Cichy Fragles

skocz do treści

Przeczytane w marcu

Dodane: 25 czerwca 2009, w kategorii: Literatura

Zaraz, chyba miało być „w maju”. A nie, faktycznie w marcu. Cholera, jak ten czas leci.

Wysoki Zamek (Stanisław Lem)

Wysoki Zamek | Stanisław Lem (Agora)

[tom 14 Lemowej Kolekcji]

Autobiografia… A właściwie krótki (120 stron) wstęp do autobiografii – książka obejmuje bowiem tylko dzieciństwo i młodość autora, kończąc się na „pierwszym legalnym papierosie” po maturze. Matura ta miała miejsce w czerwcu 1939, ale o zbliżającej się wówczas wojnie nie ma tu prawie ani słowa. Pojawiają się wprawdzie wzmianki, że tego i owego zabili później Niemcy, mamy opis lekcji przysposobienia wojskowego (i smutną konstatację, że na nic się one zdały, jako anachroniczne), ale sam złowrogi termin „druga wojna światowa” chyba ani razu się w książce nie pojawia – w ostateczności zastępowany jest eufemizmami. Lem odsuwa ten temat jak może, prowokacyjnie wręcz urywając wspomnienia na wspomnianej maturze i tylko niedomówieniami sugerując późniejsze wydarzenia.

Przyczyny takiego podejścia widzę dwie. Pierwsza, to niechęć do wspominania wojennego koszmaru – tym bardziej, że zakończył się on opuszczeniem Lwowa na zawsze, a potem jego utratą przez Polskę, nad czym Lem ubolewał do końca życia. Druga przyczyna, to zapewne próba przedstawienia ówczesnego Lwowa w jak najjaśniejszym świetle, bez cienia nadchodzącej katastrofy. Próba dość udana, choć oczywiście nie sposób udawać, że wojna nie miała miejsca.

I was a monster – stwierdza Lem, wspominając swoje dzieciństwo. Zaiste, wzorem do naśladowania mały Staś nie był – notorycznie wtykał nos gdzie nie należało, z sadystyczną radością psuł wszystkie zabawki, a raz nawet nasikał do pozytywki (mgr Zyzak miałby o czym pisać, ale mam nadzieję, że nie przyjdzie mu to do głowy). Z drugiej jednak strony pasjami czytał mądre książki, konstruował rozmaite mechanizmy i generalnie zdolny był i pracowity, więc chyba aż tak tragicznie nie było…

…ale rewelacyjnie też nie jest. Owszem, trzeba docenić malownicze opisy przedwojennego Lwowa i rodzinnego domu autora, jak również jego dziecięcych przygód i pasji (szczególnie zamiłowanie do tworzenia fikcyjnych odznaczeń, zezwoleń, formularzy i całego „biurokratycznego imperium”), całość jednak jakoś mnie nie zachwyciła. Co tu dużo mówić, dość zwyczajne dzieciństwo w zwyczajnym mieście – choćby nie wiem jak pięknymi frazami je opisać, arcydzieło trudno z tego stworzyć.

Ocena: 4


Przeczytane w lutym

Dodane: 29 kwietnia 2009, w kategorii: Literatura

Trzy paradoksy (Paul Hornschemeier)

Trzy paradoksy | Paul Hornschemeier (Kultura Gniewu)

Jeden z najdziwniejszych komiksów, jakie w życiu czytałem. A właściwie nie jeden, tylko pięć – bo tyle historii (każda rysowana innym stylem) się tu ze sobą przeplata. Główny wątek to urywek z życia twórcy komiksów imieniem Paul (bez wątpienia alter ego autora), który przyjechał w odwiedziny do rodziców, ale zamiast odpocząć, cały czas myśli nad fabułą swojego komiksu o chłopcu spotykającym potwora (druga historia, z wieloma alternatywnymi zakończeniami co chwila wymyślanymi przez autora) lub wspomina traumatyczną przygodę z dzieciństwa (trzecia historia). Podczas wizyty w sklepie spotyka sprzedawcę z blizną na szyi – o jej pochodzeniu dowiadujemy się z czwartej historii, a piąta, wtrącona w rozmowę Paula z ojcem opowiada o Zenonie z Elei, który wykłada ateńskim filozofom swoje słynne paradoksy i spotyka się z ostrą reakcją młodego Sokratesa.

