
Screen ze strony głównej gazeta.pl, grubo ponad dobę po wydarzeniu roku. Ech, ech i jeszcze raz ech…

Screen ze strony głównej gazeta.pl, grubo ponad dobę po wydarzeniu roku. Ech, ech i jeszcze raz ech…
Sporo tych schodów, a ostatnio praktycznie codziennie wychodzi na jaw kolejny, co i raz otwierając mi nóż w kieszeni. W cywilizowanym ponoć kraju w środku Europy jeden mały cwaniak od lat dyma wszystkich dookoła i trzepie miliony, a włos mu z głowy spaść nie może. Czekam jeszcze tylko na ostatni schodek, jakim zapewne będzie informacja, że Plichta wyjechał do jakiegoś Trapezfiku, który nie ma z Polską umowy o ekstradycji – bo przecież paszportu, o ile wiem, ciągle mu nie zabrali, więc czemu nie miałby tego zrobić? Z pięćdziesięcioma milionami na tajnym koncie głodować raczej nie będzie…
Pozostają tylko pytania: co tak naprawdę znaczy wyrok w zawieszeniu, jeśli można takie wyroki zbierać seryjnie i mimo to nie spędzić ani dnia w więzieniu? Ilu jeszcze mamy takich Plichtów, którzy dzięki nieudolności państwa dorabiali się podobnymi sposobami, ale zdążyli się bezpiecznie wycofać, zanim zainteresowały się nimi media? I czy minister Gowin zamierza wreszcie coś zrobić z totalnie skompromitowanym tą sprawą wymiarem sprawiedliwości, zamiast walczyć o prawa komórek jajowych?
Najlepszym chyba wyznacznikiem mistrzostwa w kaleczeniu pisowni jest napisanie jakiegoś słowa w taki sposób, żeby człowiek bardziej cywilizowany potrzebował chwili namysłu, żeby je zrozumieć. Według tego kryterium tytułowe słówko zasługuje co najmniej na jakiś medal olimpijski, bo dopiero po kilku sekundach stuporu zdołałem wyłapać z kontekstu, co to takiego.
A potem się zacząłem zastanawiać, jak ten „makarą” wyglądałby odmieniany przez przypadki, ale w obawie o zdrowie psychiczne natychmiast przestałem. Ludzka pomysłowość bywa czasem straszna.
Do systematycznego przebijania kolejnych den przez kaczystów/ziobrystów zdążyłem się już prawie przyzwyczaić (prawie, bo jednak ciągle próbuję wierzyć, że tym razem to już naprawdę ostatnie dno), ale oni i tak ciągle jeszcze potrafią mnie zaskoczyć. Wczorajszy list Dorna jest wrong on so many levels, że nawet nie chce mi się szukać słów do jego skomentowania – ograniczę się zatem do stwierdzenia, że o Dornie z całego tego PiS-owskiego towarzystwa zawsze miałem najlepsze zdanie (po wyborach w 2005 liczyłem nawet po cichu, że może jednak to on zostanie premierem, co uważałem za lepszą opcję od Rokity) i mimo wszystkich jego żałosnych zachowań jako Marszałka Sejmu i później, miałem go za inteligentnego człowieka. Ech, jakże się myliłem…
Ale nie uczę się na błędach, przyznaję – nadal próbuję wierzyć, że tym razem to już naprawdę ostatnie dno, którego już po prostu nie da się bardziej pogłębić. Może dlatego, że zwyczajnie nie starcza mi już wyobraźni, co jeszcze bardziej dennego można wymyślić.
Przejeżdżałem dzisiaj koło krzyża katyńskiego. Stała jakaś wystawa. Ani chybi coś o Katyniu, bo co innego może stać pod krzyżem katyńskim tuż po rocznicy, pomyślałem. Z ciekawości zerknąłem – i wszystko mi opadło, z wyjątkiem ciśnienia:

(aparatu nie miałem, więc zdjęcia zaczerpnąłem z Interii)
Myślałem, że wyznawcy religii smoleńskiej przebili już wszystkie możliwe dna, ale po raz kolejny muszę przyznać rację Lecowi: nie ma takiego dna, w które nie dałoby się zapukać od dołu. Mało im było zrównywania Smoleńska z Katyniem, to poszli jeszcze dalej i już sam Katyń ma się kojarzyć nie z jakimiś tam pomordowanymi żołnierzami, tylko z Kaczyńskim. Doprawdy, brak mi cenzuralnych słów, żeby to adekwatnie skomentować.
Urząd przysłał mi list. W związku z niedopełnieniem obowiązku złożenia informacji o nieruchomościach dostałem formularz do wypełnienia. A w formularzu do wpisania: dane osobowe, adres zameldowania, adres do korespondencji (tak, przysłali mi list i proszą o adres do korespondencji) i różne inne bardziej szczegółowe. Zacząłem wypełniać i co mnie uderzyło: w całym czterostronicowym formularzu nie ma dosłownie ani jednej (!) informacji, której ten urząd już by nie posiadał. A żeby nie było co do tego wątpliwości, przy niektórych polach nawet usłużnie napisali ołówkiem, co tam powinienem wpisać i gdzie postawić krzyżyk. Cóż, miło z ich strony.
Cudownych recept na ograniczenie biurokracji słyszałem dziesiątki, ale wszystkie jakoś pomijają sprawę najbardziej, wydawałoby się, oczywistą – absolutny i niepodważalny zakaz pytania obywatela o rzeczy, które urząd już wie. Na podstawie swoich doświadczeń śmiem przypuszczać, że co najmniej połowę papierkologii mielibyśmy z głowy.
A potem zakaz pytania o to, co już wiedzą inne urzędy, następnie zakaz używania papieru (chyba że jest to naprawdę totalnie konieczne), zakaz wysyłania pocztą tego co można wysłać przez net… Ech, rozmarzyłem się. Takich luksusów to przecież może nasze wnuki doczekają.
Ludzka pomysłowość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Szkoda tylko, że jakoś częściej negatywnie niż pozytywnie. Oto co udało się wykombinować twórcom pewnej strony, której nazwy litościwie tu nie zdradzę:

Można to chyba uznać za ironiczne postscriptum do wpisu sprzed miesiąca. Szkoda, że wtedy jeszcze nie trafiłem na ten kwiatek.
Jak wiadomo, urodzeni 29 lutego to mają przerąbane – urodziny raz na cztery lata (chyba że ktoś nie lubi urodzin, wtedy to powód do radości, ale takich jest nie wiedzieć czemu mniejszość). Ale to nic w porównaniu z… 30 lutego. Jak donosi Wikipedia, taki dzień zdarzył się m.in. w ZSRR w latach 1930 i 1931. Z czego można wnosić, że jeszcze żyje parę osób, które w akcie urodzenia mają nieistniejące miasto (Leningrad/Stalingrad) w nieistniejącym państwie i do tego z nieistniejącą datą.
Co w sumie nie powinno dziwić – tam przecież nawet rewolucja październikowa była w listopadzie;-).
Wybrałem się na wymianę książek. Nie pierwsza to impreza tego typu, w której wziąłem udział, ale pierwsza, która wzbudziła zainteresowanie mediów, z telewizją włącznie. I oto pani z telewizji zaproponowała mi, żebym – uwaga – zainscenizował przed kamerą walkę o książkę z dziewczyną stojącą obok, bo to by tak ładnie ubarwiło niezbyt efektowną relację.
Jak już się przestałem śmiać, pani stwierdziła, że ostatecznie możemy po prostu porozmawiać, bo takiej scenki też im się nie udało jeszcze sfilmować – no dobrze, chwilkę pogadaliśmy, czego się nie robi dla promocji czytelnictwa;-). Tym niemniej ostatnie resztki mojej wiary w standardy dziennikarskie zaległy gdzieś na dnie Rowu Mariańskiego.
Mam nadzieję, że przynajmniej relacja faktycznie wyszła efektownie.
No ja kiedyś poszłem do tego Empiku, ale zaraz wyszłem, bo tam nic nie ma, tylko same ksionszki.
Zasłyszany w tramwaju fragment dialogu dwóch łysych panów w nowohuckich strojach ludowych. Niczego więcej chyba dodawać nie muszę;-).
Jeśli szukasz czegoś konkretnego, skorzystaj z wyszukiwarki.
Jeśli nie bardzo wiesz, czego szukasz, możesz przejrzeć najlepsze wpisy lub archiwum.