Wiem, że dziś prima aprilis, ale zapewniam, że akurat ta wiadomość jest całkowicie prawdziwa:
Jeśli czyjś światopogląd właśnie legł w gruzach, to najmocniej przepraszam, naprawdę nie chciałem;-).
Wiem, że dziś prima aprilis, ale zapewniam, że akurat ta wiadomość jest całkowicie prawdziwa:
Jeśli czyjś światopogląd właśnie legł w gruzach, to najmocniej przepraszam, naprawdę nie chciałem;-).
17:00 – Fajrant! Jeszcze tylko po drodze do domu nadać list i będę mógł rozpocząć zasłużony weekendowy odpoczynek.
17:07 – Wchodzę na pocztę i co widzę – raz, dwa… jedenaście osób w kolejce. I oczywiście z trzech okienek czynne tylko jedno. Cholera by wzięła. Ale cóż, gdzie indziej będzie pewnie tak samo albo i gorzej, więc zostaję. Może szybko pójdzie.
17:15 – Szybko jak diabli – jak było jedenaście osób, tak dalej jest. Babka na początku kolejki chyba płaci rachunki za całą rodzinę i wszystkich sąsiadów z bloku, niech ją szlag. A urzędniczka wklepuje dane do komputera jednym palcem, też niech ją szlag.
17:18 – Babka z początku kolejki dalej tam stoi, a ja jestem już mniej więcej pośrodku, bo parę osób się zniechęciło, a kilka kolejnych doszło. A urzędniczka nie dość, że klepie jednym palcem, to jeszcze ma problemy z obsługą komputera i już drugi czy trzeci raz woła koleżankę, żeby jej w czymś tam pomogła.
17:20 – Kolejka od dłuższej chwili szemrała i w końcu dochodzi do pierwszego spięcia – dwie starsze panie najeżdżają na urzędniczkę, domagając się otwarcia drugiego okienka, a w jej obronie staje jakiś młodszy facet, który im zarzuca „niepotrzebne stresowanie tej biednej pani”. Drugie okienko się oczywiście nie otwiera, bo „trwa odprawa”. Na pytania, czemu trwa akurat teraz i czemu to jest ważniejsze od klientów, odpowiedzi brak. Nic dziwnego – odprawa w godzinach szczytu to przecież jedna z najświętszych pocztowych tradycji, a o świętościach się nie dyskutuje.
17:23 – Babka z początku kolejki wreszcie sobie poszła, nie wiedzieć czemu z szerokim uśmiechem na twarzy. Aż dziw, że nikt jej w ten uśmiech nie dał.
17:27 – Obsługa nadal idzie w żółwim tempie, pani z okienka po raz któryś woła koleżankę do pomocy, a pół kolejki głośno się domaga, żeby panie się zamieniły i ta bardziej obeznana z komputerem wzięła się za obsługę klientów. Bez efektu.
Kiedy wracam z pracy, prawie codziennie widzę jakąś ulotkę w skrzynce pocztowej, przynajmniej raz na tydzień coś na wycieraczce, a czasem nawet zawieszone na klamce, co już uważam za jawny bandytyzm. Jeśli nie ma mnie przez kilka dni, ulotek zwykle uzbiera się mała sterta.
Co parę weekendów dzwoni do mnie domofonem jakiś roznosiciel ulotek, pragnący wejść na klatkę celem jej zaśmiecenia. Staram się możliwie uprzejmie dać mu do zrozumienia, że 20 centymetrów od domofonu wisi pojemnik na ulotki, a nad nim wielkimi wołami napisano, do czego służy – ale nie, żaden ulotkarz się nie zastosuje, tylko dzwoni po kolejnych mieszkaniach i prędzej czy później zawsze ktoś go wpuszcza.
