Cichy Fragles

skocz do treści

Przeczytane w 2013 #3

Dodane: 7 lutego 2014, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Arka (Adam Wiśniewski-Snerg)
  • Motyl i czołg (Ernest Hemingway)
  • Nie ma kto pisać do pułkownika (Gabriel Garcia Marquez)
  • Przekładaniec (Stanisław Lem)
  • All-star Superman (Grant Morrison i Frank Quitely)
  • Ukojenie (Ian McEwan)
  • Ostatni brzeg (Nevil Shute)
  • Podcięte skrzydła (Aleksy Tołstoj)

Arka (Adam Wiśniewski-Snerg)

okładka (Czytelnik)

Czym jest Arka? Jeśli wierzyć głównemu bohaterowi, a zarazem narratorowi – okrętem przypadkowo napotkanym podczas morskiej podróży, który niegdyś należał do jego rodziny. Jeśli wziąć pod uwagę liczne sygnały otoczenia – szpitalem psychiatrycznym, w którym bohatera osadzono. A jeśli wierzyć innym pasażerom/pacjentom – może faktycznie szpitalem, ale na statku kosmicznym w podróży międzygwiezdnej. Tylko komu tu wierzyć? O ile pierwszą opcję można spokojnie wykluczyć na rzecz drugiej, o tyle trzecią nie tak łatwo skreślić, nawet biorąc pod uwagę, że wśród bohaterów ewidentnie roi się od chorych psychicznie.

Książka z jednej strony dająca do myślenia – chociażby w kwestii, jak odróżnić rzeczywistość od urojeń, a zdrowego psychicznie od wariata (zwłaszcza gdy nie ma pewności, że samemu się nim nie jest) – zarazem jednak czyta się ją w bólach, brnąc strona po stronie z coraz większym wysiłkiem. Trudno nawet powiedzieć czemu, ale mimo ciekawego pomysłu i inteligentnej realizacji nie byłem w stanie czerpać przyjemności z lektury – zamiast tego trzeba było się zmuszać, żeby ją dokończyć. Zmusiłem się skutecznie, ale jednak…

Ocena: 4-


Prokur*atura

Dodane: 30 stycznia 2014, w kategorii: Absurdy, Polityka

W zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że wiceminister obrony nie jest funkcjonariuszem publicznym, a napisany przez niego w ramach obowiązków służbowych raport, za który państwo wypłaciło fafnaście odszkodowań, nie jest oficjalnym dokumentem. Już wtedy metaforyczny nóż mi się w kieszeni otworzył, ale powstrzymałem się od publicznego komentarza. I słusznie, bo dziś wypłynęło coś jeszcze mocniejszego:

Gdy jesienią 2007 r. PiS przegrał wybory i Macierewicz odchodził z SKW, z jej siedziby wywieziono dokumentację WSI, tłumacząc, że jest potrzebna Komisji Weryfikacyjnej WSI, która do czerwca 2008 r. działała przy prezydenckim Biurze Bezpieczeństwa Narodowego pod przewodnictwem Jana Olszewskiego. Wcześniej jej szefem był Macierewicz.

Nowe kierownictwo SKW odkryło jednak, że oprócz akt WSI wywieziono też komputerową bazę agentury.

Pod nadzorem podwładnej Macierewicza – szefowej Biura Ewidencji i Archiwów SKW kpt. Agnieszki W. – dane te bezprawnie skopiowano na kilka twardych dysków. W ten sposób opuściły one bezpieczne komputery, których zgodnie z pragmatyką służb nie miały prawa opuścić. Także osoby bez odpowiedniej autoryzacji uzyskały możliwość łączenia prawdziwych nazwisk z pseudonimami i operacjami.

(…)

Prokuratura prowadziła śledztwo kilka lat, aż w 2013 r. po cichu je umorzyła. Powód? Niska szkodliwość czynu.

(…)

W związku z działalnością SKW pod rządami Macierewicza kontrwywiad złożył 10 zawiadomień o przestępstwie. Dotyczyły m.in. nielegalnego kopiowania dokumentów dla Komisji Weryfikacyjnej, wywiezienia ich poza siedzibę SKW, niedopuszczenia SKW do kontroli materiałów przechowywanych w BBN. Wszystkie postępowania zostały umorzone.

Pamiętajcie, drodzy czytelnicy – jeśli trafi się Wam okazja, by ukraść ściśle tajne dane, za które obce wywiady z pewnością hojnie zapłacą, nie wahajcie się, to przecież zupełnie nieszkodliwe. Jak wszystko, co w swojej – tfu! – karierze politycznej zrobił Macierewicz.

Być może nie trzeba być niespełna rozumu, żeby zostać w Polsce prokuratorem – ale to z pewnością pomaga.


Przeczytane w 2013 #2

Dodane: 26 stycznia 2014, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Dziedzictwo (Philip Roth)
  • Rewolucja w imię Allacha (Wojciech Giełżyński)
  • Bezsilni tego świata (Borys Strugacki)
  • Wolna kultura (Lawrence Lessig)
  • Ciekawe czasy (Terry Pratchett)

Dziedzictwo (Philip Roth)

okładka (Czytelnik)

Autobiograficzna historia ostatnich miesięcy życia ojca autora – czyli zapewne łzawa opowieść o przemijaniu, rodzinie, miłości i tak dalej, prawda? Nie, nic z tych rzeczy. Roth nie byłby sobą, gdyby napisał coś niekontrowersyjnego. Opowieść nie jest zatem łzawa, niewiele w niej mowy o miłości i tak dalej, a ojciec nie dostał tu od syna żadnej taryfy ulgowej. Przeciwnie, autor bezlitośnie wywleka na światło dzienne różne jego wady i przywary, relacjonuje niechlubne zachowania (których nie brakowało), nie cofa się nawet przed opisywaniem wywołanych przez starość i chorobę problemów fizjologicznych i upokarzających sytuacji z nimi związanych…

I tu pojawia się pewien problem: nie wydaje mi się, żeby śp. Herman Roth życzył sobie, by cały świat mógł czytać o przebiegu jego choroby, wstydliwych problemach, upokorzeniach i agonii. Nie sądzę zresztą, by syn go o to pytał, lub chociaż rozmawiał z nim o zamiarze opisania jego śmierci (o ile w ogóle miał już wówczas taki zamiar). Treść książki jest więc – oględnie mówiąc – mocno wątpliwa z etycznego punktu widzenia, tym bardziej, że nie chodzi tu o człowieka zmarłego pół wieku temu, którego nikt poza autorem już nie pamięta, tylko o posiadacza licznej rodziny i znajomych. A trzeba jeszcze raz podkreślić, że autor pozwala sobie na naprawdę dużo – zwłaszcza w jednej mocnej scenie, na zakończenie której wyznaje nam, co uważa za swoje tytułowe dziedzictwo. Oczywiście metaforycznie i tak dalej, ale jakiś niesmak pozostaje.

Zarazem jednak nie można zaprzeczyć, że jest to świetnie napisana, głęboka i mądra książka, doskonale oddająca zarówno tragizm sytuacji, jak i jej przyziemny wymiar, zarówno grozę nadchodzącej śmierci, jak i prozę trwającego życia. Gdyby to była fikcja literacka, niewątpliwie należałoby pochwalić autora za jej realizm i siłę oddziaływania. Można się wprawdzie zastanawiać, czy bez świadomości, że mowa o autentycznych wydarzeniach, ta siła oddziaływania byłaby równie duża, ale tego już się oczywiście nie da sprawdzić. Niezależnie od tego – i niezależnie od zastrzeżeń z poprzedniego akapitu – lektura powinna każdemu zapaść w pamięć.

Ocena: 5-

Inne tego autora: Oszustwo, Nasza klika


Przeczytane w 2013 #1

Dodane: 20 stycznia 2014, w kategorii: Literatura

Znowu nazbierało mi się trochę zaległości na koniec roku, a w dodatku nawet przed tym końcem roku nie zacząłem ich nadrabiać, bo jak zwykle brak czasu walczył o lepsze z lenistwem. No nic, trzeba się streszczać.

W dzisiejszym odcinku:

  • Yggdrasill (Wawrzyniec Podrzucki)
  • Europa niedokończona przygoda (Zygmunt Bauman)
  • Prowadź swój pług przez kości umarłych (Olga Tokarczuk)
  • Zaduszki (Rutu Modan)
  • Balzakiana (Jacek Dehnel)

Yggdrasill (Wawrzyniec Podrzucki)

okładka (Runa)

Niby SF, ale fabuła układa się w sposób typowy raczej dla fantasy. Zaczyna się niewinnie: w pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit tfu, nie ta bajka. W pewnym małym miasteczku mieszkał sobie pewien policjant, który nie mógł narzekać na nadmiar wrażeń, dopóki pewnego pięknego dnia nie odebrał sygnału alarmowego od swojego zwierzchnika. Ruszył mu więc na pomoc, odnalazł go, potem obaj ruszyli jeszcze dalej – i w stopniowo zrobiła się z tego dużo większa (także w sensie liczby uczestników) wyprawa niemalże na drugi koniec drzewa…

Tak, drzewa, bo rzecz się dzieje w odległej przyszłości, po tym jak gdzieś w okolicach XXI wieku postęp nanotechnologii doprowadził do stworzenia sztucznego życia z prawdziwego zdarzenia, a w wyniku pewnych wydarzeń, o których stopniowo się dowiadujemy, na Ziemi wyrosło kilka gigantycznych drzew, liczących sobie setki kilometrów wysokości i nie mniej okazałych w poziomie, a z jakiegoś powodu nadających się do życia w ich wnętrzu. Opisy, których autor nam nie szczędzi, co prawda każą wątpić, czy określenie „drzewo” faktycznie pasuje do ich budowy, ale nie czepiajmy się szczegółów. Jak to zwykle w fantastycznych sagach bywa, bohaterowie poznają dogłębnie zarówno drzewo, w którym się mieści ich miasto (i dziesiątki, jeśli nie setki innych), jak i świat poza drzewem, przeżywając rozliczne niebezpieczne przygody i dowiadując się rzeczy, o których nawet im się nie śniło.

Całej trylogii, pomimo tych wszystkich klisz fabularnych, nie można odmówić oryginalności – autor wykazuje się niemałą wyobraźnią w kreowaniu przyszłościowego świata i stara się jak może, by supertechnologie były mimo wszystko odróżnialne od magii, a opisy procesów życiowych drzewa wskazują na solidnie odrobioną pracę domową z biologii – z drugiej jednak strony trochę razi sztuczny, przesadnie staranny język dialogów, a akcja, w pierwszym tomie wartka i wciągająca, w kolejnych zaczyna się sypać. Można złośliwie zauważyć, że schemat fabuły wydaje się przypominać drzewo – przez pierwsze kilkaset stron solidny pień głównego wątku z nielicznymi odgałęzieniami, potem wątki coraz bardziej się mnożą i rozchodzą, aż wreszcie w końcówce jeden po drugim zaczynają się urywać.

Tak, urywać. Poza tym głównym, z którego w trzecim tomie coś tam jeszcze zostało, pozostałe kończą się zwykle bez żadnego rozwiązania akcji czy osiągnięcia jakiegoś celu – ot, po przeczytaniu całości nagle stwierdzamy, że o tych i o tych bohaterach przez ostatnie kilkadziesiąt stron już nic nie było i w sumie nie wiadomo, gdzie oni się podziali – po prostu w pewnym momencie autor przestał o nich pisać. Główny wątek, jak wspomniałem, ma lepsze zakończenie, ale też trochę jakby na chybcika i bez wyrazu. Szkoda, bo gdyby cała trylogia była tak dobra jak pierwszy tom, hit mielibyśmy murowany, a tak – tylko drewniany…

Ocena: 4


Płukanie mózgu

Dodane: 11 stycznia 2014, w kategorii: Net, Przemyślenia

Co jakiś czas nachodzi mnie refleksja, że po co ja ciągle tyle czytam, skoro rzadko kiedy jestem w stanie sobie przypomnieć, o czym wczoraj czytałem w gazecie, a tym bardziej w necie. Co tam zresztą wczoraj – nawet zaraz po wyłączeniu komputera nie zawsze jestem w stanie powiedzieć, co przeglądałem przez ostatnią godzinę czy dwie.

Po części wynika to oczywiście z niedostatków ludzkiej pamięci, która nie jest zbyt solidna ani też dostosowana do przyjmowania dużych ilości informacji. Po części z tego, że nie jest również porządnie indeksowana, więc dopiero po trafieniu drugi raz na ten sam artykuł przypomnę sobie, że już go czytałem. Po części z tego, że siłą rzeczy większość tych informacji faktycznie nie jest aż tak ważna, żeby je przechowywać. Ale też na pewno po części z tego, że internet systematycznie osłabia zdolność koncentracji, przyzwyczajając nas do skanowania tekstów zamiast solidnego ich czytania, co się prędzej czy później skończy powszechnym intelektualnym ADHD, o ile już to nie nastąpiło…

Ale starczy już tej dygresji. Wracając do tematu – ilekroć mnie ta refleksja nachodzi, przypominam sobie (dla usprawiedliwienia?) poniższą anegdotkę:

Pewien młody mnich płukał właśnie jarzyny, gdy zbliżył się do niego jeden z braci i chcąc wystawić go na próbę, zapytał:
– Mógłbyś mi powiedzieć, o czym dzisiaj w porannej homilii mówił nasz starzec?
– Nie pamiętam już – wyznał młodzieniec.
– To po co słuchałeś tej homilii, jeśli jej nie pamiętasz?
– Widzisz, bracie: woda obmywa moje jarzyny i nie zostaje w koszu, a przecież jarzyny są potem czyste.

Nie da się ukryć, że coś w tym jest. Ale z tej analogii wynikałoby, że siedzenie w necie to forma dobrowolnego prania mózgu – i również coś w tym jest…


Postanowienia na rok 2014

Dodane: 1 stycznia 2014, w kategorii: Prywata


(obrazek via Kryzys wieku)

Kolejny nowy rok, kolejne złudzenia, że będzie lepszy od poprzedniego, no i kolejne postanowienia noworoczne, których 90% Polaków podobno i tak nie dotrzymuje. Chcąc być lepszym niż te 90%, dwa lata temu zacząłem swoje postanowienia publikować, żeby mieć lepszą motywację do ich dotrzymania. Rok temu poszło nieźle, tym razem… no cóż, zobaczmy.

W roku 2013 zamierzałem:

Zacząć szybciej wstawać do roboty, zamiast odwlekać ten przykry moment pół godziny
zrealizowane Wyskakiwać z łóżka nie zacząłem, ale na pewno wstawanie idzie mi szybciej.

Wykręcić 3500 km na rowerze
częściowo zrealizowane Pod koniec sezonu padła mi bateryjka w liczniku, więc dokładnego dystansu nie jestem pewny, ale na oko wyszło 3000-3200 km.

Zwiększyć liczbę odwiedzin na blogu o połowę w porównaniu z 2012
niezrealizowane Wiosną Gugiel trochę mi przykręcił kurek i odkręcał go z powrotem przez dobre kilka miesięcy, skutkiem czego miałem nawet mniej odwiedzin niż w poprzednim roku. Pierwszy taki przypadek w historii bloga, no ale kiedyś musiało to w końcu nastąpić.

…a współczynnik strony/odwiedziny przynajmniej o jedną czwartą
częściowo zrealizowane Tu dla odmiany wzrost w końcu nastąpił, ale nawet nie o jedną dziesiątą.

Uruchomić w końcu stronę, nad którą pracuję siedzę już drugi rok
niezrealizowane Posiedzę i trzeci, co mi tam.

Poprawić się znacząco w grze w szachy
zrealizowane Czy znacząco, można się zastanawiać, ale na pewno postęp jest. Do czego jak do czego, ale do grania w szachy tablet się nadaje doskonale.

Zrealizować te postanowienia, których nie udało się spełnić w 2012
niezrealizowane Nic a nic.

W sumie tylko dwa postanowienia zrealizowane, dwa częściowo, a trzy zawalone. Ten marny bilans symbolicznie podsumowuje ogólną marność zeszłego roku, którego prawie pod żadnym względem nie mogę uznać za udany. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że ten rok będzie lepszy.

Ale jak to osiągnąć? Niemoc mnie taka ostatnio ogarnęła, że nawet pomysłów na kolejne postanowienia nie mam. Pozostaje ponownie podjąć te, których nie zrealizowałem w 2013 – chyba że ktoś podpowie coś sensowniejszego, to będę wdzięczny. Tylko nie „znajdź sobie wreszcie kobietę”, bo postanowienia powinny być w miarę realne;-).

Update: po zastanowieniu – moja oficjalna lista postanowień noworocznych AD 2014 wygląda następująco:

  • Nie wysiadywać przy komputerze dłużej niż godzinę bez przerwy
  • Zwiększyć liczbę odwiedzin na blogu o połowę w porównaniu z 2013
  • Zwiększyć współczynnik strony/odwiedziny przynajmniej o jedną czwartą
  • Popełnić przynajmniej dziesięć wpisów, z których będę dumny
  • Uruchomić w końcu stronę, nad którą pracuję siedzę już drugi trzeci rok
  • Napisać nadającą się do pokazania światu gierkę w HTML5

W sumie to pierwsze postanowienie może być trudne do pogodzenia z pozostałymi, no ale nikt nie powiedział, że ma być łatwo.


Klasyka z czytnika

Dodane: 26 grudnia 2013, w kategorii: Literatura

Jedną z licznych zalet czytnika jest możliwość czytania klasyki za darmo – 70 lat po śmierci autora jego utwory przechodzą do domeny publicznej i można je legalnie udostępniać w necie, co w dużych ilościach robią choćby takie strony jak Wolne Lektury czy Bookini.pl, że o Chomiku i torrentach nie wspomnę. Co prawda klasyka kojarzy się z nudnymi lekturami szkolnymi, których nikt nie lubił, ale lektury dobierano przecież pod kątem Wpływu, Znaczenia, Wybitności i Słuszności, a nie atrakcyjności dla współczesnego czytelnika, więc nie należy się z tego powodu zrażać. Wiele dawnych utworów przeszło próbę czasu i nadal da się je czytać – na przykład poniższe.


Opowiadania (Mikołaj Gogol)

okładka zastępcza (Bookini)

OK, ten przykład akurat nie jest najlepszy, bo opowiadania Gogola mocno się zestarzały i z nóg nie zwalają – w większości nazbyt przegadane i zbyt grzeczne, jak na dzisiejsze standardy. Nie wykluczam, że nasi przodkowie boki zrywali, czytając np. „Powóz” – o skacowanym oficerze, który chowa się w powozie przed gośćmi, by ukryć swoją niedyspozycję – ale dziś jakoś trudno się przy tym choćby uśmiechnąć. Niektóre teksty uniknęły jednak efektów starzenia: „Noc wigilijna” to zgrabna komedia pomyłek, w której kolejne miłosne schadzki kończą się coraz większym galimatiasem – ktoś puka do drzwi, niechybnie mąż lub ojciec ukochanej, więc trzeba się szybko schować… a potem się okazuje, że to drugi kochanek, którego z kolei podobnie wystraszy trzeci – pytanie tylko, czy kryjówek nie zabraknie.

„Rewizor” również opisuje wydarzenia, które mogłyby się dziać i dzisiaj, nie tylko w Rosji zresztą. Na urzędników pada blady strach na wiadomość o przybyciu tytułowego rewizora ze stolicy, omyłkowo biorą za niego drobnego oszusta zatrzymującego się w miasteczku, i zaczynają na wyścigi zabiegać o jego względy, nie żałując pieniędzy na łapówki – tym większym szokiem będzie więc przybycie tego prawdziwego. „Szynel” z kolei nie dałby się przenieść w XXI wiek, bo trudno sobie dziś wyobrazić człowieka z takim poświęceniem oszczędzającego na ciepłe ubranie – ale historia tego oszczędzania i niespodziewanych wydarzeń, które nastąpiły po upragnionym zakupie, jednak wciąga. Podobnie „Nos”, którego bohater stwierdza pewnego poranka, że obudził się bez nosa, i nie wiedzieć czemu uznaje, że ten nos gdzieś sobie samodzielnie wędruje, więc trzeba go odnaleźć.

Opowiadania pod linkiem są umieszczone po jednym w osobnych plikach, można więc ściągnąć tylko te godne uwagi – resztę zostawiając koneserom.

Ocena: 3+


Człowiek zaczyna się od porodu

Dodane: 20 grudnia 2013, w kategorii: Absurdy


(obrazek via raczkowski.soup.io)

Tak przynajmniej uważa prokuratura. I z tego powodu umorzyła (już po raz drugi) postępowanie w sprawie domniemanego spowodowania śmierci dziecka przy porodzie.

Czytam ten artykuł po raz któryś i nawet nie wiem, co najpierw objechać, tyle celów się nasuwa. Sam fakt, że podejrzanym (a zarazem ojcem dziecka) był ksiądz, daje duuuże pole do wtykania szpilek. Podobnie jak reakcja Kościoła, który jak zwykle próbował zamieść sprawę pod dywan, przenosząc księdza na drugi koniec kraju (potem nawet za granicę), a o usunięciu go ze stanu duchownego pomyślano dopiero, gdy sprawa wyciekła do mediów. Nie mówiąc już o uzasadnieniu decyzji prokuratury, w którym aż się roi od absurdów zwalających z nóg: odmowa wezwania karetki do porodu „nie naraziła noworodka na realne niebezpieczeństwo”, ksiądz „nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń związanych z porodem”, a „lekkomyślność nie jest przestępstem”.

Nie mogę się wprost doczekać komentarzy ze strony hierarchów. Sam nie wiem czemu, ale tak jakoś czuję, że będą ciekawe…


Światy Zajdla

Dodane: 11 grudnia 2013, w kategorii: Literatura

Gdyby ktoś jakimś cudem jeszcze nie słyszał, kolekcja pod takim tytułem pojawiła się wczoraj w BookRage – a że prawie prawie wszystkie książki Zajdla czytałem, to wypada skorzystać z tej okazji, by przybliżyć jego twórczość tym, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli.

Twórczość niestety dość skromna ilościowo (ww. pakiet zawiera ją niemal w całości) ale jakościowo bynajmniej. Zajdel to jeden z najwybitniejszych polskich twórców SF, a zdecydowanie najwybitniejszy, jeśli „S” w tym skrócie rozwiniemy jako „social” – jego specjalnością były bowiem wizje społeczeństw przyszłości, a nie technologicznych gadżetów. Wizje mocno pesymistyczne – jak większość polskich fantastów w latach 80-tych, pasjami tworzył on antyutopie, do czego klimat dogorywającego PRL-u doskonale inspirował, a konwencja SF pozwalała względnie bezkarnie atakować najlepszy z ustrojów, jeśli tylko aluzje nie były zbyt oczywiste. Niestety, słowa „względnie” nie użyłem bez powodu – cenzura udawała, że nie rozumie alegorii, ale nazwisko zapamiętywano i zbyt celna krytyka skutkowała obniżką nakładów kolejnych książek. Zajdel doświadczył tego szczególnie boleśnie, bo kolejne jego powieści rozchodziły się na pniu, a wskutek urzędowych ograniczeń wydawano je w coraz bardziej śladowych ilościach.

Z dzisiejszej perspektywy widać jednak, że udało mu się uniknąć innego rodzaju pułapki, w którą jego koledzy wpadli masowo – antyutopie, które pisano pod kątem dowalenia reżimowi, popadły w zapomnienie zaraz po jego upadku, natomiast powieści Zajdla ani trochę się nie zestarzały i pozostają doskonale zrozumiałe także dzisiaj. Autor atakował w nich bowiem nie konkretny ustrój w konkretnym państwie, tylko zniewolenie w ogóle – czy to przez totalitarną władzę, czy to przez chory system, czy po prostu przez technologię. A zwłaszcza to ostatnie wcale nie straciło na aktualności.

Dość ogólników, przejdźmy do konkretów, czyli dlaczego warto poznać poszczególne powieści:


MediADHD

Dodane: 7 grudnia 2013, w kategorii: Absurdy, Net


(obrazek via TechCult)

„Dlaczego” – zapytałem pewnego krytyka – „napisał Pan o tym jako o epokowym wydarzeniu, które będzie miało przełomowe znaczenie?” „O czym?” – zapytał.

Stanisław Jerzy Lec

Gdybym nie czytał papierowej prasy, z dużym prawdopodobieństwem jeszcze bym nie wiedział, że Nelson Mandela nie żyje. Zmarło mu się bowiem późnym wieczorem we czwartek, jak już wyłączyłem komputer, potem w pracy nie zaglądałem na portale, a w piątek wieczorem (czyli niespełna dobę po fakcie) wiadomość była już tak stara, że nawet w jakiejś bocznej kolumnie nie na każdym portalu starczyło miejsca.

Niby nic nowego – na uwagę portali przez więcej niż dobę nie zasłużyła sobie Szymborska, Mrożek czy Mazowiecki, więc czemu z Mandelą miałoby być inaczej – ale ciągle nie przestaje mnie zadziwiać, jak szybko „nowe media” zasypują starsze newsy nowszymi i jak przy tym olewają jakąkolwiek hierarchię ważności. Gdybym stracił choć na kilka dni kontakt ze światem i chciał się potem dowiedzieć z netu, co przez ten czas się wydarzyło, byłbym praktycznie bez szans – żeby coś się utrzymało na froncie lub w okolicach tak długo, musiałaby to być chyba wojna atomowa.

No, w ostateczności ślub jakiejś celebrytki.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »