Cichy Fragles

skocz do treści

Miasto permutacji (Greg Egan)

Dodane: 16 października 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Solaris)

Rok 2045. Rozwój technologii poszedł tak daleko, że możliwe stało się pozyskanie szczegółowych informacji o wszystkich komórkach ludzkiego ciała w danej chwili i wprowadzenie ich do pamięci komputera, gdzie można doskonale symulować dalsze funkcjonowanie organizmu, z mózgiem włącznie. Innymi słowy, osiągnięto możliwość kopiowania ludzi – tyle że Kopie mogą funkcjonować tylko w wirtualnej rzeczywistości, a ograniczenia techniczne sprawiają, że symulacja nie może działać w czasie rzeczywistym, lecz w najlepszym razie 17 razy wolniej. Trochę to utrudnia Kopiom utrzymywanie kontaktu z realnym światem – a na kontakcie im zależy, bo świat wirtualny pozostaje nieporównanie uboższy, boleśnie sztuczny i Kopie często wręcz popełniają samobójstwa zaraz po uruchomieniu, nie mogąc tam wytrzymać.

W tym momencie oczywiście narzuca się pytanie: czy Kopie są świadomymi istotami? A jeśli tak, to skąd się bierze ich świadomość i co się z nią dzieje po spowolnieniu czy wstrzymaniu działania programu? Paul Durham z determinacją dąży do znalezienia odpowiedzi, posuwając się do stworzenia swojej Kopii i zablokowania jej możliwości „katapultowania się”, jak eufemistycznie określa się wirtualne samobójstwo. Kopia chcąc nie chcąc musi wziąć udział w serii eksperymentów, które mają rzucić trochę światła na kwestię natury wirtualnej świadomości. I rzucają – w pewnym momencie Kopia wpada na szaloną ideę, która przeraża nawet samego Durhama.

Tu ostrzegam, że zaczynają się delikatne spoilery, ale fabuła jest względnie przewidywalna, więc chyba mogę sobie na nie pozwolić.


Gottland (Mariusz Szczygieł)

Dodane: 10 września 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Wydawnictwo Czarne)

– Dlaczego tu tak śmierdzi? – pyta swojego ojca Antonina sześcioletni Tomas Bata. Tak po raz pierwszy ujawnia chęć uporządkowania rzeczywistości.
Dział socjalny ma swoich szpiegów, którzy donoszą na kochanków. Jeśli tylko zauważą nowe więzi, stawiają parę do raportu. Firma zaleca im, żeby wzięli ślub i mieli dzieci.
Kierownik działu kadr, dr Gerbec mawia: – Dzieci to są smycze, za które trzymamy ich tatusiów.
We własnej gazecie „Zlin” Jan Antonin Bata ogłasza pomysł, z którym się obudził – przenieść Czechosłowację do Ameryki Południowej.
(…)
– Ale naród i jego kultura są ściśle związane z miejscem – słyszy zewsząd.
– Do dupy z kulturą, gdy na wojnie mają ginąć dzieci – odpowiada.
A poza tym, proszę pani, człowiek może umrzeć tylko raz. A jak umrze trochę wcześniej, to tylko troszkę dłużej jest umarły.
Człowiek, który ma zlikwidować Stalina – inżynier Vladimir Krizek – słyszy od władz najdziwniejsze zdanie w swoim życiu: – Macie zburzyć pomnik, ale z godnością.

Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla za rok 2011

Dodane: 22 sierpnia 2012, w kategorii: Literatura

Rzecz się stała niesłychana – autorzy i wydawcy opowiadań, które dostały w tym roku nominacje do Nagrody Zajdla, zgodzili się na ich udostępnienie za darmo w sieci, dzięki czemu można się z nimi łatwo zapoznać bez konieczności szperania po różnych czasopismach i antologiach, w których były publikowane. Inicjatywa ze wszech miar godna pochwały i wypada mieć nadzieję, że w następnych latach stanie się to nową świecką tradycją (nie musi nawet być za darmo, byle było w wersji elektronicznej). E-booka (niestety tylko w PDF-ie) można pobrać np. z Polter.pl, do czego oczywiście zachęcam – a oto moje trzy grosze na temat zawartości:

Żar (Anna Brzezińska)

Stylizowana na ludowe podanie historia wyprawy czterech chłopów w poszukiwaniu mitycznego żar-ptaka. Czterech, ponieważ „musi iść mąż święty, żeby wieści przynieść i na drogę błogosławić, mądry, żeby drogę pokazać, zbrojny, żeby w drodze obronić, i młody a czystego serca, żeby ognistego raroga pochwycić”. Wyprawa ciężka i niebezpieczna, bo – jak to w legendach zwykle bywa – w osiągnięciu celu przeszkadzają siły nieczyste, a i sam żar-ptak łatwej zdobyczy nie stanowi. W dodatku trzeba go schwytać w ciągu siedmiu dni, albo nie uda się to w ogóle. Jak widać, sprawa niełatwa, więc i przebieg wyprawy musi być dramatyczny. Mi jednak ciężko się było przejąć losami bohaterów – przeczytałem bez emocji, stwierdziłem „może być” i tyle. Proza Brzezińskiej wybitnie mi nie leży, jak dotąd żaden z jej utworów mi nie podszedł i ten również nie był wyjątkiem.

Bajka o trybach i powrotach (Jakub Ćwiek)

Druga wojna światowa w konwencji baśniowo-steampunkowej, z nakręcanymi robotami w roli Niemców. Brzmi dziwnie? Cóż, oryginalności autorowi odmówić nie można, podobnie jak sprawności językowej, przejawiającej się w tak zgrabnych neologizmach, jak „teatrotrachia”, „tygrycykle”, „machinoptaki” czy „CeKaMamby”. Fabuła jednak z nóg nie zwala – prosta i przewidywalna historyjka o bohaterskim chłopcu, który (jak to w baśni) dzięki swojej przebiegłości samotnie stawia czoła potwornym wrogom. Tylko to, że historia jest opowiadana przez jego przyjaciół ukrywających się przed wrogiem w kanałach, pozwala od początku się domyślać, że happy endu tym razem nie będzie. Zakończenie też jednak z nóg nie zwala i pozostawia niedosyt, bo początek był więcej niż obiecujący.


Upadek (Jared Diamond)

Dodane: 5 sierpnia 2012, w kategorii: Literatura, Nauka

okładka (Prószyński i S-ka)

Dlaczego upadają imperia, wiadomo – masę książek o tym napisano. Jared Diamond postanowił się zatem zająć problemem mniej znanym, choć nie mniej ważnym: dlaczego upadają odizolowane społeczności, wprawdzie niebędące potęgami, ale i pozbawione zewnętrznych zagrożeń? Dlaczego upadła cywilizacja Wyspy Wielkanocnej, państwo Majów czy kolonia Wikingów na Grenlandii? W każdym społeczeństwie mogą oczywiście wystąpić konflikty wewnętrzne czy błędna polityka gospodarcza, ale tymi zjawiskami można wytłumaczyć tylko przejściowe trudności, mijające wraz z ustaniem ich przyczyn – autor zajmuje się natomiast przypadkami głębokiej i trwałej cywilizacyjnej zapaści lub wręcz (jak w przypadku wspomnianych Wikingów) wymarcia całej populacji. Jak dochodzi do tego typu katastrof?

Odpowiedź, choć rozbudowana, daje się streścić bardzo krótko: nadmierna eksploatacja środowiska naturalnego połączona z niezdolnością do odpowiednio szybkiej reakcji na jego pogarszający się stan. Wyspa Wielkanocna to najbardziej znany symbol ludzkiej bezmyślności w czerpaniu z ziemskich zasobów tak jakby miało ich nigdy nie zabraknąć – ląd dawniej żyzny, bogaty w zwierzynę i gęsto zalesiony, w wyniku beztroskich poczynań mieszkańców uległ z czasem niemal całkowitemu wyjałowieniu, wyginęły prawie wszystkie gatunki tamtejszych zwierząt, a na całej wyspie nie ocalało ani jedno drzewo. Naturalną reakcją na ten przypadek jest oburzenie i zdziwienie: jak można było postępować tak krótkowzrocznie? Czy naprawdę nikt z tysięcy ludzi zamieszkujących wyspę nie rozumiał, do czego doprowadzi wycinanie lasów w szybszym tempie, niż były one w stanie się regenerować?

Cóż, dość spojrzeć na dzisiejszą sytuację w tej materii, żeby odpowiedzieć, że owszem, mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej najwyraźniej mogli tego nie rozumieć, skoro nie rozumie tego kilkaset lat później cywilizacja dużo bardziej rozwinięta. Ktoś mógłby odpowiedzieć, że nam jednak zniknięcie lasów na całym świecie jeszcze w bliskiej perspektywie nie grozi, a mimo to sadzimy nowe i wykazujemy jakieś starania, żeby ich wycinkę spowolnić, podczas gdy wspomniani wyspiarze wycięli swoje drzewa zupełnie dosłownie do ostatniego. Czyżby do samego końca nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji?


Oszustwo (Philip Roth)

Dodane: 8 lipca 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Czytelnik)

– Dziwnie się czuję, widząc cię znowu.
– Ale czułabyś się dziwniej, gdybyś się ze mną nie widziała, prawda?
– A może byś tak zrobiła mężowi przysługę i przeżyła orgazm?
– Powiedziałam mu prawdę. Zawsze mówię prawdę. W ten sposób nikt mnie nie przyłapie na kłamstwie.
– Dostałaś mój list?
– Tak. Był cudowny. Podarłam go. Pomyślałam sobie, że nic lepszego nie mogę z nim zrobić.
– Śmie pan porównywać się z Szekspirem?
– Ja tylko…
– Jeszcze chwila, a zacznie pan porównywać się z Margaret Atwood i Alice Walker!
– Z jakich sadystycznych zdrad czerpał pan najwięcej rozkoszy: ze zdrad przyjaciół, których żony uwodził pan tak bezwzględnie, czy nieznajomych, których żony uwodził pan tak bezwzględnie?

Logikomiks: W poszukiwaniu prawdy

Dodane: 21 czerwca 2012, w kategorii: Literatura, Nauka

okładka (W.A.B.)

Jeśli wydawnictwo W.A.B. wydaje komiks, to wiedz, że coś się dzieje. A wydanie, skoro już przy tym jesteśmy, bardzo efektowne – solidna cegła (prawie 400 stron) w miękkiej, ale bardzo solidnej szorstko-gładkiej okładce, aż się prosi o zakup choćby tylko celem dumnego postawienia na półce. Ja oczywiście bym się do takiego celu nie zniżył, ale nie musiałem, bo i zawartość już na pierwszy rzut oka zapowiadała się obiecująco: historia życia i działalności naukowej jednego z najwybitniejszych uczonych w historii, Bertranda Russella, oraz postępów logiki i matematyki w jego czasach – a były to również czasy Cantora, Hilberta czy Gödla – nie wymaga rekomendacji, jeśli kogoś interesują nauki ścisłe.

A jeśli nie interesują, to od razu uspokajam, że w całym tomie nie znajdziemy bodaj żadnego wzoru, a do zrozumienia opowieści w zupełności wystarczy podstawowa wiedza matematyczna – główne problemy, z którymi zmagał się Russell, są przedstawione w sposób zrozumiały dla laika. I nic dziwnego, bo z czwórki autorów – rysownicy Alecos Papadatos i Anne di Donna, scenarzyści Apostolos Doxiadis i Christos Papadimitriou – tylko ten ostatni zna się na matematyce, więc podczas tworzenia komiksu musiał robić za eksperta. Wiemy o tym, bo historia procesu twórczego również jest tu pokazana – fabuła przeplata się z przerywnikami, w których autorzy dyskutują między sobą o logice czy filozofii, lub po prostu spacerują szukając natchnienia.

Potrzebowali go sporo, bo temat sobie wybrali niełatwy, a poruszane problemy z najwyższej półki. Czy też, jak kto woli, z najniższej – Russell poszukiwał bowiem podstaw, na których można by oprzeć od nowa całą matematykę. O istniejącej uważał, że stabilnych podstaw nie posiada, fundamentalnym pojęciom brakuje należytej precyzji, a niektóre są wręcz definiowane same przez siebie, tworząc błędne koło. Czy jednak istnieją jakieś ostateczne podstawy, których oczywistości nie można już nic zarzucić, nie sposób ich podważyć i nie wymagają już żadnych dalszych definicji?


Król bólu #3 (Jacek Dukaj)

Dodane: 20 maja 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Wydawnictwo Literackie)

Część pierwsza
Część druga

Crux

Polska AD 2054 ciągle nie jest normalnym krajem – przynajmniej nie w świetle dzisiejszych wyobrażeń o normalności. Postępy nanotechnologii przyniosły wprawdzie powszechny dobrobyt, ale też równie powszechne bezrobocie i skrajne rozwarstwienie społeczeństwa – miażdżąca większość prowadzi pustą, bezcelową egzystencję w blokowiskach (zwanych socjaliskami), mając o swój los pretensje do całego świata, ale ani myśląc czegokolwiek zrobić w kierunku jego odmiany; nieliczna elita natomiast bawi się w odtwarzanie Rzeczypospolitej szlacheckiej, z tytułomanią, heraldyką, kodeksem honorowym, pojedynkami i całym dobrodziejstwem inwentarza. Obie sfery, jak nietrudno zgadnąć, praktycznie się nie stykają, niewiele o sobie wiedzą i wzajemnie sobą gardzą.

Główny bohater należy do elity i z pospólstwem się nie zadaje – ale gdy jego ojciec zostaje ciężko ranny w pojedynku, a lekarze nie są w stanie mu pomóc, trzeba się brzytwy chwytać. Tytułowy Crux, mityczny mesjasz socjerów, podobno może wszystko, nawet umarłych przywracać do życia – co nasz bohater uważa za totalną bzdurę, ale ulega perswazji i postanawia spróbować go odszukać. Wyprawa do socjaliska potoczy się jednak całkowicie inaczej niż oczekiwał, a Crux, jak się okaże, istnieje, jest nie byle kim i ma – żeby tu za wiele nie zdradzić – bardzo ambitne i dalekosiężne plany, które wyższym sferom niezbyt się spodobają. Inna rzecz, że socjerom na dłuższą metę pewnie jeszcze bardziej.


Król bólu #2 (Jacek Dukaj)

Dodane: 17 maja 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Wydawnictwo Literackie)

Część pierwsza

Oko potwora

Trzy dni po opuszczeniu orbity Marsa CSS „Behemot V” otrzymał morsem ostrzeżenie o nadchodzącej burzy słonecznej. Nawigator obliczył nową trajektorię, pozwalającą zejść w porę w pas asteroidów i osłonić statek masą skalną; mieliśmy potem dopędzić Jupitera na tej samej elipsie, po dodatkowych akceleracjach. Stos atomowy, stary model lunarny, sprawował się dobrze, „Behemot” dysponował zresztą zapasem paliwa na cztery akceleracje do kursowej. Już po zmianie kursu Nawigator odkrył, że w obliczeniach był błąd. Rozmontowawszy z Elektronikiem i Inżynierem kalkulator pokładowy, znalazł na świeżo lutowanych układach popalone kłębki włosów, kulki kurzu bądź wełny. Była to oczywiście wina Elektronika, który się upił na wychodnym w bazie na Dejmosie i dręczony kacem nieważkościowym nie dopilnował techników przysłanych dla okresowych reperacji ze stoczni marsjańskiej. Trzeba było na gwałt nowe obliczenia wykonać, już dla z góry tak nieszczęśliwie ustalonego wektora. Kapitan, Nawigator i Pierwszy Pilot ślęczeli nad nimi całą nocną wachtę. Wyczyszczony kalkulator dla odmiany się przegrzał; Elektronik własnymi rękami okładał rozpalone lampy próżniowe maszynowego mózgu szmatami z suchym lodem, parząc się przy tym dotkliwie. Przyszedł do mnie z tymi poparzeniami. Dałem mu maść i obandażowałem dłonie. Teraz już będzie zupełnie do niczego nieprzydatnym.

Nie, ten cytat nie pochodzi z jakiejś zaginionej powieści Lema z lat 60-tych. Tak się zaczyna opowiadanie Dukaja będące jednym wielkim hołdem dla Mistrza – Dukaj odtworzył tu wiernie zarówno styl, jak i „realia” powieści SF sprzed półwiecza (stąd ta cała lutowana elektronika, lampy próżniowe i inne technologie dziś już przestarzałe, ale wówczas stanowiące symbol ultranowoczesności), a do tego powtykał tu i ówdzie rozliczne smaczki dla fanów Lema. Część z nich widać już w powyższym wprowadzeniu – bezimienni bohaterowie nazywani jedynie funkcjami, jak w „Edenie”, charakterystyczna fraza „w obliczeniach był błąd”, która tamtą powieść otwierała, wiecznie niedomagające (czy to przez własną niedoskonałość, czy przez ludzką fuszerkę) sprzęty na statku, niczym w niektórych przygodach pilota Pirxa…


Król bólu #1: Linia oporu (Jacek Dukaj)

Dodane: 14 maja 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Wydawnictwo Literackie)

Które dragi brać, żeby nie musieć brać żadnych dragów?
Nie pamięta.
To znaczy pamięta, ale niezindeksowane.
Tylko pierwsza młodość za friko! Za następne trzeba płacić.
W progu jeszcze dopada go ostatnia mądrość szefa: To, czego ci trzeba, Kostrzewa, to porządny nałóg.
Panie! Panowie! I wy, pojebce kochane!
Pewne to jak epoka lodowcowa i czerwony olbrzym. Tylko o datę się założyć.
Bo przecież – coś musisz robić, kiedy nie musisz robić niczego.
Chuj tężeje, dusza śpiewa.
Człowieczeństwo to nie jakość zerojedynkowa. Nie istnieją uniwersalne testy Turinga.
Człowieczeństwo to szeroka fala Gaussowska. I jeden jej kraniec nie przyznaje się do drugiego.

Bajty polskie (Bartłomiej Kluska i Mariusz Rozwadowski)

Dodane: 26 kwietnia 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Orka)

Recenzję „Dawno temu w grach” zakończyłem wyrażeniem nadziei, że na kolejną polską książkę o grach komputerowych nie będziemy musieli znowu czekać dziesięć lat. Rzeczywistość okazała się dużo lepsza, niż śmiałem wówczas przypuszczać – przez minione dwa lata wyszły co najmniej cztery kolejne tytuły poruszające tę tematykę, czyli dwa razy więcej niż w całej wcześniejszej historii. Strach pomyśleć, co to będzie dalej, jeśli taki trend się utrzyma;-).

„Bajty polskie”, jak sam tytuł wskazuje, traktują o historii gier komputerowych nad Wisłą. Jak się okazuje, historia ta liczy sobie – trudno uwierzyć – równe pół wieku. Pierwsza polska gra powstała bowiem w roku 1962, kiedy na komputer mówiło się jeszcze „mózg elektronowy”, jakkolwiek ironicznie by to nie brzmiało, biorąc pod uwagę możliwości ówczesnych maszyn. Gierka nosiła tytuł „Marienbad” i była implementacją Nim na legendarnym komputerze Odra (również stuprocentowo polskim), a ruchy wykonywało się za pomocą… dalekopisu. Całe szczęście zresztą, biorąc pod uwagę, że w tamtych czasach standardem było wprowadzanie danych za pomocą kart perforowanych – tak mozolne, że gdyby je tam zastosować, gra na komputerze wymagałaby znacznie więcej czasu i wysiłku niż z użyciem prawdziwych kamieni.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »