Cichy Fragles

skocz do treści

Przeczytane jesienią

Dodane: 28 grudnia 2009, w kategorii: Literatura

Kościół, lewica, dialog (Adam Michnik)

Kościół, lewica, dialog | Adam Michnik (Agora)

Pierwsza książka Michnika, napisana w 1976, cieszy się też opinią najlepszej. I trudno się temu dziwić – książka natychmiast po pierwszym wydaniu wywołała burzę, a z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że było to dzieło bez mała wizjonerskie.

Burza wzięła się z tego, że książka była w najwyższym stopniu niepoprawna politycznie – i to nie w potocznym tego słowa znaczeniu (gdzie „niepoprawni” jesteśmy z definicji my, a „poprawni” nasi przeciwnicy, bo „polityczna poprawność” to nic więcej niż pusta obelga), tylko niepoprawna naprawdę. Nie dlatego, że antykomunistyczna (tu autor niewiele mógł sobie zaszkodzić, w 1976 miał już za sobą jedną odsiadkę), tylko dlatego, że atakująca bezpardonowo środowisko lewicy laickiej – z którego Michnik się wywodził i którego był prominentnym reprezentantem – a w dodatku biorąca w obronę drugiego po komunie wroga, czyli Kościół. Ciężko było bardziej się narazić swoim towarzyszom.

Tym bardziej, że Michnik uderzył bardzo celnie, wypominając lewicowcom (a i samego siebie przy tym nie oszczędzając), że domagając się demokratyzacji systemu, zarazem tolerowali (czy nawet popierali) prześladowanie Kościoła i łamanie jego podstawowych praw, nazywając to fałszywie ograniczaniem przywilejów i dążeniem do neutralności światopoglądowej państwa. Tymczasem w warunkach totalitarnego reżimu zagrożeniem dla wolności wyznania dawno już przestał być Kościół, a stała się nim komunistyczna władza, zwalczająca Kościół nie ze strachu przed państwem wyznaniowym, lecz z potrzeby zapewnienia sobie monopolu na prawdę. Atakowania Kościoła nie można już więc uznać za walkę o wolność, tylko wręcz przeciwnie – za wspieranie reżimu w jego antywolnościowych zapędach.

A tu lewica ma wiele na sumieniu, pisze Michnik, obszernie cytując obelżywe ataki komunistów na Kościół, listy biskupów domagających się uczciwego dialogu oraz wypowiedzi lewicowców, w dobrej lub częściej złej wierze stających w tym sporze po stronie rządu i z rzadka tylko dostrzegających racje drugiej strony. Tymczasem racja w większości przypadków stała zdecydowanie po stronie Kościoła.

W większości, ale nie zawsze. Przy całym poczuciu winy wobec Kościoła, jakie bije z tej książki, nie pomija ona i jego grzechów, począwszy od agresywnej walki o kolejne przywileje w czasach Drugiej RP (skąd my to znamy?) przez wspieranie skrajnej prawicy i głoszenie nietolerancji, kończąc na pielęgnowaniu urazów sprzed wojny i głoszeniu kuriozalnych czasem postulatów – jak choćby domaganie się zniesienia ślubów cywilnych czy wzywanie wiernych do bojkotowania szkół nie prowadzących lekcji religii. Michnik nie kryje też, że w przypadku ewentualnego upadku komunizmu obawia się powrotu „Kościoła konstantyńskiego”, czyli w symbiozie z władzą świecką narzucającego swoje porządki państwu – i jak dziś już wiemy, nie były te obawy bezpodstawne. Nic zatem dziwnego, że i Kościół nie przyjął tej książki z entuzjazmem.

A powinien był, bo zasadnicze przesłanie książki brzmi: lewica i Kościół są w walce z totalitaryzmem po tej samej stronie barykady i do czasu odzyskania wolności obie strony powinny odłożyć swoje spory na bok, a skoncentrować się na wspólnych celach i wartościach. Jak wiadomo, historia przyznała Michnikowi całkowitą rację, a z datą wydania książki trafił on idealnie – dwa lata później Karol Wojtyła został papieżem i tytułowa lewica chcąc nie chcąc zaczęła z tytułowym Kościołem nawiązywać tytułowy dialog, czego jednym z efektów stał się w końcu upadek komunizmu. Tym samym książka stała się w dużej mierze nieaktualna, ale nie przestała być mądra i godna polecenia. Szczególnie tym, którzy uważają, że Michnik to wróg Kościoła, komuch i mason;-).

Ocena: 5-


Krótka historia prawie wszystkiego (Bill Bryson)

Dodane: 13 grudnia 2009, w kategorii: Literatura, Nauka

Krótka historia prawie wszystkiego | Bill Bryson (Zysk i s-ka)

Witaj. Gratulacje. Jestem zachwycony, że ci się udało. Wiem, że to nie było łatwe. Podejrzewam, że było trudniejsze, niż sądziłeś.

Przede wszystkim, abyś był tu i teraz, biliony błądzących atomów musiały w niezwykle wyszukany i wymagający niewiarygodnej koordynacji sposób połączyć się i stworzyć ciebie. Jest to tak szczególny i niepowtarzalny układ, że nigdy wsześniej nie był testowany i będzie istniał tylko ten jeden raz. Przez wiele kolejnych lat (miejmy nadzieję) te maleńkie cząstki będą bez szemrania i w pełnej zgodzie wykonywać miliardy czynności, niezbędnych do utrzymania cię w jednym kawałku, pozwalając ci doświadczać tego niezwykle przyjemnego, aczkolwiek nie zawsze docenianego stanu zwanego istnieniem.

(…)

Nie dość, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności od początku trafiłeś na faworyzowaną linię ewolucyjną, to jeszcze miałeś niezwykle – można śmiało powiedzieć, że graniczącą z cudem – szczęśliwą rękę w doborze przodków. Weź pod uwagę to, że przez 3,8 miliarda lat, dłużej niż istnieją ziemskie góry, rzeki i morza, każdy z twoich przodków był dostatecznie atrakcyjny, aby znaleźć zdrowego, zdolnego do reprodukcji partnera lub partnerkę, po czym oboje mieli jeszcze wystarczająco dużo czasu i wystarczająco sprzyjające okoliczności, aby rzeczywiście dokonać reprodukcji.

(…)

Ta książka jest o tym, jak do tego doszło – w szczególności, jak od bycia niczym nigdzie przeszliśmy do bycia czymś, a następnie, jak trochę tego czegoś przekształciło się w nas, a także o tym, co się działo równocześnie oraz później. To oczywiście dość ambitny plan i dlatego książka nosi tytuł „Krótka historia prawie wszystkiego”, mimo że w rzeczywistości nią nie jest. Nie może nią być. Lecz przy odrobinie szczęścia może przynajmniej zrobić takie wrażenie, zanim dojdziemy do końca.

Ten przydługi cytat ze wstępu mógłby w zasadzie zastąpić recenzję – mamy tu nie tylko wyborną próbkę gawędziarsko-poetyckiego stylu autora, ale i ładne podsumowanie zawartości książki, zachęcające do lektury chyba lepiej niż ja byłbym w stanie to zrobić. Mogłbym więc w zasadzie zacytować dłuższy fragment i na tym poprzestać, ale nie zamierzam iść na łatwiznę.

Na łatwiznę bowiem z pewnością nie poszedł sam Bryson, przyznający się bez bicia, że naukowiec z niego żaden, a jeszcze na kilka miesięcy przed rozpoczęciem prac nad swoim dziełem nie wiedział o budowie Wszechświata prawie nic i „nie odróżniał kwarków od kwazarów”. W istocie pisał więc książkę, sam się przy tym ucząc wszystkiego, o czym w niej opowiada. Mocno ryzykowne przedsięwzięcie, prawda?


Skonsumowani (Benjamin R. Barber)

Dodane: 12 listopada 2009, w kategorii: Literatura

Skonsumowani | Benjamin R. Barber (Muza)

Barber, który zasłynął kilka lat temu książką „Dżihad kontra McŚwiat”, tym razem skoncentrował się na McŚwiecie, a konkretnie na patologiach i zagrożeniach towarzyszących gospodarce rynkowej. Problemy opisane przez autora zgrabnie podsumowuje podtytuł: „Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli”.

Co do psucia dzieci, trudno się nie zgodzić – co prawda kolejne państwa zakazują reklamy do nich skierowanej, ale nie są w stanie całkowicie ich ochronić przed wszechobecnym klimatem konsumpcjonizmu i działaniami speców od marketingu, którzy robią co mogą, żeby wychowywać sobie kolejne pokolenia konsumentów. Autor szeroko opisuje, jak wyrafinowanych chwytów i przemyślanych do najmniejszego szczegółu strategii używa się do wciągania dzieci niemalże od urodzenia w świat konsumpcji i kreowania im hierarchii wartości, w której nowe zabawki czy ciuchy są najwyższym celem i sensem życia. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że dzieci są wobec ataku marketingowców praktycznie bezbronne, a efekty – cóż, efekty tłoczą się w galeriach handlowych, radośnie kupując np. kolejną komórkę, jeszcze bardziej wypasioną od poprzedniej, kupionej miesiąc temu. A ich dzieci będą jeszcze bardziej bezbronne, bo już nawet na ochronę przez rodziców nie będą mogły liczyć…

Z zepsutych dzieci wyrastają bowiem infantylni dorośli, stwierdza autor – i trudno się z nim nie zgodzić, ale część książki dotycząca infantylizmu pozostawia wiele do życzenia. Po pierwsze, definiuje on infantylizm tak szeroko, że w tej definicji zmieściłoby się pewnie 90% ludzkości, włącznie z ludźmi, którzy uroki kapitalizmu znają co najwyżej z telewizji. Wolni od oskarżenia o infantylizm byliby według Barbera chyba tylko wiktoriańscy dżentelmeni, bo objawem infantylizmu wydaje się tu być niemal wszystko, co odstaje od konserwatywnych ideałów: wolne związki, rozwody, bezdzietność, korzystanie z serwisów społecznościowych, gry komputerowe, no i oczywiście wszelkie możliwe przejawy konsumpcyjnego trybu życia.


Relacja z Targów Książki w Krakowie

Dodane: 6 listopada 2009, w kategorii: Literatura

Targi Książki w Krakowie

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że targi trwają do końca weekendu, a relację piszę już teraz, bo jeden dzień mi wystarczył na ich gruntowne zwiedzenie. Jeśli więc ktoś chciałby się wybrać, to jeszcze nic straconego.

Plusy

Rabaty – pod tym względem jest naprawdę spory postęp. Wielu wydawców dawało nawet 20-30% zniżki, a 5-10% widziałem praktycznie co krok, podczas gdy jeszcze rok temu zdecydowana większość wydawców miała normalne ceny. Czyżby efekt kryzysu? Trochę wątpię, bo podobno na rynku księgarskim go nie widać. Ale mniejsza o przyczyny, liczy się efekt. A efekt jest taki, że wyprawa na targi zaczęła się naprawdę opłacać. Najbardziej wykazał się chyba PISM, w którym rabaty przekraczały nawet 40%. Oby tak dalej!

Dodatkowo, jak co roku, można było zyskać dodatkowe bonusy za oddanie starych książek dla bibliotek – jedna książka, jeden kupon – z czego oczywiście nie omieszkałem skorzystać. Tu też jest spory postęp – kupony honoruje już kilkadziesiąt wydawnictw, a nie kilkanaście, jak w poprzednich latach.


Przeczytane w wakacje

Dodane: 22 października 2009, w kategorii: Literatura

Heh, wakacje. Udał mi się dowcip.


Fun Home (Alison Bechdel)

Fun Home | Alison Bechdel (Timof i cisi wspólnicy)

Dawno już nie było komiksu w takim stopniu dostrzeżonego przez media spoza getta. Przyczyna – jak to zwykle bywa, modny temat, czyli w tym przypadku homoseksualizm. Autobiografia lesbijki, której ojciec miał gejowskie skłonności – czy trzeba tu coś dodawać?

No cóż, dla porządku jednak dodajmy, że treść jest dużo mniej sensacyjna, niż by mogło sugerować poprzednie zdanie. Komiks traktuje głównie o relacjach autorki z jej ojcem – relacjach, jak nietrudno zgadnąć, dość skomplikowanych. Ojciec to antypatyczny dziwak, „traktujący meble jak dzieci, a dzieci jak meble”, zainteresowany głównie literaturą i upiększaniem domu w nieskończoność, a do tego tyran zadręczający rodzinę swoimi obsesjami. Gdy zatem ginie w wypadku, nikt specjalnie po nim nie płacze. Potem jednak autorka dowiaduje się od matki o jego sekretnym życiu i zaczyna patrzeć na niego z innej perspektywy, widząc w nim bratnią duszę, porównując i niemalże utożsamiając się z nim. Przypomina sobie wszystkie dobre chwile, próbuje patrzeć na minione zdarzenia jego oczami i generalnie buduje sobie jego wizerunek od nowa, by na koniec stwierdzić, że ten patologiczny ojciec był jednak dla niej największym wzorem i podporą życiową.

Streszczam to oczywiście dość stronniczo i trochę przejaskrawiam, ale tylko trochę. Podejście autorki do ojca zmienia się na przestrzeni tych dwustu stron aż nazbyt radykalnie – można odnieść wrażenie, że skoro już poczuła z nim jakąś więź, to postanowiła go wybielić i wyidealizować choćby siłą. Ale to może tylko moje wrażenie. Z innych wrażeń – plus za formę (zgrabne czarno-biało-zielone rysunki pełne szczegółów, charakterystyczny styl), minus za dłużyzny i lekki bałagan w treści (pewnie zamierzony, ale jednak bałagan). Całość niewątpliwie godna uwagi, jakoś jednak nie podzielam powszechnego zachwytu nad tym tytułem. Jest nieźle, ale do rewelacji daleko.

Ocena: 4+


Bilans księgowy

Dodane: 30 września 2009, w kategorii: Literatura, Prywata

Wystrugałem sobie ostatnio bazę przeczytanych książek. Nic wielkiego, ale zabawek nigdy za dużo [tu miałem dać uśmieszek, ale że mamy dzisiaj dzień bez emotikonek, to się powstrzymałem]. Baza, jak to baza, doskonale się nadaje do celów statystycznych, a moje ego domaga się okresowego łechtania, więc się pochwalę kilkoma ciekawszymi liczbami:

Przez dwadzieścia kilka lat odkąd nauczyłem się czytać, przeczytałem przynajmniej 695 książek napisanych przez 296 osób. Przynajmniej, bo oczywiście nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich lektur z dzieciństwa, więc w rzeczywistości było tego pewnie o kilkadziesiąt tytułów więcej.

Czołowa dziesiątka (a właściwie jedenastka) najczęściej czytanych autorów:

1. Stanisław Lem – 28
2. Robert Silverberg – 23
3. Philip K. Dick – 22
4. Terry Pratchett – 18
5. Arkadij i Borys Strugaccy – 15
6-7. Michael Crichton, Stephen King – po 13
8. Andrzej Sapkowski – 11
9-11. Mario Vargas Llosa, Zbigniew Nienacki, Kurt Vonnegut – po 9

Dalej rozkład liczby książek na autora wygląda następująco:

8 * 2
7 * 6
6 * 6
5 * 8
4 * 12
3 * 18
2 * 32
1 * 176

Jak widać, różnice „majątkowe” są potężne, aczkolwiek zasada Pareto (80/20) się tu nie stosuje – czołowe 20% autorów daje „tylko” ciut ponad 57% całości. Biorąc jednak pod uwagę, że zarówno liczba autorów jak i siła czołówki stale rośnie, prędzej czy póżniej magiczne 80% pewnie się uzbiera.

Dużo ciekawsza byłaby pewnie statystyka chronologiczna, pokazująca jak z wiekiem zmieniały się moje gusta – niestety, tu znowu pamięć zawodzi. Ale cóż – skoro baza już jest, to wystarczy tylko poczekać kilkanaście lat [tu miał być kolejny uśmieszek].


Przeczytane w czerwcu

Dodane: 24 sierpnia 2009, w kategorii: Literatura

Tęcza grawitacji (Thomas Pynchon)

Tęcza grawitacji | Thomas Pynchon (Prószyński i S-ka)

Zbliżają się do rozległej improwizacji z cegieł, wiktoriańskiej parafrazy dążeń, które niegdyś, dawno temu, zaowocowały katedrami gotyckimi, powstałej jednak już nie z potrzeby pięcia się ku niebiańskiemu Bogu poprzez porządkowanie odpowiedniech chaosów, lecz wskutek zagubienia celu, wskutek zwątpienia w rzeczywiste lokum Boga (lub, w paru wypadkach, w jego istnienie), narodzonej z okrutnej sieci chwil odczuwanych zmysłami, z której nie sposób było się wyrwać, wobec czego ukierunkowała wysiłki budowniczych nie ku niebu, lecz z powrotem na lęk, na najzwyklejszą ucieczkę dokądkolwiek, byle najdalej od tego, co kopcące kominy, ekstrementy ulicy, rudery bez okien, skórzane kłębowiska pasów napędowych, szczurze i musze królestwa-widma, płynne i cierpliwe, mówiły o szansach na miłosierdzie w tamtym roku. Zabrudzony kompleks z cegieł znany jest jako Szpital Chorób Tropikalnych i Schorzeń Układu Oddechowego pod wezwaniem Świętej Weroniki od Prawdziwego Wizerunku, a do jego etatowych lekarzy zalicza się doktor Kevin Spectro, neurolog i niedzielny pawłowista.

Uff. Jeśli kogoś podnieca perspektywa czytania takich wywodów przez sześćset stron (dużego formatu, małą czcionką), to gorąco polecam. Pynchon wprost uwielbia piętrowe metafory, wielokrotnie złożone zdania ciągnące się w nieskończoność i akapity długie przynajmniej na pół strony – ten zacytowany powyżej jest akurat jednym z krótszych i jaśniejszych. Ja niestety nie podzielam tego uwielbienia – jakoś wolę książki, z których da się cokolwiek zrozumieć bez czytania każdego zdania po trzy razy. A tu do potwornie ciężkiej formy dochodzi mocno zagmatwana treść gęsto przetykana dygresjami na wszelkie tematy, wywołującymi ogólny zamęt i mętlik w głowie. Być może jest w tym wszystkim jakiś głębszy sens, przesłanie i tak dalej, ale nie starczyło mi determinacji, żeby to odkryć. Zmęczyłem pierwszy rozdział (140 stron), na więcej nie mam siły ani ochoty.

Oceny nie wystawię, jako że nie przeczytałem całości. Może kiedyś spróbuję…


Dawno temu w grach (Bartłomiej Kluska)

Dodane: 10 sierpnia 2009, w kategorii: Literatura

Dawno temu w grach | Bartłomiej Kluska (Orka)

Pierwsze wrażenie po otwarciu koperty (bo książkę można kupić tylko wysyłkowo) jest nienajlepsze: cienka książeczka na takim sobie papierze nie zachwyca wyglądem. No ale nie ocenia się książki po okładce, a zawartość przezentuje się na szczęście dużo lepiej. Trudno, żeby było inaczej, skoro autor to zasłużony weteran i długoletni publicysta CDA, znany z artykułów o historii gier.

A historia ta jest dużo dłuższa, niż by się mogło wydawać, bo sięga roku… 1952. W tych to prehistorycznych czasach, kiedy na Kremlu siedział Stalin, a w Polsce socrealiści opiewali cud techniki zwany traktorem, pewien amerykański naukowiec stworzył w ramach doktoratu program do gry w kółko i krzyżyk – działający na komputerze wielkości kilku szaf, z wyświetlaczem o niewiarygodnej rozdzielczości 35×16 pikseli. No ale w tamtych czasach wyświetlacz sam w sobie był luksusem, bo większość komputerów mogła tylko drukować wyniki na papierze. Nic więc dziwnego, że kolejna gra, napisana sześć lat później, jako ekranu używała oscyloskopu, a urządzenia do sterowania nią autor musiał sam skonstruować. Cóż, los pionierów zawsze był ciężki, a ich wysiłek niedoceniony.

Później oczywiście było tylko lepiej. Rozwój technologii pozwolił z czasem tworzyć gry z prawdziwego zdarzenia, a potem i zarabiać na nich pieniądze – ale to dopiero dwadzieścia lat po wspomnianej pracy doktorskiej. Polska była wtedy, jak wiadomo, sto lat za Afroamerykanami, więc na pierwszą „prawdziwą” grę made in Poland musieliśmy czekać aż do roku 1986, kiedy powstała „Puszka Pandory” – prosta przygodówka w trybie tekstowym. Co ciekawe, jej autorem był Borek – legendarny (baczność!) naczelny (spocznij!) równie legendarnego Top Secretu. Czasy nadal były pionierskie – recenzja w Bajtku pojawiła się dopiero trzy lata później i była to prawdopodobnie jedyna recenzja w ogóle. Dziś, gdy Polacy tworzą hity pokroju „Wiedźmina” czy „Call of Juarez”, a czasopism i stron o grach mamy legion, brzmi to jak bajka o żelaznym wilku.


Y: Ostatni z mężczyzn

Dodane: 5 sierpnia 2009, w kategorii: Literatura

Y: Ostatni z mężczyzn | Vaughan, Guerra (Manzoku)

Od upadku „Thorgala” tudzież zakończenia „Kaznodziei” i „Sandmana” mocno mi brakuje dobrej serii komiksowej. One-shotów na wysokim poziomie wychodzi całkiem sporo, ale z seriami gorzej – poza „Lucyferem” nie ma prawie niczego godnego uwagi. Gdy zatem pojawił się „Y”, bardzo dobrze oceniany i nagrodzony Nagrodą Eisnera za scenariusz, dużo sobie po nim obiecywałem.

Zaczyna się, zgodnie z zasadą Hitchcocka, od trzęsienia ziemi, i to nie byle jakiego. Oto pewnego pięknego dnia, bez żadnej widocznej przyczyny, jednocześnie na całym świecie, w ciągu kilku chwil umierają wszyscy mężczyźni. No, prawie wszyscy. Jedynym ocalałym jest niejaki Yoryk Brown – młody bezrobotny z Nowego Jorku. Los mężczyzn podzielają zresztą samce wszystkich gatunków – z wyjątkiem jednego małpiszona wabiącego się Ampersand i należącego (cóż za przypadek) do Yoryka. Niezły początek, a autorzy przedstawili kataklizm naprawdę świetnie – bez fajerwerków, bez taniego efekciarstwa, umiejętnie budując napięcie odliczaniem do „godziny zero”, której nikt z bohaterów się nie spodziewa.

Cóż zatem począć z tak pięknie rozpoczętym komiksem? No właśnie, tu się zaczyna problem. Yoryk dociera do Waszyngtonu, spotyka się z nową panią prezydent i w prawdziwym świecie na tym by się skończyło – rząd zamknął by go w bazie wojskowej otoczonej kordonem czołgów, zaprzągł do jakże przyjemnego odtwarzania gatunku, ludzkość (przynajmniej w USA) byłaby uratowana i mielibyśmy happy end… ciut za połową pierwszego tomu. Trochę za szybko, więc zamiast tego mamy ulubioną zagrywkę amerykańskich scenarzystów, czyli pozbawienie bohaterów zdrowego rozsądku. Pani prezydent wysyła Yoryka do Bostonu celem odnalezienia wybitnej genetyczki, która ma ustalić, dlaczego akurat jemu udało się przeżyć. Samo w sobie niezbyt to mądre, ale nie dość na tym – wysyła go tam pieszo, w towarzystwie raptem jednej agentki, pomimo że świat po katastrofie jest pełen niebezpieczeństw, a największe z nich to amazonki – kobiety, które uznały śmierć mężczyzn za swoje wyzwolenie, a gdy dowiadują się o jednym ocalałym, oczywiście stawiają sobie za cel jego likwidację…


Przeczytane – kwiecień/maj

Dodane: 27 lipca 2009, w kategorii: Literatura

Odczarowanie. Religia jako zjawisko naturalne (Daniel C. Dennett)

Odczarowanie. religia jako zjawisko naturalne | Daniel C. Dennett (PIW)

Najwyższy czas, byśmy poddali religię jako zjawisko globalne tak intensywnym badaniom interdyscyplinarnym, na jakie nas stać, namawiając do tego najtęższe umysły na naszej planecie. Dlaczego? Dlatego że religia jest dla nas zbyt ważna, byśmy mogli pozostać ignorantami w tej sprawie.
Jeśli jest ona zasadniczo dobroczynna, jak utrzymuje wielu jej zwolenników, to wyjdzie to na jaw; podejrzenia zostaną uchylone, po czym będziemy mogli skoncentrować się na marginalnych patologiach, których religia, jak każde zjawisko naturalne, pada ofiarą. Jeśli nie jest, to im szybciej zidentyfikujemy problemy, których przysparza, tym lepiej.

Wiem, przepisywanie z tylnej okładki wygląda jak pójście na łatwiznę. Tak się jednak przypadkiem składa, że powyższy cytat pokazuje jak w soczewce nie tylko przesłanie, motywy i styl argumentacji autora, ale też zalety i wady książki.

Dennett postuluje, by nauka uważniej przyglądała się religii i traktowała ją bez żadnej taryfy ulgowej. Żeby ten postulat wzmocnić, sam analizuje religię „na zimno”, z punktu widzenia ewolucjonizmu, szukając jej źródeł w ludzkiej naturze i tłumacząc naukowo jej charakterystyczne cechy i związane z nią zjawiska. Religia w jego interpretacji to po prostu szczególnie rozbudowany mem, który mógł powstać dzięki sprzyjającej kombinacji cech ludzkiego mózgu, a swoje powodzenie zawdzięcza sprawnemu wykorzystywaniu swoich „nosicieli” do rozprzestrzeniania i umacniania samego siebie (skojarzenia z „Samolubnym genem” jak najbardziej wskazane). Trzeba przyznać, że autor przedstawia ten punkt widzenia interesująco, a z jego rozumowaniem zwykle trudno się nie zgodzić – jednak do ideału sporo tej książce brakuje.

Przede wszystkim drażni łopatologia i wodolejstwo – nawet najbardziej oczywiste oczywistości bywają bardzo rozwlekle uzasadniane, a z poglądów zupełnie niewinnych autor czasem tak się tłumaczy, jakby jakieś straszne herezje wygłaszał. Dość powiedzieć, że sama tylko odpowiedź na pytanie, czy nauka może (i czy powinna) badać religię, zajmuje bite trzydzieści stron. Książka dużo na tym traci, choć objętościowo niewątpliwie zyskuje. Generalnie mamy tu przerost formy nad treścią, wynikający niestety nie tylko z rozbuchania formy, ale i nienajlepszej treści, zawierającej mimo wszystko niewiele odkrywczych stwierdzeń, a sporo banałów. Przyczepić się muszę także do braku obiektywizmu, bo „zimna” analiza jest zdecydowanie zbyt często przetykana poglądami autora. Nie jest wprawdzie zbyt wyraźna agitacja, ale wyczytanie między wierszami, co autor sądzi o religii, nie stanowi żadnej trudności. Dla naukowca to duży minus.

Ostatnia kwestia, widoczna również w przytoczonym na początku cytacie, to trochę naiwne podejście autora do omawianych kwestii. Trudno uwierzyć, żeby tak złożone zjawisko jak religia dało się obiektywnie i jednoznacznie ocenić jako pozytywne lub negatywne. A jeszcze trudniej uwierzyć, że wyznawcy (nie mówiąc o kapłanach) jakiejkolwiek religii przyjęliby jej krytykę z ust naukowców i przeprowadzili jej reformę celem zlikwidowania wskazanych patologii. Nie mówiąc już o przypadku, gdyby naukowcy ocenili religię całkowicie negatywnie. O ile z postulatem badania zjawiska religii trudno się nie zgodzić, o tyle oczekiwania autora co do efektów tych badań wydają się całkowitą utopią.

Ocena: 4-


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »