Cichy Fragles

skocz do treści

Gierka na weekend: RGBT

Dodane: 17 października 2014, w kategorii: Varia

W przerwie od poważniejszych działań wystrugałem sobie prostą gierkę logiczną. Prostą w sensie prostoty zasad, ale bynajmniej nie poziomu trudności, wręcz przeciwnie [demoniczny śmiech]. Mamy planszę złożoną z różnokolorowych trójkątnych pól; klikając w pole zmieniamy jego kolor w cyklu czerwony-zielony-niebieski (stąd nazwa gry), ale to samo dzieje się z polami sąsiednimi. Cel – doprowadzić do tego, żeby wszystkie pola miały ten sam kolor, obojętnie który.

W gierkę można zagrać tutaj, a po zagraniu proszę o komentarz – wszelkie uwagi, nawet niekonstruktywne, będą dla mnie bardzo cenne.


Secret Service trzynaście lat później

Dodane: 4 października 2014, w kategorii: Varia

W latach 90-tych mieliśmy wiele pism o grach, praktycznie każde z nich było otoczone przez swoich czytelników mniejszym lub większym kultem, ale z pewnością żadne na ten kult nie zasługiwało bardziej niż Secret Service. Do wyznawców, jak nietrudno zgadnąć, należałem, więc chociaż od lat nie kupuję żadnych branżowych gazet, w zbiórce na reaktywację bez wahania wziąłem udział… i w nagrodę musiałem poczekać na swój egzemplarz dwa dni dłużej, niż gdybym po prostu kupił go w kiosku. Bardzo nieładnie ze strony wydawców, że nie zaczęli wysyłki dla wspierających odpowiednio wcześniej, no ale tyle pomyj już za to na nich wylano na Fejsie, że nie będę dokładać. Grunt, że przesyłkę w końcu dostałem – i oczywiście nie mógłbym jej nie zrecenzować.



Problem teologiczny

Dodane: 17 sierpnia 2014, w kategorii: Varia

Papież jest według dogmatu nieomylny, a dogmaty są z definicji nienaruszalne, tzn. nie można ich anulować ani modyfikować. Co zatem, jeśli papież oznajmi (ex cathedra i w ogóle), że się pomylił?


Krąg niemocy

Dodane: 3 sierpnia 2014, w kategorii: Varia

Grając: ech, już lepiej coś pokoduję.

Kodując: ech, już lepiej napiszę coś na bloga.

Pisząc: ech, już lepiej w coś pogram.

…i tak upłynął kolejny zupełnie niekonstruktywny weekend. Ech, już lepiej pójdę spać.


Ćwiartka Wyborczej

Dodane: 8 maja 2014, w kategorii: Varia

Znowu wpis okolicznościowy, ale co zrobić, jak się nawinęła druga okrągła rocznica w ciągu tygodnia – i również jest to rocznica wielkiego sukcesu, więc grzech nie uczcić. Zwłaszcza jak się jest stałym czytelnikiem Wyborczej od prawie dwudziestu lat z tych dwudziestu pięciu (wcześniej byłem za mały).

Co tu jednak można napisać, co by już nie zostało napisane ze sto razy? Cóż, to jedna z miar sukcesu – Wyborcza nie tylko przewodzi polskiej debacie publicznej, ale i sama jest jej tematem. Co prawda zwykle jako wcielenie zła wszelkiego, ale wrogowie to również miara sukcesu – zwłaszcza z prawej strony zieje ewidentna zawiść, że to ten wstrętny Michnik ma najlepszą gazetę, a nie my, niezależni i niepokorni.

A dlaczego to właśnie Michnikowi się udało? Przyczyn można wymienić wiele: Gadomski, Jagielski, Kossobudzka, Kublik, Orliński, Radziwinowicz, Samcik, Stec, Wajrak, Zawadzki… Krótko mówiąc, kadry decydują o wszystkim, a Wyborcza zawsze potrafiła przyciągać najlepszych, pełnych twórczej energii pasjonatów w swoich dziedzinach – w przeciwieństwie do zazdroszczących jej mediów prawicowych, które znakomicie przyciągają tylko pasjonatów politycznych nawalanek. Poza tym Wyborczej, zgodnie z jej mottem, nie jest wszystko jedno – rozliczne akcje społeczne typu „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą” czy „Ludzie wolności”, mają większy i trwalszy wpływ na rzeczywistość niż wszelka doraźna pisanina – tego również konkurencja nie potrafi albo jej się nie chce.

Oczywiście żaden sukces nie jest bez skazy – Wyborcza zaliczyła w swojej historii niejedną wpadkę i niejedno potknięcie, których nie będę tu wymieniać (komentatorzy na pewno radośnie mnie w tym wyręczą), od lat boryka się z malejącą sprzedażą, a i dzisiejszą rocznicę uświetnia tekstem mocno samokrytycznym. Ale i to przecież jedna z przyczyn jej sukcesu – zdolność do autorefleksji, której u konkurencji próżno szukać. Mimo postępującego upadku prasy papierowej wierzę zatem, że za kolejne ćwierć wieku Wyborcza nadal będzie czołowym polskim medium – a jej konkurenci nadal będą się zastanawiać, jak ten stan rzeczy zmienić.

Co rzekłszy, idę czytać dzisiejszy numer:-).


Tabloid

Dodane: 16 kwietnia 2014, w kategorii: Varia

Zasadniczo inwazją anglicyzmów niespecjalnie się przejmuję – nasz język przetrwał już XVIII-wieczną inwazję z Francji i XIX-wieczny zabór rosyjsko-germański, więc Anglosasi też mu nie podskoczą – niektóre zamorskie zapożyczenia mocno mnie jednak drażnią. Zwłaszcza tytułowe, może dlatego, że najczęściej się z nim spotykam.

Rozumiem zapożyczanie słów, które nie zdążyły (i już nie zdążą) się dorobić polskiego odpowiednika (np. 90% terminologii IT). Rozumiem zapożyczanie, gdy polski odpowiednik jest mniej wygodny (bo dłuższy czy trudniejszy w wymowie) lub gdy obcojęzyczne słowo ma nieco inny zakres znaczeniowy i z tego względu się przydaje. Za cholerę jednak nie rozumiem, jaki może być pożytek z brzydkiego słowa „tabloid”, skoro nie jest ono ani wygodniejsze, ani nie oznacza niczego innego, niż prapolski „brukowiec”?

Spotkałem się z argumentem, że „tabloid” jest neutralny, a „brukowiec” ma pejoratywny wydźwięk. Cóż, według mnie to bardzo dobrze, bo właśnie taki powinien mieć. „Złodziej” też jest negatywnie nacechowany, czy wobec tego powinniśmy go zastąpić jakimś neutralnym terminem? Zresztą, jeśli „tabloid” się zadomowi na dłużej, to z czasem też przestanie brzmieć neutralnie – wydźwięk słowa nie bierze się przecież znikąd, tylko od jego desygnatu, a jaki ten desygnat jest, każdy widzi.

Ale co ze słowem „tabloidyzacja” – zapyta ktoś – czym można je zastąpić? Tu prawdziwie polskiego odpowiednika przecież nie ma, a „brukizacja” czy „brukowizacja” brzmi tragicznie. I owszem, ale nie widzę przeszkód, by z „tabloidu” zrezygnować, a przy „tabloidyzacji” pozostać. Słowa „martyr” też w języku polskim nie ma, a „martyrologię” mamy, i to w nadmiarze.

Po co nam zatem „tabloid”? Po nic. Wygodny jest on co najwyżej dla samych brukowców, którym ten brak negatywnego wydźwięku na pewno pasuje – ale jeśli pozwolimy brukowcom, by nam przerabiały język, to tylko patrzeć, jak ten język sięgnie bruku.


I tylko czasu brak

Dodane: 19 września 2013, w kategorii: Varia

Promocje, z których grzech nie skorzystać, rzucają się na mnie ostatnio stadami. A to Origin sypnie hitami w Humble Bundle, a to BookRage odgrzebie powieści Kresa, a to na Allegro dadzą pół Świata Dysku za półdarmo, a to Krytyka Polityczna udostępni „Przewodniki niepolityczne” za całkiem darmo, a to odkryję przypadkiem, że Res Publica Nowa w e-booku kosztuje ile klient uzna za stosowne – a dzisiaj najpierw ujrzałem pełno fajnych gierek w Humble Indie Bundle, a przed chwilą zupełnie z zaskoczenia ruszył kolejny BookRage…

Wszystko fajnie, ale kiedy ja zdążę to wszystko przeczytać/zagrać? Terminy pozajmowane na rok do przodu, lekko licząc – a ile w tym czasie będzie kolejnych okazji? Przydałoby się jakieś Humble Time Bundle, z możliwością kupienia odrobiny wolnego czasu. Kupiłbym naprawdę każdą ilość.


Kryzys

Dodane: 14 lipca 2013, w kategorii: Varia

Napisałbym coś. Naprawdę. Ale ni cholery nie mam weny. O czymkolwiek pomyślę, wydaje się banalne, słabe, nudne, i kto to w ogóle przeczyta.

Wiem, są takie dni w miesiącu i w ogóle. Ale to trwa już od kilku tygodni, a światełka w tunelu ciągle nie widać. Cóż tu począć?


Yob vashu mat!

Dodane: 16 czerwca 2013, w kategorii: Varia

Dawno już tu nie było czepiania się błędów językowych, więc dzisiaj się czepię – formalnie może niezupełnie błędu, ale na pewno drażniącego i ze wszech miar niesłusznego, a z roku na rok coraz bardziej popularnego zachowania, jakim jest pisanie słowiańskich nazwisk z użyciem angielskiej transkrypcji.

Fakt, że tej transkrypcji używamy powszechnie, niezależnie od języka – ale w przypadku arabskiego czy chińskiego nie robi to większej różnicy, bo to języki na tyle odległe od naszego, że i tak nie ma mowy o zachowaniu ich oryginalnego brzmienia. Ani „Mao Ce-Tung”, ani „Mao Zedong” nie przeczytamy zgodnie z prawdziwą chińską wymową, więc to w sumie tylko kwestia umowy, którą wersję wolimy. W przypadku rosyjskiego, ukraińskiego czy bułgarskiego sytuacja jest diametralnie inna: ze względu na bliskie pokrewieństwo z polskim, ich brzmienie można oddać w naszym języku bez porównania lepiej, niż w dalekim angielskim – używanie go w charakterze pośrednika ma więc tyle samo sensu, co podróż z Warszawy do Kijowa przez Londyn.

Jednak z jakiegoś powodu (zapatrzenie w Amerykę? przekonanie, że angielski jest bardziej cool i trendy?) ten bezsens krok po kroku zyskuje na popularności – czego najbardziej widocznym przykładem książki z cyklu „Metro 2033”, sygnowane nazwiskiem „Dmitry Glukhovsky”, co po naszemu pisze się po prostu Dmitrij Głuchowski. Żeby było śmieszniej, wydawnictwo nie dba o konsekwencję w tej kwestii, mieszając różne transkrypcje nawet na jednej okładce, choć akurat „Andrey Diakov” wyglądałby zdecydowanie mniej żałośnie niż ten Gluk-cośtam.

Biorąc pod uwagę wszechobecną ekspancję angielszczyzny, jak i postępy analfabetyzmu w necie, w przyszłości będzie pewnie tylko gorzej. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej „Zbrodni i kary” nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy wydawać pod nazwiskiem „Fyodor Dostoyevsky”, bo w takim wypadku mógłbym mieć problemy z powstrzymaniem się przed zbrodnią – i karą zarazem.

Vot i vsyo;-).


Szkoła umarła

Dodane: 11 maja 2013, w kategorii: Varia

Inkubator procesu reprodukcji wczesnokonsumpcyjnego społeczeństwa postchłopskiego nie nadaje się już nawet do naprawy i jedyne, co można z nim sensownego zrobić, to rozwalić i zacząć budować coś nowego – tako rzecze prof. Hartman w dzisiejszej Wyborczej (w necie niestety tylko fragment tekstu, całość wyłącznie na papierze). Miło widzieć, że mądrzy ludzie z mainstreamu zgadzają się z tym, co pisałem kilka miesięcy temu. Oby to był początek większej debaty, która może za kilka(naście?) lat w końcu doprowadzi do jakichś odważniejszych działań przeciwko tej XIX-wiecznej skamielinie, w której ciągle dręczy się niewinne dzieci, w dodatku z coraz bardziej żenującymi skutkami. Może nie ze wszystkimi propozycjami Hartmana się zgadzam, ale tekst jako całość – koniecznie!


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »