Cichy Fragles

skocz do treści

Zapiski ze złego roku

Dodane: 31 grudnia 2020, w kategorii: Przemyślenia

Trudno w czasach pokoju dowiedzieć się albo zrozumieć, czym jest wojna, w gruncie rzeczy nie można wojny pojąć, nie pamięta się nawet wojen już przeżytych, tych, które się wydarzyły, w dodatku w tym samym miejscu, w których brało się nawet udział; podobnie nie pamięta się o pokoju w czasie wojny, nie można go sobie wyobrazić. Ludzie nie są świadomi, do jakiego stopnia jedno neguje drugie, jedno drugie likwiduje, odrzuca, wyklucza to z naszej pamięci i przepędza z naszej wyobraźni i z naszych myśli (podobnie jak ból i przyjemność, kiedy już ich nie ma), a w najlepszym razie zmienia je w coś fikcyjnego, człowiek ma wrażenie, że nigdy nie poznał ani nie doświadczył naprawdę tego, co w danym momencie jest nieobecne: i to nieobecne, zakładając, że wcześniej było, nie działa tak samo, nie jest podobne do przeszłości ani do niczego, co już minęło, lecz do powieści albo filmów. Staje się dla nas nierzeczywiste, staje się kłamstwem.

Javier Marias, „Twoja twarz jutro”


Papalapidarium

Dodane: 30 września 2020, w kategorii: Absurdy, Przemyślenia

Złowił facet złotą rybkę, a ta obiecała spełnić mu jedno życzenie. No to facet zaczyna:
– Chciałbym stworzyć dzieło sztuki, które poruszy miliony ludzi, o którym długo będzie mówić cała Polska, które będzie interpretowane na sto sposobów, które wywoła wielkie emocje i żywe reakcje, na widok którego ludzie będą śmiać się i płakać…
– Słuchaj Jurek, po prostu machnij pomnik papieża wrzucającego kamień do basenu.


Lapidarium powyborcze

Dodane: 14 lipca 2020, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Jedną z przyczyn, dla których hejtuję system prezydencki, jest przebieg wyborów na stanowisko głowy państwa. Nie mówię już nawet o kampanii, tylko o samym głosowaniu.

Pierwsza tura to na ogół smętna formalność: lider sondaży nie ma szans na 50%, a wicelider cieszy się bezpieczną przewagą nad resztą stawki, więc druga tura jest pewna, jej skład takoż, a wszystko inne ma znaczenie wyłącznie psychologiczne (co nie znaczy, że zerowe, bo oczywiście psychologia odgrywa dużą rolę w polityce, ale jednak). Jedyne wyjątki od tej reguły mieliśmy w 1990, kiedy Tymiński sensacyjnie wyeliminował Mazowieckiego, i w 2000, kiedy Kwaśniewski przekroczył magiczne 50%, a za jego plecami Olechowski dość niespodziewanie wyprzedził Krzaklewskiego. We wszystkich pozostałych przypadkach pierwsza tura stanowiła tylko rozgrzewkę przed właściwym starciem.



Upadek książki papierowej

Dodane: 26 czerwca 2020, w kategorii: Przemyślenia

Minęły już jakieś dwa miesiące, odkąd ostatnio czytałem książkę na papierze. Pandemia oczywiście się do tego przyczyniła, ale tylko trochę – trend i bez niej był od dawna jednoznaczny. Ostatnim rokiem, w którym przeczytałem więcej książek papierowych niż ebooków, był 2017, kolejnego takiego już się raczej nie spodziewam. W obecnym wynik wynosi na razie 17:9 dla ebooków, a i to głównie dlatego, że w styczniu i lutym odrabiałem jeszcze zaległości z Targów Książki – potem przewaga czytnika już tylko rosła.

Ewolucja mimo wszystko postępuje wolniej, niż by można było oczekiwać – bądź co bądź mija już prawie dziewięć lat odkąd kupiłem czytnik, a papier, choć na równi pochyłej, ciągle stanowi znaczący procent lektur; minie pewnie drugie, a może i trzecie tyle, zanim spadnie w okolice zera. Dlaczego właściwie?



Kampania na ostrzu tęczy

Dodane: 9 maja 2019, w kategorii: Polityka, Przemyślenia


(zdjęcie via gazeta.pl)

Na temat plakatu z tęczową Maryją powiedziano, napisano i narysowano już wszystko, więc swoich trzech groszy dokładać chyba nie muszę. Co bowiem sądzę o cenzurze religijnej, już parokrotnie pisałem (ostatnio tutaj, żeby daleko nie szukać), a niniejszy jej przypadek jest jeszcze jaskrawszy i bardziej przegięty od poprzednich, więc co tu dużo mówić – cieszę się, że talibowie strzelili sobie tak pięknego samobója i niecierpliwie czekam na proces, który powinien być jeszcze bardziej pocieszny.

Na marginesie całej awantury chciałbym natomiast zwrócić uwagę na coraz wyraźniej się rysującą strategię PiS-u na te wybory: najpierw awantura o edukację seksualną, potem o LGBT, sztukę, Kościół, teraz o religię z LGBT w tle – mamy więc konsekwentne podgrzewanie tych akurat tematów, które dzielą Koalicję Europejską. Strategia bardzo logiczna: już starożytni Rzymianie wiedzieli, że wywoływanie podziałów wśród wrogów to podstawa, a kwestie obyczajowo-światopoglądowe nadają się do tego idealnie – o ile partie tworzące KE mają mniej lub bardziej zbliżone poglądy w sprawach UE czy gospodarki, o tyle stosunkiem do KK czy LGBT różnią się diametralnie i nie ma mowy, żeby się dogadały. Aż się prosi zatem o wbijanie tam klina.

Tymczasem opozycja dobrej odpowiedzi na to nie ma – skoro wspólnego stanowiska nie da się uzgodnić, a sprzeczności między poszczególnymi frakcjami to woda na młyn partii rządzącej, jedyną bezpieczną opcją pozostaje unikanie jednoznacznych deklaracji – co z kolei oznacza oddawanie pola w kampanii PiS-owi, a do tego umacnia wizerunek bezpłciowej, rozmemłanej opozycji, w kontraście z wyrazistym i zdecydowanym PiS-em. Jakby nie kombinować, Kaczyński jest do przodu.



„Nie mam czasu”

Dodane: 20 lutego 2019, w kategorii: Przemyślenia

Dobrem najsprawiedliwiej rozdzielonym jest – jak wiadomo – rozum, bo nikt się nigdy nie skarży, że go dostał za mało. Według tego samego kryterium najbardziej niesprawiedliwie podzielony jest czas, bo na jego brak skarżą się bez przerwy wszyscy…

(Tak, powtarzam się, ale ojtam ojtam.)

Jeśli jednak przyjrzeć się temu bliżej, to zauważymy, że w istocie czas jest podzielony bardzo sprawiedliwie, bo po równo – wszyscy bez wyjątku mamy go dokładnie 24 godziny na dobę i choćbyśmy chcieli, nie da się go mieć ani mniej, ani więcej. Co z kolei oznacza, że stwierdzenie „nie mam czasu” stanowi semantyczne nadużycie – nie mieć czasu w sensie dosłownym możemy co najwyżej na coś, co by trwało dłużej niż nasze życie. Na wszelkie krótsze czynności czas z definicji mamy – tyle że oczywiście musimy wybierać, które z nich w tym czasie zmieścimy, wobec ograniczonej jego ilości.

A to z kolei prowadzi do wniosku, że zdanie „nie mam czasu na X”, tak naprawdę oznacza: „X nie jest dla mnie wystarczająco ważne”. Zanim ktoś się oburzy na takie postawienie sprawy, szybki eksperyment myślowy: czy w razie np. złamania nogi mielibyście czas pojechać do szpitala? Pytanie retoryczne. A ile tego czasu byście na to poświęcili? Wiadomo – ile tylko będzie trzeba. Na tym właśnie rzecz polega: złamana noga ma wyższy priorytet niż wszystkie codzienne plany i zadania, więc czasu, żeby się nią zająć, na pewno nam nie zabraknie.

Co oczywiście nie znaczy, że problem braku czasu uważam za sztuczny lub nieważny – byłbym zresztą ciężkim hipokrytą, gdybym tak twierdził, skoro tyle razy sam się na to uskarżałem na blogu. System priorytetów jest w dużej mierze sztywny i od nas niezależny: mało kto potrafi się obejść bez pracy, rodziny czy relacji towarzyskich, mało kto może sobie odpuścić wszystkie zajęcia, na które nie ma ochoty – i tak dalej. Nie chodzi też o wzbudzanie w kimkolwiek poczucia winy, że nie dba o jakieś sprawy wystarczająco – każdy musi samodzielnie wybierać, co ceni bardziej, a co mniej; nie da się tego uniknąć i nie ma sensu próbować.

O co zatem chodzi? Tylko – i aż – o to, że jeśli „nie mamy na coś czasu”, to może to coś faktycznie nie jest tego czasu warte i od tej strony należy na to spojrzeć, zamiast ten czas przeładowywać na siłę. A jeśli jednak jest, to może po prostu należy przemyśleć swoje priorytety i wtedy czas się znajdzie…


Obojętność

Dodane: 30 stycznia 2019, w kategorii: Przemyślenia

Z roku na rok jest mi coraz bardziej wszystko jedno. Nie w sensie intelektualnym, ale emocjonalnie: praktycznie nic, co usłyszę wyczytam w wiadomościach, nie jest już w stanie wytrącić mnie z równowagi. Nawet działania miłościwie nam panujących. O ile za poprzednich rządów PiS-u krew mnie zalewała regularnie, o tyle za obecnych, mimo dużo poważniejszych patologii, niezmiennie zachowuję stoicki spokój, jakby chodziło o sprawy jakiegoś San Escobar, a nie mojego kraju. Mord na Adamowiczu był pierwszym od przynajmniej kilku lat wydarzeniem, które mnie ruszyło – na jakiś jeden dzień. Poza tym właściwie nic.

Nie żebym problemów i zagrożeń nie dostrzegał, nie żebym je bagatelizował – doskonale zdaję sobie sprawę, że jesteśmy w dupie i raźno podążamy w kierunku jelita cienkiego – tylko po prostu podchodzę do tego bez emocji. Dopóki granice otwarte, mówię sobie, dopóty można w razie czego uciec z tego wariatkowa, a z dnia na dzień ich przecież nie zamkną. Do tego dochodzi coraz silniejsza świadomość, że z globalnej perspektywy problemy naszego grajdołka to awantury w piaskownicy, które w cieniu prawdziwych zagrożeń dla świata znaczą tyle co nic. Wiedząc, do czego może wkrótce doprowadzić globalne ocieplenie, trudno się ekscytować rywalizacją Kaczyńskiego ze Schetyną…

No i wreszcie – jaki sens się denerwować rzeczami, na które i tak nie mam realnego wpływu, ani one (póki co) na mnie? Nic mi z tego nie przyjdzie, a zdrowia szkoda.

To wszystko jednak, powiedzmy sobie szczerze, to tylko racjonalizacje post factum – prawda jest taka, że emocje mi wygasły same z siebie, a nie w wyniku świadomej decyzji (gdyby zresztą dało się racjonalnie kontrolować emocje, świat byłby zupełnie inny). Nie wiem, czy to zmęczenie materiału po latach śledzenia wojny pozycyjnej, czy po prostu się starzeję, ale ten spokój budzi we mnie pewien niepokój…


Czarny rok kleru

Dodane: 30 grudnia 2018, w kategorii: Przemyślenia

W czasach słusznie minionych był taki dowcip: „Jakie są cztery główne problemy socjalizmu? Wiosna, lato, jesień, zima”. W roku 2018 podobnie można podsumować problemy Kościoła.



Mundialowe lapidarium

Dodane: 18 lipca 2018, w kategorii: Futbol, Przemyślenia

Jak głosi popularny mem, Rosja to nie kraj, tylko stan umysłu – nic więc dziwnego, że i tamtejszy mundial nie był za normalny. Dosłownie od pierwszego do ostatniego meczu (w których padło odpowiednio pięć i sześć bramek, co zdarza się nieczęsto) oglądaliśmy zwariowany turniej, z największym co najmniej od 2002 nagromadzeniem sensacyjnych wyników, nieprawdopodobnych zwrotów akcji i innych wydarzeń obalających wszystko, co naiwnie uznawaliśmy za pewniki na tym świecie.

Za symboliczne podsumowanie tego stojącego na głowie turnieju, można uznać dwa ostatnie mecze: od dekad oczywistością było, że walka o trzecie miejsce przebiega na luzie i z masą goli (futbol to bowiem taki wyjątkowy sport, w którym różnica między trzecim i czwartym miejscem w zasadzie nie istnieje), podczas gdy w finale mamy piłkarskie szachy i klincz zakończony karnymi lub jedną bramką, ewentualnie jednostronny mecz bez historii – no to teraz musiało być odwrotnie.

***

Niestety jeden standard pozostał nienaruszony, a nawet prowokacyjnie wręcz ugruntowany: Polska na trzecim mundialu z rzędu zaliczyła identyczną sekwencję wyników, nawet wyniki bramkowe po raz kolejny uzyskała prawie takie same – czarna rozpacz, klątwa i fatum. Miałem przed mistrzostwami taką cichą nadzieję, że trafimy w drugiej rundzie na Anglików i w końcu ich sklepiemy raz a dobrze, żeby już zakończyć to rozpamiętywanie w nieskończoność Wembley 1973 – a tu ani awansu, ani nawet złudzeń, że przy takiej formie (naszej i ich) stawilibyśmy Anglii jakikolwiek opór…

Ale przynajmniej możemy się pocieszać, że podobnie jak w 2002, zagraliśmy jak mistrz świata. I tego się do następnych mistrzostw trzymajmy, bo innych powodów do optymizmu chwilowo nie widać.



Płacenie za piksele

Dodane: 5 kwietnia 2018, w kategorii: Przemyślenia

Nieodłącznym elementem dyskusji o grach online jest kwestia „płacenia za piksele”, czyli płacenia realną kasą za wirtualne zabawki w grze. A gdy ta kwestia zostanie poruszona, równie pewnym elementem są głosy mówiące, że to idiotyzm, wydawać prawdziwe pieniądze na nieistniejące przedmioty. Głosy te zwykle są przykrywką dla zwykłego cebulactwa, ale przynajmniej niektórzy wygłaszają taką opinię serio – ewidentnie nie zastanawiając się nad jej sensem.

Na czym bowiem polega różnica między płaceniem za piksele, a płaceniem za cokolwiek innego? Przedmiot w grze może sobie być wirtualny, ale korzyść z niego (czy to w postaci ułatwienia gry, czy to w postaci przyjemności z jego posiadania) jest tak samo realna, jak z przedmiotu rzeczywiście istniejącego. Wartość tej korzyści można oczywiście różnie oceniać, ale przecież wszelkie korzyści są przynajmniej częściowo subiektywne – próżno szukać towaru czy usługi, którą każdy wyceni tak samo, a o gustach się nie dyskutuje.

Druga sprawa: czy tylko przedmioty w grach są wirtualne? Gry same w sobie również istnieją tylko w komputerze – mogą oczywiście mieć fizyczny nośnik, ale przecież nie za nośnik płacimy. Podobnie filmy, podobnie ebooki, podobnie muzyka – wszystko to także dane na dysku, nie mniej i nie bardziej materialne od wirtualnego miecza czy pojazdu.

Mało tego – nawet pieniądze, którymi za to wszystko płacimy, też są prawie zawsze wirtualne. Co jest zatem nie tak w płaceniu za piksele, skoro płacimy także pikselami?


« Starsze wpisy