Raz na tydzień czy dwa mam telefon od telemarketera, który to telemarketer nigdy nie powie, skąd ma mój numer, ale zawsze obieca jego usunięcie z bazy – czego chyba jednak nie robi, bo inaczej wszystkie firmy w Krakowie i okolicach dawno by mnie miały na czarnej liście, a najwyraźniej nie mają, skoro dalej dzwonią. A dzwonić potrafią nawet o ósmej rano w weekend, za co przy całej mojej wrodzonej łagodności chętnie bym kastrował bez znieczulenia.
Na komórkę oczywiście parę razy tygodniowo dostaję SMS-y od operatora, który przez kilka lat naszego związku jakoś nie zdążył załapać, że niczego ponad konieczne minimum (czyli doładowywanie karty na dzień przed terminem) ze mnie nie wyciśnie (nawiasem mówiąc, podziwiam inteligencję ludzi/algorytmów wysyłających obietnice niższego abonamentu posiadaczom komórek na kartę). A oprócz tego co jakiś czas przychodzą informacje o konkursach, w których nie brałem udziału, ale jakimś cudem coś wygrałem.
Tylko na maila prawie żadnego spamu nie dostaję, a jak już nawet coś przez filtry przejdzie, to ani mnie to nie odrywa od innych zajęć, jak telefon, ani mi świata nie zaśmieca, bo anihilacja zajmuje ułamek sekundy.
I tylko ta ostatnia, najmniej upierdliwa forma spamu, jest nielegalna. Cóż za ironia.
Jeśli ktoś myśli, że PKP dawno już pobiło wszelkie rekordy żenady, to jest w błędzie – oto kolejny rekord: krakowscy studenci wkurzeni odwiecznym brakiem oznakowań na dworcu wzięli sprawy w swoje ręce i sami nielegalnie oznakowali tunele. A reakcja PKP jak zwykle zwala z nóg:
– Widziałem te tablice. Skoro mówicie, że to nielegalne, sprawdzimy, czy występowali o dzierżawę – mówi Robert Kowal, rzecznik Zakładu Linii Kolejowych PKP Polskich Linii Kolejowych, który zarządza dwoma tunelami i peronami dworca. – Szukamy konsensusu – ZLK PKP PLK musi się porozumieć z PKP Dworce Kolejowe oraz z dworcem autobusowym i Galerią Krakowską. Dworzec autobusowy chce zainstalować strzałki kierujące do siebie, Galeria do siebie, a miasto do tramwaju. A my chcemy strzałki prowadzące na peron. To trzeba pogodzić – wyjaśnia. Zastrzega, że rewolucyjnych rozwiązań nie należy się spodziewać, dopóki PKP SA nie wybuduje nowego dworca głównego w podziemiach pod peronami. – Do jego otwarcia można myśleć o jakimś rozwiązaniu tymczasowym.
Kiedy należy się spodziewać wspólnego porozumienia? – W styczniu będzie w tej sprawie spotkanie i coś powinno ruszyć – ocenia Kowal.
No cóż, do Euro 2012 może zdążą.
Minione dwudziestolecie bez żadnej przesady trzeba uznać za najgorszy okres w dziejach Polski – w tym krótkim czasie zdążyliśmy stracić niepodległość już trzykrotnie! A w dodatku ani razu jej nie odzyskaliśmy!
Pierwszy raz był w 1997, kiedy przyjęliśmy nową konstytucję. W miejsce starej, narzuconej wprawdzie przez Stalina, ale mimo to solidnie chroniącej naszą niezależność, przyszła nowa – dzieło Żydów i masonów, dopuszczające podzielenie się suwerennością z instytucjami międzynarodowymi, co patryjoci zgodnie uznali za zbrodnię, zdradę i zapowiedź kolejnych rozbiorów Polski. Niestety, nie starczyło im determinacji, żeby wezwać Rosję na pomoc, wzorem przodków z Targowicy, którzy w ten sposób zablokowali niegdyś inną zdradziecką konstytucję autorstwa Żydów i masonów – konstytucja weszła zatem w życie i musieliśmy się pogodzić z przykrym faktem, że nie żyjemy już w wolnym kraju.
Drugi raz nastąpił w 2004, kiedy weszliśmy do UE. Tu zaprzedanie się w niewolę było jeszcze wyraźniejsze, bo już nie tylko domniemane, ale widoczne gołym okiem. I w dodatku nieodwracalne, bo o ile konstytucję można zmienić, to z Unii wyjść się nie dało. A w dodatku zamiary Unii były ewidentnie zbrodnicze – na początek zniszczenie naszej gospodarki (ze szczególnym uwzględnieniem rolnictwa), a potem wprowadzenie aborcji i eutanazji, odebranie ziem zachodnich i na koniec ostateczne zniszczenie Narodu Polskiego. Nic dziwnego, że wśród Prawdziwych Polaków, którzy znowu przegrali w referendum z nieprawdziwymi, zapanowała głęboka żałoba.
Trzeci raz przyszedł dziś. Oto we wspomnianej UE zaczął obowiązywać Traktat Lizboński, który oprócz zwyczajowego pozbawienia nas suwerenności, wprowadza dyktaturę eurokratów i nadaje Unii osobowość prawną (co stanowi niezaprzeczalny dowód, że UE stała się państwem – podobnie jak NATO czy ONZ). Co prawda przy okazji wprowadził także możliwość wyjścia z Unii, ale to na pewno tylko mydlenie oczu – nie po to nas przecież zniewalali, żeby nas teraz wypuścić. Niestety, prezydent nie ogłosił z tej okazji żałoby narodowej – pewnie dlatego, że od dzisiaj decyzję o jej ogłoszeniu podejmuje się w Brukseli. No, może w Strasburgu.
Zaiste, w strasznych czasach żyjemy. A na dodatek we wszystkich powyższych przypadkach utrata niepodległości cieszyła się poparciem większości Polaków. To ma być naród wiecznych powstańców? Wstyd!
Ciekawe, kiedy będzie czwarty raz?

Szwajcarzy dali czadu, popierając w referendum zakaz budowy minaretów.
Komentować tej decyzji nawet mi się nie chce (myślę zresztą, że sama kategoria wpisu wystarczy za komentarz), mam tylko jedno retoryczne pytanie: Czy ci, którzy ostatnio psioczyli na głośny wyrok Trybunału Praw Człowieka w sprawie krzyży we włoskich szkołach, nazywając to atakiem na wolność religijną, podniosą teraz proporcjonalnie większy krzyk niż wtedy (albo choćby porównywalny)?
Pytanie, jako się rzekło, retoryczne.
Jeśli po kolejnej porażce naszej reprezentacji ktoś myślał, że polski futbol osiągnął już dno, to się grubo mylił. Owszem, piłkarzom już niewiele pozostało pola do popisu, ale są jeszcze działacze PZPN – a na nich to w tej kwestii zawsze można liczyć i nigdy chyba się nie przeliczymy. Dzisiejszy wywiad z Piechniczkiem nie pozostawia co do tego żadnych złudzeń – nawet na tle dotychczasowych rozbłysków Polskiej Myśli Działaczowskiej wybija się on szczególnie. Całości tych genialnych wywodów nie śmiem nawet komentować, dość przytoczyć jeden krótki fragment:
J..ć, j..ć PZPN, co tak pięknie krzyczą kibice, a was raduje, oznacza także j..ć reprezentację. U Majewskiego piłkarze zrozumieli, że nie są to słowa skierowane tylko do prezesa Grzegorza Laty i ich pracowników, ale także do nich. Zaczęli rozumieć, gdzie jest ich macierzysta federacja.
Czyli piłkarze przede wszystkim powinni się utożsamiać z PZPN?
– Oczywiście. Wspólnie odpowiadamy za wizerunek związku.
Doprawdy, jedyne co zwala z nóg bardziej niż intelekt działaczy PZPN, to ich bezczelność.

Ot co.
Jeśli jesteś grafikiem:
Jeśli szukasz czegoś konkretnego, skorzystaj z wyszukiwarki.
Jeśli nie bardzo wiesz, czego szukasz, możesz przejrzeć najlepsze wpisy lub archiwum.