Cichy Fragles

skocz do treści

Science & Fiction: Obcy

Dodane: 8 czerwca 2017, w kategorii: Nauka

Obcy (a.k.a. ksenomorf) to zdecydowanie mój ulubiony potwór – po części dla niepowtarzalnej Gigerowskiej urody, po części dla klimatu zbudowanego przez filmy z jego udziałem (te z kanonicznej tetralogii, nie te szajsy z Predatorami), przede wszystkim jednak ze względu na oryginalność i obcość, do jakiej żadna inna fikcyjna kreatura nawet się nie zbliżyła. Wszelkie bowiem potwory, czy to filmowe, czy mitologiczne, stanowią proste modyfikacje lub połączenia istniejących stworzeń: minotaur to człowiek z głową byka, zombie – chodzący trup, harpia – teściowa ze skrzydłami, smok – wielki latający jaszczur… i tak dalej. Ksenomorf to zupełnie inna półka – stwór niepodobny do niczego, co znamy z realnego świata, nie dający się sensownie opisać w kilku słowach.



Dziewięć lat bloga

Dodane: 29 maja 2017, w kategorii: Prywata

Kolejny rok blogowania za mną – i niestety kolejny z tendencją spadkową. 23 notki i 154 komentarze (średnia 6.7 na wpis) to wynik prawie o połowę poniżej wyniku z poprzedniego roku, który był prawie o połowę poniżej poprzedniego… Krótko mówiąc, ilościowo równia pochyła. Staram się, by jakościowo było wręcz przeciwnie, ale z efektów tych starań ciągle nie jestem zadowolony.

Mało tego, w ostatnich miesiącach pierwszy raz od założenia bloga zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy w ogóle jest sens dalej go prowadzić. Fakt, niby ktoś to czyta, ale perspektywy czarno widzę – nie da się ukryć, że blogosfera dogorywa, życie przeniosło się na Facebooka i poza nim ciężko zostać zauważonym. Z drugiej jednak strony pisać tylko na FB to być na łasce Zuckerberga (dodatkowo z 99% gwarancją, że do notek starszych niż kilka dni już nikt nigdy nie zajrzy) i z dala od Google’a, który też sporo ruchu dostarcza. Wrzucanie na fanpage’a samych linków też nie zdaje egzaminu – algorytmy wolą obrazki czy nawet dłuższe teksty, niż coś, co odciąga użytkowników na zewnątrz; poza tym zasięg jest coraz bardziej przycinany, żeby wymusić na autorze wykupienie reklamy. Dobrego wyjścia nie widać…

Żeby było trochę bardziej optymistycznie – nawet w tej skromnej liczbie wpisów znalazło się przynajmniej kilka, którymi mogę się pochwalić:

Wracając jednak do minusów – referral funu więcej nie będzie. Google praktycznie przestało się dzielić informacjami o wpisywanych frazach, coś tam pokazują w Webmaster Tools, ale niewiele, więc jedyne zabawniejsze zapytanie, jakie znalazłem, to „klonowanie pochwy”. Khem.

Za życzenia w sensie „szczęścia, zdrowia, pomyślności” z góry dziękuję, chętniej jednak posłucham życzeń w sensie „co bym chciał(a) na tym blogu”. Obecna sytuacja bowiem, jako się rzekło, pozostawia sporo do życzenia…


Pułapki losowości

Dodane: 3 maja 2017, w kategorii: Nauka

Zanim przejdę do rzeczy, prośba do Ciebie, czytelniku bądź czytelniczko: pomyśl sobie (i zapamiętaj) jakąś przypadkową liczbę od 1 do 20. W jakim celu – o tym trochę dalej.

Już? No to przejdźmy do rzeczy.


Był sobie profesor statystyki, który nowym studentom zwykł zadawać na dzień dobry pracę domową: rzucić monetą tysiąc razy, zapisując wyniki. Zadanie nieskomplikowane, ale nudne, żmudne i męczące – żeby wyrobić ten tysiąc, trzeba wszak rzucać i zapisywać przez godzinę-dwie przynajmniej. Większości studentów oczywiście się nie chciało, więc rzucanie sobie odpuszczali, wyniki po prostu wymyślając. Przecież takiego wymyślonego ciągu nijak nie da się odróżnić od prawdziwego, więc po co się męczyć?

A tu zonk – profesor ledwie rzucał okiem na kartkę i bez pudła rozpoznawał, kto faktycznie rzucał, a kto zmyślał. Ani chybi magia albo telepatia, bo jakże by inaczej?



Wygaszanie kłamstwa smoleńskiego

Dodane: 10 kwietnia 2017, w kategorii: Polityka

Przez pięć lat po katastrofie smoleńskiej PiS przy każdej okazji krzyczał, że to był zamach, że rząd Platformy jest winny, że mają niepodważalne dowody i tak dalej. Macierewicz prezentował światu te niepodważalne dowody średnio raz na kwartał (co prawda zwykle stały one w całkowitej sprzeczności z niepodważalnymi dowodami z poprzedniego kwartału, ale ojtam ojtam), jego zespół wytrwale pracował nad coraz to kolejnymi teoriami na ten temat, Kaczyński krzyczał o „zdradzonych o świcie”, w PiS-owskiej propagandzie każde rzeczywiste czy wydumane uchybienie w śledztwie natychmiast urastało do rangi wielkiej afery na pograniczu zdrady stanu – i tak dalej, i tak dalej. Nie było dla PiS-u ważniejszej sprawy przez te lata, niż prawda o Smoleńsku.

Aż wreszcie w 2015 doszli do władzy. Pelnej, samodzielnej, niczym nieograniczonej – nawet konstytucją, jak się okazało. Od tamtej chwili absolutnie nic już nie stoi na przeszkodzie, by sprawę katastrofy smoleńskiej ostatecznie wyjaśnić, zdemaskować wszystkie kłamstwa poprzedników i pokazać tym razem już naprawdę niepodważalne dowody na zamach.

Od tamtej chwili minęło półtora roku. I co?

I nic.



Grosik

Dodane: 5 kwietnia 2017, w kategorii: Absurdy

Wygrałem z systemem: jestem winny Żabce grosika. I przy tej okazji zacząłem się zastanawiać, o co tak naprawdę z tymi grosikami chodzi.

„Będę winny/a grosika” słyszał każdy wielokrotnie. OK, zdarza się, że sprzedawca faktycznie nie ma za grosz (nomen omen) pieniędzy w kasie, bo tak akurat fatalnie się złożyło, czarna seria klientów z samymi banknotami i nic nie poradzisz. Jak najbardziej bym rozumiał, gdyby zdarzało się to sporadycznie – ale ostatnio mam wrażenie, że pomijanie tego grosika staje się powoli normą. Może to tylko wrażenie, może jakoś pechowo ostatnio trafiam – ile jednak można tak trafiać? Popularny dowcip o kasjerze z Żabki, który obrabował bank i został rozpoznany po tym, że zabierając pieniądze odruchowo powiedział „będę winny grosika”, też się chyba nie wziął znikąd.

O co zatem chodzi z tymi grosikami? Jeśli z jakiegoś powodu faktycznie tak często się kończą, to przecież nawet równowartość kilku czy kilkunastu złotych wystarczy, żeby mieć, ho ho, jaki zapas bezpieczeństwa. Dla sklepu, przez który codziennie przepływają kilogramy bilonu, nie powinien to być żaden problem. Nasuwa się zatem oczywiste podejrzenie, że tak naprawdę mamy do czynienia z naciąganiem klientów – grosz do grosza, będzie kokosza, jak to kiedyś mawiano. To wytłumaczenie niespecjalnie się jednak broni, bo ilu klientów sklep musiałby tak naciągnąć, żeby w ogóle zauważyć korzyści z tej zabawy? Nawet w piekarni statystyczny klient zostawia przynajmniej parę złotych, a daleko nie każdemu wyjdzie grosik reszty – o jakiego rzędu zyskach można zatem mówić? 0.01% przychodów? 0.001%?

Ale kto wie, żyjemy w czasach postkryzysowego kapitalizmu, który wszystko już tak zoptymalizował i wyżyłował, że ciężko wycisnąć z czegokolwiek jeszcze jakąś dodatkową kasę, więc może i po te 0.001% opłaca się schylać. Albo po prostu kasjerzy są już tak „zoptymalizowani”, że te kilkadziesiąt niezaksięgowanych groszy dziennie na bułkę czy dwie już im robi znaczącą różnicę w budżecie. W jedno i drugie byłbym w stanie uwierzyć, ale w jedno i drugie trochę od biedy. Może więc jest jakiś inny powód? Guglanie mi go nie podsunęło, więc jeśli jest na sali ktoś zorientowany w temacie, byłbym wdzięczny za rozwiązanie zagadki.


Dyplomasakra

Dodane: 9 marca 2017, w kategorii: Polityka

Kiedy kilka lat temu Dorn wyskoczył z arcykretyńskim pomysłem (szczęśliwie przez nikogo nie podchwyconym), żeby sabotować polską prezydencję w UE celem skompromitowania rządu Tuska, wydawało mi się, że dalej w tej chorej zawiści pójść się nie da – ale nie ma takiego dna, w które kaczyści nie potrafiliby zapukać od dołu, więc i to przebili, w walce z Tuskiem ośmieszając dziś już nie jego rząd, tylko swój własny.

A powiedzieć, że zaliczyli ten blamaż na własne życzenie, to nic nie powiedzieć – oni naprawdę solidnie sobie nań zapracowali. Już samo stawanie do tej walki było debilizmem – kto się jako tako orientuje w sprawach unijnych, dawno wiedział, że reelekcja Tuska będzie formalnością (chyba żeby się pojawił jakiś kontrkandydat z najwyższej półki, dajmy na to Blair, Prodi czy Barroso), więc najlepsze co PiS mógł zrobić, to sprawę odpuścić, a na szczycie grzecznie powiedzieć „nie poprzemy Tuska, bo to i tamto” i się wstrzymać od głosu – niektórzy dyplomaci trochę by się zdziwili, ale co tam, różne kraje mają różne swoje dziwactwa, więc sprawy by nie drążyli, Tusk by wygrał 27:0 przy jednym wstrzymującym się, a po tygodniu nikt by o sprawie nie pamiętał.

Ale nie – PiS musiał wyskoczyć z własnym kandydatem, bez cienia szansy na cokolwiek, wyrwanym z Platformy (co w Polsce uchodzi za powód do dumy, ale na forum unijnym bynajmniej – na Zachodzie takie transfery między wrogimi partiami nie stanowią normy, tylko kuriozum, bo poglądy i lojalność traktuje się tam trochę poważniej niż u nas), a na dodatek zgłoszonym za pięć dwunasta. Gdyby kupili go rok temu i wystawili do walki wkrótce potem, mieliby przynajmniej szansę na pozyskanie dla niego jakiegoś poparcia, zbudowanie koalicji i tak dalej – w parę dni oczywiście nie było mowy, żeby ktokolwiek w ogóle potraktował taką kandydaturę poważnie.



Sztuka obrażania

Dodane: 25 lutego 2017, w kategorii: Przemyślenia

Jednym ze zjawisk odróżniających Polskę od zachodniego świata są wybuchające od czasu do czasu spory o to, czy sztuka powinna być cenzurowana, czy też nie. Szczęśliwie od świata wschodniego różni nas to, że na sporach (i ew. umorzeniu sprawy przez prokuraturę) zwykle się kończy. Sam oczywiście jestem programowo przeciwko cenzurze – czy to obyczajowej, czy religijnej, czy zwłaszcza politycznej – ale nie o tym dzisiaj, tylko o kwestii wprawdzie pobocznej, ale niezmiennie w tych sporach się przewijającej, czyli wartości „obraźliwego” dzieła.

Mianowicie: ilekroć dojdzie do dyskusji o jakiejś „Pasji” czy „Klątwie”, tylekroć ze strony procenzorskiej padają argumenty, że owo dzieło jest bezwartościowe, lub wręcz w ogóle nie zasługuje na miano dzieła sztuki, a autor(ka) to beztalencie, które stawia na prowokację, bo nic więcej nie potrafi. Nieodmiennie w tego typu zarzutach przodują ludzie, którzy omawianego dzieła nie widzieli, co niestety pozwala łatwo i zasłużenie ich wyśmiać. „Niestety”, ponieważ argument sam w sobie pozostaje w ten sposób bez odpowiedzi, na którą przecież zasługuje.



Kornik Rubika

Dodane: 9 lutego 2017, w kategorii: Nauka

W drewnianej kostce Rubika zagnieździł się kornik. Nieważne, jak tam się znalazł, ważne, co zamierza zrobić. Mianowicie chce sobie wygryźć korytarzyk – w taki sposób, żeby przejść przez wszystkie segmenty kostki (tzn. te małe sześciany, z których jest zbudowana) z centralnym włącznie, dokładnie po razie, wyłącznie prostopadle do ścianek (czyli nie na ukos), a na koniec wylądować w punkcie wyjścia.

Czy da się to zrobić? Jeśli tak, to w jaki sposób? Jeśli nie, to dlaczego?

Poniewczasie kornik zdał sobie sprawę, że centralny segment kostki jest metalowy i wgryźć się do niego nie da, więc trzeba go pominąć. Czy w tym wypadku zadanie będzie wykonalne? Jeśli tak, to w jaki sposób? Jeśli nie, to dlaczego?


Przeczytane w 2016

Dodane: 18 stycznia 2017, w kategorii: Literatura

Wstyd przyznać: z książek przeczytanych w zeszłym roku, zrecenzowałem – uwaga – jedną. Fakt, zapowiadałem rok temu, że będę recenzować rzadziej – ale że aż tak, to sam siebie zaskoczyłem. Tym bardziej, że czytelniczo był to rok więcej niż owocny: 52 książki (w tym 22 na czytniku) i 15 komiksów to najokazalszy bilans od wielu lat, a i jakościowo powodów do narzekania wiele nie miałem. Pisać o wszystkim oczywiście zatem nie zamierzam – poprzestanę na pozycjach najbardziej godnych wyróżnienia (w kolejności, w jakiej je czytalem, czyli de facto przypadkowej).


Nowoczesność i Zagłada (Zygmunt Bauman)

To właśnie ta jedyna recenzja, jaką popełniłem w zeszłym roku. Rozpisałem się w niej bardzo szeroko, więc powtarzać się już nie będę – zapewnię tylko raz jeszcze, że choć porusza ona temat niby już przeanalizowany do imentu, to i tak co i rusz zaskakuje, bezpardonowo wytrąca z równowagi i daje do myślenia na długo.

Pisałem kiedyś, że Bauman to najmądrzejszy z żyjących Polaków, i zamierzałem to jeszcze raz tutaj powtórzyć – ale fatalnym zrządzeniem losu akurat po rozpoczęciu pisania notki to określenie zdezaktualizowało się na wieki wieków…



Największy sukces Małysza

Dodane: 6 stycznia 2017, w kategorii: Varia

Brak słów, by adekwatnie skomentować dzisiejszy wyczyn polskich skoczków – trzy z czterech pierwszych miejsc w TCS to wynik zbyt mocno przerastający najśmielsze oczekiwania, by w jego obliczu zachować trzeźwość umysłu. Silić się na jakieś oryginalne wyrazy uwielbienia zatem nie będę – żadne i tak by nie były wystarczające. Oby tak dalej!

Nie można jednak przy tej okazji nie przypomnieć o Małyszu – w końcu to właśnie jego niegdysiejszy triumf w TCS, odniesiony w tym samym miejscu i nie mniej sensacyjny niż dzisiejsza dominacja Polaków, rozpoczął długą drogę polskich skoków narciarskich od totalnej biedy z nędzą do obecnego bogactwa. I nie można nie podkreślić, że wszystkie dokonania Małysza pozostawiłyby nam tylko piękne wspomnienia, gdyby nie to, że potrafiono je wykorzystać i zbudować system, który dał nam już całą drużynę gwiazd. I to jest koniec końców cenniejsze od wszystkich jednostkowych sukcesów: umiejętność ich wykorzystania i zbudowania trwałych fundamentów pod kolejne zwycięstwa.

Umiejętność rzadko spotykana – tym bardziej więc trzeba pogratulować wszystkim tym, którzy się do tego przyczynili: od Małysza, przez działaczy PZN, po trenerów i na koniec raz jeszcze skoczków, którzy oby tak skakali jak najdłużej i co nie mniej ważne, oby doczekali się równie wspaniałych następców:-).


« Starsze wpisy