
Znalezione tutaj.
Jutrzejszy piątek będzie szczególnie miłym końcem tygodnia, z uwagi na Światowy Dzień Książki, który wiąże się z licznymi promocjami w księgarniach. Najciekawsze, jakie wypatrzyłem, to 30% zniżki w Matrasie, 25-30% w Merlinie i – tradycyjnie już – trzy książki w cenie dwóch w Empiku. Sam nie wiem czy skorzystam, bo stosik mam już i tak rekordowy, ale jak znam życie, to się pewnie nie powstrzymam – czego i innym życzę;-).
Nareszcie. Po ponad tygodniu żałoby, Wawelu, trumien i pogrzebów już można było cholery dostać. Co za dużo, to niezdrowo. Sam wolałem siedzieć cicho, bo skoro 90% blogerów pisze tylko o jednym, to po co jeszcze tę monotematyczność pogłębiać – ale jedno małe podsumowanie nie zaszkodzi.
Nie będę zbyt oryginalny, stwierdzając, że:
Wszystko to zostało już bowiem napisane po sto razy. Mało kto natomiast zwrócił uwagę, że:
A od jutra zaczynamy kampanię wyborczą. Osobiście nie mam co do jej poziomu większych złudzeń (dość wspomnieć, jaki festiwal obrzucania się gównem mieliśmy już kilka tygodni po śmierci papieża, mimo wcześniejszych deklaracji o pojednaniu), ale kto wie, może tym razem będzie inaczej. Chciałbym w to wierzyć.
…że na pokładzie jednego samolotu znalazł się prezydent, prezes NBP, szef IPN, Rzecznik Praw Obywatelskich, troje wicemarszałków, sześciu generałów, tyluż sekretarzy i podsekretarzy stanu oraz gromada parlamentarzystów? Czy nie ma żadnych przepisów, które by zabraniały takiej koncentracji najważniejszych osób w państwie w jednym samolocie? Czy my zawsze musimy być mądrzy dopiero po szkodzie?
Zaraz, przecież my już byliśmy po szkodzie, gdy półtora roku temu rozbił się samolot z dwudziestką wojskowych wysokiej rangi. Czyli znowu Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi. Nic się od czasów Kochanowskiego (tego z Czarnolasu) nie zmieniło.
W dzisiejszym odcinku:
Historia trzeciej Rzeczypospolitej pisana przez pracownika IPN – strach się bać, prawda? Na szczęście w tym przypadku nie ma powodów do obaw – choć autor zastrzega we wstępie, że ma określone poglądy, to w treści specjalnie tego nie widać (może oprócz końcówki). Zdarzają się sugestie między wierszami, co autor w danej kwestii sądzi, w paru miejscach wręcz jawnie opowiada się po jednej ze stron sporu, co historykowi zdecydowanie nie przystoi – ale generalnie brak obiektywizmu i rzetelności w przedstawianiu wydarzeń trudno mu zarzucić. Trochę tylko drażni ciągłe pisanie o SLD per „komuniści”, szczególnie w późniejszej części, gdy ci „komuniści” obniżają podatki i liberalizują kodeks pracy – ale da się to przeżyć.
Dużo bardziej drażnią liczne literówki i niezręczności stylistyczne – szczególnie, że to już drugie wydanie trzeciej wersji książki, więc były przynajmniej cztery okazje, żeby korektor się tym zajął. Cóż, najwyraźniej wydawnictwo mocno oszczędza na redakcji. Ale mniejsza o szczegóły – pomimo tych niedoróbek książkę czyta się bardzo dobrze i stanowi ona solidne żródło wiedzy o początkach trzeciej RP. Autor wyczerpująco opisuje kontekst i przebieg rozlicznych sporów politycznych, jakie towarzyszyły kształtowaniu się naszej demokracji, jak również działalność pierwszych kilku rządów.
Czemu tylko pierwszych kilku, skoro w omawianym okresie mieliśmy tych rządów dziesięć? No niestety, tu mamy spory zgrzyt – o ile lata 1989-93 są opisane nad wyraz drobiazgowo, o tyle później tempo rośnie, a po roku 1997 autor leci już zupełnie po łebkach. Dość wspomnieć, że w pierwszej części książki półroczny epizod Olszewskiego zajmuje 40 stron, a później czteroletnie rządy Buzka, w czasie których przecież sporo się działo, raptem 60. Na domiar złego im dalej, tym gorzej z chronologią – autor coraz częściej wybiega do przodu, by potem cofać się o rok czy dwa, lub też uprzedza fakty, np. najpierw wspomina, że partia X zrobiła to i tamto, a dopiero jakiś czas później opisuje, co to za partia i skąd się wzięła.
Najsłabiej wypada końcówka, czyli rządy SLD po 2001 – można odnieść wrażenie, że poza negocjacjami z UE i działalnością komisji śledczych praktycznie nic się w tamtym okresie nie wydarzyło. Szeroki opis prac komisji badającej aferę Rywina jest oczywiście jak najbardziej zrozumiały, ale nie da się tego powiedzieć o jeszcze dłuższych wywodach na temat komisji orlenowskiej, która przecież nie wyjaśniła prawie niczego, a jej prace zmieniły się za sprawą Giertycha w zupełną farsę (o czym autor stara się nie wspominać). Śmiechu warty jest rozdział o rządzie Belki – trzy strony o okolicznościach jego powstania i jedna(!) o działalności. Jasne, nie był to rząd specjalnie aktywny ani długowieczny, ale bez przesady – to książka historyczna, nie artykuł w gazecie.
Cóż dodać – gdyby całość wyglądała tak jak pierwsza połowa, byłoby świetnie, a tak jest tylko przyzwoicie. Pozostaje mieć nadzieję, że w jakiejś kolejnej wersji autor rozbuduje drugą połowę tak, by nie psuła dobrego wrażenia.
Ocena: 4+
Wiem, że dziś prima aprilis, ale zapewniam, że akurat ta wiadomość jest całkowicie prawdziwa:
Jeśli czyjś światopogląd właśnie legł w gruzach, to najmocniej przepraszam, naprawdę nie chciałem;-).
– Znacie anegdotę o Żydzie, co wybrał się w podróż daleką w sprawach finansowych? Rozmowy na miejscu się przeciągają, więc idzie nadać telegram do żony. Żeby się nie niepokoiła, bo on musi zostać jeszcze parę dni, kwestja większego zysku, wróci, jak tylko będzie mógł, pozdrawia, Iccak. Dają mu blankiet do wypełnienia, urzędnik pocztowy objaśnia, że opłatę liczy się od każdego jednego wyrazu. Iccak spisał wiadomość, porachował słowa, porachował cenę telegramu – i nuże kombinować, co też mógłby tu wykreślić, bo zbędne, niekonieczne. „Iccak” – no przecie żona wie, że Iccak, kto inny? „Pozdrawia” – no jasne, że pozdrawia, miałby nie życzyć zdrowia własnej małżonce? „Wróci, jak tylko będzie mógł” – no to się rozumie samo przez się; jak nie będzie mógł, to nie wróci. I tak dalej, słowo po słowie, w końcu skreślił z blankietu całą wiadomość: same oczywistości.
…Otóż, widzicie, ja mam to samo. Nie ze skąpstwa – sam się zniechęcam. Wystarczy, że moment pomyślę nad tym, co zamiaruję powiedzieć, zanim powiem. Prawie nigdy nie wtrącam się do rozmów, nie oponuję nawet największym głupotom wygłaszanym w mojej przytomności. Im większe, tem mniejszy w opozycji sens, bo tem jaskrawsze oczywistości musiałbym przeciwko nim opowiadać. Zamykam usta, siedzę w kącie, milczę. Nie ma znaczenia, czy inni rozpoznaliby banalność mych słów – ja ją widzę aż nadto wyraźnie. I to, pojmujecie, to się z czasem obraca w rodzaj ogólnego zniechęcenia, lenistwa wobec ludzi. Ja powiem to, więc oni to, więc ja to, więc oni, więc ja, więc oni, i tak dalej, skolka ugodna – na co mi w ogóle rozpoczynać tę mękę? Siedzę w kącie, milczę.
– Właśnie usłyszeliśmy, jak pan milczy.
– Wiem, że inni tak nie postępują, to nie jest normalne. Nie recytuję więc tu żadnych, uff, banałów i oczywistości. Nie miałby pan szans samemu się domyślić.
– Ale tego wyjaśnienia – już tak, nieprawdaż?
Blutfeld zamknął usta, zmilczał.
Jacek Dukaj, „Lód”
Chciałoby się do tego pięknego cytatu dodać jakiś komentarz typu „iluż to wpisów zaniechałem przez takie podejście”, ale to chyba też by było recytowanie oczywistości. Zmilczę zatem.
Krótka historia Wykopu:
I na tym chyba lepiej poprzestanę. Dłuuugo (za długo) trzymałem to w czytniku, bo mimo wszystko ciągle się czasem pojawiały prawdziwe perełki – ale obecnie ich odsetek jest już o wiele za mały, żeby się opłacało tracić czas na grzebanie w coraz większym śmietniku. Szkoda, bo jak wspomnę początki, to łezka się w oku kręci, ale nadziei na poprawę już dawno nie widać.
Smutny paradoks Web 2.0 – na dłuższą metę nic skuteczniej nie niszczy społeczności, niż sukces komercyjny. Większa popularność => więcej hołoty => spadek poziomu => odejście porządnych ludzi => śmietnik. Przykładów – od Basha do Naszej Klasy – nie brakuje. Tylko Wikipedia podąża w przeciwnym kierunku, ale to oczywiście wyjątek potwierdzający regułę. No i Jogger na szczęście się trzyma – aż trudno uwierzyć, jak skutecznym zabezpieczeniem przed hołotą jest konieczność zainstalowania Jabbera. Niby drobiazg, a jednak wystarczy, żeby blogów poniżej pewnego poziomu praktycznie tu nie było.
Wracając do Wykopu – mimo wszystko wciąż mógłby być z niego pożytek, gdyby ktoś przesiewał ten śmietnik i przepuszczał tylko te nieliczne strony prezentujące jakiś poziom. Niestety takiej moderacji tam nie ma i raczej nigdy nie będzie, a nie istnieją jeszcze boty tak inteligentne, żeby odróżniały perełkę od śmiecia. Ba, wśród użytkowników Wykopu większość tego nie potrafi, więc czego wymagać od botów. Ale gdyby znalazł się ktoś rozumny i z odpowiednią ilością wolnego czasu, ręcznie oddzielał ziarno od plew i prezentował na blogu, to wróżę takiemu blogowi sporą popularność. Sam czasu i ochoty na to nie mam, ale może ktoś podchwyci pomysł i go zrealizuje? Jeśli się taki znajdzie, może liczyć u mnie na darmową reklamę;-).
17:00 – Fajrant! Jeszcze tylko po drodze do domu nadać list i będę mógł rozpocząć zasłużony weekendowy odpoczynek.
17:07 – Wchodzę na pocztę i co widzę – raz, dwa… jedenaście osób w kolejce. I oczywiście z trzech okienek czynne tylko jedno. Cholera by wzięła. Ale cóż, gdzie indziej będzie pewnie tak samo albo i gorzej, więc zostaję. Może szybko pójdzie.
17:15 – Szybko jak diabli – jak było jedenaście osób, tak dalej jest. Babka na początku kolejki chyba płaci rachunki za całą rodzinę i wszystkich sąsiadów z bloku, niech ją szlag. A urzędniczka wklepuje dane do komputera jednym palcem, też niech ją szlag.
17:18 – Babka z początku kolejki dalej tam stoi, a ja jestem już mniej więcej pośrodku, bo parę osób się zniechęciło, a kilka kolejnych doszło. A urzędniczka nie dość, że klepie jednym palcem, to jeszcze ma problemy z obsługą komputera i już drugi czy trzeci raz woła koleżankę, żeby jej w czymś tam pomogła.
17:20 – Kolejka od dłuższej chwili szemrała i w końcu dochodzi do pierwszego spięcia – dwie starsze panie najeżdżają na urzędniczkę, domagając się otwarcia drugiego okienka, a w jej obronie staje jakiś młodszy facet, który im zarzuca „niepotrzebne stresowanie tej biednej pani”. Drugie okienko się oczywiście nie otwiera, bo „trwa odprawa”. Na pytania, czemu trwa akurat teraz i czemu to jest ważniejsze od klientów, odpowiedzi brak. Nic dziwnego – odprawa w godzinach szczytu to przecież jedna z najświętszych pocztowych tradycji, a o świętościach się nie dyskutuje.
17:23 – Babka z początku kolejki wreszcie sobie poszła, nie wiedzieć czemu z szerokim uśmiechem na twarzy. Aż dziw, że nikt jej w ten uśmiech nie dał.
17:27 – Obsługa nadal idzie w żółwim tempie, pani z okienka po raz któryś woła koleżankę do pomocy, a pół kolejki głośno się domaga, żeby panie się zamieniły i ta bardziej obeznana z komputerem wzięła się za obsługę klientów. Bez efektu.
Poprzedniego wprawdzie, ale jednak:
Chcecie wiedzieć, co ja myślę? Spytajcie Jarosława Kaczyńskiego.
członek PiS-u na kongresie
Piękne słowa, które powinny chyba stanowić życiowe motto każdego prawdziwego kaczysty. Wielka szkoda, że źródło nie podaje nazwiska geniusza, który tę wiekopomną sentencję wygłosił…
Jeśli szukasz czegoś konkretnego, skorzystaj z wyszukiwarki.
Jeśli nie bardzo wiesz, czego szukasz, możesz przejrzeć najlepsze wpisy lub archiwum.