
Ustawa wdrażająca DSA miała obejmować bardzo wąski zakres treści jednoznacznie nielegalnych, których zwalczanie nie powinno budzić żadnych kontrowersji, a prawne definicje są jasne: oszustwa, podszywanie się pod inne osoby, wzywanie do przemocy i tak dalej. De facto nie uwzględniono nawet dezinformacji, zawężając jej definicję do fałszywych alarmów. Nie była tu więc ani rewolucja, ani nawet znaczący przełom, a tylko niewielkie usprawnienie przepisów, w sposób oczywisty dalece niewystarczające, żeby Facebook i naziX przestały być śmietnikami. Ot, mały i mocno spóźniony kroczek w dobrym kierunku.
Niestety, dla Pierwszego Kibola Rzeczypospolitej to i tak było za dużo, więc bredząc coś o Orwellu, którego pewnie w życiu nie czytał, ustawę zawetował.
Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził.
No i przy tej okazji przypomniała mi się awantura sprzed parunastu lat o ACTA – ustawę, która miała wprowadzać z grubsza to samo, co DSA, choć w nieco innej formie – no i ponad dekadę wcześniej, kiedy jeszcze były realne szanse ucywilizowania internetu. W dużo lepszym miejscu moglibyśmy być dzisiaj, gdyby cyberkorpom nie udało się wtedy wmówić użytkownikom, że regulacje pozwalające zwalczać nielegalne treści to literalnie Orwell.
Sama ACTA pewnie by trendów nie odwróciła, ale gdyby przeszła, to parę lat później, kiedy Rosja pierwszy raz napadła Ukrainę i zobaczyliśmy pierwszy wysyp ruskich trolli, byłaby większa szansa na jakąś ustawę przeciwdziałającą tej zarazie. A gdyby pierwsze kroki zostały zrobione, to może za nimi stopniowo poszłyby kolejne i udałoby się, jeśli nawet nie zatrzymać przemysłu ogłupiania, to przynajmniej solidnie spowolnić jego postępy.
Skoro jednak politycy przekonali się, że regulowanie internetu grozi śmiercią lub kalectwem, to tematu przez długie lata nie było – czego zatrute owoce teraz zbieramy, i to w coraz bardziej przerażających ilościach. Jednym z nich jest zresztą Pierwszy Kibol Rzeczypospolitej, który zapewne nie dałby rady wygrać wyborów, gdyby debata publiczna nie byłaby tak zdegenerowana.
A gdyby nie wygrał, toby i nie zawetował – co potwierdza uwagę z poprzedniej notki, że dysfunkcyjnego systemu nie ma jak naprawić właśnie dlatego, że jest dysfunkcyjny. Niestety, po raz kolejny jesteśmy mądrzy po szkodzie.



