Cichy Fragles

skocz do treści

Przeczytane w 2012 #6

Dodane: 30 grudnia 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Rzeźnia numer pięć (Kurt Vonnegut)
  • Dziwne anioły (Kathe Koja)
  • Kobieta i mężczyźni (Manuela Gretkowska)
  • Láska nebeská (Mariusz Szczygieł)
  • Rage (Stephen King)

Rzeźnia numer pięć (Kurt Vonnegut)

okładka (Albatros)

Tak się jakoś złożyło, że najsłynniejszą powieść Vonneguta przeczytałem dopiero jako dziesiątą jego książkę – co nie wyszło jej na dobre, bo autor wykorzystywał różne motywy wielokrotnie i znając je z innych utworów („Śniadanie mistrzów”, „Rysio snajper” czy „Sinobrody”), ma się wrażenie wtórności, choć „Rzeźnia numer pięć” powstała przed nimi. Uroku jej to jednak nie odbiera.

Główny bohater – Billy Pilgrim, po części alter ego autora – to amerykański żołnierz, który do wojaczki zupełnie się nie nadawał, ale miał pecha osiągnąć wiek poborowy w czasie drugiej wojny światowej, kiedy armia wobec wysokich potrzeb nie była zbyt wybredna. Trafił więc na front – i już pierwsza bitwa skończyła się dla niego wylądowaniem w niemieckim obozie jenieckim, skąd następnie został przewieziony do Drezna, tuż przed słynnym zbombardowaniem miasta przez aliantów. Powieść zwykło się przedstawiać jako książkę właśnie o zbombardowaniu Drezna, w rzeczywistości jednak o Dreźnie jest tu niewiele, a samego bombardowania autor nawet nie opisuje – z umieszczonej pod ziemią tytułowej rzeźni nic nie widać i niewiele słychać, dopiero po jej opuszczeniu bohaterowie zobaczą skutki nalotu.

Autor, który sam przeżył bombardowanie Drezna, wyraźnie się powstrzymuje od komentarzy, dążąc raczej do tego, by same się one cisnęły na usta czytelnikom. Cała historia utrzymana jest w lekkim, niemal drwiącym tonie, tragiczne wydarzenia narrator raz po raz komentuje słowami „zdarza się”, nie brakuje również elementów komicznych (jak angielscy jeńcy, którzy dzięki paczkom od Czerwonego Krzyża opływają w dostatek, bo z powodu błędu w druku dostają ich 10 razy więcej niż powinni), a nawet jawnego absurdu: bohater twierdzi, że kilka lat po wojnie został porwany przez kosmitów, od których się dowiedział, że upływ czasu (jak również wolna wola) to tylko złudzenie – w rzeczywistości wszystkie chwile od początku do końca istnienia Wszechświata istnieją jednocześnie przez całą wieczność.

Nie brak sygnałów wskazujących, że wywody Billy’ego (który oprócz tego twierdzi, że potrafi podróżować po całym swoim życiu i przeżywać wielokrotnie dowolne jego momenty, ale nie może nic już zmienić) to objawy schizofrenii, jednak sama idea prowadzi nas do przesłania od autora: nie da się wymazać wyrządzonego zła ani go cofnąć, a jego ciężar i konsekwencje pozostają z nami na zawsze. Niby banał, ale przekazany w bardzo oryginalny i sugestywny sposób, zmuszający do jego przemyślenia na serio. Podobnie zresztą można podsumować całą powieść: żartobliwa, utrzymana w tonie absurdalno-sielankowym, a jednak pod tą fasadą niosąca śmiertelnie poważne treści…

Ocena: 5-

Inne tego autora: Rysio snajper



Przeczytane w 2012 #5

Dodane: 26 grudnia 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku krótko o krótkich utworach:

  • Amsterdam (Ian McEwan)
  • Prawo do powrotu (Janusz A. Zajdel)
  • Bestie (Joyce Carol Oates)
  • Złodziej i psy (Nadżib Mahfuz)
  • Za rzekę, w cień drzew (Ernest Hemingway)
  • Śmiertelny strach (Robin Cook)
  • Nasza klika (Philip Roth)

Amsterdam (Ian McEwan)

okładka (Świat Książki)

Redaktor naczelny brukowca zdobywa prywatne zdjęcia niedawno zmarłej przyjaciółki, dzięki którym może skompromitować znienawidzonego polityka. Wybitny kompozytor, przeżywający kryzys twórczy podczas pracy nad symfonią milenijną (rzecz się dzieje kilka lat przed rokiem 2000), szuka natchnienia w górach i gdy je w końcu znajduje, jest tym tak przejęty, że ignoruje nawet widzianą z oddali scenę pobicia, będącego ewidentnie wstępem do gwałtu. Obaj ww. bohaterowie, wieloletni przyjaciele, z powodu tych wydarzeń i ich konsekwencji staną się wkrótce zapiekłymi wrogami, wzajemnie doprowadzając do swojego upadku, a czytelnikowi dając do myślenia tak o moralności, jak i o roli przypadku w ludzkim życiu – do tragedii prowadzi tu bowiem splot zupełnie, wydawałoby się, nieznaczących okoliczności.

Książka niepozorna, przez większość czasu niby nic szczególnego się nie dzieje – a jednak, drobiazg po drobiazgu, układa się to wszystko w mocną rzecz, wobec której trudno pozostać obojętnym. Może oprócz mało wiarygodnej końcówki, gdzie obaj bohaterowie wzajemnie kopią sobie dołki w stylu rodem z taniej komedii, a autor jeszcze potem daje niemal łopatologicznie do zrozumienia, że ich grzechy i tak nie przyniosły oczekiwanych skutków, więc po co im to było. Hmm, a po co było budować te wszystkie moralne dwuznaczności, żeby na koniec walnąć tak banalnym morałem?

Sytuację częściowo ratuje ostatnia scena, stawiająca w nowym świetle przyczynę całego zamieszania (choć jak się zastanowić, to wymowy powieści znacząco ona nie zmienia). Pełnej satysfakcji mimo wszystko nie ma, ale apetytu na kolejne dzieła tego autora niewątpliwie nabrałem.

Ocena: 5-



Przeczytane w 2012 #4

Dodane: 16 grudnia 2012, w kategorii: Literatura, Nauka

W dzisiejszym odcinku literatura (popularno-)naukowa:

  • Porady seksualne dr Tatiany (Olivia Judson)
  • Podziemni bogowie (Umberto Eco)
  • Wejście na orbitę / Okamgnienie (Stanisław Lem)
  • Czy jest tam kto? (Frank Drake i Dava Sobel)

Porady seksualne dr Tatiany (Olivia Judson)

okładka (W.A.B. i CIS)

Masowe orgie, kazirodztwo, wymienianie się nasieniem, kopulacja przez nozdrza, zjadanie genitaliów i płodów, seks w łonie matki… dobra, starczy tych słów kluczowych;-). Wymienione praktyki to tylko czubek góry lodowej – dr Tatiana dostaje listy z prośbami o poradę w najbardziej dziwacznych sprawach związanych z prokreacją („niechcący połknęłam swojego faceta przed stosunkiem, co mam teraz zrobić?”), a odpowiadając na nie, często sypie jeszcze kolejnymi przykładami, żeby pocieszyć swoich korespondentów, że inne gatunki mają gorzej.

„Inne gatunki”, bo pani doktor nie zajmuje się ludźmi, tylko wszelkimi innymi formami życia. Najczęściej są to oczywiście owady, które nie mają żadnych zahamowań i pod względem ilości (nie mówiąc o „jakości”) perwersji seksualnych biją na głowę nawet Japończyków (wyobraża ktoś sobie, że stosunek patyczaków może trwać nawet trzy miesiące bez przerwy?), ale przedstawicieli reszty królestwa zwierząt też nie brakuje: nawet poczciwe ssaki potrafią zaskakiwać, np. u hien również samice mają fallusy, a lwy potrafią kopulować nawet kilkadziesiąt razy dziennie – i niech ktoś teraz spróbuje wątpić, że lew jest królem zwierząt;-).

Ciekawym przypadkiem, któremu autorka poświęca cały osobny rozdział, są wrotki z grupy Bdelloidea, które, choć rozmnażały się płciowo, w drodze ewolucji pozbyły się samców i przeszły na dzieworództwo. Feministki z gatunku homo sapiens mogłyby im buty czyścić, gdyby wrotki nosiły buty;-). Na drugim biegunie mamy śluzowce, których różne gatunki rozwinęły od kilkunastu do nawet kilkuset płci – stworzenie harmonijnego związku byłoby w tej sytuacji nie lada wyzwaniem, na szczęście jednak do spłodzenia potomstwa wystarczy zwykle udział przedstawicieli „zaledwie” trzech-czterech różnych płci.

Przykłady tego typu kuriozów można by wyliczać długo i namiętnie, jako że bogactwo przyrody wydaje się w tej kwestii (kluczowej przecież dla przetrwania gatunku) niewyczerpane, a autorka, od lat pisząca felietony naukowe dla „The Economist”, zna się na rzeczy doskonale. Szkoda tylko, że książka stanowi (z wyjątkiem ostatniego rozdziału) proste złożenie tychże felietonów w zbiór – powtórzeń wprawdzie nie jest wiele, jednak trochę się czuje, że książka nie powstawała od początku jako spójna całość. A że odpowiedzi na fikcyjne listy opierają się z grubsza na jednym schemacie, z czasem robi się to monotonne. Sytuację ratowałby ostatni rozdział, gdyby nie przerost formy nad treścią – oprawa dyskusji o wspomnianych Bdelloidach wydaje się momentami ważniejsza niż sama dyskusja. Owszem, odrobina komizmu nigdy nie zaszkodzi, ale przerabianie nauki na farsę to już lekka przesada.

I jeszcze jedno: książka ma niby 370 stron, ale dobre sto zajmuje indeks, bibliografia i przypisy, więc de facto dostajemy tej lektury prawie o jedną trzecią mniej, niż się spodziewamy. Niegłupi sposób na łatwe zwiększenie grubości i ceny…

Ocena: 4



Przeczytane w 2012 #3

Dodane: 10 grudnia 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku komiksy i o komiksach:

  • Saga o potworze z bagien (Alan Moore)
  • Alan Moore. Wywiady (Bill Baker)
  • Niebieskie pigułki (Frederik Peeters)
  • Lucyfer #8: Wilk pod drzewem
  • Batman: Najlepsze opowieści
  • Hard boiled (Frank Miller i Geof Darrow)
  • Ślimacze opowieści #2: miłość i patologia

Saga o potworze z bagien (Alan Moore)

okładki (Egmont)

Swamp Thing, czyli po naszemu potwór z bagien, nigdy nie należał do najpopularniejszych amerykańskich superbohaterów – może dlatego, że delikwenta żyjącego na bagnach z dala od cywilizacji trochę trudniej wplątywać w niesamowite przygody, niż herosów zamieszkujących wielkie metropolie. Szczególnie cienko seria przędła na początku lat 80-tych, DC zastanawiało się zatem nad jej likwidacją, ostatecznie jednak postanowiono dać potworowi jeszcze jedną szansę, zatrudniając nowego scenarzystę – mało jeszcze wtedy znanego, ale dobrze się zapowiadającego Alana Moore’a. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: Moore przeprowadził rewolucję, odmieniając wizerunek serii, podnosząc jej poziom intelektualny i artystyczny, wreszcie inspirując kolegów po fachu do odważniejszego eksperymentowania, a wydawców do ściągania kolejnych scenarzystów z Europy.

Dla nieznających bohatera, krótkie wprowadzenie: zaczęło się od tego, że niejaki Alec Holland prowadził badania nad środkiem przyspieszających wzrost roślin – osiągnął pewne sukcesy, ale źli ludzie postanowili położyć rękę na jego osiągnięciach, więc podłożyli w jego laboratorium bombę, która posłała go na tamten świat, a jego ciało do bagna, wraz z chemikaliami, którymi laboratorium było wypełnione. Jakiś czas później Holland wynurzył się z bagna – znowu żywy, ale już jako potwór będący skrzyżowaniem rośliny i człowieka. Potem źli ludzie dostali za swoje, a potwór wrócił do bagna, gdzie czuł się najlepiej, ale spokoju zaznać już nie mógł, bo scenarzyści muszą z czegoś żyć.

Moore, zgodnie z zasadą, że nic tak nie ożywia akcji jak kilka trupów, zaczął swoją rewolucję od zabicia… głównego bohatera. Oczywiście nie tak całkiem na śmierć – nie oszukujmy się, w amerykańskich komiksach takiej możliwości nie ma – ale zanim zabójcy się o tym przekonają, zdążą przeprowadzić sekcję „zwłok” i dokonać paru dziwnych odkryć, które jednak nie tłumaczą najważniejszego: skoro mikstura Hollanda działała tylko na rośliny, jakim cudem zadziałała na niego i w jaki sposób przywróciła go do życia, skoro eksplozja bomby bezdyskusyjnie go zabiła? Odpowiedź na te pytania w końcu udaje się znaleźć – i jest to odpowiedź, która wywróci do góry nogami całą wiedzę o potworze z bagien, a dla niego samego będzie początkiem ciężkiego kryzysu tożsamości…

Oczywiście z czasem kryzys mija, a kolejne przygody znów trochę się zbliżają do superbohaterskich standardów – ale nie ma mowy o rutynie, a całość trzyma ponadstandardowy poziom, budząc silne skojarzenia z „Sandmanem” (dla którego była zresztą inspiracją), tym silniejsze, że spotykamy tu takie postacie jak Etrigan czy Kain i Abel. No ale właśnie, kiedy się to czyta po „Sandmanie”, trudno już o zachwyt – zbyt wiele tych samych pomysłów i motywów, przez Gaimana zresztą lepiej i szerzej rozwiniętych. Zachwytu więc nie ma, ale jest uznanie dla bardzo solidnej roboty, dającej niezły przedsmak późniejszych wybitnych dzieł Moore’a.

Ocena: 4+

Inne tego autora: Prosto z Piekła



Przeczytane w 2012 #2

Dodane: 28 listopada 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Dobry pan (Tomasz Piątek)
  • Moralny nieład (Margaret Atwood)
  • Katar (Stanisław Lem)
  • Amor (Sławomir Mrożek)
  • Busz po polsku (Ryszard Kapuściński)
  • Noble House (James Clavell)

Dobry pan (Tomasz Piątek)

okładka (PIW)

Zaczyna się od telepatów próbujących wytropić psychola, który morduje ludzi, gdyż jest przekonany, że w ten sposób zmienia ich w różowe króliki. Potem zaczynają się wywody właściciela kuriozalnej szkoły, w której wszystko jest dobre, różowe i mięciutkie, żeby dzieci wchłaniały samo dobro – a on sam wymyśla coraz to bardziej nonsensowne historyjki mające je w tym kierunku edukować, opowiada też o swoich snach (halucynacjach?), w których słowo „nonsens” nabiera nowego znaczenia. Jednocześnie bohater szuka prawdy o swoich rodzicach, których nigdy nie poznał, a kolejni indagowani na ten temat członkowie rodziny udzielają całkowicie ze sobą sprzecznych i z czasem coraz bardziej niedorzecznych odpowiedzi…

O ile sens poprzednich powieści Piątka bywał dyskusyjny, o tyle tym razem bezsens jest bezdyskusyjny – wszelkie próby używania zdrowego rozsądku podczas lektury są skazane na niepowodzenie, stężenie absurdu momentami przebija nawet animacje z Monty Pythona. Słowem, trudno się oprzeć wrażeniu, że autor pisał to w trakcie jednego ze swoich narkotykowych ciągów – choć on sam na tylnej okładce twierdzi, że bynajmniej, pisał w ośrodku leczenia uzależnień. Mówiąc bardziej serio, nie jest to oczywiście bełkot dla samego bełkotu, pod surrealistyczną formą kryją się zupełnie poważne pytania: Czy bezkompromisowe czyste dobro, bez najmniejszych domieszek zła, jest możliwe? Czy potrafilibyśmy je znieść, będąc przyzwyczajonymi do niedoskonałości? Czy literatura oczyszczona ze zła byłaby cokolwiek warta?

I mniej poważne, ale może najbardziej przewrotne: czy kochający dobro dyrektor szkoły nie jest czasem tym poszukiwanym przez telepatów świrem? Skoro jego historię przedstawia nam on sam, w narracji pierwszoosobowej, a wszechobecne dobro budzi pewne skojarzenia z urojeniami mordercy o różowych królikach, to może w rzeczywistości jego szkoła wygląda dokładnie odwrotnie niż w jego opisie? Byłby to zapewne obraz dość makabryczny, jeśli nawet przez różowe okulary widać pewne sugestie terroru psychicznego. Tylko jak wtedy traktować perypetie z poszukiwaniem wiadomości o rodzicach? Tu już interpretacja mi nie wychodzi, więc może idę złym tropem, a może po prostu nie mam aż tak chorej wyobraźni jak autor;-).

Ocena: 5-

Inne tego autora: Kilka nocy poza domem, Błogosławiony wiek, Wąż w kaplicy



Przeczytane w 2012 #1

Dodane: 22 listopada 2012, w kategorii: Literatura

Jejku, ale mi się tego nazbierało – czytałem w tym roku sporo, a recenzowałem nie za wiele, no i się zrobiły spore zaległości, które trzeba będzie teraz ostrożnie dawkować, żeby nie przesadzić;-).

W dzisiejszym odcinku:

  • Opowiadania (Franz Kafka)
  • U mad? (Krzysztof Gonciarz)
  • Żywność i demokracja (Marcin Gerwin)
  • Izrael – Palestyna. Pokój czy święta wojna (Mario Vargas Llosa)
  • Ojciec odchodzi (Piotr Czerski)
  • Prawo Parkinsona (C. Northcote Parkinson)

Opowiadania (Franz Kafka)

Opowiadania | Franz Kafka

Mówienie tu o książce jest lekkim nadużyciem, bo tak naprawdę to kilka opowiadań niezależnie pościąganych z netu – ale zbiór o powyższej okładce zawiera prawie wszystkie niżej wymienione teksty, więc chyba mogę sobie na to nadużycie pozwolić.

Sprawozdanie dla Akademii: przemówienie wygłaszane przez uczłowieczonego szympansa (czyżby Tytus de Zoo?), traktujące o jego losach od chwili schwytania przez myśliwych, przez podróż statkiem do Europy, pierwsze próby naśladowania ludzkich czynności, następnie solidną edukację, aż do chwili obecnej, kiedy udało mu się osiągnąć „kulturę przeciętnego Europejczyka”, polegającą na noszeniu spodni, paleniu i piciu alkoholu. Historia satyryczna, ale i dająca do myślenia na temat różnic między człowiekiem i zwierzęciem – szczególnie gdy małpa deklaruje, że nie pożąda wolności, a ze swojego obecnego położenia (żywej atrakcji turystycznej) ani się nie cieszy, ani się nim nie martwi. Czemu zatem służyły jej starania? Pytanie, na które zapewne trzeba sobie odpowiedzieć samodzielnie.

Wyrok: krótki, ale zakręcony tekst o kupcu, który poza interesami zajmuje się także korespondencją ze starym przyjacielem (przed którym nie wiedzieć czemu ukrywa różne swoje sprawy, lub o nich kłamie) oraz opieką nad ciężko chorym, ale i mocno apodyktycznym ojcem. Nic niezwykłego, dopóki ów ojciec nie zacznie twierdzić, że ów przyjaciel wcale nie istnieje, że jest tylko wytworem chorej wyobraźni syna. A potem, że wręcz przeciwnie, że on sam z nim koresponduje, ujawniając mu to, co syn przemilcza… Typowo kafkowska sytuacja, chciałoby się powiedzieć;-).

Przemiana: młody urzędnik, mający na utrzymaniu rodziców i siostrę, pewnego ranka budzi się jako wielki robak – i mimo to ze wszystkich sił stara się jednak pójść do pracy (to się nazywa pracoholizm). Wysiłek spełza jednak na niczym, a przerażona rodzina woli raczej go uwięzić w pokoju, żeby nikt się o jego koszmarnym stanie nie dowiedział (postawa „co ludzie powiedzą” doprowadzona do ostatecznej granicy). Potem jest tylko gorzej – bohater jest coraz bardziej otwarcie traktowany jak robak i sam też powoli zaczyna się stosownie do tego zachowywać, mimo wciąż ludzkiego umysłu. Najsłynniejsze opowiadanie Kafki z nóg mnie wprawdzie nie zwaliło, ale poznać warto.

Głodomór i Kolonia karna wbrew pozorom mają ze sobą sporo wspólnego – w obu tekstach mamy przedstawiciela wymierającej i coraz mniej rozumianej sztuki, który jednak pozostaje jej wierny do końca, nawet za cenę samounicestwienia, choć trudno powiedzieć, by jego sztuka faktycznie na taką wierność zasługiwała. W pierwszym opowiadaniu jest nią bowiem pokazowe wielodniowe głodowanie, a w drugim – okrutne zabijanie ludzi za pomocą stworzonej do tego celu maszyny, będącej dumą tytułowej kolonii karnej. Tak ekstremalne przykłady każą nieco przychylniej spojrzeć na „normalnych” artystów;-).

List do ojca: autobiograficzne rozliczenie z autorytarnym ojcem, którego osobowość niewątpliwie wywarła ciężkie piętno na synu. Wywód brutalnie szczery, stawia też w nowym świetle opisany wyżej „Wyrok”, a wzmianki o siostrze sugerują, by również na „Przemianę” spojrzeć z innej strony. List mógłby jednak być krótszy, wiwisekcja rodzinnych relacji ciągnąca się przez kilkadziesiąt stron robi się męcząca, a nawet monotonna, bo ileż można. Rozumiem, że autor musiał to wszystko z siebie wyrzucić, ale na użytek publiki można się było trochę ograniczyć…

Ocena: 4+



Ewolucja Boga (Robert Wright)

Dodane: 11 listopada 2012, w kategorii: Literatura, Nauka

okładka (Prószyński i S-ka)

Nie, ten tytuł nie ma nic wspólnego z kreacjonizmem. Z ewolucjonizmem zresztą też niewiele – książka traktuje o ewolucji tylko jednego, dość szczególnego gatunku, jakim są bogowie – a oni podlegają nieco innym regułom niż pozostałe formy życia, jakkolwiek zarówno krzyżowanie, jak i selekcja naturalna również u nich ma miejsce. Nic zresztą dziwnego – skoro świat się zmienia, to i religie nie mogą stać w miejscu, a niczego lepszego od ewolucji nie wymyślono. Zaskakujący bywa natomiast przebieg tego procesu.

Zaczęło się oczywiście od prymitywnych wierzeń plemiennych, analizowanych przez autora na przykładzie współcześnie istniejących społeczności plemiennych, nietkniętych przez cywilizację. Wierzenia te nie do końca nawet stanowią religię w naszym tego słowa rozumieniu – duchy, czary czy bóstwa stanowią dla ludzi pierwotnych tak oczywisty element świata jak np. chmury, obrzędy są czynnościami całkowicie zwyczajnymi, przyziemnymi wręcz, a w ich językach nie występuje nawet słowo „religia”. Nie dlatego, że nie potrzebują jej nazywać, tylko dlatego, że w ich pojmowaniu świata nie da się nawet takiego bytu wyodrębnić, z braku kryteriów odróżniających czynności i przekonania religijne od pozostałych.

No ale my takie kryteria mamy, więc analiza wierzeń samych w sobie nie stanowi problemu. Pierwsze ciekawe spostrzeżenie autora – wbrew powszechnemu wśród wierzących przekonania, jakoby moralność wynikała wyłącznie z religii, u ludów pierwotnych jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Bóstwa i inne istoty nadprzyrodzone zajmują się wieloma dziedzinami życia, czasem wykazując daleko posuniętą specjalizację (np. osobni bogowie odpowiadający za połowy poszczególnych gatunków ryb), ale akurat kwestiami etycznymi się nie zajmują; życie pozagrobowe to absolutny standard, ale jego kształt prawie nigdy nie zależy od postępowania w życiu doczesnym; klęski żywiołowe i inne tragedie zwyczajowo tłumaczy się gniewem duchów, ale domniemaną przyczyną tego gniewu zwykle nie jest żaden upadek moralności w plemieniu, tylko np. niedopełnienie jakiegoś obrzędu.


Relacja z Targów Książki w Krakowie

Dodane: 27 października 2012, w kategorii: Literatura

Targi Książki w Krakowie

Po raz kolejny kończy się październik, a co za tym idzie, po raz kolejny mamy w Krakowie Targi Książki, które po raz kolejny promuję – oczywiście na miarę swoich skromnych możliwości;-). Na początek jak zwykle trzeba wspomnieć o akcji „książka za książkę”, szczególnie że w tym roku za każdą oddaną książkę dostaje się nie tylko kupon rabatowy, ale także gratisowego e-booka na Publio.pl – co prawda do wyboru nie z całej oferty, tylko spośród czterystu wybranych książek, ale i tak bonus bardzo zacny. Oby tak dalej!

Generalnie zresztą e-booki się w tym roku rozpanoszyły – jeszcze podczas poprzedniej edycji ciężko było zauważyć ich istnienie poza przybudówką z czytnikami, natomiast tym razem co i rusz natykałem się na zachęty do „e-czytania”, wydawnictwa prześcigały się w promowaniu swoich sklepów internetowych, rozdając nawet kupony rabatowe wyłącznie na e-booki – a czytniki zauważyłem nawet zainstalowane na stolikach w jednym z punktów gastronomicznych. Postęp jak się patrzy.

Postęp także w innych kwestiach: jak co roku pojawiło się jeszcze więcej wydawnictw i jeszcze lepsze promocje (Znak i Prószyński dawały po 25% rabatu na wszystko!), jak co roku przybyło również odwiedzających – choć to miało ten minus, że znowu zrobił się jeszcze większy tłok. Normą były korki na skrzyżowaniach i zatory w popularniejszych miejscach (taki Cejrowski naprawdę powinien dawać te autografy gdzieś w narożniku hali, a nie na środku – a już na pewno nie kilkanaście metrów od Wiśniewskiego), jak również rozpychanie się łokciami. Niestety, ale czytanie książek nie oznacza automatycznie wysokiego poziomu kultury – a poziom dna wyznaczył dziś typek o aparycji działacza PZPN, sunący korytarzem jak walec i doprawiający kuksańce bluzgami – skąd takie indywiduum w ogóle się tam wzięło? Przed deszczem się schował?


Miasto permutacji (Greg Egan)

Dodane: 16 października 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Solaris)

Rok 2045. Rozwój technologii poszedł tak daleko, że możliwe stało się pozyskanie szczegółowych informacji o wszystkich komórkach ludzkiego ciała w danej chwili i wprowadzenie ich do pamięci komputera, gdzie można doskonale symulować dalsze funkcjonowanie organizmu, z mózgiem włącznie. Innymi słowy, osiągnięto możliwość kopiowania ludzi – tyle że Kopie mogą funkcjonować tylko w wirtualnej rzeczywistości, a ograniczenia techniczne sprawiają, że symulacja nie może działać w czasie rzeczywistym, lecz w najlepszym razie 17 razy wolniej. Trochę to utrudnia Kopiom utrzymywanie kontaktu z realnym światem – a na kontakcie im zależy, bo świat wirtualny pozostaje nieporównanie uboższy, boleśnie sztuczny i Kopie często wręcz popełniają samobójstwa zaraz po uruchomieniu, nie mogąc tam wytrzymać.

W tym momencie oczywiście narzuca się pytanie: czy Kopie są świadomymi istotami? A jeśli tak, to skąd się bierze ich świadomość i co się z nią dzieje po spowolnieniu czy wstrzymaniu działania programu? Paul Durham z determinacją dąży do znalezienia odpowiedzi, posuwając się do stworzenia swojej Kopii i zablokowania jej możliwości „katapultowania się”, jak eufemistycznie określa się wirtualne samobójstwo. Kopia chcąc nie chcąc musi wziąć udział w serii eksperymentów, które mają rzucić trochę światła na kwestię natury wirtualnej świadomości. I rzucają – w pewnym momencie Kopia wpada na szaloną ideę, która przeraża nawet samego Durhama.

Tu ostrzegam, że zaczynają się delikatne spoilery, ale fabuła jest względnie przewidywalna, więc chyba mogę sobie na nie pozwolić.


Gottland (Mariusz Szczygieł)

Dodane: 10 września 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Wydawnictwo Czarne)

– Dlaczego tu tak śmierdzi? – pyta swojego ojca Antonina sześcioletni Tomas Bata. Tak po raz pierwszy ujawnia chęć uporządkowania rzeczywistości.
Dział socjalny ma swoich szpiegów, którzy donoszą na kochanków. Jeśli tylko zauważą nowe więzi, stawiają parę do raportu. Firma zaleca im, żeby wzięli ślub i mieli dzieci.
Kierownik działu kadr, dr Gerbec mawia: – Dzieci to są smycze, za które trzymamy ich tatusiów.
We własnej gazecie „Zlin” Jan Antonin Bata ogłasza pomysł, z którym się obudził – przenieść Czechosłowację do Ameryki Południowej.
(…)
– Ale naród i jego kultura są ściśle związane z miejscem – słyszy zewsząd.
– Do dupy z kulturą, gdy na wojnie mają ginąć dzieci – odpowiada.
A poza tym, proszę pani, człowiek może umrzeć tylko raz. A jak umrze trochę wcześniej, to tylko troszkę dłużej jest umarły.
Człowiek, który ma zlikwidować Stalina – inżynier Vladimir Krizek – słyszy od władz najdziwniejsze zdanie w swoim życiu: – Macie zburzyć pomnik, ale z godnością.

« Starsze wpisy Nowsze wpisy »