Cichy Fragles

skocz do treści

Płacenie za piksele

Dodane: 5 kwietnia 2018, w kategorii: Przemyślenia

Nieodłącznym elementem dyskusji o grach online jest kwestia „płacenia za piksele”, czyli płacenia realną kasą za wirtualne zabawki w grze. A gdy ta kwestia zostanie poruszona, równie pewnym elementem są głosy mówiące, że to idiotyzm, wydawać prawdziwe pieniądze na nieistniejące przedmioty. Głosy te zwykle są przykrywką dla zwykłego cebulactwa, ale przynajmniej niektórzy wygłaszają taką opinię serio – ewidentnie nie zastanawiając się nad jej sensem.

Na czym bowiem polega różnica między płaceniem za piksele, a płaceniem za cokolwiek innego? Przedmiot w grze może sobie być wirtualny, ale korzyść z niego (czy to w postaci ułatwienia gry, czy to w postaci przyjemności z jego posiadania) jest tak samo realna, jak z przedmiotu rzeczywiście istniejącego. Wartość tej korzyści można oczywiście różnie oceniać, ale przecież wszelkie korzyści są przynajmniej częściowo subiektywne – próżno szukać towaru czy usługi, którą każdy wyceni tak samo, a o gustach się nie dyskutuje.

Druga sprawa: czy tylko przedmioty w grach są wirtualne? Gry same w sobie również istnieją tylko w komputerze – mogą oczywiście mieć fizyczny nośnik, ale przecież nie za nośnik płacimy. Podobnie filmy, podobnie ebooki, podobnie muzyka – wszystko to także dane na dysku, nie mniej i nie bardziej materialne od wirtualnego miecza czy pojazdu.

Mało tego – nawet pieniądze, którymi za to wszystko płacimy, też są prawie zawsze wirtualne. Co jest zatem nie tak w płaceniu za piksele, skoro płacimy także pikselami?


Dyplomacja non grata

Dodane: 8 marca 2018, w kategorii: Polityka

Niemcy, Francja, większość UE, Ukraina, Izrael, USA – lista państw, z którymi mamy na pieńku, wydłuża się systematycznie, a rząd robi co w jego mocy, by ten trend utrzymywać. Z nie lada sukcesami – wydawałoby się, że zostać persona non grata w Białym Domu, to dla przywódców demokratycznego państwa w środku Europy, członka NATO i w ogóle, rzecz nieosiągalna – a tu proszę, jednak można.

Pisowska propaganda oczywiście staje na głowie, żeby przedstawiać wszystkie konflikty jako cenę za „wstawanie z kolan”: poprzednicy byli lubiani, bo nie walczyli o polskie interesy, a my walczymy twardo, więc lubiani być nie możemy – to główna oś ich narracji. Cóż, gdyby faktycznie tak było, moglibyśmy dyskutować, czy zyski przewyższają koszty – ale tak oczywiście nie jest. Zadajmy sobie bowiem pytanie: o co oni właściwie walczą?



Let’s play a Game of Life

Dodane: 21 lutego 2018, w kategorii: Nauka

Kto interesuje się choć trochę informatyką (nie mylić z komputerami), z pewnością słyszał o stworzonej przez Johna Conwaya grze w życie, pozostałym polecam hasło w Wikipedii. W skrócie: mamy planszę podzieloną na kwadratowe komórki, niektóre „żywe” (zabarwione na czarno), pozostałe „martwe” (na biało). W każdej iteracji komórki, które mają dokładnie trzech żywych sąsiadów (poziomo, pionowo lub na ukos), stają się żywe, komórki z dwoma żywymi sąsiadami zachowują swój aktualny stan, wszystkie pozostałe stają się martwe.

Gdzie tu jakaś interakcja? Cóż, nie ma żadnej – wbrew nazwie nie jest to gra, tylko automat. Tym, co niezmiennie interesuje w nim matematyków, jest fakt, że mimo banalnie prostych reguł zachowanie automatu jest praktycznie nieprzewidywalne – układy komórek zmieniają się chaotycznie, czasem szybko wygasając, a czasem rosnąc w nieskończoność i poza najbardziej trywialnymi przypadkami nie da się stwierdzić, jak dla danego stanu będzie postępować ewolucja. Jedynym sposobem jest po prostu puścić automat w ruch – żadnej drogi na skróty nie ma.

Czemu o tym wszystkim piszę? Otóż zainteresowałem się ostatnio, jak by ten automat działał dla innych zestawów reguł – a że jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić, napisałem narzędzie do tego celu:

KLIK!

Gdyby ktoś miał problemy z rozszyfrowaniem interfejsu: tabelka na górze pozwala ustalać, jak liczba sąsiadów komórki wpływa na jej stan (szary kolor oznacza zachowanie aktualnego stanu); pole tekstowe poniżej zawiera liczbowy zapis konfiguracji, który można też losowo zmienić przyciskiem po prawej; czerwony przycisk czyści planszę, pozostawiając jedną żywą komórkę pośrodku; kolejne pole umożliwia wygenerowanie losowej planszy z zadanym procentem żywych komórek; przyciski w ostatniej linii pozwalają, kolejno: zapauzować automat (ustawienie domyślne), wykonać jedną iterację, wystartować automat w tempie jednej iteracji na sekundę i, dla mniej cierpliwych, dziesięciu iteracji na sekundę.

Dodatkowo można ręcznie zmieniać stan wybranych komórek, po prostu klikając na planszy – nic więc nie stoi na przeszkodzie, by przetestować dowolne własne ustawienie komórek.

Wszystkich możliwych zestawów reguł jest, jak łatwo policzyć, 39 = 19 683 (tak naprawdę o połowę mniej, bo konfiguracja zapisana od końca daje ten sam efekt co wyjściowa, tylko z odwróconymi kolorami), więc jest co badać. Bawcie się dobrze!


Przeczytane w 2017

Dodane: 31 stycznia 2018, w kategorii: Literatura

Kolejny rok czytelniczy upłynął, podobnie jak poprzedni, bardzo udanie: 58 przeczytanych książek (w tym 26 na czytniku) i 17 komiksów to najlepszy wynik od nawet nie pamiętam, jak dawna – oby tak dalej. Dodatkowo praktycznie zakończyłem nadrabianie zaległości – o ile jeszcze parę lat temu miałem momentami ponad dwadzieścia nieprzeczytanych książek na półkach (i sporo samokontroli potrzebowałem, żeby tej liczby jeszcze nie powiększyć), a przed rokiem bodajże osiem, to w chwili obecnej już tylko dwie.

I pewnie z setkę na czytniku, ale ojtam ojtam. Zresztą ta liczba też systematycznie spada, odkąd uodporniłem się na promocje i przyjąłem zasadę, że albo na serio zamierzam dany tytuł przeczytać w najbliższym czasie, albo nie biorę nawet za darmo, chyba że się trafi jakaś naprawdę wyjątkowa okazja. Podobnie z grami. Burżuj jestem, stać mnie.

Natomiast z recenzjami nadal posucha – znowu przez cały rok wycisnąłem z siebie tylko jedną. Wstyd i hańba, ale co zrobić, skoro chęć i wena jakoś odeszła i nie chce wrócić. Nawet do niniejszego podsumowania zbierałem się i zbierałem, zanim udało mi się ruszyć z miejsca – co widać po dacie publikacji.

Ale dość marudzenia, przejdźmy do rzeczy – czyli co szczególnie godnego uwagi miałem okazję przeczytać. Kolejność chronologiczna, czytaj przypadkowa.



Rak sumienia

Dodane: 18 stycznia 2018, w kategorii: Przemyślenia

Wybuch kolejnej afery wokół lekarskiego sumienia, to dobra okazja, żeby rozprawić się z tematem nieszczęsnej klauzuli raz a dobrze. Okazja tym lepsza, że sumienie obróciło się tym razem przeciwko tym, którzy klauzulę najgorliwiej promują, więc można liczyć (bez większych złudzeń, ale jednak) na chwilę otrzeźwienia z ich strony. Kujmy więc żelazo, póki gorące.

O tym, że klauzula sumienia to zło, już kiedyś pisałem, a rozwój wydarzeń przez kilka lat, jakie od tamtej pory upłynęły, tylko mnie utwierdził w tym przekonaniu. Stanowisko, które wówczas wydawało mi się dość radykalne („jeśli sumienie koliduje ci z obowiązkami zawodowymi, to zmień zawód i nie zawracaj głowy”), dziś uważam za jedynie sensowne – każde inne prowadzi nas prostą drogą do absurdu, zwłaszcza w kraju takim jak Polska, i bez tego borykającym się z ekspansywną religią.

Żeby jednak nie było niedomówień: nie chodzi mi o klauzulę sumienia jako zasadę, tylko o sposób jej stosowania w dzisiejszej Polsce. Istnieją bowiem dwa przypadki, w których takie rozwiązanie jest faktycznie uzasadnione.



.Nowocześniejsza

Dodane: 31 grudnia 2017, w kategorii: Polityka

Na koniec roku wypadałoby zrobić tradycyjne podsumowanie – ale ani mi się nie chce (tym bardziej, że niewesołe by to było, delikatnie mówiąc), ani nie widzę potrzeby, skoro podsumowań wszędzie dookoła pełno. Zamiast tego napiszmy więc tylko o jednym, za to najbardziej niedocenionym wydarzeniu minionego roku, czyli o zmianie lidera w Nowoczesnej. Mała rzecz, a jednak pod paroma względami przełomowa.

Po pierwsze: spektakularny upadek wodza. Jedną z największych patologii naszej demokracji jest panujący w partiach autorytaryzm, z nieusuwalnym wodzem na czele, niby przeprowadzającym wewnątrzpartyjne wybory, ale zbyt silnym, żeby ktokolwiek mógł mu realnie zagrozić. A patologia systemu partyjnego przekłada się i na problemy państwa – kto bowiem uprawia zamordyzm w partii, świadomie lub podświadomie będzie do tego dążyć także w rządzeniu państwem – czego krańcowym efektem są obecne rządy Kaczyńskiego.

Największą ironią naszej demokracji jest z kolei fakt, że jedyne autentycznie demokratyczne partie, regularnie wymieniające władze, to postkomunistyczne SLD i PSL – co zapewne wynika z faktu, że oba te ugrupowania miały czas na wykształcenie odpowiednich struktur i poczucia identyfikacji z partią, a nie z liderem, podczas gdy partie tworzone po 1989 zaczynały od zera i wódz był ich głównym lub wręcz jedynym atutem. W efekcie jedynym wyjątkiem była tam przez kilka lat UW – wyjątkiem potwierdzającym regułę, jako że powstała z połączenia dwóch partii, więc siłą rzeczy jednego niepodważalnego wodza mieć nie mogła.



Uzależnienie

Dodane: 22 grudnia 2017, w kategorii: Absurdy

Jadę kilka godzin busem.

Jedna laska ogląda serial na netbooku, trzy czy cztery odcinki ciurkiem.

Druga zawzięcie czatuje przez komórkę, praktycznie bez przerwy.

Dzieciak gra na komórce, bez przerwy nawet teoretycznie, jeśli nie liczyć kilkunastu (!) przesiadek z FIFy na GTA i z powrotem.

Z przodu widzę wystający ekran, na którymś też leci serial.

Gość za mną ciągle stuka oburącz w komórkę, chyba i on w coś gra.

Babka koło niego słucha muzyki, oprócz tego coś pisze.

Laska od serialu wysiada, jej miejsce zajmuje koleś, który od razu odpala przeglądarkę na tablecie.

Nie wszystkich widzę, ale z dużym prawdopodobieństwem jestem tu oprócz kierowcy jedyną osobą, która nie gapi się w ekran, tylko przez okno, jak zwierzę. Bite pięć godzin nie wyciągam ani kompa, ani komórki (poza odebraniem telefonu), ani nawet czytnika – tymczasem dookoła rzadko widzę, by ktokolwiek w ogóle je wyłączał.

Ironia losu i chichot historii – przez lata to ja uchodziłem w otoczeniu za beznadziejnie uzależnionego komputerowego maniaka, tymczasem teraz wyrastam na ostoję normalności pośród rzeszy nałogowców. Uzależnionych zresztą bez porównania silniej niż ja kiedykolwiek – przesiedzieć dobrowolnie pięć godzin bez przerwy przed komputerem zdarzyło mi się ze trzy razy w życiu, tymczasem dla dzisiejszych normalsów to już najwyraźniej codzienność…


Bitnonsens

Dodane: 23 listopada 2017, w kategorii: Absurdy, Net

Im dłużej żyję, tym trudniej mnie czymś naprawdę zdziwić – świat jest tak pełen absurdów wszelakich, że gdybym nie był zakamieniałym racjonalistą, dawno już bym się nawrócił na wiarę w Latającego Potwora Spaghetti, bo jakież inne bóstwo mogłoby taki cyrk stworzyć. Ciągle jednak zdarzają się newsy, których poziom absurdalności pozostawia mnie bezbronnym. Powyższa mapa (znaleziona tutaj) pokazuje państwa, które zużywają mniej energii elektrycznej niż… kopalnie Bitcoinów.

Zauważmy, że wśród owych państw znajduje się Nigeria, licząca skromne 190 mln mieszkańców.

W wizję Bitcoina jako nowej, lepszej waluty, która przyniesie nam wolność od państw i banków, nie wierzyłem nigdy (a szkoda, bo gdybym uwierzył i trochę kupił na początku, byłbym dzisiaj milionerem), długo jednak uważałem go za nieszkodliwą zabawkę dla libertariańskich oszołomów. Dziś już nawet to przekonanie okazuje się zbyt optymistyczne – mało, że Bitcoin stał się doskonałym systemem transakcyjnym dla przestępców, mało że walnie się przyczynił do rozkwitu ransomware’u, mało że stał się jedną wielką bańką spekulacyjną (której wirtualny charakter sprawia, że pęknięcie może pójść w tempie, jakiego realna gospodarka nigdy nie zaznała), to jeszcze pompowanie tej bańki zużywa coraz bardziej zauważalny odsetek światowej produkcji prądu.

Odsetek, jeszcze raz podkreślmy, większy niż zużywa 190 mln Nigeryjczyków.

I ten odsetek idzie na nic innego, jak na liczenie haszy. Nieprzydatnych do niczego i nie mających żadnej wartości poza tą, jaką im nadaje ludzkie przekonanie, także niepoparte absolutnie niczym. Bez cienia gwarancji, że jutro (literalnie jutro) te hasze nadal będą warte choćby tyle, co cena zużytego prądu. Czy można wierzyć, że ten świat mógł stworzyć ktoś inny niż Latający Potwór Spaghetti?


O problemach z cofaniem czasu

Dodane: 29 października 2017, w kategorii: Nauka

Co roku przychodzi ten dzień, kiedy wszyscy cofamy zegarki o godzinę, nierzadko pomstując na ten obowiązek i domagając się jego zniesienia. Osobiście jestem raczej za jego utrzymaniem (wstawanie zimą o świcie jest wystarczająco przykre, cóż dopiero na godzinę przed), ale nie o tym dzisiaj. Cofanie zegarka to bowiem dobra okazja, bo pomyśleć o cofaniu samego czasu, nastręczającym problemów zupełnie, ale to zupełnie nieporównywalnych z tymi, które się wiążą z przestawianiem zegarków.

Od zarania dziejów nie znała ludzkość większej oczywistości niż to, że nie można cofnąć czasu. Sama idea przyprawiała o zawrót głowy, cóż dopiero myśleć o jej realizacji – ale w końcu przyszedł Einstein i oczywistość (nie pierwsza i nie ostatnia w historii nauki) oczywistością być przestała. Teoria względności pokazała drogę do podróży w czasie: wystarczy, bagatela, znaleźć sposób na przekroczenie prędkości światła. Co ma jedno z drugim wspólnego, już kiedyś tłumaczyłem, więc nie będę się powtarzać; ewentualnymi sposobami na przekroczenie tej bariery także nie zamierzam się w niniejszej notce zajmować. Zamiast tego przejdźmy do problemów, jakie możemy napotkać, jeśli podróże w czasie okazałyby się możliwe.



Kto tu rządzi i dlaczego tak długo?

Dodane: 24 września 2017, w kategorii: Nauka, Polityka

Przy okazji wyborów w Niemczech zauważyłem, że RFN przez 68 lat istnienia miała zaledwie ośmioro kanclerzy (nie licząc Waltera Scheela, który sprawował ten urząd tymczasowo przez tydzień), podczas gdy trzecia RP, istniejąca o czterdzieści lat krócej, zdążyła już dojść do piętnastki premierów. Szydło, choć nie osiągnęła jeszcze nawet półmetka kadencji, zajmuje u nas już czwarte miejsce na liście najdłużej urzędujących – tymczasem w Niemczech jeszcze długo byłaby ostatnia. Świetnie to pasuje do stereotypów o polskim bajzlu i niemieckim ordnungu, prawda?

No właśnie: czy częstotliwość zmian szefa rządu faktycznie mówi coś o danym kraju? Czy istnieją tu jakieś prawidłowości, czy może jest to kwestia czysto losowa, a Polska i Niemcy to tylko statystyczne fluktuacje?

Intuicja podpowiada, że przynajmniej jedna różnica powinna dać się zauważyć – starsze demokracje powinny mieć dłuższą średnią niż młodsze, ponieważ scena polityczna z czasem się stabilizuje, politycy znają swoje miejsce, partie się nie rozpadają z byle powodu i tak dalej. W Polsce, żeby daleko nie szukać, pierwszych ośmiu premierów zaliczyliśmy w ciągu pierwszych ośmiu lat, a przez kolejne dwadzieścia – już „tylko” siedmiu. Co jednakowoż nie musi być regułą – w RFN już pierwszy kanclerz utrzymał się na stanowisku przez czternaście lat…

Tak czy siak, jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić – siadłem więc nad Wikipedią i zacząłem liczyć. Postanowiłem ograniczyć się do Europy – w skali świata wyniki raczej nie byłyby miarodajne z powodu różnic ustrojowych (pozycja premiera jest zupełnie inna w systemie parlamentarno-gabinetowym, niż w prezydenckim) tudzież dużej liczby dyktatur, w których formalnym szefem rządu jest zwykle jakaś marionetka, sterowana przez realnego decydenta z tylnego siedzenia (tu nieodzowny ukłon w stronę premier Szydło i szeregowego posła Kaczyńskiego). W Europie natomiast prawie wszędzie panuje demokracja i system parlamentarno-gabinetowy, więc nie grozi nam porównywanie jabłek z gruszkami.

Żeby nie sięgać za daleko w przeszłość, liczyłem od zakończenia drugiej wojny światowej (wygodna granica, bo wiele państw zaczynało wtedy budować system polityczny od nowa), ewentualnie od uzyskania niepodległości lub zmiany ustroju, jeśli takowa nastąpiła później (co pozwoliło odsiać np. pseudopremierów w demoludach). W liczeniu pomijałem wszelkich tymczasowych i p.o. – chyba że sprawowali urząd przez ponad pół roku; wtedy uznawałem, że po takim czasie musieli już realnie podejmować decyzje, a nie tylko przekładać papierki w oczekiwaniu na „prawdziwego” szefa rządu, więc wypada ich uwzględnić. Jeśli ktoś tracił stanowisko, by potem je zdobyć ponownie, liczyłem go kolejny raz – interesował mnie sam fakt zmiany premiera, niezależnie od tego, czy delikwent był nim już wcześniej. Lata zaokrąglałem – parę miesięcy w te czy wewte nie robi znaczącej różnicy.

Tyle o metodologii – a teraz zobaczmy, co z tego wynikło:



« Starsze wpisy