
Dawno, dawno temu, gdzieś tak w okolicach referendum unijnego, dostałem od kogoś w prezencie kilka euro. Schowałem je w szafie, planując wyciągnąć i wydać, jak już Polska wejdzie do Strefy Euro – czego spodziewałem się doczekać za dziesięć lat czy coś koło tego.
No i dziś zajrzałem po coś do tej szafy, znalazłem te euraski i się zadumałem, jak to życie wyśmiewa nasze plany: nie dość, że prawie ćwierć wieku później ciągle czekam (a w obecnych okolicznościach przyrody nie można wykluczyć, że raczej się doczekam Polexitu, niż Eurolandu), to w dodatku już dawno niepotrzebnie, bo od lat praktycznie nie używam gotówki, z wyjątkiem coraz rzadszych sytuacji, kiedy nie da się zapłacić kartą.
Oczywiście nadal mogę symbolicznie za coś tymi pieniędzmi zapłacić – ale niektórzy od jakiegoś czasu przebąkują o likwidacji gotówki w ogóle, więc jeśli to czekanie potrwa kolejne ćwierć wieku, to może się jeszcze okazać, że jak w końcu przyjmiemy euro, to i tak już nawet tej symbolicznej płatności nie będę mógł zrobić.
Przyszłość jest nie dość, że nieprzewidywalna, to piętrowo nieprzewidywalna.