Szczerze mówiąc, interpretacja tego wszystkiego jakoś mi nie idzie. Owszem, pole do popisu dla interpretatora jest tu spore, ale z której strony bym nie podchodził, zaraz mam wrażenie, że interpretuję raczej swoje wyobrażenia, co też autor mógł mieć na myśli, niż sam komiks. Przeczytałem kilka recenzji – i każdy rozumie wszystko po swojemu, a punktów stycznych praktycznie nie widać. Cóż, albo prawdziwe przesłanie jest za dobrze ukryte, albo może po prostu go nie ma, a całość jest tylko kpiną z krytyków doszukujących się na siłę drugiego dna;-).

Pomijając jednak te problemy, czyta się to nieźle – autor bardzo zręcznie miesza poszczególne historie (także na poziomie rysunków), stosuje ciekawe zabiegi formalne (jak choćby „dymki” nie mieszczące się w kadrze lub przez coś zasłonięte, gdy bohater zamyśla się i nie słucha rozmówcy) i wykazuje się godną uznania dbałością o szczegóły (widać na przykład, że układ mebli i przedmiotów w pokoju jest cały czas zachowany, włącznie z ledwo widocznym rysunkiem na kalendarzu). A w szczegółach tkwi może nie diabeł, ale parę ciekawych smaczków – przykładowo gdy chłopczyk z komiksu Paula (też zresztą imieniem Paul – ani chybi kolejne alter ego) lamentuje na widok potwora, że „wybrał złą drogę”, uważny czytelnik zauważy, że obie odnogi rozwidlenia prowadzą… w to samo miejsce. Z kolei jeśli się przyjrzeć tabliczce na drzwiach do biura ojca Paula, to wyczytamy na niej nazwisko „Hornschemeier” – przez co podejrzenie o autobiograficzny charakter opowieści zmienia się w pewność.

Na szczególną pochwałę zasługuje wreszcie historia o Zenonie i Ateńczykach, w której humorystyczna forma rodem z komiksów dla dzieci tworzy efektowny kontrast z poważną i mocno zastanawiającą treścią. Za tę historię zdecydowanie należy się duży plus. Reszta niestety takiego poziomu nie trzyma, a całość jest mimo wszystko zbyt chaotyczna i niejasna – co wprawdzie wydaje się być celowym zabiegiem, ale trochę za daleko posuniętym. Doceniam odwagę formalną autora, ale nad treścią należałoby jeszcze trochę popracować.

Ocena: 4+


Światowy Dzień Książki

Dodane: 21 kwietnia 2009, w kategorii: Literatura

Jako że Jogger ma jutro wieczorem nie działać, już dzisiaj przypominam, że pojutrze (tzn. we czwartek) mamy Światowy Dzień Książki – czyli dzień, kiedy księgarnie masowo urządzają promocje. Empik tradycyjnie oferuje trzy książki w cenie dwóch, inne księgarnie (przynajmniej w Krakowie) zapewne równie tradycyjnie dadzą 10% zniżki. Krótko mówiąc, będzie okazja się obłowić:-).


Przeczytane – grudzień/styczeń

Dodane: 31 marca 2009, w kategorii: Literatura

Gnój (Wojciech Kuczok)

Gnój | Wojciech Kuczok (WAB)

Wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest to książka o ojcu znęcającym się nad synem. Owszem, taki wątek też się tu pojawia, ale tylko jako jeden z wielu. Przede wszystkim jest to bowiem historia paru pokoleń pewnej śląskiej rodziny – dawniej szlacheckiej, ale w wyniku dziejowych zawirowań zdegradowanej do poziomu nizin społecznych. Historia mocno skompresowana – cała „powieść” liczy sobie niecałe 200 stron małego formatu dużą czcionką (jak ja lubię tych wydawców, którzy tak dbają, żeby nie było za tanio), więc należałoby raczej mówić o opowiadaniu.

O treści dość powiedzieć, że doskonale pasuje ona do tytułu – życiorysy kolejnych członków rodziny to nieodmiennie żałosne przykłady zmarnowanego życia, pozbawionego sensu a pełnego frustracji; sami bohaterowie natomiast stanowią galerię nieudaczników, miernot i zwykłej hołoty, która nawet jeśli nie z własnej winy wylądowała w gnoju, to na pewno głównie z własnej winy tam pozostaje, wzajemnie się jeszcze przytrzymując, żeby ktoś przypadkiem nie wyszedł. Nic dziwnego, że narrator (którym jest wspomniany maltretowany syn) gardzi swoimi krewnymi i serdecznie im życzy, żeby się w tym gnoju wszyscy potopili.

O formie natomiast dość powiedzieć, że gdyby przekazywała ona ciekawszą treść, to mielibyśmy naprawdę świetną książkę, a tak mamy tylko efektownie napisaną powiastkę o tym, jakie to życie w nędzy (finansowej, umysłowej i moralnej) jest podłe. Szkoda, bo fraza Kuczoka jest naprawdę przednia, a język barwny i swobodny, dający sporą przyjemność z czytania – tyle, że głównie o banałach. Cóż, wypada mieć nadzieję, że w jego kolejnych utworach treść zacznie dorównywać formie. Potencjału mu na pewno nie brakuje.

Ocena: 4+


Lemowa kolekcja – przewodnik (17-24)

Dodane: 24 marca 2009, w kategorii: Literatura

« Tomy 1-5
« Tomy 6-10
« Tomy 11-16


Wyborcza już jakiś czas temu zapowiadała kontynuację Lemowej kolekcji, ale dopiero w ostatniej chwili zdradziła listę książek, które się w niej znajdą. Listę dość zaskakującą – biorąc pod uwagę, że wśród pierwszych szesnastu tomów znalazły się prawie wszystkie najlepsze tytuły, spodziewałem się, że kontynuacja będzie miała mniej tomów niż część pierwsza (osiem? dwanaście?), a tymczasem będzie nawet o jeden tom dłuższa. Na dodatek nie ma tu takich tytułów jak „Okamgnienie” czy „Bomba megabitowa”, które – jako dosyć popularne – uważałem za pewniaki; nie ma również żadnego z wywiadów-rzek, co by mnie nie zdziwiło, bo „Świat na krawędzi” był przeciętny, a „Tako rzecze… Lem” genialne, ale i bardzo długie – skoro jednak pojawiły się takie cegły, jak „Dialogi” czy „Fantastyka i futurologia”, to brak rozmów Beresia z Lemem jest dla mnie niezrozumiały.

Niezrozumiałe jest też dla mnie pojawienie się takich tytułów, jak „Summa technologiae” czy wspomniane „Dialogi” – dzieła to bowiem grube, ciężkie w lekturze i z powodu upływu dziesięcioleci w dużym stopniu zdezaktualizowane. Niemal wszystkie dziedziny nauki, tak szczegółowo tam opisane, zrobiły od chwili napisania wspomnianych książek ogromne postępy – wiele odkryć i technologii, które Lem dopiero zapowiada, dziś już mamy dawno za sobą, bądź też wiemy, że jego ówczesne przewidywania okazały się błędne. Ogólnie rzecz biorąc, dobór tytułów sugeruje, że wydawcy postanowili wycisnąć twórczość Mistrza do ostatniej kropli, publikując niemal wszystko, co im w ręce wpadło – tym bardziej zatem dziwią braki, o których wspomniałem wcześniej. Na trzecią kolekcję już na pewno tytułów nie wystarczy (chociaż kto wie, kilka tomów suplementu jeszcze by się dało uzbierać), a przynajmniej „Tako rzecze… Lem” zdecydowanie zasługiwało na wznowienie.


17. Pokój na Ziemi

Przedostatnia powieść Lema – i szczerze mówiąc, jedna ze słabszych. Tytułowa wizja pokoju na Ziemi, osiągniętego dzięki powszechnemu rozbrojeniu, wydaje się co najmniej naiwna, a i fabuła pozostawia sporo do życzenia. Po kolei jednak: państwa wprawdzie się rozbroiły, ale nie do końca – wszelki sprzęt wojskowy został przeniesiony na Księżyc, gdzie każde państwo dostało własną strefę o nieprzekraczalnych granicach. Postęp technologiczny sprawił, że sprzęt ten dorównuje inteligencją ludziom i jest zdolny do ewolucji – tak więc na Księżycu trwa bezkrwawy wyścig zbrojeń, w dodatku poza jakąkolwiek kontrolą z Ziemi (kolejny wątpliwy pomysł – czemu wszyscy mieliby się na coś takiego zgodzić i czemu roboty bojowe miałyby, nawet w kolejnych generacjach, respektować podział na strefy?), co oczywiście nie może się dobrze skończyć. Na Księżycu zaczyna się dziać coś dziwnego, wysyła się tam zatem człowieka na przeszpiegi.

Człowiekiem tym jest nie kto inny, jak znany już z wielu opowiadań międzygwiezdny podróżnik Ijon Tichy. Ta podróż, choć niedaleka, kończy się jednak wyjątkowo nieprzyjemnie – księżycowe roboty przeprowadzają u niego kallotomię, czyli rozszczepienie mózgu na dwie niezależnie działające półkule. W efekcie Tichy ma niemałe problemy z normalnym funkcjonowaniem (każdą połowę ciała kontroluje inna półkula), a na domiar złego nie jest w stanie zdać raportu ze swojej misji. Za porozumiewanie się odpowiada bowiem lewa półkula, a wspomnienia z Księżyca najwyraźniej zachowała tylko prawa – „najwyraźniej”, ponieważ nie wykazuje ona chęci do współpracy. Wykazuje natomiast agresję (także wobec „lewego” Tichego) i złośliwość, co nie ułatwia sprawy…

Wszystko to brzmi ciekawie – i faktycznie można się trochę pośmiać z problemów „rozdwojonego” bohatera, ale na tym w zasadzie koniec. Fabuła jest mętna i ewidentnie sklecona na siłę, a oryginalnych wizji przyszłości, z których Lem słynął, niewiele tu znajdziemy, choć tematyka (wyścig zbrojeń) stanowi nie lada pole do popisu. Cóż, nikt nie tworzy samych arcydzieł.

Ocena: 4


Prosto z piekła (Alan Moore i Eddie Campbell)

Dodane: 4 marca 2009, w kategorii: Literatura

Prosto z piekła | Alan Moore i Eddie Campbell (Timof i cisi wspólnicy)

Komiks zapiera dech w piersiach już w chwili, gdy się go bierze do ręki – waży bowiem co najmniej kilogram. Dech zapiera także cena – 110 złotych (lub 130, za wersję w twardej oprawie) zdecydowanie piechotą nie chodzi. No ale nie mówimy o byle jakim komiksie, tylko o jednym z najsłynniejszych dzieł Alana Moore’a, więc kto by tam się przejmował ceną;-).

Podtytuł brzmi „melodramat w szesnastu częściach”, ale nie radzę się tym sugerować – jeśli w ogóle można tę opowieść nazwać melodramatem, to jest to z pewnością najmroczniejszy i najtrudniejszy melodramat w historii gatunku. Nie uświadczymy tu banalnej fabuły, prostych bohaterów, szczęśliwego zakończenia ani innych cech typowych dla melodramatu. Czeka nas raczej spotkanie ze złem przez duże „Z”, uosabianym przez głównego bohatera, ale przenikającym cały opisany tu świat. Rzecz się dzieje w Londynie, jesienią 1888. Gdyby ktoś nie kojarzył – to czas i miejsce działania Kuby Rozpruwacza, niezidentyfikowanego mordercy prostytutek z Whitechapel. Moore postanowił opowiedzieć na nowo jego historię, a przy okacji dokonać studium mitu i jego relacji z rzeczywistością.

Zacznijmy od historii – oto ekscentryczny członek rodziny królewskiej, książę Albert, płodzi dziecko ze sklepikarką, a następnie potajemnie bierze z nią ślub. Oczywiście rodzina nie zamierza tego tolerować (mamy w końcu czasy wiktoriańskie), więc nieznani sprawcy po cichu odstawiają księcia do pałacu, a jego żonę do zakładu dla obłąkanych, gdzie niejaki William Gull – osobisty lekarz królowej Wiktorii – korzysta z okazji, by przeprowadzić na biednej sklepikarce okrutny eksperyment. Sprawa zamknięta? Nie do końca. O jej kulisach wiedzą bowiem cztery prostytutki, które pilnie potrzebują pieniędzy i postanawiają je zdobyć szantażując brata wspomnianego księcia. O próbie szantażu dowiaduje się królowa Wiktoria i natychmiast wzywa doktora Gulla, któremu poleca dyskretnie odnaleźć i uciszyć szantażystki. Doktor Gull sprawi się aż za dobrze…


Samolubny gen (Richard Dawkins)

Dodane: 19 lutego 2009, w kategorii: Literatura, Nauka

Samolubny gen | Richard Dawkins (Prószyński i S-ka)

Richard Dawkins jest ostatnio znany głównie jako wojujący ateista i autor „Boga urojonego”, przez co jego wcześniejsze dokonania zostały zepchnięte w cień. A szkoda, bo są one może mniej medialne, ale na pewno ważniejsze niż jego obecna publicystyka. Co prawda sam zainteresowany wydaje się uważać inaczej, ja jednak powtórzę tu za Einsteinem, że „polityka jest czymś istotnym tylko dzisiaj, a równania są wieczne” (oczywiście „równania” należy tu rozumieć metaforycznie). Krucjata Dawkinsa, nawet jeśli przyniesie jakieś efekty, prędzej czy później zostanie zapomniana, natomiast koncepcja samolubnego genu będzie „żyć” wiecznie, chyba że nastąpi jakaś niewyobrażalna dziś rewolucja, która by ją unieważniła.

Na czym ta koncepcja polega? Najkrócej rzecz ujmując, na przewartościowaniu roli genów w procesie ewolucji – według Dawkinsa to one są jej podmiotem, a osobniki, populacje czy gatunki jedynie przedmiotem. Innymi słowy, to nie geny są narzędziem służącym istotom żywym w walce o przetrwanie, lecz na odwrót – walka toczy się między genami, a wszelkie istoty (włącznie z nami) są tylko narzędziami wykorzystywanymi przez geny. Dla podkreślenia tego faktu Dawkins konsekwentnie używa terminu „maszyny przetrwania” na określenie wszelkich organizmów, podkreślając przy każdej okazji, że sensem ich istnienia jest rozpowszechnianie genów, które je tworzą.


Nie dla getta paszporty

Dodane: 14 stycznia 2009, w kategorii: Literatura

Z przyczyn obiektywnych nie mogłem wczoraj natychmiastowo zareagować na informację o przyznaniu Paszportów Polityki. Może to i dobrze, bo jak się dowiedziałem, że Dukaj znowu nie wygrał, to mnie trochę krew zalała i komentarz mógłby być niezbyt cenzuralny, a tak to już mi przeszło. Dukajowi pewnie też – w końcu skoro już kiedyś przegrał ze Shutym (którego proza, łagodnie mówiąc, wrażenia na mnie nie zrobiła), to i teraz jakoś to przeżyje.

Co nie zmienia faktu, że werdykt szacownego jury to kpina i kompromitacja. Nagrodę dostała bowiem niejaka Sylwia Chutnik, której cały literacki dorobek to raptem jedna dwustustronicowa książeczka. Być może genialna – nie czytałem, więc się nie wypowiadam – ale nagradzanie debiutantki za zasługi tak czy siak uważam za niepoważne. Z całym szacunkiem dla laureatki, nie wydaje mi się, żeby jej wpływ na polską kulturę był choćby porównywalny ze wpływem Dukaja, a o porównywaniu dokonań w ogóle lepiej nie mówić.

Ale bez wątpienia ma ona przynajmniej dwa atuty, które nie po raz pierwszy przeważyły nad względami merytorycznymi: słuszne poglądy polityczne i właściwe literackie pochodzenie. Wiem, że wypominanie takich kwestii stanowi domenę prawicowych oszołomów, uwielbiających z iskrą w oku pytać „kto za tym stoi”, a to niezbyt miłe towarzystwo – ale cóż począć, skoro nawet średnio zorientowany czytelnik nie może nie zauważyć, że nagrody literackie (nie tylko Paszporty) dziwnie często trafiają do ludzi, których proza czyta się co najwyżej tak sobie, ale ideologocznie jest słuszna, a autor bywały w odpowiednim towarzystwie. Nie mówię, że taki jest standard – mimo wszystko większość nagród trafia w jak najbardziej właściwe ręce – ale osobiste sympatie jurorów z całą pewnością odgrywają większą rolę, niż powinny.

A w takich przypadkach jak Dukaj, dochodzi jeszcze jeszcze odwieczny problem fantastycznego getta – w opinii większości szanujących się humanistów fantastyka jest bowiem gatunkiem podrzędnym i z definicji niegodnym uwagi. I choćby taki fantasta nie wiem ilu problemów filozoficznych czy egzystencjalnych nie męczył, dla „mainstreamu” (jak ja nie cierpię tego słowa) i tak pozostanie autorem głupich bajeczek o zielonych ludzikach, nieskończenie gorszym niż „mainstreamowy” grafoman piszący o niczym. Chyba że taki fantasta zacznie uzyskiwać sześcio- czy siedmiocyfrowe nakłady, doczeka się tłumaczeń na dziesięć języków i wywoła zachwyty krytyków z zagranicy (vide Lem i Sapkowski) – wówczas dopiero można go ewentualnie docenić. Ale tylko jego – fantastyka musi pozostać w getcie z zielonymi ludzikami, a uznanego fantastę po prostu się z tego getta wyjmuje, nazywając go futurologiem czy postmodernistą, przy czym określenie to nie musi być specjalnie zgodne z rzeczywistością.

Problem w tym, że Dukaj raczej nigdy kosmicznych nakładów mieć nie będzie, bo jego proza jest zbyt wymagająca dla masowego czytelnika – a i wyciągnąć go z getta nie tak łatwo, bo się nogami zapiera i mówi, że SF jest cacy, a fantasy ma wielki potencjał. Cóż zatem z takim fantem począć? Jeśli nawet „Lód” nie wystarczył, żeby wygrać rywalizację z dwójką zupełnych żółtodziobów (mających na koncie w sumie trzy książki), to doprawdy nie widzę dla Dukaja nadziei. Chyba że za dziesięć lat, jak już naprawdę nie będzie się go dało dłużej ignorować.

Ale mimo wszystko laureatce gratuluję, pełen nadziei, że jej debiut jest faktycznie tak dobry jak o nim mówią, a kolejne książki dodatkowo potwierdzą, że jurorzy wiedzieli co robią.


Lód (Jacek Dukaj)

Dodane: 29 grudnia 2008, w kategorii: Literatura

Lód | Jacek Dukaj (Wydawnictwo Literackie)

Ostatnia powieść Dukaja wywołała sporo kontrowersji – bez wielkiej przesady można powiedzieć, że fani podzielili się na dwie grupy: jedni twierdzą, że to jego najlepsza powieść; drudzy, że najgorsza. Ja jednak do żadnej z tych grup się nie przyłączę – choć zdecydowanie bliżej mi do tej pierwszej. Książka jest bowiem bez wątpienia wybitna i – jak wszystkie powieści Dukaja – bardzo oryginalna.

Rzecz się dzieje w roku 1924 w świecie alternatywnym, gdzie uderzenie meteorytu tunguskiego miało dużo dalej idące skutki niż w „naszej” rzeczywistości. W miejscu uderzenia pojawiły się bowiem lodowe istoty (nazwane „lutymi”), które z czasem zamroziły Syberię i większość miast Rosji (lute z niewiadomych powodów chętniej pojawiają się w miastach, niż na pustkowiach) i wschodniej Europy. Nie na tym jednak polega oryginalność powieści – wszak światów alternatywnych mieliśmy już multum – lecz na tym, że zamrożenie dotyczy tu nie tylko przyrody, ale także historii. I nie chodzi tu tylko o to, że nie doszło do pierwszej wojny światowej i nadal mamy dziewiętnastowieczny porządek geopolityczny – lecz o to, że w świecie pod lodem ten porządek nie może ulec zmianie. Historia jest zamrożona jak najbardziej dosłownie.


Lemowa kolekcja – przewodnik (11-16)

Dodane: 23 grudnia 2008, w kategorii: Literatura

« Tomy 1-5
« Tomy 6-10


11. Powrót z gwiazd

Hibernacja to jeden z ulubionych wynalazków pisarzy SF – pozwala ona bowiem łatwo przenieść bohatera z naszych czasów w jakąś mniej lub bardziej odległą przyszłość, gdzie będzie on dziwić się światu, a ówcześnie żyjący będą mu (i czytelnikom przy okazji) cierpliwie tłumaczyć, ile się od naszych czasów zmieniło. Trudno o prostszy sposób na opisanie swojej wizji przyszłości bez zmieniania powieści w esej, nic więc dziwnego, że tylu w SF hibernatusów.

Hibernatus z „Powrotu z gwiazd” nazywa się Hal Bregg i ma za sobą ponadstuletnią podróż kosmiczną. Po powrocie spodziewa się wraz z towarzyszami podróży entuzjastycznego powitania, godnego bohaterów – jednak nic podobnego nie następuje. Ich uwieńczona sukcesem wyprawa do odległej gwiazdy na nikim nie robi specjalnego wrażenia, a oni sami budzą raczej lęk niż podziw. Jak się z czasem okazuje, całe społeczeństwo zostało poddane zabiegowi zwanemu betryzacją, który to zabieg pozbawia człowieka agresywnych instynktów, przy okazji likwidując skłonność do jakiegokolwiek ryzyka – w efekcie przybysze z przeszłości, zagubieni w tym świecie i zdolni do agresji, sprawiają wrażenie groźnych jaskiniowców, którym nie wiadomo co może do głowy strzelić. Oni sami natomiast uważają społeczeństwo przyszłości za puste i bezpłodne, pogrążone w błogiej stagnacji, bezsensie istnienia i tym wszystkim, co się obecnie zarzuca cywilizacji zachodniej;-).

Lem nie był ponoć zadowolony z tej książki – i chyba słusznie, bo trudno ją uznać za wybitne dzieło. Poza zgrabnie opisanym szokiem kulturowym i ciekawą (choć nie zwalającą z nóg) wizją przyszłości jest to w sumie dość typowa powieść obyczajowa, daleka od tego, do czego Lem nas przyzwyczaił.

Ocena: 4-


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »