zaczęli ustawiać w kolejkach po taką usługę. Nierzadko zresztą wykorzystując ją do tego, żeby popracować jeszcze więcej…

Pisząc to, wychodzę na hipokrytę, sam bowiem niezmiennie haruję na pełnym etacie, choć zarabiam dość dobrze, żeby móc spokojnie pracować na pół gwizdka, a dorobiłem się już w zasadzie wszystkiego, co mi do szczęścia potrzebne. Można to uznać za trzeci paradoks. Na swoją obronę mógłbym powiedzieć, że oszczędności nigdy za wiele (zwłaszcza w państwie, któremu w kwestii emerytur niespecjalnie można ufać) ale jaka właściwie suma byłaby wystarczająca, żeby sobie odpuścić dalsze odkładanie? Pytanie czysto retoryczne, żadnej obiektywnej granicy nie ma.

Co jednak nie znaczy, że nie można sobie postawić subiektywnej. W związku z czym już dawno temu postanowiłem sobie, że starać się będę co najwyżej do czterdziestki, a potem – aby tylko nie dokładać do interesu. Do czego też zachęcam każdego, kto może sobie na podobne podejście pozwolić. Pamiętajmy bowiem: pieniądz jest dobrem odnawialnym, czas i zdrowie niestety nie.


Science & Fiction: Obcy

Dodane: 8 czerwca 2017, w kategorii: Nauka

Obcy (a.k.a. ksenomorf) to zdecydowanie mój ulubiony potwór – po części dla niepowtarzalnej Gigerowskiej urody, po części dla klimatu zbudowanego przez filmy z jego udziałem (te z kanonicznej tetralogii, nie te szajsy z Predatorami), przede wszystkim jednak ze względu na oryginalność i obcość, do jakiej żadna inna fikcyjna kreatura nawet się nie zbliżyła. Wszelkie bowiem potwory, czy to filmowe, czy mitologiczne, stanowią proste modyfikacje lub połączenia istniejących stworzeń: minotaur to człowiek z głową byka, zombie – chodzący trup, harpia – teściowa ze skrzydłami, smok – wielki latający jaszczur… i tak dalej. Ksenomorf to zupełnie inna półka – stwór niepodobny do niczego, co znamy z realnego świata, nie dający się sensownie opisać w kilku słowach.



Dziewięć lat bloga

Dodane: 29 maja 2017, w kategorii: Prywata

Kolejny rok blogowania za mną – i niestety kolejny z tendencją spadkową. 23 notki i 154 komentarze (średnia 6.7 na wpis) to wynik prawie o połowę poniżej wyniku z poprzedniego roku, który był prawie o połowę poniżej poprzedniego… Krótko mówiąc, ilościowo równia pochyła. Staram się, by jakościowo było wręcz przeciwnie, ale z efektów tych starań ciągle nie jestem zadowolony.

Mało tego, w ostatnich miesiącach pierwszy raz od założenia bloga zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy w ogóle jest sens dalej go prowadzić. Fakt, niby ktoś to czyta, ale perspektywy czarno widzę – nie da się ukryć, że blogosfera dogorywa, życie przeniosło się na Facebooka i poza nim ciężko zostać zauważonym. Z drugiej jednak strony pisać tylko na FB to być na łasce Zuckerberga (dodatkowo z 99% gwarancją, że do notek starszych niż kilka dni już nikt nigdy nie zajrzy) i z dala od Google’a, który też sporo ruchu dostarcza. Wrzucanie na fanpage’a samych linków też nie zdaje egzaminu – algorytmy wolą obrazki czy nawet dłuższe teksty, niż coś, co odciąga użytkowników na zewnątrz; poza tym zasięg jest coraz bardziej przycinany, żeby wymusić na autorze wykupienie reklamy. Dobrego wyjścia nie widać…

Żeby było trochę bardziej optymistycznie – nawet w tej skromnej liczbie wpisów znalazło się przynajmniej kilka, którymi mogę się pochwalić:

Wracając jednak do minusów – referral funu więcej nie będzie. Google praktycznie przestało się dzielić informacjami o wpisywanych frazach, coś tam pokazują w Webmaster Tools, ale niewiele, więc jedyne zabawniejsze zapytanie, jakie znalazłem, to „klonowanie pochwy”. Khem.

Za życzenia w sensie „szczęścia, zdrowia, pomyślności” z góry dziękuję, chętniej jednak posłucham życzeń w sensie „co bym chciał(a) na tym blogu”. Obecna sytuacja bowiem, jako się rzekło, pozostawia sporo do życzenia…


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »