Cichy Fragles

skocz do treści

Oblicza grozy

Dodane: 19 sierpnia 2013, w kategorii: Literatura

Zasadniczo wielkim fanem horrorów nie jestem, ale tak jakoś wyszło (głównie dzięki pierwszej edycji Bookrage), że trafiła mi się ostatnio cała ich seria – na zbiorczą notkę jak znalazł;-).


Opowiadania (Stefan Grabiński)

okładka (Bookrage)

Tworzący w początkach XX wieku Grabiński to klasyk polskiej opowieści grozy, a trzy zbiory z Bookrage dają niezły przegląd jego twórczości – w sumie aż 60 utworów. „Demon ruchu” to teksty o pociągach (kto by pomyślał, na ile sposobów można je wykorzystać w horrorze) i pożarach, dwa pozostałe zbiory nie mają żadnego klucza tematycznego – teksty z „Osady dymów” wydają się bardziej koncentrować na psychice bohaterów, a w „Sadzie umarłych” znajdziemy szczególnie dużo magii i śmierci, ale czy takie właśnie były kryteria doboru, raczej wątpię – zbyt dużo wyjątków od reguły.

Jak to zwykle bywa z klasyką, podstawowe pytanie brzmi: czy teksty się nie zestarzały? Cóż, ich wiek widać zarówno po stylu pisania (rozwlekła XIX-wieczna narracja, pełna rozbudowanych opisów, czego dziś w literaturze popularnej już się nie spotyka), jak i po treści – pełno tu modnego sto lat temu okultyzmu, pełno parapsychologii i innych teorii, które wówczas aspirowały do miana nauki – tak więc ogólnie czuć, że jesteśmy w czasach Żeromskiego czy Reymonta, momentami zalatuje trochę anachronizmem, ale dramatu nie ma. Rewelacji niestety też, ale z innych przyczyn.

Dominują tu bowiem krótkie formy, bez rozbudowanej fabuły, opierające się na pojedynczym pomyśle. Fakt, że tych pomysłów autorowi nie brakowało, mamy tu wiele niesztampowych rozwiązań i motywów: a to cienie w oknie odtwarzają zbrodnię sprzed lat, a to odbicie pokoju w lustrze nie do końca odpowiada oryginałowi, a to miejsca katastrof kolejowych układają się na mapie w czytelny wzór… Zwykle jednak nic poza tym pomysłem w pamięci nie zostaje, bo fabuła sprowadza się do jego przedstawienia. Z pozytywnych wyjątków mógłbym wymienić „Pożarowisko” (gdzie początkowa determinacja w walce z ciemnymi siłami niepostrzeżenie, drogą małych kroków, topnieje, by w końcu zmienić się w swoje przeciwieństwo) oraz „Salamandrę” – minipowieść, której bohater na zmianę ulega wdziękom czarownicy i mobilizuje się do walki z nią, a że w walce towarzyszy mu potężny mag, autor może trochę rozwinąć skrzydła.

Ten drugi przykład każe podejrzewać, że lepiej sięgnąć po inne powieści Grabińskiego, zamiast opowiadań, w których niestety rozmieniał się na drobne…

Ocena: 4-


Liczenie baranów (Paul Martin)

Dodane: 31 lipca 2013, w kategorii: Literatura, Nauka

okładka (Muza)

Jak powszechnie wiadomo, we śnie spędzamy jedną trzecią życia (a przynajmniej powinniśmy, jeśli zależy nam na zdrowiu). Jednak o tym, co się z nami dzieje w tym czasie, czemu to służy i dlaczego musi tyle trwać, wiemy – oględnie mówiąc – niewiele. Zresztą, nie owijajmy w bawełnę – jak na jedną trzecią życia, wiemy karygodnie mało. Z pomocą niniejszej książki można jednak chociaż trochę podreperować swoją wiedzę.

Stwierdzenie, że sen jest ważny, to chyba największy truizm, jaki można na ten temat wypowiedzieć – a i tak okazuje się, że jego ważności nie doceniamy, systematycznie spychając go na sam dół listy priorytetów i odmawiając go sobie z najróżniejszych powodów. Tymczasem – co autor wielokrotnie podkreśla i wspiera licznymi argumentami medycznymi – niedobór snu może być przyczyną wielu schorzeń, lub przynajmniej zwiększać ryzyko ich wystąpienia. Poza tym skutkuje również doraźnymi problemami, np. z prowadzeniem samochodu – badania wykazały, że wystarczy skrócenie snu o dwie godziny przez kilka dni z rzędu, by sprawność kierowcy spadła do poziomu prezentowanego po osiągnięciu pół promila alkoholu we krwi. Jednak o ile jazda po pijanemu jest zakazana i otoczona społecznym potępieniem, o tyle jazdę w stanie niewyspania zarówno prawo, jak i społeczeństwo toleruje.

A do chronicznego niedosypiania jesteśmy wręcz zachęcani – przecież sen to strata czasu, w którym moglibyśmy pracować, imprezować lub w inny sposób aktywnie działać, zamiast bezczynnie leżeć. Nawet ludzie skądinąd lubiący sobie pospać (np. ja), chętnie by skrócili sen choćby i o połowę, gdyby dało się to osiągnąć bez dodatkowego zmęczenia i negatywnych skutków dla zdrowia. Jak dotąd się nie da – co prawda niektóre z dostępnych na rynku preparatów ponoć już mają niezłe wyniki z umiarkowanymi skutkami ubocznymi, ale na dłuższą metę żaden nie wydaje się dobry dla zdrowia. Oczywiście medycyna robi stałe postępy i kto wie, może za parę dekad spanie np. cztery godziny dziennie przez całe życie stanie się możliwe, z daleko idącymi konsekwencjami dla naszego planu dnia – ale to może temat na osobną notkę.


Reportaże z czterech stron świata

Dodane: 23 czerwca 2013, w kategorii: Literatura

No, może niezupełnie z czterech, bo trzy ze wschodu i jeden z południa – ale nie czepiajmy się szczegółów, to przecież tylko kwestia perspektywy;-).

Pjongjang (Guy Delisle)

okładka (Kultura Gniewu)

Komiksowy zapis wrażeń autora z pobytu w Korei Północnej, gdzie wybrał się służbowo, aby nadzorować pracę animatorów wykonujących zlecenie dla jego firmy (kapitalizm to jednak wedrze się wsżędzie…), a przy okazji oczywiście zaliczył tamtejsze atrakcje turystyczne, z monumentalnym muzeum Wielkiego Przywódcy, Towarzysza Kim Ir Sena na czele, jak również próbował nawiązać bliższy kontakt z tubylcami – niestety bezskutecznie.

Gdyby chcieć podsumować ten komiks jednym słowem, byłaby to „pustka”. Puste drogi, puste miasto, pusty hotel, pusta restauracja – trudno się nie zastanawiać, czy w tym państwie w ogóle ktoś mieszka, czy może pozostała z niego już tylko dekoracja, utrzymywana w pionie przez resztkę mieszkańców. Wrażenie pustki potęguje gigantomania: drogi, po których nic nie jeździ, to nierzadko kilkupasmowe autostrady, w wyglądającym na bezludne mieście pełno jest rozległych placów i wielkich budynków, a hotel zamieszkany przez dosłownie kilka osób ma kilkanaście pięter i przestronne korytarze, które kojarzą się autorowi z komputerowymi strzelankami – zarówno dla fasonu, jak i z powodu ciemności, bo światło jest tylko na tym jednym piętrze, na którym mieszkają goście. Dodajmy, że zgodnie z najlepszymi wzorcami socjalistycznej ekonomii, jest to jeden z trzech hoteli w Pjongjangu (nie licząc słynnego niedokończonego Ryugyŏng Hotel), a dwa pozostałe są równie wielkie i równie puste…

Niestety, pustkami świeci również fabuła. Mimo wysiłków autora, w komunistycznym raju absolutnie nic się nie dzieje, nie ma żadnych rozrywek poza zwiedzaniem miejsc kultu wodza, a tubylcy nie dają się naciągnąć na jakiekolwiek potencjalnie nieprawomyślne rozmowy – czemu zresztą trudno się dziwić, biorąc pod uwagę z jednej strony indoktrynację, a z drugiej ryzyko. Przez większość czasu widzimy więc tylko bezcelowe szwendanie się po mieście, przeplatane obserwacjami autora na temat absurdów najlepszego z systemów i posuniętego do ekstremum kultu jednostki. Obserwacjami niestety niezbyt odkrywczymi. Nie żeby było źle, bynajmniej – ale po entuzjastycznych recenzjach nastawiałem się na coś więcej.

Ocena: 4

Inne tego autora: Kroniki birmańskie



V for Vendetta (Alan Moore i David Lloyd)

Dodane: 29 kwietnia 2013, w kategorii: Literatura

okładka (Vertigo)

Remember, Remember, the 5th of November, the gunpowder treason and plot. I know of no reason why the gunpowder treason should ever be forgot.

Alternatywna rzeczywistość: w latach 80-tych XX wieku wybuchła wojna atomowa, w wyniku której niemal cały świat uległ zniszczeniu. Wielka Brytania szczęśliwie ocalała, wiele się tam jednak zmieniło – zapaść gospodarcza doprowadziła do upadku starego porządku, a na jego gruzach powstał faszystowski reżim, który poddał społeczeństwo twardej dyscyplinie: agresywna propaganda, permanentna inwigilacja, rządy twardej ręki i tak dalej. Po kilkunastu latach zniewolenia objawia się jednak samotny buntownik – ukrywający się pod maską Guya Fawkesa mściciel, mówiący o sobie: Nie mam imienia, ale możecie nazywać mnie „V”. Jak nietrudno zgadnąć, jego działania z czasem doprowadzą do upadku reżimu – ale w żadnym razie nie będzie to banalna superbohaterska bajka, jakiej można by się spodziewać po tym wprowadzeniu.

Co prawda klisz tu nie brakuje – „V” to jeszcze jeden świr z klasą, tyleż inteligentny i oczytany, co stuknięty, nadający zabójstwom i aktom terroru groteskowo teatralną oprawę i przy każdej okazji wygłaszający patetyczne mowy, w których przedstawia krok po kroku swoją pokręconą filozofię – niejedną taką postać już widzieliśmy, osobiście nie mogłem się oprzeć skojarzeniom z Jokerem z „Mrocznego rycerza” (nawet uśmiech jakby podobny), choć oczywiście nie można obu tych postaci wrzucać do jednej szufladki. „V” wprawdzie nie przebiera w środkach, bez wahania mordując ludzi reżimu i podkładając bomby, ale stara się unikać niepotrzebnych ofiar, a jego walka ma przecież szczytny cel, jakim jest obalenie dyktatury i… no właśnie, tu pojawiają się wątpliwości.


Trzy książki o przyszłości

Dodane: 3 kwietnia 2013, w kategorii: Literatura, Nauka

Leszek Kołakowski mawiał, że futurologia to oszustwo – przecież przyszłość to coś, co z definicji jeszcze nie istnieje, więc cóż to za nauka, która zajmuje się bytem nieistniejącym? Trzeba przyznać, że coś w tym jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę wątpliwą skuteczność większości futurologów (pokażcie mi takiego, który przewidział internet albo komórki). Nie znaczy to jednak, że z futurologii nie ma żadnego pożytku. Nawet nietrafione prognozy bywają pouczające – warto je znać choćby po to, żeby wiedzieć, dlaczego były nietrafione i dlaczego mimo to w swoim czasie uznawano je za prawdopodobne. Zbiegiem okoliczności przeczytałem ostatnio w krótkim czasie aż trzy książki związane z tematem, w różny sposób i z różnych okresów (1970, 2004 i 2010), zatem aż się prosi o ich porównanie.

Szok przyszłości (Alvin Toffler)

okładka (Kurpisz)

Jeden z najsłynniejszych futurologów świata, znany przede wszystkim z „Trzeciej fali”, tu zajmuje się nie tyle przewidywaniem przyszłości, co analizą psychologicznych i socjologicznych efektów rosnącego tempa rozwoju. Pół wieku temu, gdy książka powstawała, tempo to nie było jeszcze tak zabójcze jak dzisiaj, jednak autor słusznie przewidywał, że postęp będzie w kolejnych dekadach tylko przyspieszać – a to sprawi, że coraz więcej ludzi coraz częściej będzie stawać w obliczu coraz szybszych i coraz trudniejszych do przewidzenia zmian, wywierających coraz większy wpływ na ich życie. Oznacza to narastającą niepewność jutra, jakiej dotychczas nie doświadczaliśmy: już nie tylko pracy nie możemy być pewni, ale także naszego otoczenia czy obyczajów, kształtowanych przez nowe technologie w sposób często nieprzewidywalny, a dla niektórych wręcz niezrozumiały.

Choć Toffler w 1970 nawet nie śnił o smartfonach czy serwisach społecznościowych, co do zasady przewidział „postępy postępu” nadspodziewanie trafnie – niemal wszystkie zjawiska przez niego zapowiadane możemy dziś obserwować na własne oczy: atomizacja społeczeństwa, rosnąca przepaść międzypokoleniowa, konieczność ciągłego podnoszenia kwalifikacji zawodowych (co i tak może nic nie dać, jeśli naszą pracę uda się zautomatyzować), głośne spory o przemiany obyczajowe i światopoglądowe, wreszcie powszechne poczucie, że niczego już na tym świecie nie można być pewnym (może oprócz śmierci i podatków) i coraz częstsze problemy natury psychologicznej na tym tle. Trzeba autorowi przyznać, że wykazał się nie lada dalekowzrocznością.

Niestety, w szczegółach już tak dobrze nie jest. Dla złagodzenia szoku przyszłości Toffler proponuje systematycznie przygotowywać ludzi na jej nadejście, sztucznie tworząc warunki, w jakich spodziewamy się wkrótce żyć – przykładowo, skoro w perspektywie paru dekad można się spodziewać rozpoczęcia kolonizacji dna oceanicznego i budowy podmorskich miast, to już dziś należy tworzyć ich namiastki, gdzie ludzie mogliby przybywać na „wycieczki w przyszłość”, aby się przekonać, jak wkrótce mogą wyglądać ich warunki życiowe. Z dzisiejszej perspektywy wiadomo, że gdyby tę propozycję zrealizować, oznaczałoby to, nomen omen, utopienie sporych pieniędzy w całkowicie niepotrzebnym przedsięwzięciu…

Jeszcze bardziej kuriozalnie brzmi inna propozycja – by odgórnie regulować tempo rozwoju, analizując możliwe skutki wprowadzenia jakiegoś wynalazku do powszechnego użycia i w zależności od wniosków odpowiednio hamując lub przyspieszając jego rozpowszechnianie. Pomijając już nawet o oczywiste skojarzenia, jakie budzi pomysł takiego centralnego sterowania – autor książki o przyspieszającym postępie naukowym nie wziął pod uwagę, że postęp może rozpędzić się tak bardzo, że rządy przestaną w ogóle nadążać z tworzeniem regulacji prawnych, nie mówiąc już o sprawowaniu bezpośredniej kontroli. Cóż za ironia.

Ocena: 4



Habibi (Craig Thompson)

Dodane: 17 marca 2013, w kategorii: Literatura

okładka (Timof i cisi wspólnicy)

Ciężko by było znaleźć efektowniej wydany komiks. Opasła księga dużego formatu, z tłoczoną i pozłacaną okładką, prezentuje się na półce prawie jak ekskluzywne wydanie Biblii. Albo raczej Koranu, bo to dzieło przesiąknięte islamem, tak w formie, jak i w treści. Konserwatywnym muzułmanom na pewno by się jednak nie spodobało. Po pierwsze, autor podchodzi do religii z lekkim przymrużeniem oka, np. porównując historię Abrahama i jego syna w wersji chrześcijańskiej i muzułmańskiej (według tej pierwszej synem złożonym w ofierze miał być Izaak, według tej drugiej Ismael – i na tym rozbieżności się nie kończą), lub nieortodoksyjnie wplatając elementy mitów religijnych w swoją historię. Po drugie, swoboda w opisywaniu relacji damsko-męskich jest tu wybitnie zachodnia – dość powiedzieć, że główna bohaterka tylko w jednej czy dwóch scenach zakłada burkę (notabene na znak żałoby), natomiast trudno zliczyć, ile razy widzimy ją w negliżu.

Na przykład tutaj, żeby daleko nie szukać;-).


Rok potopu (Margaret Atwood)

Dodane: 28 lutego 2013, w kategorii: Literatura

okładka (Znak)

Jeździliśmy tam autostopem, choć było to zabronione. Ogrodnicy tacy właśnie byli: kazali coś zrobić i zabraniali najprostszego sposobu, w jaki można to było wykonać.
– Twoja matka jest lafiryndą – rzekła Bernice.
To było nieuczciwe, bo sama tak myślałam i Bernice o tym wiedziała.
– Nie powinniśmy oczekiwać od wiary zbyt wiele. Ludzki rozum jest omylny, wszystko widzi przez szkło, zaciemnione. Wszelka religia jest tylko cieniem Boga. A cienie Boga nie są Bogiem.
– Utwierdzają mnie twoje wątpliwości. Mówią mi, że jesteś godna zaufania. Na każde „nie” znajdzie się jakieś „tak”!
Jeśli naprawdę chcecie na zawsze zachować swój obecny wiek, myślała Toby, rzućcie się z dachu. Śmierć to niezawodny sposób, żeby zatrzymać czas.
Powiedziałam wtedy, że może jestem za smutna do tej pracy, może szukają dziewczyn z bardziej optymistycznym usposobieniem. Błyszczące mrówkowate oczy Mordisa roześmiały się i powiedział, jakby poklepywał mnie po ramieniu:
– Ren, Ren, wszyscy są za smutni do wszystkiego.
Glenn mówił: „Użyj mięsnego komputerka”, kiedy chciał powiedzieć: „Użyj umysłu”. Dla mnie to było ohydne: nie mogłam znieść myśli, że mam w głowie mięso.

Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej (Michał Witkowski)

Dodane: 14 lutego 2013, w kategorii: Literatura

okładka (W.A.B.)

Jak ja słyszę „sanepid”, to… to takie we mnie emocje narastają! W kształcie noża. To jakbym słyszał „wściekły pies”! (…) Tylko żeby człowiekowi zniszczyć życie, któren się stara do czegoś dojść w pocie czoła, pazurami, jak mrówka. Tylko żeby zatrzymać rozwój gospodarczy kraju! W olej nosy wtykali, że stary, że wody nie ma, a kto widział, żeby przyczepa miała podłączenie do wodociągu? Srać mi tu przychodzisz czy na zapiekankę mi tu przychodzisz? Po co ci wodociąg, wysrać się w domu możesz! Jest baniak, starczy. (…) Już mówię do którejś z tych urzędniczek: Kierownisiu, co ja się nachodzę, co ja wam zrobiłem? A ona kawę se robi, łyżeczką merda, i tak do mnie: No, ale przynajmniej zbiera pan nowe doświadczenia. Co ja? Prozaik? (…) Bezczelna! Marlboro sztangę wziąć… Bombonierę wziąć, to tak! Rozjebać pozłotko, wywalić za siebie, wyjeść słodkie ze środka, to tak, przetrawić, wysrać, żeby pofrunęło hen, do rzeki, do morza, żeby zatruwało nasz piękny Bałtyk. Co nasi ojcowie, dziadowie o niego walczyli do ostatniej kropli krwi pod Monte Cassino. To tak. Stołki grzać dupą wielką i grubą od ciągłego wpieprzania łapówek, to tak. Ale zapytaj się takiej, co to było Monte Cassino, to ci powie, że to takie kasyno, co tam grają i są wyścigi Formuły 1.
A tera będzie opis przyrody, co widzę z okna, przez kratę, przez pancerną szybę. A teraz będzie do ozdoby potrawka ze szczura w sosie z mojego siura. A teraz będzie romantyczne Centrum Sprzedaży Zlewozmywaków na tle krzaków. Nad miastem świt – na stole kwit, bo tera będzie martwa natura z rachunkiem za wodę i nożem sprężynowem. A teraz będzie się jebać pies z żyrafą za waszą szafą. A teraz słońce zrobi siku do słoiczka. Teraz was czeka śmierć przez przyprószenie węglowym pyłem, uduszenie pyłem oraz węglem. Wystarczy, że ćwierć milimetra węgla wpadnie wam w oko, i już histerie, lusterko, gmeranie w oku palcem. A tu, za oknem, sto milionów ton węglowego pyłu rocznie spada na mój ogródek. Co w nim hoduję marchewkę, kurwa, podobno ekologiczną. A teraz mam was wszystkich gdzieś i idę węglem czernić sobie wąs. Bo zwariowałem, halo! bo miałem sraczkę i zażyłem węgiel, i to już była ta kropla, która przelała czarę. Mych dni, mych nocy samotnych. Mych pocałunków w zimną stal, w ciemną noc.
Wieczorem, gdy zamykają miejscowy szaberplac, azaż to nie rozkosz przejść się po straganach i poprosić dobrych ludzi o te liście, które od sałaty odpadły, takie nieco nieświeże i leżą pomiędzy skrzynkami czy na ziemi? Dadzą chętnie za darmo, tylko nigdy nie mówić, że to dla siebie, bo każą płacić, ale dla Misi (świnki morskiej) zawsze jest za darmo. Co jej nie mam, oczywiście. Mam dużo maskotek, ale gdyby się okazało, że maskotki trzeba karmić, to też bym nie miał ani jednej. A potem w domu azaż to nie rozkosz kanapkę sobie zrobić, z sałatą elegancko, na pewno to pożywniejsze od takiej, za przeproszeniem, zapiekanki z przyczepy.

Nasi okupanci (Tadeusz Boy-Żeleński)

Dodane: 28 stycznia 2013, w kategorii: Literatura, Polityka

okładka (Wolne Lektury)

„Bóg — powiada orędzie biskupie — dał wolność ojczyźnie, a jej dzieci chcą dla niej nowy grób wykopać. Już nawet kopią, bo w myśl tego projektu (dozwalającego w pewnych warunkach poronień), powstają poradnie działające publicznie. Rodzice prawdziwie katoliccy, prawdziwie kochający Ojczyznę, nigdy pod żadnym pozorem nie powinni iść za tą wstrętną, iście szatańską pokusą”.
„Już z okazji ostatniego święta papieskiego — pisze ks. prymas — napiętnowałem niesłychany projekt ustawy o małżeństwie jako zamach… jako zuchwałą próbę… wydania rodziny polskiej na bezeceństwa bolszewizmu… Komisja kodyfikacyjna ośmieliła się jednak zlekceważyć… Nie można dość stanowczo odeprzeć tych haniebnych zakusów”… I tak dalej.

Napiętnowałem… zuchwałą… bezeceństwa… ośmieliła się… haniebne zakusy… Co słowo, to obelga. (…) Tak przemawia rzymski dygnitarz do wielkiego ciała najpoważniejszych prawoznawców, powołanych przez polski rząd celem przygotowania nowych ustaw!
O co zresztą chodzi? Jeżeli formuła komisji kodyfikacyjnej jest nie po myśli kościoła, można by się wszak porozumieć co do jej zmiany; ale cała rzecz w tym, że kler nie chce żadnego porozumienia, nie chce unormowania tej sprawy; nawet dzisiejszy chaos i chroniczny skandal stosunków prawnych są milsze niż jakiś porządek, o ile by ten porządek nie przyznawał mu absolutnego monopolu, cła i myta we wszelkich sprawach małżeńskich. Chodzi o to „ucho igielne”, przez które, wbrew słowom Pisma, przechodzą jedynie bogacze…

(…)

I to jest charakterystyczne: o wszystkim mówią te orędzia, tylko nie o kwestiach materialnych. Utarła się taka kurtuazja, bardzo wygodna; wobec kleru, który — zbiorowo czy pojedynczo — jest najbardziej nieubłagany, gdy idzie o sprawy pieniężne, stale przystoi udawać, że te rzeczy nie istnieją, że wszystko rozgrywa się w wymiarach zaziemskich.

Przeczytane w 2012 – podsumowanie

Dodane: 14 stycznia 2013, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku… nie, już bez recenzji, w poprzednich odcinkach opisałem wszystko i rok czytelniczy 2012 zamknąłem, pozostało jeszcze go podsumować.

Niewątpliwie był to rok inny niż poprzednie. Po pierwsze, zakup czytnika zaczął powoli zmieniać moje przyzwyczajenia czytelnicze – co prawda e-booków przeczytałem przez ten rok zaskakująco mało, bo raptem siedem (co po części wynika z faktu, że rzuciłem się testować różne internetowe czasopisma, na pewien czas odsuwając książki na drugi plan), ale w 2013 z pewnością będzie ich dużo więcej – i powinien to być stały trend, choć z czytania na tradycyjnym papierze nie spodziewam się zbyt prędko zrezygnować.

Po drugie, pojawiła się akcja Drugie Życie Książki, pozwalająca zdobywać nowe tytuły drogą wymiany. Wcześniej tego typu inicjatywy wprawdzie też się zdarzały, ale tylko od przypadku do przypadku, a z frekwencją (i co za tym idzie, wyborem towaru) bywało różnie – natomiast DŻK odbywa się co miesiąc i dorobiło się jakiegoś zainteresowania lokalnych mediów, więc trochę ludzi przybywa i zawsze te dwie-trzy godne uwagi książki uda się złapać (czasem niemal dosłownie złapać, bo sępów nie brakuje). Korzyść podwójna: można zwolnić odrobinę miejsca na półce i zdobyć coś, czego w księgarniach już się nie znajdzie.

A księgarnie powodów do zadowolenia ze mnie nie mają, bo z obu ww. powodów kupiłem w zeszłym roku nieco mniej książek niż normalnie – i to zapewne również będzie stałym trendem…

To rzekłszy, przejdźmy do rzeczy, czyli do tego, co w zeszłym roku udało mi się przeczytać:


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »