JID: cichyfragles@jabber.wroc.pl, mail: cichy kropka fragles małpa gmail kropka com
Na hasło "superbohaterowie na poważnie" każdy szanujący się miłośnik komiksu bez wątpienia wymieni "Strażników" Moore'a, "Powrót mrocznego rycerza" Millera i... pewnie nic więcej. Na tych dwóch tytułach się jednak nie kończy - oto mamy kolejne dzieło z tego nurtu, może ciut mniej ambitne i wybitne, ale nadal zdecydowanie godne uwagi.
Jak sam tytuł wskazuje, rzecz się dzieje w uniwersum Marvela. Oczami nowojorskiego fotoreportera oglądamy tu takie historyczne wydarzenia jak powstanie Sentinels, starcie Fantastycznej Czwórki z Galactusem czy śmierć Gwen Stacy. Nie, ten reporter nie nazywa się Peter Parker, nie prowadzi podwójnego życia i nie bierze udziału we wspomnianych wydarzeniach. Odmienność tego komiksu od zwykłych superbohaterskich nawalanek polega właśnie na tym, że na pierwszym planie stoją tu zwykli śmiertelnicy, którzy o herosach czytają w gazetach lub co najwyżej widzą ich czasem z daleka.
Odwrotnie niż zwykle, epickie super-starcia oglądamy tu tylko przy okazji - ważniejsze dla autora są reakcje szarych ludzi na niezwykłe zjawisko, jakim bez wątpienia są superbohaterowie. A reakcje, jak nietrudno zgadnąć, obejmują całe spektrum emocji: strach, nienawiść, ciekawość, fascynacja, uwielbienie... Niekoniecznie w tej kolejności.
Lecz stojący w pobliżu pan z Taczewa odpowiedział:
- Komu wadził chrzest Litwy, tego może mierzić i krzyż.
- My krzyż na płaszczach nosim - odpowiedział z dumą Schonfeld.
Na to zaś Powała:
- A trzeba go nosić w sercach.
Henryk Sienkiewicz, "Krzyżacy"
Z dedykacją dla "obrońców krzyża". Wszelkich, nie tylko tych spod pałacu.
W dzisiejszym odcinku:
Lata osiemdziesiąte, Afganistan w środku wojny z radzieckimi "wyzwolicielami". Placówka tych ostatnich w górach Hindukuszu, żyjąca od jednego straceńczego ataku mudżahedinów do drugiego, a między atakami umierająca z nudów. I pewnie nic by się w tej kwestii prędko nie zmieniło, gdyby nie to, że dowódca podczas patrolu napotkał złotą żmiję o hipnotyzującym spojrzeniu, które wywoływało dziwne wizje z przeszłości Afganistanu...
Najpierw był pięcioksiąg, potem trylogia, a teraz jeden krótki tomik - tendencja bardzo nieładna, bo pozwalająca przypuszczać, że na tym twórczość Sapkowskiego się skończy. Co gorsza, jakość idzie w parze z ilością: Wiedźmin był genialny, Narrenturm dobre, a Żmija - no cóż, najwyżej przyzwoita. Fabuła prościutka i przewidywalna, dialogi sztuczne, bohaterowie papierowi, a do tego nachalna propaganda poglądów autora na wojnę w Afganistanie. Poglądów sprowadzających się do stwierdzenia, że w tym ponurym kraju przegrał i Aleksander Wielki, i Brytyjczycy, i Armia Czerwona, więc taki sam los czeka teraz i wojska NATO.
Pomijając nachalność tej propagandy, jest ona zwyczajnie bzdurna, z czego Sapkowski - przecież spec od historii - musiał sobie zdawać sprawę. Tak dla Macedończyków, jak i dla Brytyjczyków Afganistan był celem drugorzędnym, o który po prostu nie chciało im się walczyć odpowiednio dużymi siłami, a nie miejscem niemożliwym do podbicia. Poza tym Afganistan bywał w swojej historii podbijany całkiem skutecznie, nierzadko na dekady czy stulecia - np. przez Partów, Kuszanów czy Mongołów. Wiem, Żmija to tylko fikcja literacka, nie traktat historyczny, ale jakieś minimum rzetelności wypadałoby jednak zachować - albo przynajmniej darować sobie ten epilog z polskimi żołnierzami, żeby całość nie miała takiego propagandowego wydźwięku.
Owszem, książka ma swoje mocne strony - świetny język, złośliwy humor, niezłe sceny batalistyczne, studium upadku moralności w warunkach ekstremalnych, krwawy bezsens wojny - ale wszystko to już mieliśmy i w Wiedźminie, i w Narrenturm, w dużo większych ilościach zresztą. Wypada mieć nadzieję, że Sapkowski nie pożegna się z czytelnikami w tak słabym stylu i napisze jeszcze coś lepszego. Może - dla odwrócenia wspomnianej tendencji - znowu trylogię?
Ocena: 4
Zobacz także: Historia i fantastyka
Czy we wszechświecie istnieje jakieś życie? Z pewnością - na trzeciej planecie od Słońca jest go całkiem sporo, żeby daleko nie szukać. Jeśli jednak szukać trochę dalej, sprawa się komplikuje. Z jednej strony - skoro życie mogło powstać na Ziemi, to dlaczego nie miałoby się pojawić i na innych planetach? Matka Ziemia nie wydaje się być pod jakimkolwiek względem wyjątkowa, planet o podobnych rozmiarach, budowie, odległości od macierzystej gwiazdy itd. z pewnością jest bardzo, ale to bardzo dużo. Z drugiej strony - skoro życie pozaziemskie istnieje, czemu mimo wszystkich podjętych wysiłków nie zdołaliśmy go dotąd zaobserwować?
Cóż, powodów jest wiele, ale zacznijmy od kwestii podstawowej, o której mówi pierwsza część książki - jak wyglądają szanse na powstanie życia poza Ziemią? Autorzy esejów - ze Stephenem Hawkingiem na czele - wykazują się sporym optymizmem, ale sprawa nie jest taka prosta. Jak dotąd nie udało się odtworzyć laboratoryjnie warunków powstania życia, wiadomo jednak, że byłoby to jeśli nie niemożliwe, to przynajmniej mocno utrudnione, gdyby nie splot wielu korzystnych okoliczności - tak wielu, że być może w ogóle nigdzie indziej nie splotły się one tak szczęśliwie (vide hipoteza jedynej Ziemi).
Sam przebieg biogenezy od strony chemicznej pozostaje zresztą bardzo niejasny, a prawdopodobieństwo spontanicznego powstania nawet najprostszych białek jest tak niewyobrażalnie małe, że nawet przemnożone przez liczbę planet we wszechświecie i czas ich istnienia, daje liczbę z wciąż bardzo wieloma zerami po przecinku. Bez wątpienia przed powstaniem znanych nam białek musiały istnieć jakieś formy pośrednie, które mogły powstać dużo łatwiej i posiadały potencjał do przekształcenia się w białka z prawdziwego zdarzenia. Co to jednak było, jak powstało, jak się przekształciło w białko, DNA itd. - jak dotąd nie wiadomo. No ale jakoś do tego doszło, więc szansa powtórki gdzie indziej jest przynajmniej niezerowa - i tego się trzymajmy;-).
A co z szansami wykształcenia przez to życie inteligencji wystarczającej do stworzenia cywilizacji? Cóż, tu znowu potrzebny jest cały splot sprzyjających okoliczności, bo inteligencja - wbrew pozorom - nie daje aż takiej przewagi ewolucyjnej, żeby jej przyrost był w naturze nieunikniony. Utrzymanie dużego i sprawnego mózgu kosztuje, więc jego posiadanie musi się doraźnie opłacać, a u miażdżącej większości gatunków tak nie jest - rozwinięty instynkt wystarczy do uporania się ze znakomitą większością problemów spotykanych w naturze, więc szkoda zasobów na dodatkowe neurony.
Nawiasem mówiąc, u ludzi wzrost liczby neuronów był najprawdopodobniej tylko efektem ubocznym stosowania prymitywnej metody polowania przez zabieganie na śmierć - nasi prehistoryczni przodkowie ganiali za antylopą czy innym zwierzęciem tak długo, aż padało ono z powodu przegrzania mózgu. Żeby taką metodę efektywnie stosować, sami musieli być na przegrzanie odporniejsi, więc ewolucja premiowała tych, którzy mieli więcej neuronów i mogli dłużej biegać, zanim im makówka odmówiła posłuszeństwa. A dopiero potem się okazało, że sprawniejszy mózg ma i inne zastosowania...
W uniwersum myśli ludzkiej panuje bowiem prawdziwa doskonałość symetrii; toteż na antypodach geniuszu tkwią ludzie o takim samym, tyle że ujemnym potencjale rozumu, czyli geniusze kretynizmu; a nieskończoności wysiłku poznania odpowiada też druga, przeciwstawna nieskończoność - wysiłku utopienia wszelkich sensów w niewymiernym oceanie bełkotliwego bredzenia.
Stanisław Lem, "Fantastyka i futurologia"
Nic dodać, nic ująć. Niestety.
Jutrzejszy piątek będzie szczególnie miłym końcem tygodnia, z uwagi na Światowy Dzień Książki, który wiąże się z licznymi promocjami w księgarniach. Najciekawsze, jakie wypatrzyłem, to 30% zniżki w Matrasie, 25-30% w Merlinie i - tradycyjnie już - trzy książki w cenie dwóch w Empiku. Sam nie wiem czy skorzystam, bo stosik mam już i tak rekordowy, ale jak znam życie, to się pewnie nie powstrzymam - czego i innym życzę;-).
W dzisiejszym odcinku:
Historia trzeciej Rzeczypospolitej pisana przez pracownika IPN - strach się bać, prawda? Na szczęście w tym przypadku nie ma powodów do obaw - choć autor zastrzega we wstępie, że ma określone poglądy, to w treści specjalnie tego nie widać (może oprócz końcówki). Zdarzają się sugestie między wierszami, co autor w danej kwestii sądzi, w paru miejscach wręcz jawnie opowiada się po jednej ze stron sporu, co historykowi zdecydowanie nie przystoi - ale generalnie brak obiektywizmu i rzetelności w przedstawianiu wydarzeń trudno mu zarzucić. Trochę tylko drażni ciągłe pisanie o SLD per "komuniści", szczególnie w późniejszej części, gdy ci "komuniści" obniżają podatki i liberalizują kodeks pracy - ale da się to przeżyć.
Dużo bardziej drażnią liczne literówki i niezręczności stylistyczne - szczególnie, że to już drugie wydanie trzeciej wersji książki, więc były przynajmniej cztery okazje, żeby korektor się tym zajął. Cóż, najwyraźniej wydawnictwo mocno oszczędza na redakcji. Ale mniejsza o szczegóły - pomimo tych niedoróbek książkę czyta się bardzo dobrze i stanowi ona solidne żródło wiedzy o początkach trzeciej RP. Autor wyczerpująco opisuje kontekst i przebieg rozlicznych sporów politycznych, jakie towarzyszyły kształtowaniu się naszej demokracji, jak również działalność pierwszych kilku rządów.
Czemu tylko pierwszych kilku, skoro w omawianym okresie mieliśmy tych rządów dziesięć? No niestety, tu mamy spory zgrzyt - o ile lata 1989-93 są opisane nad wyraz drobiazgowo, o tyle później tempo rośnie, a po roku 1997 autor leci już zupełnie po łebkach. Dość wspomnieć, że w pierwszej części książki półroczny epizod Olszewskiego zajmuje 40 stron, a później czteroletnie rządy Buzka, w czasie których przecież sporo się działo, raptem 60. Na domiar złego im dalej, tym gorzej z chronologią - autor coraz częściej wybiega do przodu, by potem cofać się o rok czy dwa, lub też uprzedza fakty, np. najpierw wspomina, że partia X zrobiła to i tamto, a dopiero jakiś czas później opisuje, co to za partia i skąd się wzięła.
Najsłabiej wypada końcówka, czyli rządy SLD po 2001 - można odnieść wrażenie, że poza negocjacjami z UE i działalnością komisji śledczych praktycznie nic się w tamtym okresie nie wydarzyło. Szeroki opis prac komisji badającej aferę Rywina jest oczywiście jak najbardziej zrozumiały, ale nie da się tego powiedzieć o jeszcze dłuższych wywodach na temat komisji orlenowskiej, która przecież nie wyjaśniła prawie niczego, a jej prace zmieniły się za sprawą Giertycha w zupełną farsę (o czym autor stara się nie wspominać). Śmiechu warty jest rozdział o rządzie Belki - trzy strony o okolicznościach jego powstania i jedna(!) o działalności. Jasne, nie był to rząd specjalnie aktywny ani długowieczny, ale bez przesady - to książka historyczna, nie artykuł w gazecie.
Cóż dodać - gdyby całość wyglądała tak jak pierwsza połowa, byłoby świetnie, a tak jest tylko przyzwoicie. Pozostaje mieć nadzieję, że w jakiejś kolejnej wersji autor rozbuduje drugą połowę tak, by nie psuła dobrego wrażenia.
Ocena: 4+
- Znacie anegdotę o Żydzie, co wybrał się w podróż daleką w sprawach finansowych? Rozmowy na miejscu się przeciągają, więc idzie nadać telegram do żony. Żeby się nie niepokoiła, bo on musi zostać jeszcze parę dni, kwestja większego zysku, wróci, jak tylko będzie mógł, pozdrawia, Iccak. Dają mu blankiet do wypełnienia, urzędnik pocztowy objaśnia, że opłatę liczy się od każdego jednego wyrazu. Iccak spisał wiadomość, porachował słowa, porachował cenę telegramu - i nuże kombinować, co też mógłby tu wykreślić, bo zbędne, niekonieczne. "Iccak" - no przecie żona wie, że Iccak, kto inny? "Pozdrawia" - no jasne, że pozdrawia, miałby nie życzyć zdrowia własnej małżonce? "Wróci, jak tylko będzie mógł" - no to się rozumie samo przez się; jak nie będzie mógł, to nie wróci. I tak dalej, słowo po słowie, w końcu skreślił z blankietu całą wiadomość: same oczywistości.
...Otóż, widzicie, ja mam to samo. Nie ze skąpstwa - sam się zniechęcam. Wystarczy, że moment pomyślę nad tym, co zamiaruję powiedzieć, zanim powiem. Prawie nigdy nie wtrącam się do rozmów, nie oponuję nawet największym głupotom wygłaszanym w mojej przytomności. Im większe, tem mniejszy w opozycji sens, bo tem jaskrawsze oczywistości musiałbym przeciwko nim opowiadać. Zamykam usta, siedzę w kącie, milczę. Nie ma znaczenia, czy inni rozpoznaliby banalność mych słów - ja ją widzę aż nadto wyraźnie. I to, pojmujecie, to się z czasem obraca w rodzaj ogólnego zniechęcenia, lenistwa wobec ludzi. Ja powiem to, więc oni to, więc ja to, więc oni, więc ja, więc oni, i tak dalej, skolka ugodna - na co mi w ogóle rozpoczynać tę mękę? Siedzę w kącie, milczę.
- Właśnie usłyszeliśmy, jak pan milczy.
- Wiem, że inni tak nie postępują, to nie jest normalne. Nie recytuję więc tu żadnych, uff, banałów i oczywistości. Nie miałby pan szans samemu się domyślić.
- Ale tego wyjaśnienia - już tak, nieprawdaż?
Blutfeld zamknął usta, zmilczał.
Jacek Dukaj, "Lód"
Chciałoby się do tego pięknego cytatu dodać jakiś komentarz typu "iluż to wpisów zaniechałem przez takie podejście", ale to chyba też by było recytowanie oczywistości. Zmilczę zatem.
To, co miałem napisać o akcji 52 książki, w zasadzie już napisali inni - Ghati, Yano i Weronika wyrazili poglądy doskonale zbieżne z moimi, więc nie będę po nich powtarzać. Dodam tylko parę słów w kwestii, której żadne z nich nie poruszyło.
Mianowicie - do kogo ta akcja jest właściwie skierowana? Jeśli do ludzi już czytających, to mamy tu typowy przykład przekonywania przekonanych. Jeśli do czytających mało, żeby czytali więcej, to przepraszam, ale ja sam tyle nie czytam, a molem jestem przecież patologicznym. Jeśli wreszcie do nieczytających w ogóle, to czy ktoś na serio wierzy, że zaczną oni czytać pod wpływem apelu? Bądźmy realistami. Jeżeli takie akcje mają sens, to tylko na zasadzie dawania dobrego przykładu - ale tego tu akurat brakuje, bo jaki efekt będzie widoczny "z zewnątrz"? Taki, że kilka(naście/dziesiąt/set) osób pochwali się na stronie akcji, że wyrobiły normę? Nie sądzę, żeby na kogokolwiek taki przykład podziałał.
Proponuję zatem alternatywną (bynajmniej nie konkurencyjną) akcję: przeczytaj 12 książek godnych uwagi i napisz, dlaczego były one godne uwagi.
Myślę, że jedna książka miesięcznie nie powinna być wyzwaniem dla nikogo. A gdyby była, to mniejsza o liczbę - ważniejsza jest jakość i efekt w postaci wpisu, który może być bardziej zachęcający niż informacja "przeczytałem/am X książek, akcja odfajkowana".
Są chętni?
Dukaj lubi zaskakiwać czytelników, ale tym razem zaskoczył szczególnie, praktycznie pod każdym względem. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to objętość - znany miłośnik cegieł zrobił wyjątek i napisał miniaturkę. Niech nikogo nie zmyli te dwieście stron z okładem - z setkę stron zajmują ilustracje, a reszta jest napisana wielką czcionką i ze sporymi marginesami. Gdyby sformatować to tak jak "Lód", wyszłoby góra 50 stron. Trochę niemiło, bo książka swoje kosztuje, a lektura raptem na jeden wieczór.
Ale mniejsza o objętość, bo to w sumie mało znacząca kwestia. Drugie zaskoczenie - Dukaj napisał bajkę? Taką niby dla dzieci? Ten Dukaj, który zwykle operuje na wysokim poziomie abstrakcji i mało kto potrafi za nim nadążyć, nagle pisze coś prostego, bez dysput filozoficznych i zdań wielokrotnie złożonych ciągnących się przez pół strony? Trudno uwierzyć, ale tak faktycznie jest - Dukaj rzeczywiście napisał coś zrozumiałego (i zapewne atrakcyjnego) dla, powiedzmy, dziesięciolatka. Kontrast z "Lodem" (i zresztą ze wszystkimi wcześniejszymi powieściami) uderzający.
Trzecie, już dużo późniejsze zaskoczenie - fabuła. Dukaj wielokrotnie narzekał na fantastów, że tworzą najbardziej odjechane światy tylko po to, żeby w nich umieszczać sztampowe fabułki, które mogłyby się rozgrywać gdziekolwiek, kiedykolwiek - tymczasem "Wroniec" to właśnie wzorcowy przykład tego grzechu. Akcja tej bajki mogłaby się z powodzeniem toczyć w świecie braci Grimm, na pustyni z tysiąca i jednej nocy, czy nawet dawno temu w odległej galaktyce - wystarczyłoby podmienić milipantów na imperialnych szturmowców, a Złomoty na roboty bojowe AT-AT, czy jak tam się nazywały te czworonogi. Stan wojenny? Jaki znowu stan wojenny? Ze stanu wojennego mamy tutaj tylko dekoracje, a historyjka jest uniwersalna i z rzeczywistością nie ma tak naprawdę nic wspólnego.
« Tomy 1-5
« Tomy 6-10
« Tomy 11-16
« Tomy 17-24

Ostatnia powieść Lema i jego pożegnanie z beletrystyką w ogóle - potem (czyli przez ostatnie 19 lat życia) zajmował się już tylko publicystyką, jeśli nie liczyć dwóch czy trzech krótkich opowiadań. Jak sam tłumaczył, nie chciał "brzydko się starzeć na oczach czytelników" - zauważył bowiem, że wielcy pisarze, którzy osiągali wiek emerytalny, wchodzili na równię pochyłą i niczego godnego uwagi już nie tworzyli. Można się zastanawiać, ile jest w tym prawdy, bo taki na przykład Miłosz zachował jasność umysłu i talent nawet po dziewięćdziesiątce. W przypadku samego Lema spadek formy pod koniec życia niewątpliwie nastąpił (dość porównać eseje z "Okamgnienia" np. z tymi z "Sex wars", żeby to stwierdzić), ale i tak uważam, że koniec jego pisarskiej kariery był przedwczesny. W "Fiasku" bowiem o spadku formy absolutnie jeszcze nie ma mowy.
Do rzeczy jednak - oto w bliżej nieokreślonej (ale z pewnością odległej) przyszłości ludzie po wieloletnich obserwacjach kosmosu odkrywają wreszcie planetę, na której prawdopodobnie istnieje cywilizacja. Postanawiają oczywiście nawiązać z nią kontakt, i to bezpośredni - zamiast wysyłać wiadomości radiowe, organizują kosmiczną wyprawę. Załogowe loty do odległych gwiazd nie stanowią wielkiego problemu, jako że ludzkość opanowała sztukę manipulowania czasoprzestrzenią (nazwaną przez autora inżynierią sideralną), która pozwala przekraczać prędkość światła, ale też - jak wiele technologii - ma swoją ciemniejszą stronę: można ją wykorzystać jako superpotężną broń, zdolną do niszczenia całych planet. I jak się już niektórzy może domyślają, wyprawa ma także złowrogi podtekst - gdyby owa cywilizacja stanowiła potencjalne zagrożenie dla Ziemi, może zostać "od ręki" zniszczona...
Czy próba nawiązania kontaktu się powiedzie? Cóż, odpowiedź dostajemy najszybciej jak się da, bo już w samym tytule. Tak jak w "Głosie Pana", z góry wiadomo, że nic z tego nie będzie, a powieść jest poświęcona tłumaczeniom, dlaczego inaczej być nie mogło. Lem wielokrotnie wyrażał sceptycyzm co do możliwości dialogu z Obcymi, a w "Fiasku" wyłożył swój pogląd wyjątkowo dobitnie. Przedstawiciele wspomnianej cywilizacji (nazwanej przez ludzi Kwintanami, jako że mieszkają na piątej planecie układu) boją się kontaktu i chcą go uniknąć za wszelką cenę - tak bardzo, że Ziemianie w końcu posuwają się do gróźb zniszczenia planety, żeby ten kontakt wymusić. A groźby wzmacniają taką demonstracją siły, o jakiej Kwintanom się nie śniło. I na demonstracji bynajmniej się nie kończy.
Mógłbym długo wymieniać zalety tej powieści, począwszy od - co u Lema normalne - głębokich rozważań o życiu, Wszechświecie i całej reszcie, a skończywszy na fabule, która - co u Lema nie tak częste - nie służy tylko za pretekst do rozważań, ale jak najbardziej broni się sama w sobie. A do tego mamy tu takie smaczki jak dyskusja, którego z hibernatusów przywrócić do życia, a którego skazać na śmierć - niesprawne hibernatory uszkodziły bowiem ich ciała w tak poważnym stopniu, że z funkcjonujących jeszcze organów można "uskładać" tylko jeden "kompletny" organizm, ale według jakich kryteriów dokonać wyboru? Dyskusja zapada w pamięć, tym bardziej, że jednym z tych pechowych hibernatusów jest - dla medyków obojętny, ale nam skądinąd dobrze znany - komandor Pirx...
Jako się rzekło na początku, o spadku formy nie ma tutaj mowy - wręcz przeciwnie, "Fiasko" to wbrew tytułowi wielki sukces Lema, jedna z jego najwybitniejszych powieści, a dla jego miłośników pozycja bezdyskusyjnie obowiązkowa. Wielka szkoda, że ostatnia w dorobku.
Ocena: 5+
Myślałem, że za czwartym podejściem jurorzy "Polityki" w końcu raczą go docenić, ale znowu nie. Tak jak za poprzednim razem, Dukaj rywalizował z dwójką żółtodziobów i znowu nie znalazł uznania. Cóż, mój zeszłoroczny komentarz zachowuje wobec tego aktualność, ale laureatowi mimo wszystko gratuluję.