Cichy Fragles

skocz do treści

Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla 2016

Dodane: 23 sierpnia 2017, w kategorii: Literatura

Ojejku, jak już dawno nic nie pisałem – a jeszcze dawniej nic nie recenzowałem. Czas najwyższy się poprawić w obu kwestiach, a cóż może być po temu lepszą okazją, niż kolejna edycja nominacji do Zajdla?

Wiem, praktycznie co roku narzekam, że poziom tekstów spada, a ostatnio już nawet recenzować mi się ich nie chciało, tak bardzo były szare i przeciętne – ale tym razem nastąpiło jeśli nie odbicie, to przynajmniej rozrzut, tzn. opowiadania dają się od siebie odróżnić, jest co pochwalić i co zganić – słowem, jest co napisać. Piszmy więc.



Przeczytane w 2016

Dodane: 18 stycznia 2017, w kategorii: Literatura

Wstyd przyznać: z książek przeczytanych w zeszłym roku, zrecenzowałem – uwaga – jedną. Fakt, zapowiadałem rok temu, że będę recenzować rzadziej – ale że aż tak, to sam siebie zaskoczyłem. Tym bardziej, że czytelniczo był to rok więcej niż owocny: 52 książki (w tym 22 na czytniku) i 15 komiksów to najokazalszy bilans od wielu lat, a i jakościowo powodów do narzekania wiele nie miałem. Pisać o wszystkim oczywiście zatem nie zamierzam – poprzestanę na pozycjach najbardziej godnych wyróżnienia (w kolejności, w jakiej je czytalem, czyli de facto przypadkowej).


Nowoczesność i Zagłada (Zygmunt Bauman)

To właśnie ta jedyna recenzja, jaką popełniłem w zeszłym roku. Rozpisałem się w niej bardzo szeroko, więc powtarzać się już nie będę – zapewnię tylko raz jeszcze, że choć porusza ona temat niby już przeanalizowany do imentu, to i tak co i rusz zaskakuje, bezpardonowo wytrąca z równowagi i daje do myślenia na długo.

Pisałem kiedyś, że Bauman to najmądrzejszy z żyjących Polaków, i zamierzałem to jeszcze raz tutaj powtórzyć – ale fatalnym zrządzeniem losu akurat po rozpoczęciu pisania notki to określenie zdezaktualizowało się na wieki wieków…



Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla 2015

Dodane: 18 sierpnia 2016, w kategorii: Literatura

Po raz kolejny opowiadania nominowane do najważniejszej nagrody w polskiej fantastyce zostały wydane w darmowym ebooku i zamierzałem je tu po raz kolejny zrecenzować – ale po raz kolejny stwierdziłem, że do recenzowania nie mam już serca, a do tego również po raz kolejny muszę powiedzieć, że poziom tekstów ciągle spada. Jeszcze w zeszłym roku przynajmniej jedno opowiadanie było naprawdę dobre i oryginalne, a dwa kolejne niezłe – w tym natomiast nie jestem w stanie pochwalić zupełnie niczego.

Nie żeby był jakiś zupełny dramat, nie w tym rzecz – wszystkie pięć utworów napisane jest solidnie, bez jakichś znaczących potknięć, żaden się nie prosi, by się nad nim poznęcać, a to już więcej, niż można było powiedzieć o zeszłorocznych nominacjach. Problem w tym, że niczego poza solidnością żaden z tych tekstów nie oferuje. Wszystko to wariacje historii tysiąc razy już opowiedzianych, w dekoracjach tysiąc razy już użytych, wszystko aż do bólu sztampowe, schematyczne i przewidywalne – może tylko „Simon” Przybyłka lekko zaskakuje finałowym twistem fabularnym (notabene chytrze wykorzystanym przez autora, żeby się bezkarnie pozachwycać samym sobą), reszta grzecznie biegła dokładnie takimi torami, jakich się spodziewałem już po pierwszych stronach. Albo za dużo fantastyki w życiu przeczytałem, albo branża goni w piętkę, zainteresowana już tylko kasą i niezdolna wyprodukować cokolwiek oryginalnego.

Gdybym koniecznie musiał na coś zagłosować, to chyba właśnie na „Simona”, który jako jedyny przynajmniej próbuje się wybić ponad przeciętność – ale to nadal tylko mniejsze zło, tekst tylko trochę sprawniej napisany. Pozostałych opowiadań nawet nie byłbym w stanie ułożyć w jakiś ranking – wszystkie jednakowo nijakie, jednakowo eksploatujące znane schematy, jednakowo grające na bezbramkowy remis.

I to jest zresztą jeden z powodów, dla których recenzowanie mi się przejadło: wybitnym utworem można się pozachwycać, oryginalny można docenić za wyjątkowość, denny można chociaż malowniczo zjechać, natomiast w przypadku tekstu przeciętnego i sztampowego, który ani niczym nie zaskakuje, ani niczym się nie wyróżnia, ani nie ma poważnych plusów czy minusów – cóż, w takim przypadku najzwyczajniej w świecie nie ma czego ciekawego napisać…

(A w kategorii Powieść w ciemno bym głosował na Starość aksolotla – to wprawdzie jedna ze słabszych powieści Dukaja, ale idę o zakład, że i tak powyżej poziomu konkurencji)


Nowoczesność i Zagłada (Zygmunt Bauman)

Dodane: 8 maja 2016, w kategorii: Literatura, Nauka

Miałem swoje wyobrażenie na temat Zagłady, które dzieliłem z wieloma ludźmi mojego pokolenia i pokoleń młodszych: straszliwa zbrodnia dokonana przez nikczemników na niewinnych ofiarach. Świat podzielony na obłąkanych morderców i bezsilne ofiary oraz rzeszę tych, którzy w miarę możności pomagali ofiarom, choć na ogół nie byli w stanie tego uczynić. W tym świecie mordercy mordowali, ponieważ byli obłąkani, nikczemni i opętani przez obłędną i nikczemną ideę. Ofiary szły na rzeź, ponieważ nie były w stanie przeciwstawić się potężnemu i uzbrojonemu po zęby wrogowi. Reszta świata mogła się tylko przyglądać, w osłupieniu i zgrozie, wiedząc, że dopiero ostateczne zwycięstwo sojuszniczych armii antyhitlerowskiej koalicji położy kres ludzkiemu cierpieniu. Zbudowana na podstawie tej wiedzy moja wizja Zagłady przypominała obraz wiszący na ścianie: jego staranna oprawa miała oddzielać malowidło od tapety i podkreślać, jak bardzo różni się ono od reszty wystroju mieszkania.

Przyjęło się uważać Holocaust za wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Z jednej strony słusznie, jako że nie było w historii innej próby wymordowania całego narodu, nie było innego „przemysłowego” ludobójstwa i tak dalej. Z drugiej jednak strony, określenie „jedyne w swoim rodzaju” pomaga w budowaniu zwodniczego przekonania, że coś podobnego już się nigdy nie powtórzy – zdarzyło się raz, to prawda, ale to był niepowtarzalny wyjątek w historii ludzkości, zresztą teraz jesteśmy mądrzejsi i do powtórki nikt nie dopuści. Książka Baumana wytrąca z tego błogiego przekonania, dowodząc, że Holocaust nie był jednorazowym wykwitem chorej ideologii, lecz pełnoprawnym wytworem nowoczesności, doskonale się mieszczącym w jej logice – i nie istnieją żadne zabezpieczenia, które by gwarantowały, że do niczego takiego więcej nie dojdzie.



Przeczytane w 2015 #3

Dodane: 24 stycznia 2016, w kategorii: Literatura

« Część pierwsza
« Część druga


Internet. Czas się bać (Wojciech Orliński)

Czego się bać w sieci? Znając poglądy autora, nietrudno zgadnąć – Google’a i Facebooka. Korporacji tak wielkich i wpływowych, że praktycznie nie sposób poruszać się po necie, nie zaczepiając o ich wszechobecne macki, nawet jeśli nie korzysta się z ich usług (co samo w sobie staje się z roku na rok coraz trudniejsze). Korporacji tak wielkich i wpływowych, że choć formalnie nie mają monopolu w swoich dziedzinach, to mają już silniejszą władzę niż niejeden monopolista – i oczywiście korzystają z niej, by zabezpieczać swoje interesy i zmieniać warunki gry na własną korzyść. Jest się zatem czego bać, i to z roku na rok coraz bardziej.

Autor zęby zjadł na tym temacie, więc zna się na rzeczy jak mało kto. Wiele ciekawostek można tu znaleźć, wiele mało znanych faktów, wiele inteligentnych spostrzeżeń – ale też trochę naciągania rzeczywistości pod tezę, trochę wydumanych zagrożeń i obwiniania cyberkorpów za wszystko, nie zawsze słusznie. Bilans jednak wypada zdecydowanie na korzyść książki. Dla tych, którzy Orlińskiego nie czytują, może być ona objawieniem – a tym, którzy czytują, rekomendacji chyba i tak nie trzeba.

Ocena: 5-

Inne tego autora: Co to są sepulki, Jeśli nie jesteś płacącym klientem…



Przeczytane w 2015 #2

Dodane: 20 stycznia 2016, w kategorii: Literatura

« Część pierwsza


Heroina (Tomasz Piątek)

Zaczyna się standardowo: zaawansowany narkoman, opisuje swe przygody, sprowadzające się do ćpania i szukania okazji, by przyćpać ponownie. Opisuje z polotem, nie da się ukryć – ale ciekawie się robi dopiero gdy zauważamy, że narrator opisuje po raz kolejny te same wydarzenia z perspektywy różnych osób. Kto to zatem tak naprawdę jest? Odpowiedź niby od początku mamy przed oczami, ale i tak może ona być zaskoczeniem, jeśli się o tym nie pomyślało. Debiut Piątka (problematykę narkotyków znającego z pierwszej ręki) nie poraża tak jak niektóre z jego późniejszych powieści, ale już tutaj widać talent autora – zarówno językowy, jak i w mieszaniu czytelnikowi w głowie.

Ocena: 4+

Inne tego autora: Kilka nocy poza domem, Błogosławiony wiek, Wąż w kaplicy, Dobry pan, Pałac Ostrogskich



Przeczytane w 2015 #1

Dodane: 16 stycznia 2016, w kategorii: Literatura

Soczi. Igrzyska Putina (Wacław Radziwinowicz)

Jak wiadomo, w Rosji wszystko musi być największe, więc takie też były igrzyska w Soczi – najdroższe (kosztowały więcej niż wszystkie poprzednie zimowe olimpiady razem wzięte, a oficjalne koszty i tak pewnie były zaniżone), najbardziej wypasione, z największymi przekrętami przy okazji budowy obiektów olimpijskich, z największymi zniszczeniami środowiska… Ale cóż, „zastaw się a postaw się”, więc z kosztami finansowymi i ludzkimi się nie liczono.

Artykuły Radziwinowicza na ten temat (jak również o historii Kaukazu) czyta się tyleż przyjemnie, co ze zgrozą, bo skala rosyjskich patologii niezmiennie poraża. Paradoksalnie jednak najlepszy tekst w tym zbiorze nie traktuje o Soczi, lecz o igrzyskach w Moskwie w 1980: żeby zadać kłam oszczerczym plotkom, jakoby w ZSRR panowała bieda i problemy zaopatrzeniowe, władza nakupiła wówczas zachodnich towarów, by napełnić nimi sklepy podczas olimpiady – jak się okazało, niepotrzebnie, bo zgniły Zachód imprezę zbojkotował. Ale towary tak czy siak rzucono do sklepów, dzięki czemu moskwianie mogli ruszyć na zakupy życia, pierwszy raz kosztując Coca-coli i innych zakazanych na co dzień owoców – czasami tylko zadając sobie pytanie, czemu państwo mogło sprowadzić to wszystko dla gości z zagranicy, a dla własnych obywateli jakoś nie może…

Ocena: 5-

Inne tego autora: Gogol w czasach Google’a



Mein Kampf

Dodane: 31 grudnia 2015, w kategorii: Literatura, Polityka

Pierwszym godnym uwagi wydarzeniem roku 2016 będzie przejście książki „Mein Kampf” do domeny publicznej, co pozwoli ponownie legalnie ją wydawać – wbrew powszechnemu mniemaniu do tej pory było to niemożliwe nie z powodu jakichś szczególnych zakazów, tylko z powodu praw autorskich. Należały one bowiem do władz landu Bawaria, które to władze nie były zainteresowane jakimikolwiek wznowieniami. Z jednej strony trudno im się dziwić, z drugiej jednak strony przyczyniło się to trochę do zmitologizowania tej książki – całkowicie niezasłużonego.

Internet od zawsze był rajem dla piratów, więc „Mein Kampf” czytałem już wiele lat temu (na monitorze, bo czytniki jeszcze nie istniały – au, moje oczy) i była to lektura wprawdzie nieciekawa, ale zarazem pouczająca. Nieciekawa, bo Hitler ani talentem literackim nie grzeszył, ani nie miał za wiele do powiedzenia; pouczająca natomiast, bo zawartość książki nijak się miała do oczekiwań: żadnego wykładu ideologii nazistowskiej, żadnych demonicznych treści, rasistowskich i antysemickich wtrętów zaledwie garstka… Miała być Biblia Szatana, a były tylko smętne prawackie wynurzenia, które doskonale znamy i dzisiaj: mój Naród najlepszy na świecie, prześladowany przez obce siły i światowe spiski żydowsko-masońsko-komunistyczne, lewackie media atakują tradycję i patriotyzm, wszędzie zdrajcy, obcy agenci i Układ, a przyczyną zła wszelkiego Okrągły Stół… tfu, Traktat Wersalski. Słowem, totalny standard – nic, co by zapowiadało późniejsze „dokonania” autora.

Nauka, jaką można z tego wyciągnąć, niewesoła: nie trzeba być Demonem Zła, żeby popełnić niewyobrażalne zbrodnie – w zupełności do tego wystarczył śmieszny oszołom z talentem politycznym i sprzyjające okoliczności. Książkę czytałem gdzieś tak w 2003 czy 2004, w szczycie sukcesów LPR, więc podczas lektury musiałem kijami się opędzać od skojarzeń z Giertychem – kto natomiast kojarzy mi się dzisiaj, nie muszę chyba mówić, a przez ostrożność pewnie i nie powinienem.

Ale z drugiej strony, prawicowych oszołomów było i jest wielu, a Hitler zdarzył się tylko jeden – i tego się w nowym roku trzymajmy.


Książka vs film: Marsjanin (Andy Weir / Ridley Scott)

Dodane: 4 października 2015, w kategorii: Literatura

(Recenzja może zawierać śladowe ilości spoilerów.)

Hard SF, która odniosła międzynarodowy sukces wydawniczy i doczekała się ekranizacji w rok po wydaniu – to brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, więc nie spieszyłem się z lekturą, obawiając się, że albo z tą hard SF będzie coś nie tak, albo wątek naukowy okaże się zupełnym marginesem. W końcu jednak po książkę sięgnąłem – i moje obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Historia astronauty, który w wyniku pechowego zbiegu okoliczności został sam na Marsie, bez kontaktu z Ziemią i uznany przez nią za zmarłego, to mocna kandydatura do mojej prywatnej książki roku.



Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla 2014

Dodane: 20 sierpnia 2015, w kategorii: Literatura

Nowa świecka tradycja publikowania nominowanych opowiadań w darmowym e-booku ma się dobrze i oby tak zostało. Czy jednak same opowiadania mają się równie dobrze? No cóż, tu bywa różnie…


Kre(jz)olka (Krystyna Chodorowska)

Do czego może doprowadzić internetowy trend skracania słów, upraszczania języka i mieszania go z angielszczyzną? Bohaterkę opowiadania, która wychowała się w otoczeniu mówiącym niemal wyłącznie slangiem („OMG, twój pierwszy dej w sql! Zaciesz, cnie?”) doprowadziło to do sporych problemów z nauczeniem się normalnego języka – problemów tym bardziej dotkliwych, że uparła się zostać tłumaczką, a jak tu przebrnąć przez studia językowe, nie radząc sobie ze składnią i ortografią?

Tu muszę się przyczepić do niekonsekwencji: bohaterka jest zarazem narratorką, a jednak w narracji nijak nie widać jej problemów – całe opowiadanie (poza częścią dialogów, rzecz jasna) jest napisane perfekcyjnie poprawnym językiem. OK, to retrospekcja po latach, niby mogła przez ten czas doszlifować, ale zgrzyta mi to mocno.



« Starsze wpisy