Cichy Fragles

skocz do treści

Liberté!

Dodane: 4 lipca 2008, w kategorii: Net, Polityka

Jak donosi Antymatrix, właśnie rozpoczął działalność internetowy magazyn liberalny o wdzięcznej nazwie Liberté. Zaczął trochę po cichu, choć firmujące go nazwiska (np. Gadomski, Lewandowski, Sadurski, Szostkiewicz, Winiecki) powinny wystarczyć do rozgłosu.

Nie byłbym sobą, gdybym się nie przyczepił do strony technicznej serwisu. W nagłówku strony brak linka do RSS, w treści wprawdzie są dwa – ale jeden pusty, a drugi prowadzi do nieistniejącej strony. Dodatkowo strona „Warunki prawne” jest w trakcie budowy. Nie ma to jak prowizorka…

Ale to tylko szczegóły. Od strony merytorycznej jest bardzo obiecująco (choć podtytuł „głos wolny, wolność ubezpieczający” to niezbyt szczęśliwy pomysł), więc można mieć nadzieję, że może w końcu liberalizm w polskim internecie przestanie się kojarzyć z UPR.


Tak płacimy za Macierewicza

Dodane: 24 czerwca 2008, w kategorii: Polityka

Za granicą giną nam agenci – co zresztą było do przewidzenia. Z kolei w kraju MON przeprasza za oszczerstwa Macierewicza i nie jest to pierwszy, ani nawet drugi taki przypadek, a w kolejce czeka jeszcze kilkanaście. Bajki o wielkim sukcesie, jakim miała być likwidacja WSI, sypią się na całego – szkoda tylko, że takim kosztem.

Nie ma już chyba wątpliwości, że miejsce tego mitomana jest za kratami, ewentualnie w psychiatryku. Niestety, jak znam życie, wszystko mu ujdzie na sucho lub spotka go zaledwie symboliczna kara. Przy całej swojej paranoi ma on jednak silny instynkt samozachowawczy i zawsze potrafi tak się ustawić, że prawo go nie dosięgnie. Pamiętna „lista agentów” formalnie była tylko listą zasobów archiwum; równie pamiętny „skrót myślowy” dotyczył tylko „większości” byłych ministrów, wskutek czego żaden nie mógł podać Macierewicza do sądu; pewnie i teraz się okaże, że za raport z likwidacji WSI odpowiedzialność ponosi każdy, tylko nie jego autor. Ale zawsze jest nadzieja…


Co z tą Irlandią?

Dodane: 14 czerwca 2008, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Stało się. Traktat z Laeken – alias eurokonstytucja, alias traktat lizboński – po raz kolejny poległ w referendum. Przeciwnicy integracji jak zwykle zareagowali na to euforią i tekstami o rychłym końcu UE, a politycy jak zwykle zareagowali zakłopotaniem, powtarzaniem „jakoś to będzie” i patrzeniem po sobie, kto ma jakiś pomysł, co z tym fantem zrobić. Problem w tym, że chwilowo nikt takiego pomysłu nie ma. Propozycja wyłączenia Irlandii z traktatu jest nonsensowna, jako że traktat reguluje m.in. takie kwestie jak skład Komisji Europejskiej czy system głosowania w Radzie UE – a tu żadnych wyjątków przecież być nie może. Powtarzanie referendum nie wchodzi w grę, bo to już by była jawna kpina z demokracji, zresztą bez żadnej gwarancji sukcesu. Cóż zatem począć?

Zacznijmy od kwestii podstawowej – dlaczego właściwie Irlandczycy byli przeciw? Oczywiście nie dlatego, że mają coś przeciwko Unii. Przeciwnicy integracji naturalnie głoszą wszem i wobec, że wynik referendum to głos sprzeciwu wobec „planów budowy superpaństwa”, „dyktatu Brukseli”, „socjalistycznych (ew. liberalnych) zapędów eurokratów” itd., ale sondaże mówią co innego – zdecydowana większość Irlandczyków popiera integrację i nie ma większych zastrzeżeń co do jej kształtu. Głosowanie dotyczyło tylko i wyłącznie samego traktatu – czy może raczej wyobrażeń o nim, bo większość argumentów używanych w kampanii referendalnej miała luźny związek z prawdą (a niektóre były wręcz zwykłymi kłamstwami, jak choćby dyżurny zarzut, że Unia każe zalegalizować aborcję i eutanazję). Przeciwnicy traktatu po raz kolejny z sukcesem użyli sprawdzonego sloganu „nie wiesz, głosuj przeciw”, a zwolennikom po raz kolejny nie przyszło do głowy, żeby na to głupie hasło odpowiedzieć mądrzejszym „nie wiesz, nie głosuj”. Inna sprawa, że gdyby udział w referendum wzięli tylko dobrze poinformowani, frekwencja wyniosłaby pewnie z 5%.

No właśnie – czy jest w ogóle sens przyjmować w drodze referendum dokument tak „techniczny”, regulujący kwestie w większości całkowicie abstrakcyjne dla przeciętnego obywatela? Moim zdaniem nie bardzo – referenda powinny dotyczyć spraw zasadniczych i zrozumiałych dla wyborców, a nie szczegółowych regulacji, które zajmują paręset stron, i których sens tylko prawnicy są w stanie w pełni pojąć. No ale takie Irlandia ma prawo, że umowy międzynarodowe muszą być zatwierdzane przez wyborców, i nic na to nie poradzimy – ten przepis jest jednym z fundamentów irlandzkiej neutralności i nie ma mowy o jego zmianie. Z drugiej strony, nie da się upchać kompleksowej reformy Unii na paru kartkach, a „uatrakcyjnianie” jej na siłę przez dorzucenie paru nośnych propagandowo paragrafów byłoby po prostu jej psuciem i objawem traktowania wyborców jak dzieci. Z trzeciej strony, Unia potrzebuje reform, żeby sprawniej funkcjonować, a bez zgody Irlandii nie ma mowy o ich przeprowadzeniu. Jak z tego wybrnąć?


Nowsze wpisy »