Kościół, lewica, dialog (Adam Michnik)
(Agora)
Pierwsza książka Michnika, napisana w 1976, cieszy się też opinią najlepszej. I trudno się temu dziwić – książka natychmiast po pierwszym wydaniu wywołała burzę, a z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że było to dzieło bez mała wizjonerskie.
Burza wzięła się z tego, że książka była w najwyższym stopniu niepoprawna politycznie – i to nie w potocznym tego słowa znaczeniu (gdzie „niepoprawni” jesteśmy z definicji my, a „poprawni” nasi przeciwnicy, bo „polityczna poprawność” to nic więcej niż pusta obelga), tylko niepoprawna naprawdę. Nie dlatego, że antykomunistyczna (tu autor niewiele mógł sobie zaszkodzić, w 1976 miał już za sobą jedną odsiadkę), tylko dlatego, że atakująca bezpardonowo środowisko lewicy laickiej – z którego Michnik się wywodził i którego był prominentnym reprezentantem – a w dodatku biorąca w obronę drugiego po komunie wroga, czyli Kościół. Ciężko było bardziej się narazić swoim towarzyszom.
Tym bardziej, że Michnik uderzył bardzo celnie, wypominając lewicowcom (a i samego siebie przy tym nie oszczędzając), że domagając się demokratyzacji systemu, zarazem tolerowali (czy nawet popierali) prześladowanie Kościoła i łamanie jego podstawowych praw, nazywając to fałszywie ograniczaniem przywilejów i dążeniem do neutralności światopoglądowej państwa. Tymczasem w warunkach totalitarnego reżimu zagrożeniem dla wolności wyznania dawno już przestał być Kościół, a stała się nim komunistyczna władza, zwalczająca Kościół nie ze strachu przed państwem wyznaniowym, lecz z potrzeby zapewnienia sobie monopolu na prawdę. Atakowania Kościoła nie można już więc uznać za walkę o wolność, tylko wręcz przeciwnie – za wspieranie reżimu w jego antywolnościowych zapędach.
A tu lewica ma wiele na sumieniu, pisze Michnik, obszernie cytując obelżywe ataki komunistów na Kościół, listy biskupów domagających się uczciwego dialogu oraz wypowiedzi lewicowców, w dobrej lub częściej złej wierze stających w tym sporze po stronie rządu i z rzadka tylko dostrzegających racje drugiej strony. Tymczasem racja w większości przypadków stała zdecydowanie po stronie Kościoła.
W większości, ale nie zawsze. Przy całym poczuciu winy wobec Kościoła, jakie bije z tej książki, nie pomija ona i jego grzechów, począwszy od agresywnej walki o kolejne przywileje w czasach Drugiej RP (skąd my to znamy?) przez wspieranie skrajnej prawicy i głoszenie nietolerancji, kończąc na pielęgnowaniu urazów sprzed wojny i głoszeniu kuriozalnych czasem postulatów – jak choćby domaganie się zniesienia ślubów cywilnych czy wzywanie wiernych do bojkotowania szkół nie prowadzących lekcji religii. Michnik nie kryje też, że w przypadku ewentualnego upadku komunizmu obawia się powrotu „Kościoła konstantyńskiego”, czyli w symbiozie z władzą świecką narzucającego swoje porządki państwu – i jak dziś już wiemy, nie były te obawy bezpodstawne. Nic zatem dziwnego, że i Kościół nie przyjął tej książki z entuzjazmem.
A powinien był, bo zasadnicze przesłanie książki brzmi: lewica i Kościół są w walce z totalitaryzmem po tej samej stronie barykady i do czasu odzyskania wolności obie strony powinny odłożyć swoje spory na bok, a skoncentrować się na wspólnych celach i wartościach. Jak wiadomo, historia przyznała Michnikowi całkowitą rację, a z datą wydania książki trafił on idealnie – dwa lata później Karol Wojtyła został papieżem i tytułowa lewica chcąc nie chcąc zaczęła z tytułowym Kościołem nawiązywać tytułowy dialog, czego jednym z efektów stał się w końcu upadek komunizmu. Tym samym książka stała się w dużej mierze nieaktualna, ale nie przestała być mądra i godna polecenia. Szczególnie tym, którzy uważają, że Michnik to wróg Kościoła, komuch i mason;-).
Ocena: 5-