Cichy Fragles

skocz do treści

Zagadka prawnicza

Dodane: 8 kwietnia 2014, w kategorii: Nauka

Stary prawnik zgodził się wykształcić biednego ucznia, umawiając się z nim, że ten zapłaci za naukę dopiero wtedy, gdy wygra swój pierwszy proces. Po zakończeniu nauk okazało się jednak, że młody adept nie kwapi się do działania w zawodzie, więc i procesów żadnych nie prowadzi. Mistrz się zniecierpliwił i żeby zmusić obiboka do uiszczenia zapłaty, wytoczył mu o nią proces. Uzasadnił ten czyn takimi słowami: „Jeśli wygram, uczeń będzie zmuszony mi zapłacić na mocy wyroku. Jeśli zaś przegram, będzie to oznaczało, że on wygrał swój pierwszy proces, więc też będzie zobowiązany do zapłaty. Tak czy siak zapłatę otrzymam”. Uczeń odpowiedział na to następująco: „Jeśli przegram, to nie będę miał na koncie wygranego procesu, więc warunek uiszczenia zapłaty nie będzie spełniony. Natomiast jeśli wygram, to na mocy wyroku zapłata nie będzie mnie obowiązywać. Tak czy siak zatem nie będę musiał płacić”.

Czyje powinno być na wierzchu?


23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie (Ha-Joon Chang)

Dodane: 30 marca 2014, w kategorii: Literatura, Nauka, Polityka

okładka (Krytyka Polityczna)

W 1819 roku w brytyjskim parlamencie została przedstawiona ustawa regulująca działalność fabryk bawełny. Jak na współczesne standardy ustawa ta była niewiarygodnie „łagodna”. Zakazywała zatrudniania małych dzieci, tych poniżej 9. roku życia. Starsze dzieci (między 10. a 16. rokiem życia) nadal mogłyby pracować, tyle że ograniczono liczbę godzin ich pracy do 12 dziennie (no tak, bardzo łagodnie je potraktowano). Nowe zasady miały zastosowanie tylko do fabryk bawełny, bo uznano, że praca w nich jest szczególnie niebezpieczna dla zdrowia pracowników.

Propozycja wywołała ogromne kontrowersje. Przeciwnicy uważali, że narusza ona świętość, jaką jest swoboda zawierania umów, niszcząc w ten sposób sam fundament wolnego rynku. Podczas dyskusji nad tym przepisem niektórzy członkowie Izby Lordów sprzeciwiali się mu, argumentując, że „praca powinna być wolna”. Ich tok myślenia był następujący: dzieci chcą (i muszą) pracować, natomiast właściciele fabryk chcą je zatrudniać – w czym więc problem?

No właśnie, to pierwsza i najważniejsza z tytułowych rzeczy: nie istnieje wolny rynek, istnieje tylko zbiór regulacji, których liberałowie gospodarczy nie zauważają. Zakaz pracy dzieci, niewolnictwa, handlu organami czy głosami w wyborach, a z drugiej strony rozbudowane prawodawstwo umożliwiające działanie giełdy, banków czy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością – wszystko to regulacje ograniczające wolność gospodarczą i budzące kontrowersje w momencie wprowadzania w życie po raz pierwszy, dziś jednak stanowiące oczywistości niekwestionowane – i przez to także niedostrzegane. Łatwo więc ulec złudzeniu, że wolny rynek bez trzymanki to jakiś wyróżniony stan absolutnej wolności, a wszystkie inne systemy sprowadzają się do jego ograniczania.

Tymczasem absolutna wolność gospodarcza nie istnieje (chyba że jako anarchia), a różnice między różnymi wizjami gospodarki sprowadzają się do różnic w poglądach, które regulacje uznajemy za słuszne, a które niekoniecznie. Oczywiście jedni akceptują szeroki zakres regulacji, a inni nie chcą prawie żadnych – ale „prawie” robi dużą różnicę. O czym warto pamiętać, gdy się trafi na korwinistów, którzy uważają, że bronią jedynego naturalnego stanu – w rzeczywistości ich wizja nie jest żadnym uniwersalnym punktem odniesienia, tylko jednym z wielu równoprawnych poglądów na politykę gospodarczą.


Kronika kryminalna

Dodane: 20 marca 2014, w kategorii: Absurdy

  1. prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie śmierci dziecka w szpitalu
  2. dwoje dzieci trafiło do szpitala po pobiciu przez ojca
  3. trwa proces księdza oskarżonego o pedofilię
  4. jakiś gostek aresztowany pod zarzutem molestowania nieletniej
  5. ksiądz skazany za spowodowanie wypadku po pijanemu
  6. trwają przesłuchania w sprawie Amber Gold
  7. Sąd Najwyższy wydał wyrok w sprawie Sawickiej
  8. sąd partyjny SLD nie ukarał polityka partii za wyjazd na Krym

Tak wyglądały pierwsze dzisiejsze wiadomości w radiu klasy Zet. Daje do myślenia zarówno dobór newsów, jak i ich kolejność – jedyna istotna informacja załapała się na przedostatnie miejsce…


Co z tym Krymlem?

Dodane: 18 marca 2014, w kategorii: Polityka


(GIF via RocketNews24)

Gdybym był Putinem, deklaracja niepodległości Krymu w zupełności by mi wystarczała do szczęścia. Jego niezależność od Rosji była już i tak wyłącznie formalna, a oficjalna aneksja tylko dodaje argumentów „rusofobom” i wyklucza możliwość grania sąsiadom na nerwach statusem spornego terytorium. Gdyby Krym pozostał w zawieszeniu, na dłuższą metę stanowiłby dla Ukrainy podobny problem (a dla Rosji podobny atut), jak Naddniestrze dla Mołdawii oraz Abchazja i Osetia Południowa dla Gruzji – a tak można przypuszczać, że po opadnięciu emocji Ukraińcy jakoś się pogodzą ze stratą półwyspu, który i tak historycznie do nich nie należał (sytuacja zupełnie inna niż w przypadku Serbii i Kosowa) i na którym stanowią zdecydowaną mniejszość. Straty jednak nie zapomną – a formalna aneksja uniemożliwi prorosyjskiej części społeczeństwa nawet wmawianie sobie, że sprawa nie jest czarno-biała. Zdobyć Krym, a stracić Ukrainę – bardzo wątpliwy interes.

No ale Putinem nie jestem[citation needed], więc mogę tylko zgadywać, co mu chodzi po głowie. Wersja optymistyczna, że pogodził się z utratą Ukrainy, więc postanowił uratować chociaż Krym, to… no właśnie, wersja bardzo optymistyczna. Po co mu zatem ta aneksja? Dla umocnienia pozycji w polityce wewnętrznej? I bez tego nie ma konkurencji. Dla zapewnienia sobie miejsca w podręcznikach historii jako ten, który odzyskał Krym? Trochę za daleko mu do emerytury, żeby już myśleć w takich kategoriach. Może więc po prostu nie ma racjonalnego uzasadnienia, tylko emocjonalne? Jakby nie patrzeć, Krym poza granicami Rosji pewnie mu trochę doskwierał i może tylko o to chodzi.

Albo może – i to już wersja najbardziej pesymistyczna, ale niestety również najbardziej prawdopodobna – chodzi o tradycyjne rosyjskie rozpoznanie bojem. Świat jakoś tolerował podboje nieformalne, to sprawdzamy, jak zareaguje na podbój zupełnie jawny. Żeby nie zareagował za mocno, przez parę tygodni trwało rozmiękczanie podbojem pełzającym, a dopiero kiedy już wyrazy oburzenia trochę przebrzmiały, stawiamy kropkę nad „i”, która już nie wzbudzi wielkich reakcji, bo wszyscy zdążyli się naoburzać oficjalnie i pogodzić z porażką nieoficjalnie.

A jeśli zdecydowanych reakcji nie będzie… Cóż, pozostanie tylko zgadywać, gdzie nastąpi kolejne „rozpoznanie”, bo że nastąpi, można w takiej sytuacji uznać za pewnik. W Doniecku? W Estonii? Estonia wprawdzie jest w NATO, ale skoro nie chcieli umierać za Sewastopol, to może za Tallin też nie zechcą? Jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić…

Gdybym był Putinem, na pewno bym nie sprawdzał – ale co z tego, skoro nie jestem?


Sposób na niedźwiedzia

Dodane: 10 marca 2014, w kategorii: Polityka

Miałem właśnie zaczynać dłuższy wpis o sytuacji wokół Krymu, wszechstronnie analizujący działania wszystkich stron konfliktu i tak dalej (przynajmniej w założeniu), gdy nagle wpadło mi w oko takie coś:

Wiecie co macie zrobić jak spotkacie głodnego niedźwiedzia w Tatrach? Nic nie musicie robić, on zrobi wszystko za was…

I stwierdziłem, że po co komu uczone analizy, skoro ten dowcip pozwala w jednej chwili zrozumieć strategię ukraińskiego rządu. Nie tłumaczy tylko, czemu zbliżoną strategię stosuje Zachód…


Przeczytane w 2013 – podsumowanie

Dodane: 27 lutego 2014, w kategorii: Literatura

Koniec lutego – rychło w czas się wziąłem za podsumowywanie zeszłego roku. Cóż, nie bez powodu moim totemem jest ślimak.

Ale w 2013 bynajmniej się nie ślimaczyłem – uzbierały się aż 53 przeczytane ksiązki (z czego 18 na czytniku) i 9 komiksów, czyli ilościowo najlepszy rok od może nawet dekady. Jakościowo niestety bynajmniej – patrząc po tytułach, niewiele mogę wskazać hitów, natomiast sporo rozczarowań, jak również pozycji nijakich, o których niby niewiele złego można powiedzieć, ale i niewiele dobrego. Albo wzrosły mi wymagania, albo mniej uważnie wybierałem lektury. A wybierać miałem z czego, zwłaszcza na czytniku – oficjalnie e-booki ani myślą tanieć, ale z jednej strony pojawił się BookRage, a z drugiej promocje (i to ze zniżkami nierzadko przekraczającymi 50%) tak się zaczęły mnożyć, że w efekcie również pod względem liczby kupionych książek był to z pewnością rekordowy rok.

Gdyby ktoś ciągle się zastanawiał nad zakupem czytnika, raz jeszcze namawiam i rekomenduję – kupowanie papierowych książek nigdy nie było tak proste i tanie, a zakupy nigdy nie zajmowały tak niewiele miejsca na półkach (co szczególnie cenne, gdy w mieszkaniu brakuje już miejsca na kolejne szafy). Jak sobie pomyślę, ile ja już tego mam i ile by to zajmowało na papierze… Ostatnio aż mnie dopadły wyrzuty sumienia przy kupowaniu papierowej cegły, że przyczyniam się do wycinki drzew – no ale wersji elektronicznej nie było, więc poczułem się usprawiedliwiony.

OK, starczy tych wynurzeń, czas przejść do konkretów, czyli co warto wyróżnić – okładki linkują do recenzji, żeby łatwo było trafić;-).


UkraiNa krawędzi

Dodane: 23 lutego 2014, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Powiedzieć, że w tym tygodniu sporo się na Ukrainie działo, to nic nie powiedzieć. Konflikt, który po trzech miesiącach bezowocnych przepychanek wydawał się tkwić w impasie, nagle nabrał takiego przyspieszenia, że aż trudno było nadążyć za kolejnymi zawirowaniami, a huśtawka nastrojów była naprawdę ekstremalna.

W poniedziałek wyglądało na to, że kolejną fazę konfrontacji mamy już za sobą – władza zgodziła się na amnestię dla demonstrantów w zamian za przerwanie okupacji budynków administracji rządowej, obie strony się trochę cofnęły i zanosiło się na kolejne dni albo tygodnie wyczekiwania na jakiś przełom.

We wtorek okazało się, że konfrontacja dopiero się zaczyna – Janukowycz przeszedł do ofensywy, starcia uliczne pochłonęły co najmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych i wszystko wskazywało, że to początek ostatecznej rozprawy z Majdanem. Zachód, jak zwykle w takich przypadkach, wyraził oburzenie i potępienie, a Majdanowcy uprzejmie wyrazili, ile to dla nich znaczy.

We środę Zachód jakby pojął aluzję – USA i UE nałożyły sankcje i wywarły większy nacisk dyplomatyczny na Ukrainę, a Janukowycz jakby też pojął aluzję i dzień upłynął bez kolejnych starć. Eskalacja przemocy zatrzymana, więc może jednak uda się rozwiązać problem drogą negocjacji?

We czwartek szok – zamiast rozmów kolejny starcia na Majdanie, kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, kilkaset osób rannych, stan wyjątkowy, obustronna radykalizacja stanowisk i najwyraźniej koniec szans na jakiekolwiek porozumienie. W komentarzach mnożą się porównania z Egiptem i Syrią. Wszystko wskazuje, że kraj zmierza ku katastrofie. Wojna domowa, krwawa dyktatura, rozpad państwa – niczego już nie można wykluczyć.

W piątek kolejny szok, tym razem pozytywny – europejska (czytaj: polsko-niemiecka) misja dyplomatyczna odnosi historyczny sukces, po wielogodzinnych dwutorowych negocjacjach (Merkel z Putinem oraz Sikorskiego i Steinmeiera z Janukowyczem) doprowadzając do podpisania porozumienia, które brzmi jak akt kapitulacji władzy – spełnione zostają prawie wszystkie postulaty opozycji.

Części Majdanu „prawie” jednak nie zadowala – Prawy Sektor odrzuca porozumienie i zapowiada, że jeśli Janukowycz nie odda władzy do jutra, spalą jego rezydencję. Agenci czy tylko kretyni, myślę sobie – przecież to może być dla władzy idealny pretekst do zerwania rozejmu i powrotu do rozwiązań siłowych. Zresztą gotowość Janukowycza do dotrzymania warunków i bez tego stoi pod dużym znakiem zapytania…

W sobotę znowu pozytywne zaskoczenie – rezydencja zostaje zajęta (na szczęście jednak nie spalona) bez walki, jej mieszkaniec gdzieś zniknął (kolejne kaczki dziennikarskie widzą go już to w Charkowie, już to w Soczi, już to nawet w Emiratach Arabskich), a jego obóz rozsypał się jak domek z kart. Opozycja dzięki dezerterom z Partii Regionów uzyskuje większość w parlamencie i zaczyna przegłosowywać coraz odważniejsze zmiany – najpierw te z porozumienia, potem uwolnienie Julii Tymoszenko, wreszcie nawet oficjalne odsunięcie Janukowycza od władzy. Aż trudno uwierzyć – przeciwnik, który zaledwie przedwczoraj wydawał się już gotowy do ostatecznej rozprawy z opozycją, nagle po prostu skapitulował…

Dziś, gdy piszę te słowa, na Ukrainie trwa wielkie sprzątanie – zarówno na Majdanie, jak i w parlamencie, który od rana usuwa ludzi Janukowycza ze stanowisk i anuluje kolejne kontrowersyjne ustawy przyjęte za jego rządów. Można już z czystym sumieniem pogratulować Ukraińcom zwycięstwa – ale i zapytać, co dalej?


Przeczytane w 2013 #5

Dodane: 20 lutego 2014, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • W co wierzy ten, kto nie wierzy? (Umberto Eco i Carlo Maria Martini)
  • Lucyfer #9: Przełom
  • W pościeli (Ian McEwan)
  • Upadek człowieka publicznego (Richard Sennett)
  • Czego chcą krytycy globalizacji
  • Asteriks u piktów
  • Kaprysik (Mariusz Szczygieł)
  • Testament (John Grisham)

W co wierzy ten, kto nie wierzy? (Umberto Eco i Carlo Maria Martini)

okładka (Wydawnictwo WAM)

Zapis dyskusji, jaką dwaj intelektualiści (ateista i biskup, nie muszę chyba precyzować, który jest który) przeprowadzili na łamach czasopisma „liberal” w latach 1995-96. Dyskusja trwała dobry rok i obejmowała takie kwestie jak źródła etyki, aborcja czy równość płci, można by się więc spodziewać ostrych sporów, ale bynajmniej – obaj polemiści aż do przesady podkreślają swój szacunek dla interlokutora i jego poglądów, a własne artykułują tak subtelnie i ostrożnie, zawczasu unikając jakichkolwiek zadrażnień, że czytelnik przyzwyczajony do polskich standardów debaty publicznej gotów zwątpić, czy oni tak na serio. Ot, różnice kulturowe.

Problem w tym, że przy tych wszystkich wzajemnych uprzejmościach chwilami brakuje miejsca na meritum – rozmówcy unikają przekształcenia się dyskusji w kłótnię, ale za cenę jej ugładzenia (żeby nie powiedzieć zbanalizowania) i poprzestania w konkluzji na tradycyjnym „agree to disagree”. Oczywiście z kłótni też by pewnie nie wynikło nic więcej, bo i jakie porozumienie można osiągnąć w kwestiach światopoglądowych wobec tak poważnej różnicy stanowisk – ale przynajmniej coś by się działo, a tak pozostaje lekki zawód i poczucie, że zamiast gry o stawkę zobaczyliśmy mecz towarzyski, zakończony zadowalającym obie strony bezbramkowym remisem.

Ocena: 4

Inne Umberto Eco: Imię róży, Podziemni bogowie


Przeczytane w 2013 #4

Dodane: 16 lutego 2014, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • To oślepiające, nieobecne światło (Tahar ben Jelloun)
  • Spider-man: Powrót do domu (Michael Straczynski i John Romita Jr)
  • Polityka zagraniczna III Rzeczypospolitej (Roman Kuźniar)
  • Imperialna rozgrywka (Maciej Olchawa)
  • Namiętności (Isaac Bashevis Singer)
  • Szarańcza (Gabriel Garcia Marquez)
  • 566 kadrów (Dennis Wojda)
  • Wielki Gatsby (F. Scott Fitzgerald)

To oślepiające, nieobecne światło (Tahar ben Jelloun)

okładka (Karakter)

Oparta na faktach historia marokańskich żołnierzy, wyjątkowo sadystycznie ukaranych za udział w nieudanym zamachu stanu – bez żadnego sądu wysłano ich do tajnego więzienia, które miało się stać ich grobem za życia. Bardzo zresztą grób przypominało, bo umieszczone pod ziemią, gdzie słońce nie zaglądało, a i cele nie odbiegały standardem od grobowców – gołe ściany, wieczna ciemność, sufit tak nisko, że można było tylko siedzieć albo leżeć. Do kompletu oczywiście chłód, smród i wilgoć – no i perspektywa dożycia swoich dni w tym miejscu, bo żaden oficjalny wyrok wprawdzie nie zapadł, ale więźniom dano jasno do zrozumienia, że na wolność już nie wyjdą, a o ich losie nikt się nigdy nie dowie.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Siąść i płakać? Popełnić samobójstwo? Oszaleć? Szukać pociechy w religii? Poddać się zobojętnieniu na wszystko? Schować się we własnym świecie, uciekając od rzeczywistości? Żyć nadzieją na cud? Wśród kilkudziesięciu więźniów mamy pełen przegląd możliwych reakcji i postaw, z czasem jednak coraz bardziej dominuje poczucie beznadziei i czekanie na śmierć, bo cóż innego pozostało…

Powieść powstała, ponieważ cud się w końcu zdarzył – po osiemnastu latach (!) informacje o istnieniu makabrycznego więzienia ujrzały światło dzienne, trafiły do światowych mediów i rząd zdecydował się wypuścić więźniów, a jeden z nich opowiedział autorowi swoją historię. Historię początkowo przejmującą, ale z czasem coraz bardziej monotonną, nużącą i wreszcie przyprawiającą czytelnika o zobojętnienie, bo ileż można czytać wciąż o tych samych cierpieniach, gdy jedyne co się zmienia na przestrzeni ponad dwustu stron, to malejąca liczba żywych jeszcze więźniów. Ale gdyby nie ta monotonia, niewiele można by było książce zarzucić, więc na pewno dam autorowi kolejną szansę.

Ocena: 4


Trynkiewicz srynkiewicz

Dodane: 13 lutego 2014, w kategorii: Absurdy

Opinią publiczną w Polsce znów wstrząsnęła seria wydarzeń pozbawionych znaczenia

W Polsce dochodzi do ok. siedmiuset morderstw rocznie. Nawet przy wykrywalności rzędu 90%, jaką chwali się policja, oznacza to, że samych tylko zeszłorocznych morderców mamy na wolności kilkudziesięciu. I kolejnych kilkudziesięciu, którzy dopuścili się mordu w 2012, kolejnych kilkudziesięciu z 2011 i tak dalej. Każdy z nich potencjalnie groźniejszy od Trynkiewicza, który ma pięćdziesiątkę na karku i pozostaje pod obserwacją policji. I psa z kulawą nogą to nie obchodzi. Nikt ani myśli zmieniać prawa, żeby skuteczniej wykrywać te kilkadziesiąt „bestii” rocznie. Żaden brukowiec nie krzyczy z okładki, że po polskich ulicach chodzą setki morderców.

A nawet tysiące, bo przecież i z tych ponad sześciuset rocznie lądujących w więzieniach, tylko nieliczni dostają dożywocie – zdecydowana większość prędzej czy później opuszcza więzienie. Dokładnych statystyk nie znalazłem, ale z wyguglanych strzępów informacji można wnosić, że praktycznie codziennie gdzieś w Polsce jakiś morderca wychodzi na wolność. A może nawet ciut częściej. I to również psa z kulawą nogą nie obchodzi.

Cztery morderstwa to zbrodnia, siedemset rocznie to już tylko statystyka.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »