Cichy Fragles

skocz do treści

Geniusze kretynizmu

Dodane: 9 maja 2010, w kategorii: Literatura, Przemyślenia
W uniwersum myśli ludzkiej panuje bowiem prawdziwa doskonałość symetrii; toteż na antypodach geniuszu tkwią ludzie o takim samym, tyle że ujemnym potencjale rozumu, czyli geniusze kretynizmu; a nieskończoności wysiłku poznania odpowiada też druga, przeciwstawna nieskończoność – wysiłku utopienia wszelkich sensów w niewymiernym oceanie bełkotliwego bredzenia.
Stanisław Lem, „Fantastyka i futurologia”

Nic dodać, nic ująć. Niestety.


Światowy dzień książki

Dodane: 22 kwietnia 2010, w kategorii: Literatura

Jutrzejszy piątek będzie szczególnie miłym końcem tygodnia, z uwagi na Światowy Dzień Książki, który wiąże się z licznymi promocjami w księgarniach. Najciekawsze, jakie wypatrzyłem, to 30% zniżki w Matrasie, 25-30% w Merlinie i – tradycyjnie już – trzy książki w cenie dwóch w Empiku. Sam nie wiem czy skorzystam, bo stosik mam już i tak rekordowy, ale jak znam życie, to się pewnie nie powstrzymam – czego i innym życzę;-).


Przeczytane zimą

Dodane: 7 kwietnia 2010, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Historia polityczna Polski 1989-2005 (Antoni Dudek)
  • Mój pogląd na literaturę (Stanisław Lem)
  • Opowiadania (Gabriel Garcia Marquez)
  • Colorado Kid (Stephen King)

Historia polityczna Polski 1989-2005 (Antoni Dudek)

Historia polityczna Polski 1989-2005 | Antoni Dudek (Arcana)

Historia trzeciej Rzeczypospolitej pisana przez pracownika IPN – strach się bać, prawda? Na szczęście w tym przypadku nie ma powodów do obaw – choć autor zastrzega we wstępie, że ma określone poglądy, to w treści specjalnie tego nie widać (może oprócz końcówki). Zdarzają się sugestie między wierszami, co autor w danej kwestii sądzi, w paru miejscach wręcz jawnie opowiada się po jednej ze stron sporu, co historykowi zdecydowanie nie przystoi – ale generalnie brak obiektywizmu i rzetelności w przedstawianiu wydarzeń trudno mu zarzucić. Trochę tylko drażni ciągłe pisanie o SLD per „komuniści”, szczególnie w późniejszej części, gdy ci „komuniści” obniżają podatki i liberalizują kodeks pracy – ale da się to przeżyć.

Dużo bardziej drażnią liczne literówki i niezręczności stylistyczne – szczególnie, że to już drugie wydanie trzeciej wersji książki, więc były przynajmniej cztery okazje, żeby korektor się tym zajął. Cóż, najwyraźniej wydawnictwo mocno oszczędza na redakcji. Ale mniejsza o szczegóły – pomimo tych niedoróbek książkę czyta się bardzo dobrze i stanowi ona solidne żródło wiedzy o początkach trzeciej RP. Autor wyczerpująco opisuje kontekst i przebieg rozlicznych sporów politycznych, jakie towarzyszyły kształtowaniu się naszej demokracji, jak również działalność pierwszych kilku rządów.

Czemu tylko pierwszych kilku, skoro w omawianym okresie mieliśmy tych rządów dziesięć? No niestety, tu mamy spory zgrzyt – o ile lata 1989-93 są opisane nad wyraz drobiazgowo, o tyle później tempo rośnie, a po roku 1997 autor leci już zupełnie po łebkach. Dość wspomnieć, że w pierwszej części książki półroczny epizod Olszewskiego zajmuje 40 stron, a później czteroletnie rządy Buzka, w czasie których przecież sporo się działo, raptem 60. Na domiar złego im dalej, tym gorzej z chronologią – autor coraz częściej wybiega do przodu, by potem cofać się o rok czy dwa, lub też uprzedza fakty, np. najpierw wspomina, że partia X zrobiła to i tamto, a dopiero jakiś czas później opisuje, co to za partia i skąd się wzięła.

Najsłabiej wypada końcówka, czyli rządy SLD po 2001 – można odnieść wrażenie, że poza negocjacjami z UE i działalnością komisji śledczych praktycznie nic się w tamtym okresie nie wydarzyło. Szeroki opis prac komisji badającej aferę Rywina jest oczywiście jak najbardziej zrozumiały, ale nie da się tego powiedzieć o jeszcze dłuższych wywodach na temat komisji orlenowskiej, która przecież nie wyjaśniła prawie niczego, a jej prace zmieniły się za sprawą Giertycha w zupełną farsę (o czym autor stara się nie wspominać). Śmiechu warty jest rozdział o rządzie Belki – trzy strony o okolicznościach jego powstania i jedna(!) o działalności. Jasne, nie był to rząd specjalnie aktywny ani długowieczny, ale bez przesady – to książka historyczna, nie artykuł w gazecie.

Cóż dodać – gdyby całość wyglądała tak jak pierwsza połowa, byłoby świetnie, a tak jest tylko przyzwoicie. Pozostaje mieć nadzieję, że w jakiejś kolejnej wersji autor rozbuduje drugą połowę tak, by nie psuła dobrego wrażenia.

Ocena: 4+


Oczywista oczywistość

Dodane: 26 marca 2010, w kategorii: Literatura, Przemyślenia
– Znacie anegdotę o Żydzie, co wybrał się w podróż daleką w sprawach finansowych? Rozmowy na miejscu się przeciągają, więc idzie nadać telegram do żony. Żeby się nie niepokoiła, bo on musi zostać jeszcze parę dni, kwestja większego zysku, wróci, jak tylko będzie mógł, pozdrawia, Iccak. Dają mu blankiet do wypełnienia, urzędnik pocztowy objaśnia, że opłatę liczy się od każdego jednego wyrazu. Iccak spisał wiadomość, porachował słowa, porachował cenę telegramu – i nuże kombinować, co też mógłby tu wykreślić, bo zbędne, niekonieczne. „Iccak” – no przecie żona wie, że Iccak, kto inny? „Pozdrawia” – no jasne, że pozdrawia, miałby nie życzyć zdrowia własnej małżonce? „Wróci, jak tylko będzie mógł” – no to się rozumie samo przez się; jak nie będzie mógł, to nie wróci. I tak dalej, słowo po słowie, w końcu skreślił z blankietu całą wiadomość: same oczywistości.

…Otóż, widzicie, ja mam to samo. Nie ze skąpstwa – sam się zniechęcam. Wystarczy, że moment pomyślę nad tym, co zamiaruję powiedzieć, zanim powiem. Prawie nigdy nie wtrącam się do rozmów, nie oponuję nawet największym głupotom wygłaszanym w mojej przytomności. Im większe, tem mniejszy w opozycji sens, bo tem jaskrawsze oczywistości musiałbym przeciwko nim opowiadać. Zamykam usta, siedzę w kącie, milczę. Nie ma znaczenia, czy inni rozpoznaliby banalność mych słów – ja ją widzę aż nadto wyraźnie. I to, pojmujecie, to się z czasem obraca w rodzaj ogólnego zniechęcenia, lenistwa wobec ludzi. Ja powiem to, więc oni to, więc ja to, więc oni, więc ja, więc oni, i tak dalej, skolka ugodna – na co mi w ogóle rozpoczynać tę mękę? Siedzę w kącie, milczę.

– Właśnie usłyszeliśmy, jak pan milczy.
– Wiem, że inni tak nie postępują, to nie jest normalne. Nie recytuję więc tu żadnych, uff, banałów i oczywistości. Nie miałby pan szans samemu się domyślić.
– Ale tego wyjaśnienia – już tak, nieprawdaż?

Blutfeld zamknął usta, zmilczał.

Jacek Dukaj, „Lód”

Chciałoby się do tego pięknego cytatu dodać jakiś komentarz typu „iluż to wpisów zaniechałem przez takie podejście”, ale to chyba też by było recytowanie oczywistości. Zmilczę zatem.


Pokaż, że czytasz (na serio)

Dodane: 10 lutego 2010, w kategorii: Literatura

To, co miałem napisać o akcji 52 książki, w zasadzie już napisali inni – Ghati, Yano i Weronika wyrazili poglądy doskonale zbieżne z moimi, więc nie będę po nich powtarzać. Dodam tylko parę słów w kwestii, której żadne z nich nie poruszyło.

Mianowicie – do kogo ta akcja jest właściwie skierowana? Jeśli do ludzi już czytających, to mamy tu typowy przykład przekonywania przekonanych. Jeśli do czytających mało, żeby czytali więcej, to przepraszam, ale ja sam tyle nie czytam, a molem jestem przecież patologicznym. Jeśli wreszcie do nieczytających w ogóle, to czy ktoś na serio wierzy, że zaczną oni czytać pod wpływem apelu? Bądźmy realistami. Jeżeli takie akcje mają sens, to tylko na zasadzie dawania dobrego przykładu – ale tego tu akurat brakuje, bo jaki efekt będzie widoczny „z zewnątrz”? Taki, że kilka(naście/dziesiąt/set) osób pochwali się na stronie akcji, że wyrobiły normę? Nie sądzę, żeby na kogokolwiek taki przykład podziałał.

Proponuję zatem alternatywną (bynajmniej nie konkurencyjną) akcję: przeczytaj 12 książek godnych uwagi i napisz, dlaczego były one godne uwagi.

Myślę, że jedna książka miesięcznie nie powinna być wyzwaniem dla nikogo. A gdyby była, to mniejsza o liczbę – ważniejsza jest jakość i efekt w postaci wpisu, który może być bardziej zachęcający niż informacja „przeczytałem/am X książek, akcja odfajkowana”.

Są chętni?


Wroniec (Jacek Dukaj)

Dodane: 3 lutego 2010, w kategorii: Literatura

Wroniec | Jacek Dukaj (Wydawnictwo Literackie)

Dukaj lubi zaskakiwać czytelników, ale tym razem zaskoczył szczególnie, praktycznie pod każdym względem. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to objętość – znany miłośnik cegieł zrobił wyjątek i napisał miniaturkę. Niech nikogo nie zmyli te dwieście stron z okładem – z setkę stron zajmują ilustracje, a reszta jest napisana wielką czcionką i ze sporymi marginesami. Gdyby sformatować to tak jak „Lód”, wyszłoby góra 50 stron. Trochę niemiło, bo książka swoje kosztuje, a lektura raptem na jeden wieczór.

Ale mniejsza o objętość, bo to w sumie mało znacząca kwestia. Drugie zaskoczenie – Dukaj napisał bajkę? Taką niby dla dzieci? Ten Dukaj, który zwykle operuje na wysokim poziomie abstrakcji i mało kto potrafi za nim nadążyć, nagle pisze coś prostego, bez dysput filozoficznych i zdań wielokrotnie złożonych ciągnących się przez pół strony? Trudno uwierzyć, ale tak faktycznie jest – Dukaj rzeczywiście napisał coś zrozumiałego (i zapewne atrakcyjnego) dla, powiedzmy, dziesięciolatka. Kontrast z „Lodem” (i zresztą ze wszystkimi wcześniejszymi powieściami) uderzający.

Trzecie, już dużo późniejsze zaskoczenie – fabuła. Dukaj wielokrotnie narzekał na fantastów, że tworzą najbardziej odjechane światy tylko po to, żeby w nich umieszczać sztampowe fabułki, które mogłyby się rozgrywać gdziekolwiek, kiedykolwiek – tymczasem „Wroniec” to właśnie wzorcowy przykład tego grzechu. Akcja tej bajki mogłaby się z powodzeniem toczyć w świecie braci Grimm, na pustyni z tysiąca i jednej nocy, czy nawet dawno temu w odległej galaktyce – wystarczyłoby podmienić milipantów na imperialnych szturmowców, a Złomoty na roboty bojowe AT-AT, czy jak tam się nazywały te czworonogi. Stan wojenny? Jaki znowu stan wojenny? Ze stanu wojennego mamy tutaj tylko dekoracje, a historyjka jest uniwersalna i z rzeczywistością nie ma tak naprawdę nic wspólnego.


Lemowa kolekcja – przewodnik (25-33)

Dodane: 26 stycznia 2010, w kategorii: Literatura

« Tomy 1-5
« Tomy 6-10
« Tomy 11-16
« Tomy 17-24


25. Fiasko

Ostatnia powieść Lema i jego pożegnanie z beletrystyką w ogóle – potem (czyli przez ostatnie 19 lat życia) zajmował się już tylko publicystyką, jeśli nie liczyć dwóch czy trzech krótkich opowiadań. Jak sam tłumaczył, nie chciał „brzydko się starzeć na oczach czytelników” – zauważył bowiem, że wielcy pisarze, którzy osiągali wiek emerytalny, wchodzili na równię pochyłą i niczego godnego uwagi już nie tworzyli. Można się zastanawiać, ile jest w tym prawdy, bo taki na przykład Miłosz zachował jasność umysłu i talent nawet po dziewięćdziesiątce. W przypadku samego Lema spadek formy pod koniec życia niewątpliwie nastąpił, ale i tak uważam, że koniec jego pisarskiej kariery był przedwczesny. W „Fiasku” bowiem o spadku formy absolutnie jeszcze nie ma mowy.

Do rzeczy jednak – oto w bliżej nieokreślonej (ale z pewnością odległej) przyszłości ludzie po wieloletnich obserwacjach kosmosu odkrywają wreszcie planetę, na której prawdopodobnie istnieje cywilizacja. Postanawiają oczywiście nawiązać z nią kontakt, i to bezpośredni – zamiast wysyłać wiadomości radiowe, organizują kosmiczną wyprawę. Załogowe loty do odległych gwiazd nie stanowią wielkiego problemu, jako że ludzkość opanowała sztukę manipulowania czasoprzestrzenią (nazwaną przez autora inżynierią sideralną), która pozwala przekraczać prędkość światła, ale też – jak wiele technologii – ma swoją ciemniejszą stronę: można ją wykorzystać jako superpotężną broń, zdolną do niszczenia całych planet. I jak się już niektórzy może domyślają, wyprawa ma także złowrogi podtekst – gdyby owa cywilizacja stanowiła potencjalne zagrożenie dla Ziemi, może zostać „od ręki” zniszczona…

Czy próba nawiązania kontaktu się powiedzie? Cóż, odpowiedź dostajemy najszybciej jak się da, bo już w samym tytule. Tak jak w „Głosie Pana”, z góry wiadomo, że nic z tego nie będzie, a powieść jest poświęcona tłumaczeniom, dlaczego inaczej być nie mogło. Lem wielokrotnie wyrażał sceptycyzm co do możliwości dialogu z Obcymi, a w „Fiasku” wyłożył swój pogląd wyjątkowo dobitnie. Przedstawiciele wspomnianej cywilizacji (nazwanej przez ludzi Kwintanami, jako że mieszkają na piątej planecie układu) boją się kontaktu i chcą go uniknąć za wszelką cenę – tak bardzo, że Ziemianie w końcu posuwają się do gróźb zniszczenia planety, żeby ten kontakt wymusić. A groźby wzmacniają demonstracją siły, o jakiej Kwintanom się nie śniło – i na demonstracji bynajmniej się nie kończy.

Mógłbym długo wymieniać zalety tej powieści, począwszy od – co u Lema normalne – głębokich rozważań o życiu, Wszechświecie i całej reszcie, a skończywszy na fabule, która – co u Lema nie tak częste – nie służy tylko za pretekst do rozważań, ale jak najbardziej broni się sama w sobie. A do tego mamy tu takie smaczki jak dyskusja, którego z hibernatusów przywrócić do życia, a którego skazać na śmierć – niesprawne hibernatory uszkodziły bowiem ich ciała w tak poważnym stopniu, że z funkcjonujących jeszcze organów można „uskładać” tylko jeden „kompletny” organizm, ale według jakich kryteriów dokonać wyboru? Dyskusja zapada w pamięć, tym bardziej, że jednym z tych pechowych hibernatusów jest – dla medyków obojętny, ale nam skądinąd dobrze znany – komandor Pirx…

Jako się rzekło na początku, o spadku formy nie ma tutaj mowy – wręcz przeciwnie, „Fiasko” to wbrew tytułowi wielki sukces Lema, jedna z jego najwybitniejszych powieści, a dla jego miłośników pozycja bezdyskusyjnie obowiązkowa. Wielka szkoda, że ostatnia w dorobku.

Ocena: 5+


Dukaj nadal bez Paszportu

Dodane: 12 stycznia 2010, w kategorii: Literatura

Myślałem, że za czwartym podejściem jurorzy „Polityki” w końcu raczą go docenić, ale znowu nie. Tak jak za poprzednim razem, Dukaj rywalizował z dwójką żółtodziobów i znowu nie znalazł uznania. Cóż, mój zeszłoroczny komentarz zachowuje wobec tego aktualność, ale laureatowi mimo wszystko gratuluję.


Przeczytane jesienią

Dodane: 28 grudnia 2009, w kategorii: Literatura

Kościół, lewica, dialog (Adam Michnik)

Kościół, lewica, dialog | Adam Michnik (Agora)

Pierwsza książka Michnika, napisana w 1976, cieszy się też opinią najlepszej. I trudno się temu dziwić – książka natychmiast po pierwszym wydaniu wywołała burzę, a z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że było to dzieło bez mała wizjonerskie.

Burza wzięła się z tego, że książka była w najwyższym stopniu niepoprawna politycznie – i to nie w potocznym tego słowa znaczeniu (gdzie „niepoprawni” jesteśmy z definicji my, a „poprawni” nasi przeciwnicy, bo „polityczna poprawność” to nic więcej niż pusta obelga), tylko niepoprawna naprawdę. Nie dlatego, że antykomunistyczna (tu autor niewiele mógł sobie zaszkodzić, w 1976 miał już za sobą jedną odsiadkę), tylko dlatego, że atakująca bezpardonowo środowisko lewicy laickiej – z którego Michnik się wywodził i którego był prominentnym reprezentantem – a w dodatku biorąca w obronę drugiego po komunie wroga, czyli Kościół. Ciężko było bardziej się narazić swoim towarzyszom.

Tym bardziej, że Michnik uderzył bardzo celnie, wypominając lewicowcom (a i samego siebie przy tym nie oszczędzając), że domagając się demokratyzacji systemu, zarazem tolerowali (czy nawet popierali) prześladowanie Kościoła i łamanie jego podstawowych praw, nazywając to fałszywie ograniczaniem przywilejów i dążeniem do neutralności światopoglądowej państwa. Tymczasem w warunkach totalitarnego reżimu zagrożeniem dla wolności wyznania dawno już przestał być Kościół, a stała się nim komunistyczna władza, zwalczająca Kościół nie ze strachu przed państwem wyznaniowym, lecz z potrzeby zapewnienia sobie monopolu na prawdę. Atakowania Kościoła nie można już więc uznać za walkę o wolność, tylko wręcz przeciwnie – za wspieranie reżimu w jego antywolnościowych zapędach.

A tu lewica ma wiele na sumieniu, pisze Michnik, obszernie cytując obelżywe ataki komunistów na Kościół, listy biskupów domagających się uczciwego dialogu oraz wypowiedzi lewicowców, w dobrej lub częściej złej wierze stających w tym sporze po stronie rządu i z rzadka tylko dostrzegających racje drugiej strony. Tymczasem racja w większości przypadków stała zdecydowanie po stronie Kościoła.

W większości, ale nie zawsze. Przy całym poczuciu winy wobec Kościoła, jakie bije z tej książki, nie pomija ona i jego grzechów, począwszy od agresywnej walki o kolejne przywileje w czasach Drugiej RP (skąd my to znamy?) przez wspieranie skrajnej prawicy i głoszenie nietolerancji, kończąc na pielęgnowaniu urazów sprzed wojny i głoszeniu kuriozalnych czasem postulatów – jak choćby domaganie się zniesienia ślubów cywilnych czy wzywanie wiernych do bojkotowania szkół nie prowadzących lekcji religii. Michnik nie kryje też, że w przypadku ewentualnego upadku komunizmu obawia się powrotu „Kościoła konstantyńskiego”, czyli w symbiozie z władzą świecką narzucającego swoje porządki państwu – i jak dziś już wiemy, nie były te obawy bezpodstawne. Nic zatem dziwnego, że i Kościół nie przyjął tej książki z entuzjazmem.

A powinien był, bo zasadnicze przesłanie książki brzmi: lewica i Kościół są w walce z totalitaryzmem po tej samej stronie barykady i do czasu odzyskania wolności obie strony powinny odłożyć swoje spory na bok, a skoncentrować się na wspólnych celach i wartościach. Jak wiadomo, historia przyznała Michnikowi całkowitą rację, a z datą wydania książki trafił on idealnie – dwa lata później Karol Wojtyła został papieżem i tytułowa lewica chcąc nie chcąc zaczęła z tytułowym Kościołem nawiązywać tytułowy dialog, czego jednym z efektów stał się w końcu upadek komunizmu. Tym samym książka stała się w dużej mierze nieaktualna, ale nie przestała być mądra i godna polecenia. Szczególnie tym, którzy uważają, że Michnik to wróg Kościoła, komuch i mason;-).

Ocena: 5-


Krótka historia prawie wszystkiego (Bill Bryson)

Dodane: 13 grudnia 2009, w kategorii: Literatura, Nauka

Krótka historia prawie wszystkiego | Bill Bryson (Zysk i s-ka)

Witaj. Gratulacje. Jestem zachwycony, że ci się udało. Wiem, że to nie było łatwe. Podejrzewam, że było trudniejsze, niż sądziłeś.

Przede wszystkim, abyś był tu i teraz, biliony błądzących atomów musiały w niezwykle wyszukany i wymagający niewiarygodnej koordynacji sposób połączyć się i stworzyć ciebie. Jest to tak szczególny i niepowtarzalny układ, że nigdy wsześniej nie był testowany i będzie istniał tylko ten jeden raz. Przez wiele kolejnych lat (miejmy nadzieję) te maleńkie cząstki będą bez szemrania i w pełnej zgodzie wykonywać miliardy czynności, niezbędnych do utrzymania cię w jednym kawałku, pozwalając ci doświadczać tego niezwykle przyjemnego, aczkolwiek nie zawsze docenianego stanu zwanego istnieniem.

(…)

Nie dość, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności od początku trafiłeś na faworyzowaną linię ewolucyjną, to jeszcze miałeś niezwykle – można śmiało powiedzieć, że graniczącą z cudem – szczęśliwą rękę w doborze przodków. Weź pod uwagę to, że przez 3,8 miliarda lat, dłużej niż istnieją ziemskie góry, rzeki i morza, każdy z twoich przodków był dostatecznie atrakcyjny, aby znaleźć zdrowego, zdolnego do reprodukcji partnera lub partnerkę, po czym oboje mieli jeszcze wystarczająco dużo czasu i wystarczająco sprzyjające okoliczności, aby rzeczywiście dokonać reprodukcji.

(…)

Ta książka jest o tym, jak do tego doszło – w szczególności, jak od bycia niczym nigdzie przeszliśmy do bycia czymś, a następnie, jak trochę tego czegoś przekształciło się w nas, a także o tym, co się działo równocześnie oraz później. To oczywiście dość ambitny plan i dlatego książka nosi tytuł „Krótka historia prawie wszystkiego”, mimo że w rzeczywistości nią nie jest. Nie może nią być. Lecz przy odrobinie szczęścia może przynajmniej zrobić takie wrażenie, zanim dojdziemy do końca.

Ten przydługi cytat ze wstępu mógłby w zasadzie zastąpić recenzję – mamy tu nie tylko wyborną próbkę gawędziarsko-poetyckiego stylu autora, ale i ładne podsumowanie zawartości książki, zachęcające do lektury chyba lepiej niż ja byłbym w stanie to zrobić. Mogłbym więc w zasadzie zacytować dłuższy fragment i na tym poprzestać, ale nie zamierzam iść na łatwiznę.

Na łatwiznę bowiem z pewnością nie poszedł sam Bryson, przyznający się bez bicia, że naukowiec z niego żaden, a jeszcze na kilka miesięcy przed rozpoczęciem prac nad swoim dziełem nie wiedział o budowie Wszechświata prawie nic i „nie odróżniał kwarków od kwazarów”. W istocie pisał więc książkę, sam się przy tym ucząc wszystkiego, o czym w niej opowiada. Mocno ryzykowne przedsięwzięcie, prawda?


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »