Nie ukrywam, że bardziej lubię mistrzostwa Europy niż świata – przede wszystkim ze względu na rundę grupową. Na ME jej poziom jest względnie wyrównany i nawet czołowe potęgi od początku muszą się mocno sprężać – tym bardziej, że siłą rzeczy walczą o awans także między sobą. Na MŚ grup jest dość dużo, by każda potęga trafiła do innej (wyjątek na trwających MŚ to grupa G, z Brazylią i Portugalią), więc awans jest zwykle oczywistością, a najsilniejsi myślą głównie o tym, by stracić jak najmniej sił przed fazą pucharową. Tym bardziej, że na drugim końcu stawki mamy drużyny „sympatyczne”, dla których sam występ na mundialu już stanowi historyczny sukces, podczas gdy na Euro tylko z rzadka trafi się jakaś Łotwa czy Polska.
Powie ktoś może: Ale zaraz, przecież mieliśmy niespodzianek co niemiara, a prawie nikt nie awansował bez problemów. Cóż, wpadek faworytów faktycznie nie brakowało (przypominają się MŚ 2002), ale i tak prawie wszystko w pierwszej rundzie skończyło się planowo – dość powiedzieć, że z szesnastu drużyn, którym pół roku temu wróżyłem awans, odpadły tylko cztery. A ekspertem na pewno nie jestem.
Dwie niewątpliwe sensacje jednak mieliśmy, przy czym o ile blamaż Francji to w sumie nic nowego (z pięciu ostatnich turniejów to już trzeci, który kończą w pierwszej rundzie, w tym drugi z rzędu), o tyle występ Italii trudno w ogóle skomentować – mistrz świata zajmujący ostatnie miejsce w bezapelacyjnie najsłabszej grupie, remisujący z „sympatyczną” Nową Zelandią i zbierający łomot od Słowacji, która nawet z Polską wygrywała fuksem – doprawdy, brak słów. Co prawda niektórzy twierdzą, że właściwie to od poprzedniego mundialu wiele się nie zmieniło – znowu Włosi minimalnie lepsi od Francuzów;-).




