Cichy Fragles

skocz do treści

Czucie i rozum

Dodane: 27 listopada 2016, w kategorii: Przemyślenia

Pozostaje tylko owa symetria zdziwień: Pańskiego, tego, z któregoś mnie Pan pytał, czy jestem „that strong”, żeby upierać się przy „non serviam” – oraz mojego, że można, jak Pan to odważnie robi, polegać na doznaniach najprywatniejszych, gdy poszukuje się prawdy z uniwersalistyczną ważnością. Myśl, żeby na takich doznaniach, przeczuciach, uczuciach fundować światopogląd, wydawała mi się zawsze i wydaje mi się czymś najdziwniejszym w człowieku – i tam gdzie polegający na owych przeżyciach dostrzega swoją naturalną i przyrodzoną skromność, ja widzę nadzwyczajne uroszczenie – gdyż to, co ja czuję, mam za całkowicie nieważne, jako indykator stanu rzeczy tego świata. Jeśli bowiem istnieje rzecz myśląca, jako człowiek oraz rzecz w sobie, jeśli przystać na taką segmentację, to owo myślące, będąc tylko powłoką fenomenalistyczną, wtórnikiem, nie może mieć (w mym pojmowaniu) żadnych racji logicznych za sobą, żeby orzekać o tym, co fenomenalistyką powierzchniową już NIE JEST.

Stanisław Lem, „Sława i Fortuna”, s. 144

Romantyczne stawianie czucia i wiary przed rozumem zawsze uważałem za idiotyzm wagi ciężkiej – ale nigdy bym nie potrafił tego uzasadnić tak elegancko, lapidarnie i dobitnie zarazem, jak Lem. Żeby więc wrażenia nie popsuć, niczego więcej już tu od siebie nie dodaję.


World Trump Center

Dodane: 9 listopada 2016, w kategorii: Polityka


obrazek © by Lennart Gäbel

W USA wszystko musi być the best – i jak widać, katastrofy także. Mieli już dwa największe kryzysy w historii, największy atak terrorystyczny w historii, a teraz przyszedł czas na najdurniejszego prezydenta w historii (przynajmniej biorąc pod uwagę państwa ważne i poważne, bo w różnych Trapezfikach znalazłoby się oczywiście parę postaci jeszcze bardziej kuriozalnych).

Tu próbowałem ulepić jakiś poważniejszy komentarz, ale brak weny, lenistwo, jesienna depresja, załamanie wynikiem wyborów, ogólne zniechęcenie do polityki, niepotrzebne skreślić, mnie powstrzymało. A najbardziej chyba przekonanie, że cokolwiek napiszę, zostało już dziś napisane sto razy i każdy jako tako zainteresowany tematem już to przeczytał.

Może oprócz jednego: co właściwie spowodowało, że Amerykanie byli zdolni wybrać na prezydenta kogoś takiego jak Trump? Prostej odpowiedzi oczywiście nie ma, ale warto zwrócić uwagę na jeden z tropów. Znaleziony kilka lat temu – tak dawno, że za cholerę już sobie nie przypomnę źródła – ale dopiero teraz powinien należycie walić po oczach.


Stars and stripes, czyli jeszcze raz o flagach

Dodane: 23 października 2016, w kategorii: Nauka

Widoczny tu bohomaz to efekt nałożenia na siebie flag wszystkich państw świata – jak widać, niewiele na nim widać, ale da się zauważyć popularność takich wzorców jak trzy poziome/pionowe pasy, ukośne linie wzdłuż przekątnych, wyróżniony środek czy lewa górna ćwiartka. I o tym będzie dzisiejsza notka.

Refleks nie jest moją mocną stroną (ślimak w nagłówku bloga to nie przypadek, oj nie), więc dopiero po opublikowaniu wpisu o kolorach flag przyszło mi do głowy, że można by przeanalizować także układy flag i ich elementy składowe. Tego już niestety nie dało się załatwić automatem, musiałem zatem odwalić trochę nudnej i żmudnej roboty, żeby to wszystko skatalogować i policzyć – ale czego się nie robi dla ludzkości…

Czy jednak efekt wart był wysiłku? Zobaczmy:



A niech zakażą

Dodane: 29 września 2016, w kategorii: Polityka

Co kilka lat (za obecnego rządu trochę częściej) oglądamy ten sam spektakl: do Sejmu trafia projekt zaostrzenia zakazu aborcji, kobiety się mobilizują, zaskakują rząd skalą protestów, projekt upada, oddychamy z ulgą i na tym się kończy. A nie powinno. Protestującym nieodmiennie umyka bowiem, że bronią zaledwie status quo, który i tak jest patologią, w cywilizowanym świecie praktycznie już niespotykaną. Kolejne zwycięstwa są więc tak naprawdę pyrrusowe – nie zmieniają nic, a tylko utwierdzają opinię publiczną w przekonaniu, że obowiązujący stan rzeczy stanowi jakąś akceptowalną normę, której utrzymanie samo w sobie oznacza dla kobiet sukces.

W rzeczywistości nic bardziej mylnego – legalnych aborcji mamy około tysiąca rocznie, a nielegalnych nawet według najostrożniejszych szacunków pięćdziesiąt tysięcy (realnie raczej dwa razy tyle), co oznacza, że aborcja pozostaje w 98-99% przypadków zakazana. Czy jest to sytuacja, której warto bronić? Nie uważam.

Dlatego, paradoksalnie, może jednak lepiej, żeby „obrońcy życia” w końcu wywalczyli ten swój upragniony całkowity zakaz. W praktyce niewiele on zmieni, za to efekt psychologiczny powinien być potężny – i może dopiero wtedy nastąpi otrzeźwienie, zmiana dyskursu z „nie ruszać kompromisu” na „przywrócić normalność” i zmiana taktyki z defensywnej na ofensywną, skoro już nie będzie czego bronić. A wtedy pojawi się nadzieja na całkowite obalenie tego chorego prawa, zamiast jego podtrzymywania w nieskończoność w obawie przed jeszcze gorszym.

Zanim to nastąpi, wiele kobiet w międzyczasie ucierpi, niewątpliwie – ale jeśli ten całkowity zakaz, wbrew intencjom autorów, przyspieszy powrót do aborcji na życzenie o choćby jeden rok, to przy wspomnianych wyżej proporcjach korzyści natychmiastowo przewyższą straty o rząd wielkości. Brzmi opłacalnie, prawda?

Cynicznie do tego podchodzę, to prawda. Ale cóż – polityka zazwyczaj sprowadza się do wyboru mniejszego zła.


Kolory sztandarów

Dodane: 18 września 2016, w kategorii: Nauka

Naszło mnie jakiś czas temu pytanie: czy kolorystyka flag państwowych jest jakoś powiązana z kulturą, religią, geografią i tak dalej, czy raczej stanowi ona kwestię zupełnie przypadkową? Jak wiadomo, różne kultury nadają kolorom różną symbolikę (np. w kręgu cywilizacji zachodniej czerń jest kolorem żałoby, podczas gdy w Chinach jest nim biel), a trudno o coś bardziej symbolicznego niż flaga – czy zatem da się tu znaleźć jakieś prawidłowości?

Jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić – napisałem więc skrypt zliczający występowanie poszczególnych kolorów (z dokładnością do 1%, żeby nie komplikować sobie sprawy śladowymi barwami i artefaktami graficznymi), przemieliłem nim wszystkie flagi, i oto co z tego wyszło.

Na początek najprostsza ze statystyk, czyli uśredniony kolor flagi:

Mapa

Czy da się w tej pstrokaciźnie dostrzec jakiekolwiek wzorce? Hmm. Ciężko, prawda? No ale cóż, wiadomo, jak to jest ze średnią – średnio każdy człowiek ma jedno jądro i tak dalej, więc nie można oczekiwać za dużo. Przyjrzyjmy się zatem, jak rozkładają się poszczególne kolory, z uwzględnieniem zajmowanej na fladze powierzchni.



Efekt kuli śniegowej

Dodane: 28 sierpnia 2016, w kategorii: Nauka

Upał dziś potężny, więc temat w sam raz na ochłodę: „efekt kuli śniegowej” to pojęcie z teorii gier, oznaczające sytuację, w której im więcej zasobów gracz posiada, tym łatwiej może zdobywać kolejne zasoby, dzięki którym będzie mógł jeszcze łatwiej zdobywać kolejne i tak dalej. Nazwa wzięła się oczywiście z tego, że w takiej sytuacji przyrost stanu posiadania jest (od pewnego momentu) lawinowy i samonapędzający się, podobnie jak kula śniegowa.

Najlepszym przykładem takiej sytuacji jest gra w Monopol: im więcej mamy miast, tym częściej inni gracze na nich stają, tym więcej muszą nam płacić i tym więcej możemy wydać na zakup kolejnych miast lub ich rozbudowę, żeby inni płacili nam jeszcze częściej i jeszcze więcej – co prędzej czy później prowadzi nas do tytułowego monopolu, gdy wszyscy inni zbankrutują. Oczywiście pod warunkiem, że oni nie puszczą nas z torbami pierwsi. Tak czy siak jednak ktoś kogoś w końcu oskubie, równowaga sił jest na dłuższą metę praktycznie nie do utrzymania, ponieważ mechanizm gry sprzyja silniejszemu – jeśli więc któryś z graczy uzyska zauważalną przewagę, najprawdopodobniej będzie ona już tylko rosnąć.

Żeby nie było nieporozumień: nie chodzi o to, że przewaga zwiększa szansę zwycięstwa – to jest oczywistością w każdej grze, niejako z definicji. Rzecz w tym, że w grach typu Monopol przewaga zwiększa także prędkość dalszych postępów – co już bynajmniej oczywistością nie jest.



Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla 2015

Dodane: 18 sierpnia 2016, w kategorii: Literatura

Po raz kolejny opowiadania nominowane do najważniejszej nagrody w polskiej fantastyce zostały wydane w darmowym ebooku i zamierzałem je tu po raz kolejny zrecenzować – ale po raz kolejny stwierdziłem, że do recenzowania nie mam już serca, a do tego również po raz kolejny muszę powiedzieć, że poziom tekstów ciągle spada. Jeszcze w zeszłym roku przynajmniej jedno opowiadanie było naprawdę dobre i oryginalne, a dwa kolejne niezłe – w tym natomiast nie jestem w stanie pochwalić zupełnie niczego.

Nie żeby był jakiś zupełny dramat, nie w tym rzecz – wszystkie pięć utworów napisane jest solidnie, bez jakichś znaczących potknięć, żaden się nie prosi, by się nad nim poznęcać, a to już więcej, niż można było powiedzieć o zeszłorocznych nominacjach. Problem w tym, że niczego poza solidnością żaden z tych tekstów nie oferuje. Wszystko to wariacje historii tysiąc razy już opowiedzianych, w dekoracjach tysiąc razy już użytych, wszystko aż do bólu sztampowe, schematyczne i przewidywalne – może tylko „Simon” Przybyłka lekko zaskakuje finałowym twistem fabularnym (notabene chytrze wykorzystanym przez autora, żeby się bezkarnie pozachwycać samym sobą), reszta grzecznie biegła dokładnie takimi torami, jakich się spodziewałem już po pierwszych stronach. Albo za dużo fantastyki w życiu przeczytałem, albo branża goni w piętkę, zainteresowana już tylko kasą i niezdolna wyprodukować cokolwiek oryginalnego.

Gdybym koniecznie musiał na coś zagłosować, to chyba właśnie na „Simona”, który jako jedyny przynajmniej próbuje się wybić ponad przeciętność – ale to nadal tylko mniejsze zło, tekst tylko trochę sprawniej napisany. Pozostałych opowiadań nawet nie byłbym w stanie ułożyć w jakiś ranking – wszystkie jednakowo nijakie, jednakowo eksploatujące znane schematy, jednakowo grające na bezbramkowy remis.

I to jest zresztą jeden z powodów, dla których recenzowanie mi się przejadło: wybitnym utworem można się pozachwycać, oryginalny można docenić za wyjątkowość, denny można chociaż malowniczo zjechać, natomiast w przypadku tekstu przeciętnego i sztampowego, który ani niczym nie zaskakuje, ani niczym się nie wyróżnia, ani nie ma poważnych plusów czy minusów – cóż, w takim przypadku najzwyczajniej w świecie nie ma czego ciekawego napisać…

(A w kategorii Powieść w ciemno bym głosował na Starość aksolotla – to wprawdzie jedna ze słabszych powieści Dukaja, ale idę o zakład, że i tak powyżej poziomu konkurencji)


Mistrzostwa świata w zdobywaniu medali

Dodane: 5 sierpnia 2016, w kategorii: Przemyślenia

Igrzyska Olimpijskie, największa impreza sportowa na świecie, to również impreza najbardziej chyba kuriozalna. Do jednego worka wrzuca się tu masę dyscyplin, które przez pozostałe cztery lata w większości mało kogo obchodzą, ale przez ten jeden miesiąc nagle urastają do miana najważniejszych sportów narodowych – choć rzecz jasna nie wszystkie, tylko te, w których nasi akurat coś osiągną.

Na co dzień zjawisko sezonowych kibiców oczywiście też obserwujemy (dość wspomnieć Małyszomanię czy Kubicomanię) – efekt jest jednak bez porównania słabszy i dotyczy tylko dyscyplin samych w sobie cieszących się jakąś popularnością. Trudno sobie wyobrazić nagły szał na punkcie np. chodziarstwa, choćby nasz reprezentant seryjnie zdobywał wszystkie możliwe nieolimpijskie trofea. Tylko te olimpijskie nobilitują bezdyskusyjnie, wyciągając z cienia nawet najbardziej egzotyczne sporty, jak wspomniane chodziarstwo – dopóki Robert Korzeniowski wygrywał mistrzostwa Europy czy świata, psa z kulawą nogą to nie obchodziło, ale jak sięgnął po złoto w Atlancie, natychmiast stał się bohaterem narodowym.

Skąd ta różnica? Owszem, IO to najbardziej prestiżowe zawody – ale w każdej dyscyplinie jakieś zawody są najbardziej prestiżowe, a jednak nie wszystkimi się interesujemy, choćby nasi nie wiadomo jakie triumfy w nich odnosili. W takim na przykład brydżu Polska jest podobno mocarstwem, zbierającym medale seryjnie – ale kto w ogóle o tym wie? Poza garstką pasjonatów, prawie nikt. Nie dyscyplina jest tu zatem ważna, tylko olimpijski prestiż.



Dyktaturcja

Dodane: 26 lipca 2016, w kategorii: Polityka

Przyczyny:

Szach myślał, że kluczem do nowoczesności jest miasto i przemysł, ale było to myślenie błędne. Kluczem do nowoczesności jest wieś. Szach upajał się wizją elektrowni atomowych, sterowanych komputerami taśm produkcyjnych i wielkiej petrochemii. Ale w kraju zapóźnionym są to tylko atrapy nowoczesności. W takim kraju większość ludzi żyje na biednej wsi, z której ucieka do miasta. Tworzą oni młodą, energiczną siłę, która mało umie, ale ma duże ambicje i jest gotowa walczyć o wszystko. (…) Do walki wykorzystują tę ideologię, którą wynieśli ze swojej wsi – zwykle jest nią religia. Ponieważ stanowią siłę, której naprawdę zależy na awansie, często zwyciężają.

(…)

Tak długo jak zacofana jest wieś, tak długo zacofany jest kraj, choćby istniało w nim pięć tysięcy fabryk. Tak długo jak syn osiedlony w mieście będzie odwiedzać rodzinną wioskę jak egzotyczną krainę, tak długo naród, do którego należy, nie będzie nowoczesnym.
Ryszard Kapuściński, „Szachinszach”

Objawy:

Turcja, jaką my lubimy, z jaką chcemy się konfrontować, jaka jest dla nas zrozumiała, to jest Stambuł i okolice, a prawdziwa Turcja to jest Anatolia. W Stambule przybywa rocznie 50 ulic. Ok. 250 tys. ludzi przybywa do Stambułu z głębokiej Anatolii. I Stambuł się anatolizuje. I to jest na poziomie społecznym. A na poziomie państwowym od parunastu lat trwa zmiana tego, co było kośćcem tego państwa. Ona się odbywa w dwóch segmentach. Na poziomie szkoły i na poziomie wojska.

(…)

Moim zdaniem ta walka jest przegrana, bo po drugiej stronie jest o wiele większa masa ludzi. Ta Anatolia zaczyna teraz rządzić Turcją. A w finale jest kalifat. Bez złudzeń, w finale jest kalifat.
Bartłomiej Sienkiewicz

Skutek:

Demokracja jest jak pociąg. Kiedy dojedziesz do swojej stacji, po prostu wysiadasz.
Recep Tayyip Erdogan

Przestroga:

Trzeba czynić wszystko, by Polska była tym, czym jest dziś Turcja.
Jarosław Kaczyński w 2014

Refleksje po Euro 2016

Dodane: 12 lipca 2016, w kategorii: Futbol, Przemyślenia

Pierwsze i najważniejsze: powiększenie Euro do dwudziestu czterech drużyn było kretynizmem. Mogliśmy się o tym przekonać na wszystkich etapach rywalizacji – im dalej, tym dobitniej.

W eliminacjach emocje jak na rybach – już nie tylko mocarzom, ale i lepszym średniakom nic nie grozi, gdy miejsc na turnieju wystarcza dla prawie połowy drużyn (a nawet ponad połowy, jeśli odliczymy etatowych chłopców do bicia typu Andora czy Gibraltar). Fakt, nie wystarczyło dla Holendrów – to jednak wyjątek potwierdzający regułę, oni zrobili naprawdę wszystko co w ich mocy, by odpaść, wygrywając jedynie z Łotwą i Kazachstanem, zdobywając jeden (!) punkt w pozostałych sześciu meczach. A i tak potrzebowaliby tylko wygrać rewanż z Turcją, by się mimo wszystko na to trzecie miejsce wdrapać…

W rundzie grupowej jeszcze gorzej – potęgi wygodnie porozsadzane osobno, żadnej grupy śmierci, żadnego hitowego meczu, a możliwość awansu z trzeciego miejsca dodatkowo wykluczyła jakąkolwiek dramaturgię. Walka o awans toczyła się w najlepszym razie między Turcją a Czechami, z poważniejszych drużyn zagrożona była przez chwilę tylko Portugalia. Nuda, panie, zero porównania z poprzednimi turniejami. Dodatkowo te trzecie miejsca koszmarnie skomplikowały wyznaczanie par w 1/8 finału, a niektórym przyniosły emocje zupełnie niepożądane – Albańczycy po ostatnim meczu jeszcze przez trzy dni musieli czekać na rozstrzygnięcia w innych grupach, żeby się dowiedzieć, czy awansowali. Portugalczycy dla odmiany mieli ten komfort, że grali na końcu, więc w meczu z Węgrami nie musieli umierać za zwycięstwo – z góry wiedzieli, że do awansu wystarczy im remis. Niesprawiedliwość rażąca.

W fazie pucharowej wreszcie zobaczyliśmy kuriozalne niezrównoważenie – nadmiar drużyn, wpadka Hiszpanii i mała złośliwość losu sprawiły, że wszyscy potentaci trafili do jednej połówki drzewka, a do drugiej… Cóż, dość powiedzieć, że Portugalia przed tym turniejem miała na koncie dziesięć spotkań w fazie pucharowej Euro, Chorwacja i Belgia po dwa, a pozostałe pięć drużyn – absolutne zero. Czemu zresztą trudno się dziwić, skoro trzy z nich dopiero na tym Euro zadebiutowały. Co za niespodzianka, że do finału weszła akurat Portugalia, prawda?



« Starsze wpisy