Jako że Jogger ma jutro wieczorem nie działać, już dzisiaj przypominam, że pojutrze (tzn. we czwartek) mamy Światowy Dzień Książki – czyli dzień, kiedy księgarnie masowo urządzają promocje. Empik tradycyjnie oferuje trzy książki w cenie dwóch, inne księgarnie (przynajmniej w Krakowie) zapewne równie tradycyjnie dadzą 10% zniżki. Krótko mówiąc, będzie okazja się obłowić:-).
Przeczytane – grudzień/styczeń
Dodane: 31 marca 2009, w kategorii: LiteraturaGnój (Wojciech Kuczok)
Wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest to książka o ojcu znęcającym się nad synem. Owszem, taki wątek też się tu pojawia, ale tylko jako jeden z wielu. Przede wszystkim jest to bowiem historia paru pokoleń pewnej śląskiej rodziny – dawniej szlacheckiej, ale w wyniku dziejowych zawirowań zdegradowanej do poziomu nizin społecznych. Historia mocno skompresowana – cała „powieść” liczy sobie niecałe 200 stron małego formatu dużą czcionką (jak ja lubię tych wydawców, którzy tak dbają, żeby nie było za tanio), więc należałoby raczej mówić o opowiadaniu.
O treści dość powiedzieć, że doskonale pasuje ona do tytułu – życiorysy kolejnych członków rodziny to nieodmiennie żałosne przykłady zmarnowanego życia, pozbawionego sensu a pełnego frustracji; sami bohaterowie natomiast stanowią galerię nieudaczników, miernot i zwykłej hołoty, która nawet jeśli nie z własnej winy wylądowała w gnoju, to na pewno głównie z własnej winy tam pozostaje, wzajemnie się jeszcze przytrzymując, żeby ktoś przypadkiem nie wyszedł. Nic dziwnego, że narrator (którym jest wspomniany maltretowany syn) gardzi swoimi krewnymi i serdecznie im życzy, żeby się w tym gnoju wszyscy potopili.
O formie natomiast dość powiedzieć, że gdyby przekazywała ona ciekawszą treść, to mielibyśmy naprawdę świetną książkę, a tak mamy tylko efektownie napisaną powiastkę o tym, jakie to życie w nędzy (finansowej, umysłowej i moralnej) jest podłe. Szkoda, bo fraza Kuczoka jest naprawdę przednia, a język barwny i swobodny, dający sporą przyjemność z czytania – tyle, że głównie o banałach. Cóż, wypada mieć nadzieję, że w jego kolejnych utworach treść zacznie dorównywać formie. Potencjału mu na pewno nie brakuje.
Ocena: 4+
Lemowa kolekcja – przewodnik (17-24)
Dodane: 24 marca 2009, w kategorii: Literatura« Tomy 1-5
« Tomy 6-10
« Tomy 11-16
Wyborcza już jakiś czas temu zapowiadała kontynuację Lemowej kolekcji, ale dopiero w ostatniej chwili zdradziła listę książek, które się w niej znajdą. Listę dość zaskakującą – biorąc pod uwagę, że wśród pierwszych szesnastu tomów znalazły się prawie wszystkie najlepsze tytuły, spodziewałem się, że kontynuacja będzie miała mniej tomów niż część pierwsza (osiem? dwanaście?), a tymczasem będzie nawet o jeden tom dłuższa. Na dodatek nie ma tu takich tytułów jak „Okamgnienie” czy „Bomba megabitowa”, które – jako dosyć popularne – uważałem za pewniaki; nie ma również żadnego z wywiadów-rzek, co by mnie nie zdziwiło, bo „Świat na krawędzi” był przeciętny, a „Tako rzecze… Lem” genialne, ale i bardzo długie – skoro jednak pojawiły się takie cegły, jak „Dialogi” czy „Fantastyka i futurologia”, to brak rozmów Beresia z Lemem jest dla mnie niezrozumiały.
Niezrozumiałe jest też dla mnie pojawienie się takich tytułów, jak „Summa technologiae” czy wspomniane „Dialogi” – dzieła to bowiem grube, ciężkie w lekturze i z powodu upływu dziesięcioleci w dużym stopniu zdezaktualizowane. Niemal wszystkie dziedziny nauki, tak szczegółowo tam opisane, zrobiły od chwili napisania wspomnianych książek ogromne postępy – wiele odkryć i technologii, które Lem dopiero zapowiada, dziś już mamy dawno za sobą, bądź też wiemy, że jego ówczesne przewidywania okazały się błędne. Ogólnie rzecz biorąc, dobór tytułów sugeruje, że wydawcy postanowili wycisnąć twórczość Mistrza do ostatniej kropli, publikując niemal wszystko, co im w ręce wpadło – tym bardziej zatem dziwią braki, o których wspomniałem wcześniej. Na trzecią kolekcję już na pewno tytułów nie wystarczy (chociaż kto wie, kilka tomów suplementu jeszcze by się dało uzbierać), a przynajmniej „Tako rzecze… Lem” zdecydowanie zasługiwało na wznowienie.
17. Pokój na Ziemi

Przedostatnia powieść Lema – i szczerze mówiąc, jedna ze słabszych. Tytułowa wizja pokoju na Ziemi, osiągniętego dzięki powszechnemu rozbrojeniu, wydaje się co najmniej naiwna, a i fabuła pozostawia sporo do życzenia. Po kolei jednak: państwa wprawdzie się rozbroiły, ale nie do końca – wszelki sprzęt wojskowy został przeniesiony na Księżyc, gdzie każde państwo dostało własną strefę o nieprzekraczalnych granicach. Postęp technologiczny sprawił, że sprzęt ten dorównuje inteligencją ludziom i jest zdolny do ewolucji – tak więc na Księżycu trwa bezkrwawy wyścig zbrojeń, w dodatku poza jakąkolwiek kontrolą z Ziemi (kolejny wątpliwy pomysł – czemu wszyscy mieliby się na coś takiego zgodzić i czemu roboty bojowe miałyby, nawet w kolejnych generacjach, respektować podział na strefy?), co oczywiście nie może się dobrze skończyć. Na Księżycu zaczyna się dziać coś dziwnego, wysyła się tam zatem człowieka na przeszpiegi.
Człowiekiem tym jest nie kto inny, jak znany już z wielu opowiadań międzygwiezdny podróżnik Ijon Tichy. Ta podróż, choć niedaleka, kończy się jednak wyjątkowo nieprzyjemnie – księżycowe roboty przeprowadzają u niego kallotomię, czyli rozszczepienie mózgu na dwie niezależnie działające półkule. W efekcie Tichy ma niemałe problemy z normalnym funkcjonowaniem (każdą połowę ciała kontroluje inna półkula), a na domiar złego nie jest w stanie zdać raportu ze swojej misji. Za porozumiewanie się odpowiada bowiem lewa półkula, a wspomnienia z Księżyca najwyraźniej zachowała tylko prawa – „najwyraźniej”, ponieważ nie wykazuje ona chęci do współpracy. Wykazuje natomiast agresję (także wobec „lewego” Tichego) i złośliwość, co nie ułatwia sprawy…
Wszystko to brzmi ciekawie – i faktycznie można się trochę pośmiać z problemów „rozdwojonego” bohatera, ale na tym w zasadzie koniec. Fabuła jest mętna i ewidentnie sklecona na siłę, a oryginalnych wizji przyszłości, z których Lem słynął, niewiele tu znajdziemy, choć tematyka (wyścig zbrojeń) stanowi nie lada pole do popisu. Cóż, nikt nie tworzy samych arcydzieł.
Ocena: 4
Prosto z piekła (Alan Moore i Eddie Campbell)
Dodane: 4 marca 2009, w kategorii: LiteraturaKomiks zapiera dech w piersiach już w chwili, gdy się go bierze do ręki – waży bowiem co najmniej kilogram. Dech zapiera także cena – 110 złotych (lub 130, za wersję w twardej oprawie) zdecydowanie piechotą nie chodzi. No ale nie mówimy o byle jakim komiksie, tylko o jednym z najsłynniejszych dzieł Alana Moore’a, więc kto by tam się przejmował ceną;-).
Podtytuł brzmi „melodramat w szesnastu częściach”, ale nie radzę się tym sugerować – jeśli w ogóle można tę opowieść nazwać melodramatem, to jest to z pewnością najmroczniejszy i najtrudniejszy melodramat w historii gatunku. Nie uświadczymy tu banalnej fabuły, prostych bohaterów, szczęśliwego zakończenia ani innych cech typowych dla melodramatu. Czeka nas raczej spotkanie ze złem przez duże „Z”, uosabianym przez głównego bohatera, ale przenikającym cały opisany tu świat. Rzecz się dzieje w Londynie, jesienią 1888. Gdyby ktoś nie kojarzył – to czas i miejsce działania Kuby Rozpruwacza, niezidentyfikowanego mordercy prostytutek z Whitechapel. Moore postanowił opowiedzieć na nowo jego historię, a przy okacji dokonać studium mitu i jego relacji z rzeczywistością.
Zacznijmy od historii – oto ekscentryczny członek rodziny królewskiej, książę Albert, płodzi dziecko ze sklepikarką, a następnie potajemnie bierze z nią ślub. Oczywiście rodzina nie zamierza tego tolerować (mamy w końcu czasy wiktoriańskie), więc nieznani sprawcy po cichu odstawiają księcia do pałacu, a jego żonę do zakładu dla obłąkanych, gdzie niejaki William Gull – osobisty lekarz królowej Wiktorii – korzysta z okazji, by przeprowadzić na biednej sklepikarce okrutny eksperyment. Sprawa zamknięta? Nie do końca. O jej kulisach wiedzą bowiem cztery prostytutki, które pilnie potrzebują pieniędzy i postanawiają je zdobyć szantażując brata wspomnianego księcia. O próbie szantażu dowiaduje się królowa Wiktoria i natychmiast wzywa doktora Gulla, któremu poleca dyskretnie odnaleźć i uciszyć szantażystki. Doktor Gull sprawi się aż za dobrze…
Samolubny gen (Richard Dawkins)
Dodane: 19 lutego 2009, w kategorii: Literatura, NaukaRichard Dawkins jest ostatnio znany głównie jako wojujący ateista i autor „Boga urojonego”, przez co jego wcześniejsze dokonania zostały zepchnięte w cień. A szkoda, bo są one może mniej medialne, ale na pewno ważniejsze niż jego obecna publicystyka. Co prawda sam zainteresowany wydaje się uważać inaczej, ja jednak powtórzę tu za Einsteinem, że „polityka jest czymś istotnym tylko dzisiaj, a równania są wieczne” (oczywiście „równania” należy tu rozumieć metaforycznie). Krucjata Dawkinsa, nawet jeśli przyniesie jakieś efekty, prędzej czy później zostanie zapomniana, natomiast koncepcja samolubnego genu będzie „żyć” wiecznie, chyba że nastąpi jakaś niewyobrażalna dziś rewolucja, która by ją unieważniła.
Na czym ta koncepcja polega? Najkrócej rzecz ujmując, na przewartościowaniu roli genów w procesie ewolucji – według Dawkinsa to one są jej podmiotem, a osobniki, populacje czy gatunki jedynie przedmiotem. Innymi słowy, to nie geny są narzędziem służącym istotom żywym w walce o przetrwanie, lecz na odwrót – walka toczy się między genami, a wszelkie istoty (włącznie z nami) są tylko narzędziami wykorzystywanymi przez geny. Dla podkreślenia tego faktu Dawkins konsekwentnie używa terminu „maszyny przetrwania” na określenie wszelkich organizmów, podkreślając przy każdej okazji, że sensem ich istnienia jest rozpowszechnianie genów, które je tworzą.
Nie dla getta paszporty
Dodane: 14 stycznia 2009, w kategorii: LiteraturaZ przyczyn obiektywnych nie mogłem wczoraj natychmiastowo zareagować na informację o przyznaniu Paszportów Polityki. Może to i dobrze, bo jak się dowiedziałem, że Dukaj znowu nie wygrał, to mnie trochę krew zalała i komentarz mógłby być niezbyt cenzuralny, a tak to już mi przeszło. Dukajowi pewnie też – w końcu skoro już kiedyś przegrał ze Shutym (którego proza, łagodnie mówiąc, wrażenia na mnie nie zrobiła), to i teraz jakoś to przeżyje.
Co nie zmienia faktu, że werdykt szacownego jury to kpina i kompromitacja. Nagrodę dostała bowiem niejaka Sylwia Chutnik, której cały literacki dorobek to raptem jedna dwustustronicowa książeczka. Być może genialna – nie czytałem, więc się nie wypowiadam – ale nagradzanie debiutantki za zasługi tak czy siak uważam za niepoważne. Z całym szacunkiem dla laureatki, nie wydaje mi się, żeby jej wpływ na polską kulturę był choćby porównywalny ze wpływem Dukaja, a o porównywaniu dokonań w ogóle lepiej nie mówić.
Ale bez wątpienia ma ona przynajmniej dwa atuty, które nie po raz pierwszy przeważyły nad względami merytorycznymi: słuszne poglądy polityczne i właściwe literackie pochodzenie. Wiem, że wypominanie takich kwestii stanowi domenę prawicowych oszołomów, uwielbiających z iskrą w oku pytać „kto za tym stoi”, a to niezbyt miłe towarzystwo – ale cóż począć, skoro nawet średnio zorientowany czytelnik nie może nie zauważyć, że nagrody literackie (nie tylko Paszporty) dziwnie często trafiają do ludzi, których proza czyta się co najwyżej tak sobie, ale ideologocznie jest słuszna, a autor bywały w odpowiednim towarzystwie. Nie mówię, że taki jest standard – mimo wszystko większość nagród trafia w jak najbardziej właściwe ręce – ale osobiste sympatie jurorów z całą pewnością odgrywają większą rolę, niż powinny.
A w takich przypadkach jak Dukaj, dochodzi jeszcze jeszcze odwieczny problem fantastycznego getta – w opinii większości szanujących się humanistów fantastyka jest bowiem gatunkiem podrzędnym i z definicji niegodnym uwagi. I choćby taki fantasta nie wiem ilu problemów filozoficznych czy egzystencjalnych nie męczył, dla „mainstreamu” (jak ja nie cierpię tego słowa) i tak pozostanie autorem głupich bajeczek o zielonych ludzikach, nieskończenie gorszym niż „mainstreamowy” grafoman piszący o niczym. Chyba że taki fantasta zacznie uzyskiwać sześcio- czy siedmiocyfrowe nakłady, doczeka się tłumaczeń na dziesięć języków i wywoła zachwyty krytyków z zagranicy (vide Lem i Sapkowski) – wówczas dopiero można go ewentualnie docenić. Ale tylko jego – fantastyka musi pozostać w getcie z zielonymi ludzikami, a uznanego fantastę po prostu się z tego getta wyjmuje, nazywając go futurologiem czy postmodernistą, przy czym określenie to nie musi być specjalnie zgodne z rzeczywistością.
Problem w tym, że Dukaj raczej nigdy kosmicznych nakładów mieć nie będzie, bo jego proza jest zbyt wymagająca dla masowego czytelnika – a i wyciągnąć go z getta nie tak łatwo, bo się nogami zapiera i mówi, że SF jest cacy, a fantasy ma wielki potencjał. Cóż zatem z takim fantem począć? Jeśli nawet „Lód” nie wystarczył, żeby wygrać rywalizację z dwójką zupełnych żółtodziobów (mających na koncie w sumie trzy książki), to doprawdy nie widzę dla Dukaja nadziei. Chyba że za dziesięć lat, jak już naprawdę nie będzie się go dało dłużej ignorować.
Ale mimo wszystko laureatce gratuluję, pełen nadziei, że jej debiut jest faktycznie tak dobry jak o nim mówią, a kolejne książki dodatkowo potwierdzą, że jurorzy wiedzieli co robią.
Lód (Jacek Dukaj)
Dodane: 29 grudnia 2008, w kategorii: LiteraturaOstatnia powieść Dukaja wywołała sporo kontrowersji – bez wielkiej przesady można powiedzieć, że fani podzielili się na dwie grupy: jedni twierdzą, że to jego najlepsza powieść; drudzy, że najgorsza. Ja jednak do żadnej z tych grup się nie przyłączę – choć zdecydowanie bliżej mi do tej pierwszej. Książka jest bowiem bez wątpienia wybitna i – jak wszystkie powieści Dukaja – bardzo oryginalna.
Rzecz się dzieje w roku 1924 w świecie alternatywnym, gdzie uderzenie meteorytu tunguskiego miało dużo dalej idące skutki niż w „naszej” rzeczywistości. W miejscu uderzenia pojawiły się bowiem lodowe istoty (nazwane „lutymi”), które z czasem zamroziły Syberię i większość miast Rosji (lute z niewiadomych powodów chętniej pojawiają się w miastach, niż na pustkowiach) i wschodniej Europy. Nie na tym jednak polega oryginalność powieści – wszak światów alternatywnych mieliśmy już multum – lecz na tym, że zamrożenie dotyczy tu nie tylko przyrody, ale także historii. I nie chodzi tu tylko o to, że nie doszło do pierwszej wojny światowej i nadal mamy dziewiętnastowieczny porządek geopolityczny – lecz o to, że w świecie pod lodem ten porządek nie może ulec zmianie. Historia jest zamrożona jak najbardziej dosłownie.
Lemowa kolekcja – przewodnik (11-16)
Dodane: 23 grudnia 2008, w kategorii: Literatura11. Powrót z gwiazd

Hibernacja to jeden z ulubionych wynalazków pisarzy SF – pozwala ona bowiem łatwo przenieść bohatera z naszych czasów w jakąś mniej lub bardziej odległą przyszłość, gdzie będzie on dziwić się światu, a ówcześnie żyjący będą mu (i czytelnikom przy okazji) cierpliwie tłumaczyć, ile się od naszych czasów zmieniło. Trudno o prostszy sposób na opisanie swojej wizji przyszłości bez zmieniania powieści w esej, nic więc dziwnego, że tylu w SF hibernatusów.
Hibernatus z „Powrotu z gwiazd” nazywa się Hal Bregg i ma za sobą ponadstuletnią podróż kosmiczną. Po powrocie spodziewa się wraz z towarzyszami podróży entuzjastycznego powitania, godnego bohaterów – jednak nic podobnego nie następuje. Ich uwieńczona sukcesem wyprawa do odległej gwiazdy na nikim nie robi specjalnego wrażenia, a oni sami budzą raczej lęk niż podziw. Jak się z czasem okazuje, całe społeczeństwo zostało poddane zabiegowi zwanemu betryzacją, który to zabieg pozbawia człowieka agresywnych instynktów, przy okazji likwidując skłonność do jakiegokolwiek ryzyka – w efekcie przybysze z przeszłości, zagubieni w tym świecie i zdolni do agresji, sprawiają wrażenie groźnych jaskiniowców, którym nie wiadomo co może do głowy strzelić. Oni sami natomiast uważają społeczeństwo przyszłości za puste i bezpłodne, pogrążone w błogiej stagnacji, bezsensie istnienia i tym wszystkim, co się obecnie zarzuca cywilizacji zachodniej;-).
Lem nie był ponoć zadowolony z tej książki – i chyba słusznie, bo trudno ją uznać za wybitne dzieło. Poza zgrabnie opisanym szokiem kulturowym i ciekawą (choć nie zwalającą z nóg) wizją przyszłości jest to w sumie dość typowa powieść obyczajowa, daleka od tego, do czego Lem nas przyzwyczaił.
Ocena: 4-
Przeczytane we wrześniu
Dodane: 25 listopada 2008, w kategorii: LiteraturaWiem, końcówka listopada to trochę późno jak na pisanie o wrześniu. Takie są skutki lenistwa i wiecznego odkładania wszystkiego na jutro. No ale, jak zwykł mawiać mój dawny nauczyciel matematyki – cóż to jest wobec wieczności…
Lucyfer (Neil Gaiman)
Jak wiemy z „Sandmana” (a jak ktoś nie wie, to niech się czym prędzej bierze do jego lektury), Lucyfer opuścił Piekło i zamieszkał w Los Angeles, odcinając się od swojego wcześniejszego życia. Jednak gdy przybywa do niego anioł z misją zleconą przez Niebo, Lucyfer dostrzega w tym szansę na powrót do dawnej potęgi i podejmuje się zadania, wyznaczając oczywiście wysoką cenę. Tak się zaczyna kolejny cykl Gaimana, osadzony w tym samym świecie i utrzymany w tej samej konwencji co „Sandman”. Czy równie dobry? Dwa tomy to oczywiście za mało, by to oceniać, ale początek jest więcej niż obiecujący – podobnie jak w „Sandmanie” mamy tu efektowną żonglerkę stylami, mitologiami i archetypami, fabuła stoi na wysokim poziomie, rysownicy zmieniają się z każdą historią, ale żaden nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu… I tak dalej;-).
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się czegoś nie czepił. A konkretnie głównego bohatera. Wiem, nie sposób mu odmówić osobowości, a jego cynizm, instrumentalne traktowanie wszystkich wokół i ironiczne poczucie humoru doskonale pasuje do popkulturowego wyobrażenia Lucyfera – ale brakuje mi tu jednego szczegółu. Autor niby pamięta, że Lucyfer jest wcieleniem zła – ale po jego działaniach jakoś tego nie widać. Ba, w porównaniu z nieokrzesanymi i porywczymi aniołami nasz diabeł wydaje się całkiem sympatycznym intelektualistą, który generalnie muchy by nie skrzywdził, gdyby mu nie zalazła za skórę – choć fakt, że i z miodu by jej nie wyciągnął, gdyby tam ugrzęzła (chyba żeby uznał, że mu się to opłaci). Ot, taki sobie obojętny egoista – aż dziw, że ktoś taki mógł być władcą piekieł.
Cóż, może nie jestem obiektywny, bo od dawna czekam na komiks z bohaterem negatywnym w pełnym tego słowa znaczeniu (pozytywni już mi bokiem wychodzą), a ten tytuł nadawał się do tego idealnie i szkoda mi zmarnowanej szansy. Choć może w kolejnych tomach będzie lepiej – pożyjemy, zobaczymy. Ja w każdym razie zobaczę na pewno. Co prawda wątpię, żeby ta seria dorównała „Sandmanowi”, ale też nie jest to tylko odcinanie kuponów od sukcesu.
Ocena: 5
Lemowa kolekcja – przewodnik (6-10)
Dodane: 18 listopada 2008, w kategorii: Literatura6. Doskonała próżnia

Zbiór recenzji nieistniejących książek, zaczynający się jednak recenzją książki istniejącej, a mianowicie… „Doskonałej próżni”. Nie, to nie pomyłka – książka zaczyna się recenzją samej siebie, napisaną przez samego autora, który samego siebie cytuje, samemu sobie wytyka niedociągnięcia i z samym sobą się sprzecza. Czy trzeba tu jeszcze jakiejś rekomendacji?
Jeśli tak, dodajmy, że w przeprowadzonym kilka lat temu plebiscycie wśród czytelników na najlepszy utwór Lema w pierwszej dziesiątce znalazły się aż cztery teksty z „Doskonałej próżni”. Największą popularność uzyskała recenzja „Sexplosion” – powieści SF, w której doszło do rozpylenia na całym świecie środka niszczącego całkowicie popęd seksualny. Doprowadziło to do ogólnoświatowej zapaści gospodarczej, konieczne stało się zmuszanie ludzi do płodzenia potomstwa, a w miejsce dotychczas zajmowane przez seks wkroczyła gastronomia – jedzenie obwarowano licznymi nakazami i zakazami, rolę pornografii pełnią zdjęcia ludzi nieprzyzwoicie się obżerających, działanie układu trawiennego stało się tematem tabu i zniknęło z lekcji biologii…
Nie można również pominąć recenzji „Being Inc.” – książki opisującej firmę zajmującą się kształtowaniem ludzkich losów na zamówienie. Kto chce przeżyć przygodę, uratować komuś życie, zabłysnąć w towarzystwie – tytułowa firma mu to zaaranżuje tak doskonale, że sam nie będzie wiedział, co było efektem przypadku, a co z góry zaplanowano. Problemy się zaczynają, gdy usługi te zyskują na popularności i pojawia się konkurencja, a klienci składają zamówienia wzajemnie ze sobą sprzeczne i coraz trudniejsze w realizacji. Warto wymienić także „Gruppenführer Louis XIV” opisującą byłego esesmana, który w południowoamerykańskiej puszczy buduje dwór królewski by realizować w nim swoje urojenia – uważa się on bowiem za wcielenie Ludwika XIV i stara się wiernie (w swoim mniemaniu) odtworzyć jego czasy – a że pojęcie o tych czasach ma niewielkie, efekt jest groteskowy ponad wszelkie wyobrażenie.
Mógłbym tak wymieniać dalej („Non serviam” ze świetną dysputą filozoficzną między mieszkańcami wirtualnego świata, „Nowa kosmogonia” przedstawiająca Wszechświat jako grę…), ale jeśli ww. przykłady kogoś jeszcze nie zachęciły, to i dalsze już chyba nie pomogą.
Ocena: 5+




(WAB)
(Timof i cisi wspólnicy)
(Prószyński i S-ka)
(Wydawnictwo Literackie)
(Egmont)