Ojejku, jak już dawno nic nie pisałem – a jeszcze dawniej nic nie recenzowałem. Czas najwyższy się poprawić w obu kwestiach, a cóż może być po temu lepszą okazją, niż kolejna edycja nominacji do Zajdla?
Wiem, praktycznie co roku narzekam, że poziom tekstów spada, a ostatnio już nawet recenzować mi się ich nie chciało, tak bardzo były szare i przeciętne – ale tym razem nastąpiło jeśli nie odbicie, to przynajmniej rozrzut, tzn. opowiadania dają się od siebie odróżnić, jest co pochwalić i co zganić – słowem, jest co napisać. Piszmy więc.
Lo faresti per me? (Juliusz Braun)
W XVIII-wiecznej Italii z pewnością można znaleźć wiele magicznych miast, ale Verigi jest magiczne zupełnie dosłownie – każdej nocy układ ulic i budynków zmienia się tam w nieprzewidywalny sposób, skutkiem czego mieszkańcy codziennie muszą się uczyć planu miasta od nowa. Każdego ranka zza okna (na jakąkolwiek ulicę by ono dzisiaj wychodziło) słychać więc pytania typu: którędy dziś na targ?
Nawet to nie tłumaczy jednak, dlaczego Ignazio Scentelli, przybyły tu na zaproszenie starego przyjaciela, nie może go znaleźć – nikt bowiem ani owego przyjaciela nie zna, ani nie słyszał o pałacu, w którym ma on rzekomo przebywać. Nie mogąc rozwikłać tej zagadki, Ignazio bierze się za inną: czy zmianami układu miasta rządzą jakieś reguły? Jako matematyk, jest on z pewnością właściwą osobą do rozprawienia się z tym problemem. Zaczyna zatem codziennie notować położenia charakterystycznych budowli – ale pewnego dnia sprawa staje się nagle jeszcze bardziej zagadkowa, gdy mimo wielu godzin błądzenia nie udaje mu się nikogo spotkać ani znaleźć żadnego znajomego miejsca, a na dodatek także opuszczenie miasta okazuje się niemożliwe, gdyż wszystkie drogi prędzej czy później zawracają bądź okazują się ślepe…
Pomysł oryginalny (wprawdzie natychmiast wzbudził we mnie skojarzenia ze śniącym miastem w „Końcu światów” Gaimana, ale to raczej koincydencja niż zapożyczenie – zresztą, wszystko już było), klimat budowany sprawnie, pointy co prawda można się domyślić dość szybko, ale ogólne wrażenie pozostaje więcej niż pozytywne. Nie jest to utwór wybitny (szkoda, że autor nie pokusił się o opisanie codziennego życia w zmieniającym się mieście, ani też matematycznych prawideł rządzących jego przemianami), jednak wyraźnie się wybija ponad szarą fantastyczną przeciętność.
Bunt maszyn (Michał Cholewa)
Króciutka humoreska o problematycznych relacjach sztucznej inteligencji z ludzkością – całkiem udana, zwłaszcza zakończenie (choć wbrew tytułowi to ludzie się tutaj buntują). Motyw co prawda ograny, dość wspomnieć etykosferę Lema (w ogóle zresztą opowiadanie wyraźnie inspirowane jego groteskami), oryginalności niewiele, ale ładunek złośliwości spory, a to lubię.
Panicz z Ertel-Sega (Agnieszka Hałas)
Bohater dostaje zlecenie. Coś mu w tym zleceniu śmierdzi, ale bynajmniej nie pieniądze, więc przyjmuje. Smród okazuje się uzasadniony, ale bohater nadludzkim wysiłkiem woli pokonuje wszelkie przeciwności, a tym, którzy próbowali go wpuścić w maliny, stosownie się rewanżuje. Schemat ograny milion razy, z tym że w tym przypadku bohater jest magiem, a magia stale daje mu akurat takie możliwości, jakie w danym momencie pasują fabularnie. Efekt może nienajgorszy, da się przeczytać – ale świeżości w tym tyle, co w zeszłotygodniowych czipsach.
No i nie mogę się nie przyczepić do oczywistej wpadki: bohater trafia na pustynię, wykrywa „zmysłami maga” budynki oddalone o „pół mili, raczej nie więcej”, rusza w ich kierunku i wkrótce zaczynają mu one „majaczyć na horyzoncie”. Problem w tym, że horyzont w płaskim terenie oddalony jest o nieco ponad cztery kilometry od patrzącego, a budynki wystające parę metrów ponad ziemię powinny być widoczne z jeszcze większej odległości – tymczasem pół mili to ledwo trzy czwarte kilometra. OK, niby w fantastycznym świecie horyzont może być bliżej, ale jakoś nie postawiłbym pieniędzy na taką interpretację.
Paradoks bliźniąt (Magdalena Kucenty)
Kobieta z dwiema równorzędnymi osobowościami, każda kontrolująca połowę ciała – obie generalnie zgodnie współpracujące, ale charakterami różniące się diametralnie. Milioner zreinkarnowany w nowym ciele, ze wspomnieniami całego życia, ale w mózgu dziecka, z trudem te wspomnienia ogarniającym, przez co oczekiwanie na biologiczną dorosłość upływa mu wśród częstych frustracji. Dwa bardzo zacne pomysły, początek pachnący Dukajem – ach, jakże fajne opowiadanie mogło z tego powstać…
Dlaczego nie powstało? Raz, z braku pomysłu na fabułę – na dobrą sprawę mamy tu przedstawienie postaci w działaniu i miałką sensacyjną historyjkę, dolepioną, żeby coś się działo. Dwa, z pójścia na łatwiznę i wyposażenia bliźniąt w umiejętność kontroli umysłów, która – niczym „zmysły maga” z poprzedniego tekstu – robi za uniwersalny fabularny wytrych. W efekcie cały potencjał obu pomysłów poszedł na zmarnowanie, dając utwór zaledwie przyzwoity.
I podobnie jak w poprzednim tekście, również mamy tu banalną wpadkę – bliźnięta po rozprawieniu się z ochroniarzem każą mu „liczyć od miliona do tyłu i zapomnieć o wszystkim wraz z zerem”. Takie liczenie, nawet w tempie jednego na sekundę, zajęłoby – bagatela – prawie dwa tygodnie non stop. Biedny ochroniarz dużo wcześniej padłby z wycieńczenia…
Na nocnej zmianie (Anna Szumacher)
Student pracujący w Castoramie (czyżby jakiś product placement?) odkrywa, że drzwi wystawione na stojakach z nadejściem nocy stają się portalami do innych światów. Zdradza sekret doktorowi, a ten postanawia przeprowadzić ich badania – po cichutku, żeby spodziewaną sławę i zaszczyty zagarnąć dla siebie. Opowiadanie jest humoreską, więc nietrudno przewidzieć, że skończy się kuriozalną wpadką – i tak się w istocie dzieje, co za niespodzianka. W dodatku autorka, zamiast spowodować katastrofę w jakiś sensowny sposób, po prostu w krytycznym momencie każe bohaterowi podjąć najgłupszą decyzję z możliwych.
Przeczytać można, ale bez wielkich oczekiwań.
To byliśmy my (Anna Szumacher)
Humorystyczna fantasy – ale niestety nie jest to humor z okolic Pratchetta, tylko bardziej kaczora Donalda. Wojowniczkę na brzegu morza ochlapała fala, a maga nie, bo się teleportował – ha ha ha, jakie śmieszne. Zbóje wzięli maga za wojownika, bo niósł wojowniczce miecz – ha ha ha, jakie śmieszne. Fabuły brak (to nawet nie jest opowiadanie, tylko zbiór kilku tego typu scenek, które można by ułożyć w dowolnej kolejności), innych powodów by to czytać, również. Nominacja dla tego tekstu to jakiś żart – równie nieśmieszny jak te dwa powyższe.
Wywiad z Borutą (Łukasz Orbitowski i Michał Cetnarowski)
Wywiad w sensie dosłownym (tekst udaje stenogram z rozmowy), z Borutą także w sensie dosłownym. Głównie o historii Polski, w której Boruta, jak twierdzi, odegrał wyłącznie pozytywną rolę, stojąc za wszelkimi naszymi sukcesami od chrztu począwszy (za porażki oczywiście odpowiedzialności już nie bierze, bo to wszystko niecne knowania konkurencyjnych sił, a on i tak robił co mógł). Chwilami nawet zabawne (diabeł kreujący się na Janusza biznesu to nader udana koncepcja), ale pretensjonalne i – nomen omen – przegadane. Im dłużej się to czyta, tym mniejsza ochota na ciąg dalszy – a przy końcu wywiadu poczułem już chyba nie mniejszą ulgę, niż przeprowadzająca go dziennikarka.
Podsumowanie
Odwrotnie niż zwykle, tym razem nie mam żadnego problemu ze wskazaniem najlepszego z opowiadań – „Lo faresti per me”, choć żadna rewelacja, wygrywa bezdyskusyjnie, jako jedyne prezentując oryginalny pomysł i sensownie go wykorzystując. „Paradoks bliźniąt” miał wprawdzie bez porównania większy potencjał, ale nawet się nie zbliżył do jego wykorzystania, idąc w tanią sensację, zamiast w porządne hard SF. „Bunt maszyn”, choć fajny, startuje w zbyt niskiej kategorii wagowej. Pozostałe utwory – cóż, do przeczytania i zapomnienia. Z wyjątkiem „To byliśmy my”, które nawet tego nie warte.
Niestety, pod kategorię „przeczytać i zapomnieć” stale podpada znakomita większość nominowanych tekstów, i to z tendencją wzrostową. Z roku na rok coraz mocniej dominuje fantastyka czysto rozrywkowa, bez grama ambicji czy choćby pretensji do oryginalności. Szkoda, bo osobiście wolę nawet nieudaną, ale chociaż próbę zabłyśnięcia czymś nietuzinkowym, niż tysięczną plastikową powtórkę z rozrywki. Rachunek prawdopodobieństwa jest tu jednoznaczny – jakiś procent prób musi się udać, skutkując czymś godnym zapamiętania, podczas gdy odgrywanie w nieskończoność starych motywów nie daje żadnej nadziei, że kiedykolwiek cokolwiek więcej z tego wyniknie.
Miejmy zatem nadzieję, że za rok będzie lepiej. Co prawda co roku ta nadzieja okazuje się płonna, ale i tu rachunek prawdopodobieństwa każe oczekiwać, że prędzej czy później się ona spełni…
Komentarze
Jestem w trakcie lektury, dwa pierwsze opowiadania mam za sobą i w zasadzie w stu procentach zgadzam się z Twoją opinią (teraz wiemy już jednak, że wygrali Orbitowski & Cetnarowski). Niejako offtopicznie pozwolę sobie króciutko skomentować inną, niedawno wydaną antologię polskich opowiadań fantastycznych, którą właśnie skończyłem, czyli „X”, zbiór ogłoszony z okazji dziesięciolecia czasopisma fantastycznego „Creatio Fantastica”.
Rany Julek, co za nędza stylistyczna, co za pustynia fabularna, co za dno koncepcyjne. Opowiadań jest tam około dwudziestu, lecz najwyżej pięć zasługuje na ocenę dostateczną; o pozostałych można dyplomatycznie powiedzieć zaledwie to, że nie zawierają błędów ortograficznych. Ciarki przechodzą mnie po grzbiecie, gdy wyobrażam sobie poziom tych trzydziestu (liczba podana w posłowiu), które do antologii się nie zakwalifikowały.
„Creatio Fantastica” pracuje, zdaje się, na markę czasopisma znającego się na dobrej fantastyce; to wszak pismo naukowo-literackie. Po takiej porażce, jaką jest „X”, redakcja winna się niezwłocznie rozwiązać, a Paweł Majka, Andrzej Pilipiuk i Krzysztof Piskorski, którzy zasiadali w jury, powinni dostać dożywotni zakaz dobierania opowiadań do antologii.
Jestem absolutnie przygnębiony poziomem, jaki obecnie prezentuje polska fantastyka. Gdzie się podziali sapkowscy, dukaje, brzezińskie, szostaki, orbitowscy i kresy następnego pokolenia? Od lat mam tak, że za każdym razem po przeczytaniu polskiej antologii SF&F, nabieram wielkiej ochoty do zrealizowania jednego z pomysłów zapisanych w notatniku i napisania swojego opowiadania, gdyż butnie wydaje mi się, że na kolanie potrafiłbym spłodzić coś lepszego od 90% obecnie powstającej rodzimej prozy z tego gatunku. Ale zaraz potem uświadamiam sobie, że przecież moje dziełko mogłoby się okazać równie żenujące, i cała ochota pryska jak bańka mydlana.
PS. Jeszcze wymienię te „dostateczne”, bo może kogoś ta informacja zainteresuje:
„Dlaczego spadamy” Łukasza Skonecznego – bo pomysł fajny (choć w stylu „Verticala”), ale zakończenie marne.
„Blaszaków pamięci żałosny jazgot” Radosława Dąbrowskiego – bo jest klimat, chociaż za bardzo nie wiadomo, o co chodzi.
„Dziesięć śmierci Gonzalesa” Krzysztofa Rudomina – też z klimatem, choć tu szwankuje dla odmiany fabuła.
„Dekalog ’84” Pawła Naskręta – frapująca przeróbka orwellowskiego settingu, cała reszta niestety mierna.
„Ludzie strusie” Agnieszki Żak – chwali się duch antropologiczny opowiadania, ale fabuła jest sztampowa aż do bólu.
„Bestia ponowoczesna” Łukasza Stróżka – za styl pasujący do cyberpunkowej konwencji, sama historia niestety miałka.
„Gwiazda zaranna” Anny Wołosiak-Tomaszewskiej – za lemowsko-wellsowski sztafaż, jednak znowu brak pomysłu na wyraźniejszą fabułę kłuje w oczy.
„Głos światów albo kołysanka satelitów” Magdaleny Świerczek – za pomysł rodem z Dukaja… ale to jednak nie Dukaj.
No dobra, nie pięć, tylko osiem, ale powodów do świętowania bynajmniej nie ma.
Tej akurat antologii nie znam, ale sądząc po tym, co widziałem w paru innych, polska fantastyka faktycznie zjeżdża po równi pochyłej. Jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat brak błędów ortograficznych może już wystarczyć nawet na nominację do Zajdla…
Skończyłem „Zajdle”. Owszem, poziom nieco wyższy niż przed rokiem, ale szału nie ma. Z większością Twoich opinii dotyczących poszczególnych opowiadań zgadzam się w stu procentach:
Braun jest najciekawszy koncepcyjnie, ale nie szybuje bynajmniej stylistycznie, a i konstrukcja fabularna pozostawia sporo do życzenia – za dużo tam łażenia po scenografii, za mało treści innego rodzaju. Cholewa to inteligentny drobiazg, o którym szybko się zapomina. Kucenty, owszem, bardzo dukajowa… ale to nie Dukaj, wprost przeciwnie (identyczny casus, co w przypadku opowiadania Świerczek z antologii „X”, chociaż tamto było chyba lepsze). Pierwsza Szumacher rozbawiła mnie (świetny pierwszy akapit), ale pomysł nie został wykorzystany jak należy. Druga Szumacher – żenada. Orbitowski i Cetnarowski przynudzają; pomysł diabła sterującego polską historią dałoby się chyba rozegrać ambitniej. Mam swoją drogą podejrzenie, że to co dobre w tym opowiadaniu pochodzi od Orbitowskiego, a to co kiepskie – od Cetnarowskiego.
I tylko w przypadku Hałas nasze opinie się rozmijają. Owszem, opowiadanie mało oryginalne, ale według mnie przemyślane w szczegółach i nadzwyczaj sprawne warsztatowo. Wciąga, dobrze się je czyta. Mimo wszystko wolę Hałas od Brauna.
Bunt maszyn (Michał Cholewa) jest świetny