Wiem, końcówka listopada to trochę późno jak na pisanie o wrześniu. Takie są skutki lenistwa i wiecznego odkładania wszystkiego na jutro. No ale, jak zwykł mawiać mój dawny nauczyciel matematyki – cóż to jest wobec wieczności…
Lucyfer (Neil Gaiman)
Jak wiemy z „Sandmana” (a jak ktoś nie wie, to niech się czym prędzej bierze do jego lektury), Lucyfer opuścił Piekło i zamieszkał w Los Angeles, odcinając się od swojego wcześniejszego życia. Jednak gdy przybywa do niego anioł z misją zleconą przez Niebo, Lucyfer dostrzega w tym szansę na powrót do dawnej potęgi i podejmuje się zadania, wyznaczając oczywiście wysoką cenę. Tak się zaczyna kolejny cykl Gaimana, osadzony w tym samym świecie i utrzymany w tej samej konwencji co „Sandman”. Czy równie dobry? Dwa tomy to oczywiście za mało, by to oceniać, ale początek jest więcej niż obiecujący – podobnie jak w „Sandmanie” mamy tu efektowną żonglerkę stylami, mitologiami i archetypami, fabuła stoi na wysokim poziomie, rysownicy zmieniają się z każdą historią, ale żaden nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu… I tak dalej;-).
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się czegoś nie czepił. A konkretnie głównego bohatera. Wiem, nie sposób mu odmówić osobowości, a jego cynizm, instrumentalne traktowanie wszystkich wokół i ironiczne poczucie humoru doskonale pasuje do popkulturowego wyobrażenia Lucyfera – ale brakuje mi tu jednego szczegółu. Autor niby pamięta, że Lucyfer jest wcieleniem zła – ale po jego działaniach jakoś tego nie widać. Ba, w porównaniu z nieokrzesanymi i porywczymi aniołami nasz diabeł wydaje się całkiem sympatycznym intelektualistą, który generalnie muchy by nie skrzywdził, gdyby mu nie zalazła za skórę – choć fakt, że i z miodu by jej nie wyciągnął, gdyby tam ugrzęzła (chyba żeby uznał, że mu się to opłaci). Ot, taki sobie obojętny egoista – aż dziw, że ktoś taki mógł być władcą piekieł.
Cóż, może nie jestem obiektywny, bo od dawna czekam na komiks z bohaterem negatywnym w pełnym tego słowa znaczeniu (pozytywni już mi bokiem wychodzą), a ten tytuł nadawał się do tego idealnie i szkoda mi zmarnowanej szansy. Choć może w kolejnych tomach będzie lepiej – pożyjemy, zobaczymy. Ja w każdym razie zobaczę na pewno. Co prawda wątpię, żeby ta seria dorównała „Sandmanowi”, ale też nie jest to tylko odcinanie kuponów od sukcesu.
Ocena: 5




(Egmont)

(Znak)
(Czarne)
(ISA)