Cichy Fragles

skocz do treści

Skonsumowani (Benjamin R. Barber)

Dodane: 12 listopada 2009, w kategorii: Literatura

Skonsumowani | Benjamin R. Barber (Muza)

Barber, który zasłynął kilka lat temu książką „Dżihad kontra McŚwiat”, tym razem skoncentrował się na McŚwiecie, a konkretnie na patologiach i zagrożeniach towarzyszących gospodarce rynkowej. Problemy opisane przez autora zgrabnie podsumowuje podtytuł: „Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli”.

Co do psucia dzieci, trudno się nie zgodzić – co prawda kolejne państwa zakazują reklamy do nich skierowanej, ale nie są w stanie całkowicie ich ochronić przed wszechobecnym klimatem konsumpcjonizmu i działaniami speców od marketingu, którzy robią co mogą, żeby wychowywać sobie kolejne pokolenia konsumentów. Autor szeroko opisuje, jak wyrafinowanych chwytów i przemyślanych do najmniejszego szczegółu strategii używa się do wciągania dzieci niemalże od urodzenia w świat konsumpcji i kreowania im hierarchii wartości, w której nowe zabawki czy ciuchy są najwyższym celem i sensem życia. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że dzieci są wobec ataku marketingowców praktycznie bezbronne, a efekty – cóż, efekty tłoczą się w galeriach handlowych, radośnie kupując np. kolejną komórkę, jeszcze bardziej wypasioną od poprzedniej, kupionej miesiąc temu. A ich dzieci będą jeszcze bardziej bezbronne, bo już nawet na ochronę przez rodziców nie będą mogły liczyć…

Z zepsutych dzieci wyrastają bowiem infantylni dorośli, stwierdza autor – i trudno się z nim nie zgodzić, ale część książki dotycząca infantylizmu pozostawia wiele do życzenia. Po pierwsze, definiuje on infantylizm tak szeroko, że w tej definicji zmieściłoby się pewnie 90% ludzkości, włącznie z ludźmi, którzy uroki kapitalizmu znają co najwyżej z telewizji. Wolni od oskarżenia o infantylizm byliby według Barbera chyba tylko wiktoriańscy dżentelmeni, bo objawem infantylizmu wydaje się tu być niemal wszystko, co odstaje od konserwatywnych ideałów: wolne związki, rozwody, bezdzietność, korzystanie z serwisów społecznościowych, gry komputerowe, no i oczywiście wszelkie możliwe przejawy konsumpcyjnego trybu życia.


Relacja z Targów Książki w Krakowie

Dodane: 6 listopada 2009, w kategorii: Literatura

Targi Książki w Krakowie

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że targi trwają do końca weekendu, a relację piszę już teraz, bo jeden dzień mi wystarczył na ich gruntowne zwiedzenie. Jeśli więc ktoś chciałby się wybrać, to jeszcze nic straconego.

Plusy

Rabaty – pod tym względem jest naprawdę spory postęp. Wielu wydawców dawało nawet 20-30% zniżki, a 5-10% widziałem praktycznie co krok, podczas gdy jeszcze rok temu zdecydowana większość wydawców miała normalne ceny. Czyżby efekt kryzysu? Trochę wątpię, bo podobno na rynku księgarskim go nie widać. Ale mniejsza o przyczyny, liczy się efekt. A efekt jest taki, że wyprawa na targi zaczęła się naprawdę opłacać. Najbardziej wykazał się chyba PISM, w którym rabaty przekraczały nawet 40%. Oby tak dalej!

Dodatkowo, jak co roku, można było zyskać dodatkowe bonusy za oddanie starych książek dla bibliotek – jedna książka, jeden kupon – z czego oczywiście nie omieszkałem skorzystać. Tu też jest spory postęp – kupony honoruje już kilkadziesiąt wydawnictw, a nie kilkanaście, jak w poprzednich latach.


Przeczytane w wakacje

Dodane: 22 października 2009, w kategorii: Literatura

Heh, wakacje. Udał mi się dowcip.


Fun Home (Alison Bechdel)

Fun Home | Alison Bechdel (Timof i cisi wspólnicy)

Dawno już nie było komiksu w takim stopniu dostrzeżonego przez media spoza getta. Przyczyna – jak to zwykle bywa, modny temat, czyli w tym przypadku homoseksualizm. Autobiografia lesbijki, której ojciec miał gejowskie skłonności – czy trzeba tu coś dodawać?

No cóż, dla porządku jednak dodajmy, że treść jest dużo mniej sensacyjna, niż by mogło sugerować poprzednie zdanie. Komiks traktuje głównie o relacjach autorki z jej ojcem – relacjach, jak nietrudno zgadnąć, dość skomplikowanych. Ojciec to antypatyczny dziwak, „traktujący meble jak dzieci, a dzieci jak meble”, zainteresowany głównie literaturą i upiększaniem domu w nieskończoność, a do tego tyran zadręczający rodzinę swoimi obsesjami. Gdy zatem ginie w wypadku, nikt specjalnie po nim nie płacze. Potem jednak autorka dowiaduje się od matki o jego sekretnym życiu i zaczyna patrzeć na niego z innej perspektywy, widząc w nim bratnią duszę, porównując i niemalże utożsamiając się z nim. Przypomina sobie wszystkie dobre chwile, próbuje patrzeć na minione zdarzenia jego oczami i generalnie buduje sobie jego wizerunek od nowa, by na koniec stwierdzić, że ten patologiczny ojciec był jednak dla niej największym wzorem i podporą życiową.

Streszczam to oczywiście dość stronniczo i trochę przejaskrawiam, ale tylko trochę. Podejście autorki do ojca zmienia się na przestrzeni tych dwustu stron aż nazbyt radykalnie – można odnieść wrażenie, że skoro już poczuła z nim jakąś więź, to postanowiła go wybielić i wyidealizować choćby siłą. Ale to może tylko moje wrażenie. Z innych wrażeń – plus za formę (zgrabne czarno-biało-zielone rysunki pełne szczegółów, charakterystyczny styl), minus za dłużyzny i lekki bałagan w treści (pewnie zamierzony, ale jednak bałagan). Całość niewątpliwie godna uwagi, jakoś jednak nie podzielam powszechnego zachwytu nad tym tytułem. Jest nieźle, ale do rewelacji daleko.

Ocena: 4+


Bilans księgowy

Dodane: 30 września 2009, w kategorii: Literatura, Prywata

Wystrugałem sobie ostatnio bazę przeczytanych książek. Nic wielkiego, ale zabawek nigdy za dużo [tu miałem dać uśmieszek, ale że mamy dzisiaj dzień bez emotikonek, to się powstrzymałem]. Baza, jak to baza, doskonale się nadaje do celów statystycznych, a moje ego domaga się okresowego łechtania, więc się pochwalę kilkoma ciekawszymi liczbami:

Przez dwadzieścia kilka lat odkąd nauczyłem się czytać, przeczytałem przynajmniej 695 książek napisanych przez 296 osób. Przynajmniej, bo oczywiście nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich lektur z dzieciństwa, więc w rzeczywistości było tego pewnie o kilkadziesiąt tytułów więcej.

Czołowa dziesiątka (a właściwie jedenastka) najczęściej czytanych autorów:

1. Stanisław Lem – 28
2. Robert Silverberg – 23
3. Philip K. Dick – 22
4. Terry Pratchett – 18
5. Arkadij i Borys Strugaccy – 15
6-7. Michael Crichton, Stephen King – po 13
8. Andrzej Sapkowski – 11
9-11. Mario Vargas Llosa, Zbigniew Nienacki, Kurt Vonnegut – po 9

Dalej rozkład liczby książek na autora wygląda następująco:

8 * 2
7 * 6
6 * 6
5 * 8
4 * 12
3 * 18
2 * 32
1 * 176

Jak widać, różnice „majątkowe” są potężne, aczkolwiek zasada Pareto (80/20) się tu nie stosuje – czołowe 20% autorów daje „tylko” ciut ponad 57% całości. Biorąc jednak pod uwagę, że zarówno liczba autorów jak i siła czołówki stale rośnie, prędzej czy póżniej magiczne 80% pewnie się uzbiera.

Dużo ciekawsza byłaby pewnie statystyka chronologiczna, pokazująca jak z wiekiem zmieniały się moje gusta – niestety, tu znowu pamięć zawodzi. Ale cóż – skoro baza już jest, to wystarczy tylko poczekać kilkanaście lat [tu miał być kolejny uśmieszek].


Przeczytane w czerwcu

Dodane: 24 sierpnia 2009, w kategorii: Literatura

Tęcza grawitacji (Thomas Pynchon)

Tęcza grawitacji | Thomas Pynchon (Prószyński i S-ka)

Zbliżają się do rozległej improwizacji z cegieł, wiktoriańskiej parafrazy dążeń, które niegdyś, dawno temu, zaowocowały katedrami gotyckimi, powstałej jednak już nie z potrzeby pięcia się ku niebiańskiemu Bogu poprzez porządkowanie odpowiedniech chaosów, lecz wskutek zagubienia celu, wskutek zwątpienia w rzeczywiste lokum Boga (lub, w paru wypadkach, w jego istnienie), narodzonej z okrutnej sieci chwil odczuwanych zmysłami, z której nie sposób było się wyrwać, wobec czego ukierunkowała wysiłki budowniczych nie ku niebu, lecz z powrotem na lęk, na najzwyklejszą ucieczkę dokądkolwiek, byle najdalej od tego, co kopcące kominy, ekstrementy ulicy, rudery bez okien, skórzane kłębowiska pasów napędowych, szczurze i musze królestwa-widma, płynne i cierpliwe, mówiły o szansach na miłosierdzie w tamtym roku. Zabrudzony kompleks z cegieł znany jest jako Szpital Chorób Tropikalnych i Schorzeń Układu Oddechowego pod wezwaniem Świętej Weroniki od Prawdziwego Wizerunku, a do jego etatowych lekarzy zalicza się doktor Kevin Spectro, neurolog i niedzielny pawłowista.

Uff. Jeśli kogoś podnieca perspektywa czytania takich wywodów przez sześćset stron (dużego formatu, małą czcionką), to gorąco polecam. Pynchon wprost uwielbia piętrowe metafory, wielokrotnie złożone zdania ciągnące się w nieskończoność i akapity długie przynajmniej na pół strony – ten zacytowany powyżej jest akurat jednym z krótszych i jaśniejszych. Ja niestety nie podzielam tego uwielbienia – jakoś wolę książki, z których da się cokolwiek zrozumieć bez czytania każdego zdania po trzy razy. A tu do potwornie ciężkiej formy dochodzi mocno zagmatwana treść gęsto przetykana dygresjami na wszelkie tematy, wywołującymi ogólny zamęt i mętlik w głowie. Być może jest w tym wszystkim jakiś głębszy sens, przesłanie i tak dalej, ale nie starczyło mi determinacji, żeby to odkryć. Zmęczyłem pierwszy rozdział (140 stron), na więcej nie mam siły ani ochoty.

Oceny nie wystawię, jako że nie przeczytałem całości. Może kiedyś spróbuję…


Dawno temu w grach (Bartłomiej Kluska)

Dodane: 10 sierpnia 2009, w kategorii: Literatura

Dawno temu w grach | Bartłomiej Kluska (Orka)

Pierwsze wrażenie po otwarciu koperty (bo książkę można kupić tylko wysyłkowo) jest nienajlepsze: cienka książeczka na takim sobie papierze nie zachwyca wyglądem. No ale nie ocenia się książki po okładce, a zawartość przezentuje się na szczęście dużo lepiej. Trudno, żeby było inaczej, skoro autor to zasłużony weteran i długoletni publicysta CDA, znany z artykułów o historii gier.

A historia ta jest dużo dłuższa, niż by się mogło wydawać, bo sięga roku… 1952. W tych to prehistorycznych czasach, kiedy na Kremlu siedział Stalin, a w Polsce socrealiści opiewali cud techniki zwany traktorem, pewien amerykański naukowiec stworzył w ramach doktoratu program do gry w kółko i krzyżyk – działający na komputerze wielkości kilku szaf, z wyświetlaczem o niewiarygodnej rozdzielczości 35×16 pikseli. No ale w tamtych czasach wyświetlacz sam w sobie był luksusem, bo większość komputerów mogła tylko drukować wyniki na papierze. Nic więc dziwnego, że kolejna gra, napisana sześć lat później, jako ekranu używała oscyloskopu, a urządzenia do sterowania nią autor musiał sam skonstruować. Cóż, los pionierów zawsze był ciężki, a ich wysiłek niedoceniony.

Później oczywiście było tylko lepiej. Rozwój technologii pozwolił z czasem tworzyć gry z prawdziwego zdarzenia, a potem i zarabiać na nich pieniądze – ale to dopiero dwadzieścia lat po wspomnianej pracy doktorskiej. Polska była wtedy, jak wiadomo, sto lat za Afroamerykanami, więc na pierwszą „prawdziwą” grę made in Poland musieliśmy czekać aż do roku 1986, kiedy powstała „Puszka Pandory” – prosta przygodówka w trybie tekstowym. Co ciekawe, jej autorem był Borek – legendarny (baczność!) naczelny (spocznij!) równie legendarnego Top Secretu. Czasy nadal były pionierskie – recenzja w Bajtku pojawiła się dopiero trzy lata później i była to prawdopodobnie jedyna recenzja w ogóle. Dziś, gdy Polacy tworzą hity pokroju „Wiedźmina” czy „Call of Juarez”, a czasopism i stron o grach mamy legion, brzmi to jak bajka o żelaznym wilku.


Y: Ostatni z mężczyzn

Dodane: 5 sierpnia 2009, w kategorii: Literatura

Y: Ostatni z mężczyzn | Vaughan, Guerra (Manzoku)

Od upadku „Thorgala” tudzież zakończenia „Kaznodziei” i „Sandmana” mocno mi brakuje dobrej serii komiksowej. One-shotów na wysokim poziomie wychodzi całkiem sporo, ale z seriami gorzej – poza „Lucyferem” nie ma prawie niczego godnego uwagi. Gdy zatem pojawił się „Y”, bardzo dobrze oceniany i nagrodzony Nagrodą Eisnera za scenariusz, dużo sobie po nim obiecywałem.

Zaczyna się, zgodnie z zasadą Hitchcocka, od trzęsienia ziemi, i to nie byle jakiego. Oto pewnego pięknego dnia, bez żadnej widocznej przyczyny, jednocześnie na całym świecie, w ciągu kilku chwil umierają wszyscy mężczyźni. No, prawie wszyscy. Jedynym ocalałym jest niejaki Yoryk Brown – młody bezrobotny z Nowego Jorku. Los mężczyzn podzielają zresztą samce wszystkich gatunków – z wyjątkiem jednego małpiszona wabiącego się Ampersand i należącego (cóż za przypadek) do Yoryka. Niezły początek, a autorzy przedstawili kataklizm naprawdę świetnie – bez fajerwerków, bez taniego efekciarstwa, umiejętnie budując napięcie odliczaniem do „godziny zero”, której nikt z bohaterów się nie spodziewa.

Cóż zatem począć z tak pięknie rozpoczętym komiksem? No właśnie, tu się zaczyna problem. Yoryk dociera do Waszyngtonu, spotyka się z nową panią prezydent i w prawdziwym świecie na tym by się skończyło – rząd zamknął by go w bazie wojskowej otoczonej kordonem czołgów, zaprzągł do jakże przyjemnego odtwarzania gatunku, ludzkość (przynajmniej w USA) byłaby uratowana i mielibyśmy happy end… ciut za połową pierwszego tomu. Trochę za szybko, więc zamiast tego mamy ulubioną zagrywkę amerykańskich scenarzystów, czyli pozbawienie bohaterów zdrowego rozsądku. Pani prezydent wysyła Yoryka do Bostonu celem odnalezienia wybitnej genetyczki, która ma ustalić, dlaczego akurat jemu udało się przeżyć. Samo w sobie niezbyt to mądre, ale nie dość na tym – wysyła go tam pieszo, w towarzystwie raptem jednej agentki, pomimo że świat po katastrofie jest pełen niebezpieczeństw, a największe z nich to amazonki – kobiety, które uznały śmierć mężczyzn za swoje wyzwolenie, a gdy dowiadują się o jednym ocalałym, oczywiście stawiają sobie za cel jego likwidację…


Przeczytane – kwiecień/maj

Dodane: 27 lipca 2009, w kategorii: Literatura

Odczarowanie. Religia jako zjawisko naturalne (Daniel C. Dennett)

Odczarowanie. religia jako zjawisko naturalne | Daniel C. Dennett (PIW)

Najwyższy czas, byśmy poddali religię jako zjawisko globalne tak intensywnym badaniom interdyscyplinarnym, na jakie nas stać, namawiając do tego najtęższe umysły na naszej planecie. Dlaczego? Dlatego że religia jest dla nas zbyt ważna, byśmy mogli pozostać ignorantami w tej sprawie.
Jeśli jest ona zasadniczo dobroczynna, jak utrzymuje wielu jej zwolenników, to wyjdzie to na jaw; podejrzenia zostaną uchylone, po czym będziemy mogli skoncentrować się na marginalnych patologiach, których religia, jak każde zjawisko naturalne, pada ofiarą. Jeśli nie jest, to im szybciej zidentyfikujemy problemy, których przysparza, tym lepiej.

Wiem, przepisywanie z tylnej okładki wygląda jak pójście na łatwiznę. Tak się jednak przypadkiem składa, że powyższy cytat pokazuje jak w soczewce nie tylko przesłanie, motywy i styl argumentacji autora, ale też zalety i wady książki.

Dennett postuluje, by nauka uważniej przyglądała się religii i traktowała ją bez żadnej taryfy ulgowej. Żeby ten postulat wzmocnić, sam analizuje religię „na zimno”, z punktu widzenia ewolucjonizmu, szukając jej źródeł w ludzkiej naturze i tłumacząc naukowo jej charakterystyczne cechy i związane z nią zjawiska. Religia w jego interpretacji to po prostu szczególnie rozbudowany mem, który mógł powstać dzięki sprzyjającej kombinacji cech ludzkiego mózgu, a swoje powodzenie zawdzięcza sprawnemu wykorzystywaniu swoich „nosicieli” do rozprzestrzeniania i umacniania samego siebie (skojarzenia z „Samolubnym genem” jak najbardziej wskazane). Trzeba przyznać, że autor przedstawia ten punkt widzenia interesująco, a z jego rozumowaniem zwykle trudno się nie zgodzić – jednak do ideału sporo tej książce brakuje.

Przede wszystkim drażni łopatologia i wodolejstwo – nawet najbardziej oczywiste oczywistości bywają bardzo rozwlekle uzasadniane, a z poglądów zupełnie niewinnych autor czasem tak się tłumaczy, jakby jakieś straszne herezje wygłaszał. Dość powiedzieć, że sama tylko odpowiedź na pytanie, czy nauka może (i czy powinna) badać religię, zajmuje bite trzydzieści stron. Książka dużo na tym traci, choć objętościowo niewątpliwie zyskuje. Generalnie mamy tu przerost formy nad treścią, wynikający niestety nie tylko z rozbuchania formy, ale i nienajlepszej treści, zawierającej mimo wszystko niewiele odkrywczych stwierdzeń, a sporo banałów. Przyczepić się muszę także do braku obiektywizmu, bo „zimna” analiza jest zdecydowanie zbyt często przetykana poglądami autora. Nie jest wprawdzie zbyt wyraźna agitacja, ale wyczytanie między wierszami, co autor sądzi o religii, nie stanowi żadnej trudności. Dla naukowca to duży minus.

Ostatnia kwestia, widoczna również w przytoczonym na początku cytacie, to trochę naiwne podejście autora do omawianych kwestii. Trudno uwierzyć, żeby tak złożone zjawisko jak religia dało się obiektywnie i jednoznacznie ocenić jako pozytywne lub negatywne. A jeszcze trudniej uwierzyć, że wyznawcy (nie mówiąc o kapłanach) jakiejkolwiek religii przyjęliby jej krytykę z ust naukowców i przeprowadzili jej reformę celem zlikwidowania wskazanych patologii. Nie mówiąc już o przypadku, gdyby naukowcy ocenili religię całkowicie negatywnie. O ile z postulatem badania zjawiska religii trudno się nie zgodzić, o tyle oczekiwania autora co do efektów tych badań wydają się całkowitą utopią.

Ocena: 4-


Przeczytane w marcu

Dodane: 25 czerwca 2009, w kategorii: Literatura

Zaraz, chyba miało być „w maju”. A nie, faktycznie w marcu. Cholera, jak ten czas leci.

Wysoki Zamek (Stanisław Lem)

Wysoki Zamek | Stanisław Lem (Agora)

[tom 14 Lemowej Kolekcji]

Autobiografia… A właściwie krótki (120 stron) wstęp do autobiografii – książka obejmuje bowiem tylko dzieciństwo i młodość autora, kończąc się na „pierwszym legalnym papierosie” po maturze. Matura ta miała miejsce w czerwcu 1939, ale o zbliżającej się wówczas wojnie nie ma tu prawie ani słowa. Pojawiają się wprawdzie wzmianki, że tego i owego zabili później Niemcy, mamy opis lekcji przysposobienia wojskowego (i smutną konstatację, że na nic się one zdały, jako anachroniczne), ale sam złowrogi termin „druga wojna światowa” chyba ani razu się w książce nie pojawia – w ostateczności zastępowany jest eufemizmami. Lem odsuwa ten temat jak może, prowokacyjnie wręcz urywając wspomnienia na wspomnianej maturze i tylko niedomówieniami sugerując późniejsze wydarzenia.

Przyczyny takiego podejścia widzę dwie. Pierwsza, to niechęć do wspominania wojennego koszmaru – tym bardziej, że zakończył się on opuszczeniem Lwowa na zawsze, a potem jego utratą przez Polskę, nad czym Lem ubolewał do końca życia. Druga przyczyna, to zapewne próba przedstawienia ówczesnego Lwowa w jak najjaśniejszym świetle, bez cienia nadchodzącej katastrofy. Próba dość udana, choć oczywiście nie sposób udawać, że wojna nie miała miejsca.

I was a monster – stwierdza Lem, wspominając swoje dzieciństwo. Zaiste, wzorem do naśladowania mały Staś nie był – notorycznie wtykał nos gdzie nie należało, z sadystyczną radością psuł wszystkie zabawki, a raz nawet nasikał do pozytywki (mgr Zyzak miałby o czym pisać, ale mam nadzieję, że nie przyjdzie mu to do głowy). Z drugiej jednak strony pasjami czytał mądre książki, konstruował rozmaite mechanizmy i generalnie zdolny był i pracowity, więc chyba aż tak tragicznie nie było…

…ale rewelacyjnie też nie jest. Owszem, trzeba docenić malownicze opisy przedwojennego Lwowa i rodzinnego domu autora, jak również jego dziecięcych przygód i pasji (szczególnie zamiłowanie do tworzenia fikcyjnych odznaczeń, zezwoleń, formularzy i całego „biurokratycznego imperium”), całość jednak jakoś mnie nie zachwyciła. Co tu dużo mówić, dość zwyczajne dzieciństwo w zwyczajnym mieście – choćby nie wiem jak pięknymi frazami je opisać, arcydzieło trudno z tego stworzyć.

Ocena: 4


Przeczytane w lutym

Dodane: 29 kwietnia 2009, w kategorii: Literatura

Trzy paradoksy (Paul Hornschemeier)

Trzy paradoksy | Paul Hornschemeier (Kultura Gniewu)

Jeden z najdziwniejszych komiksów, jakie w życiu czytałem. A właściwie nie jeden, tylko pięć – bo tyle historii (każda rysowana innym stylem) się tu ze sobą przeplata. Główny wątek to urywek z życia twórcy komiksów imieniem Paul (bez wątpienia alter ego autora), który przyjechał w odwiedziny do rodziców, ale zamiast odpocząć, cały czas myśli nad fabułą swojego komiksu o chłopcu spotykającym potwora (druga historia, z wieloma alternatywnymi zakończeniami co chwila wymyślanymi przez autora) lub wspomina traumatyczną przygodę z dzieciństwa (trzecia historia). Podczas wizyty w sklepie spotyka sprzedawcę z blizną na szyi – o jej pochodzeniu dowiadujemy się z czwartej historii, a piąta, wtrącona w rozmowę Paula z ojcem opowiada o Zenonie z Elei, który wykłada ateńskim filozofom swoje słynne paradoksy i spotyka się z ostrą reakcją młodego Sokratesa.

Szczerze mówiąc, interpretacja tego wszystkiego jakoś mi nie idzie. Owszem, pole do popisu dla interpretatora jest tu spore, ale z której strony bym nie podchodził, zaraz mam wrażenie, że interpretuję raczej swoje wyobrażenia, co też autor mógł mieć na myśli, niż sam komiks. Przeczytałem kilka recenzji – i każdy rozumie wszystko po swojemu, a punktów stycznych praktycznie nie widać. Cóż, albo prawdziwe przesłanie jest za dobrze ukryte, albo może po prostu go nie ma, a całość jest tylko kpiną z krytyków doszukujących się na siłę drugiego dna;-).

Pomijając jednak te problemy, czyta się to nieźle – autor bardzo zręcznie miesza poszczególne historie (także na poziomie rysunków), stosuje ciekawe zabiegi formalne (jak choćby „dymki” nie mieszczące się w kadrze lub przez coś zasłonięte, gdy bohater zamyśla się i nie słucha rozmówcy) i wykazuje się godną uznania dbałością o szczegóły (widać na przykład, że układ mebli i przedmiotów w pokoju jest cały czas zachowany, włącznie z ledwo widocznym rysunkiem na kalendarzu). A w szczegółach tkwi może nie diabeł, ale parę ciekawych smaczków – przykładowo gdy chłopczyk z komiksu Paula (też zresztą imieniem Paul – ani chybi kolejne alter ego) lamentuje na widok potwora, że „wybrał złą drogę”, uważny czytelnik zauważy, że obie odnogi rozwidlenia prowadzą… w to samo miejsce. Z kolei jeśli się przyjrzeć tabliczce na drzwiach do biura ojca Paula, to wyczytamy na niej nazwisko „Hornschemeier” – przez co podejrzenie o autobiograficzny charakter opowieści zmienia się w pewność.

Na szczególną pochwałę zasługuje wreszcie historia o Zenonie i Ateńczykach, w której humorystyczna forma rodem z komiksów dla dzieci tworzy efektowny kontrast z poważną i mocno zastanawiającą treścią. Za tę historię zdecydowanie należy się duży plus. Reszta niestety takiego poziomu nie trzyma, a całość jest mimo wszystko zbyt chaotyczna i niejasna – co wprawdzie wydaje się być celowym zabiegiem, ale trochę za daleko posuniętym. Doceniam odwagę formalną autora, ale nad treścią należałoby jeszcze trochę popracować.

Ocena: 4+


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »