Cichy Fragles

skocz do treści

Zagadka hazardowa

Dodane: 28 września 2014, w kategorii: Nauka

Do salonu gier codziennie zagląda dwóch specyficznych graczy: jeden z nich jest biedny i boi się tracić pieniądze, więc gra tylko tak długo, jak długo wygrywa – po pierwszej porażce kończy zabawę i idzie do domu. Drugi z kolei ma kasy pod dostatkiem, więc nie przejmuje się porażkami, natomiast do szczęścia wystarcza mu jedna wygrana dziennie – kiedy ją uzyska, również kończy zabawę i idzie do domu.

Zakładając, że gra toczy się zawsze o taką samą stawkę, a jej wynik jest całkowicie losowy, który z nich będzie na tym lepiej wychodzić?


Jak motyl rozpętał pierwszą wojnę światową

Dodane: 28 lipca 2014, w kategorii: Nauka

Równo sto lat temu wybuchła pierwsza wojna światowa. Czy musiała? W ogóle – raczej tak. Akurat sto lat temu – w żadnym razie.

Jak wiadomo, iskrą, która padła na beczkę prochu, było zamordowanie arcyksięcia Ferdynanda. Warto zwrócić uwagę, skąd wzięła się sama iskra.

Zamachowców, rozstawionych na trasie spodziewanego przejazdu arcyksięcia, było w sumie sześciu, ale tylko dwóch znalazło się w dogodnej sytuacji, by go przeprowadzić. Pierwszym z nich był Nedeljko Čabrinović, który rzucił bombę w samochód, ta jednak odbiła się i wybuchła zbyt daleko od celu, by wyrządzić mu szkodę. Odpowiedzialny za ochronę generał Oskar Potiorek słusznie uznał, że zamachowców może być więcej i wobec tego zdecydował o zmianie trasy przejazdu, żeby pokrzyżować im plany. Zmiana byłaby zbawienna, bo nowa trasa omijała ulicę Franciszka Józefa, gdzie czekał Gawriło Princip – jednak w ogólnym zamieszaniu nie został o niej poinformowany… szofer arcyksięcia. Skręcił więc we wspomnianą ulicę, zamiast zgodnie z nowym planem pojechać prosto – a gdy Potiorek z drugiego samochodu zaczął mu dawać znaki, że nie tędy droga, zatrzymał się, żeby zawrócić.

Pechowo zatrzymał się dosłownie o parę kroków od Principa, który nie mógł zmarnować takiej okazji – i nie zmarnował. Zdążył oddać tylko dwa strzały, ale oba okazały się śmiertelne.

Gdyby nie niedoinformowanie szofera, okazji do drugiego zamachu w ogóle by nie było. Gdyby szofer nie zauważył znaków od generała, lub postanowił zawrócić w innym miejscu, przejechałby obok zamachowca zbyt szybko, by ten mógł oddać celny strzał. Gdyby chociaż zatrzymał się kilkanaście metrów wcześniej lub później, Princip musiałby strzelać z dystansu lub stracić cenne sekundy na podbiegnięcie i z dużym prawdopodobieństwem ktoś zdążyłby go powstrzymać. Ba, nawet w tej idealnej sytuacji, jaka mu się trafiła, mógł stracić zimną krew (co niejednemu zamachowcowi się zdarzyło) i nie trafić lub przynajmniej nie zadać śmiertelnej rany. Krótko mówiąc, trzeba było całego splotu pechowych drobiazgów, niektórych pozornie bez znaczenia, żeby mogło dojść do skutecznego zamachu…


Memy, mózg, moralność

Dodane: 9 lipca 2014, w kategorii: Literatura, Nauka

Maszyna memowa (Susan Blackmore)

okładka (Rebis)

A kto to ten Memow? Wiem, straszny suchar, ale nie mogłem się powstrzymać.

Jak wiemy z „Samolubnego genu”, podmiotem ewolucji nie są osobniki ani gatunki, tylko rywalizujące ze sobą geny, dla których żywe organizmy stanowią tylko narzędzia. Tamże pojawiła się koncepcja memów, które budują idee tak jak geny budują organizmy, i tak jak one również toczą egoistyczną wojnę o przetrwanie, podlegającą prawom doboru naturalnego. Susan Blackmore, gorliwa uczennica Dawkinsa, zebrała jedno i drugie do kupy, dochodząc do wniosku, że nasze umysły są tym dla memów, czym organizmy dla genów – narzędziem i nośnikiem, służącym do walki o ich interesy. A jeśli tak, to ewolucja umysłu powinna dać się opisać z punktu widzenia memetyki równie dobrze jak ewolucja biologiczna z punktu widzenia genetyki.

Problem w tym, że się nie da. A przynajmniej nie całkiem. Po paru dekadach od pojawienia się pojęcia memu widać już wyraźnie, że jest to raczej wygodna metafora, niż pojęcie stricte naukowe – a już na pewno nie jest to prosty odpowiednik genu, choćby z tego względu, że relacja między umysłem a memami jest obustronna (memy wpływają na umysł i vice versa), podczas gdy organizmy nie potrafią wpływać na swoje geny. Tym bardziej więc na pojęcie „maszyny memowej” należy patrzeć z przymrużeniem oka – czego autorka niestety nie robi, swoją ideę traktując całkiem dosłownie, a w końcówce już zupełnie jadąc po bandzie teorią, że nawet świadomość to nic innego jak produkt memów, który zaistniał i się rozwinął tylko dlatego, że ułatwia ich rozprzestrzenianie. Serio?

Ale przymykając oko za autorkę, można się z tej książki sporo dowiedzieć o biologii ewolucyjnej, o tym jaką rolę w rozwoju naszego gatunku odegrała niespotykana w naturze umiejętność i skłonność do naśladowania innych, jak rozwój cywilizacji wpływał (z wzajemnością) na przepływ idei, jak wiele – mimo wszystko – jest analogii między rywalizacją idei a selekcją naturalną i jak za pomocą pojęć z zakresu ewolucjonizmu można tłumaczyć rozliczne zjawiska społeczne (wytłumaczenie memetyczne wydaje się w większości opisanych tu przypadków nadmiarowe, skoro nie wnosi niczego nowego w porównaniu z innymi interpretacjami, ale zawsze to dodatkowy punkt widzenia). Dzieło na miarę „Samolubnego genu” to nie jest, tym niemniej sporo ciekawych rzeczy można tu wyczytać.

Ocena: 4


Odrdzewiacz

Dodane: 15 czerwca 2014, w kategorii: Nauka

Stand back, I'm going to try science.

Odkamieniałem niedawno czajnik – z takim efektem, że kamień wprawdzie zszedł, ale spod niego wyszła rdza (tak, wiem, powinienem był go odkamieniać częściej niż raz na sto lat). A jak rdza, to trzeba kupić odrdzewiacz i… no właśnie, skoro Coca-Cola bywa złośliwie nazywana odrdzewiaczem, to może by tak skorzystać z okazji i sprawdzić doświadczalnie, czy rzeczywiście zasługuje na to określenie?

Bardzo słuszna koncepcja, stwierdziłem, a ponieważ doświadczenie naukowe jest niewiele warte bez publikacji, postanowiłem udokumentować na blogu jego przebieg.


Sytuacja wyjściowa wewnątrz czajnika wyglądała następująco:

Czajnik przed odrdzewianiem (kliknij obrazek, aby go powiększyć)

Nie za ładnie, prawda? Zalejmy to zatem Colą i zobaczmy, co z tego wyniknie.


Zagadka prawnicza

Dodane: 8 kwietnia 2014, w kategorii: Nauka

Stary prawnik zgodził się wykształcić biednego ucznia, umawiając się z nim, że ten zapłaci za naukę dopiero wtedy, gdy wygra swój pierwszy proces. Po zakończeniu nauk okazało się jednak, że młody adept nie kwapi się do działania w zawodzie, więc i procesów żadnych nie prowadzi. Mistrz się zniecierpliwił i żeby zmusić obiboka do uiszczenia zapłaty, wytoczył mu o nią proces. Uzasadnił ten czyn takimi słowami: „Jeśli wygram, uczeń będzie zmuszony mi zapłacić na mocy wyroku. Jeśli zaś przegram, będzie to oznaczało, że on wygrał swój pierwszy proces, więc też będzie zobowiązany do zapłaty. Tak czy siak zapłatę otrzymam”. Uczeń odpowiedział na to następująco: „Jeśli przegram, to nie będę miał na koncie wygranego procesu, więc warunek uiszczenia zapłaty nie będzie spełniony. Natomiast jeśli wygram, to na mocy wyroku zapłata nie będzie mnie obowiązywać. Tak czy siak zatem nie będę musiał płacić”.

Czyje powinno być na wierzchu?


23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie (Ha-Joon Chang)

Dodane: 30 marca 2014, w kategorii: Literatura, Nauka, Polityka

okładka (Krytyka Polityczna)

W 1819 roku w brytyjskim parlamencie została przedstawiona ustawa regulująca działalność fabryk bawełny. Jak na współczesne standardy ustawa ta była niewiarygodnie „łagodna”. Zakazywała zatrudniania małych dzieci, tych poniżej 9. roku życia. Starsze dzieci (między 10. a 16. rokiem życia) nadal mogłyby pracować, tyle że ograniczono liczbę godzin ich pracy do 12 dziennie (no tak, bardzo łagodnie je potraktowano). Nowe zasady miały zastosowanie tylko do fabryk bawełny, bo uznano, że praca w nich jest szczególnie niebezpieczna dla zdrowia pracowników.

Propozycja wywołała ogromne kontrowersje. Przeciwnicy uważali, że narusza ona świętość, jaką jest swoboda zawierania umów, niszcząc w ten sposób sam fundament wolnego rynku. Podczas dyskusji nad tym przepisem niektórzy członkowie Izby Lordów sprzeciwiali się mu, argumentując, że „praca powinna być wolna”. Ich tok myślenia był następujący: dzieci chcą (i muszą) pracować, natomiast właściciele fabryk chcą je zatrudniać – w czym więc problem?

No właśnie, to pierwsza i najważniejsza z tytułowych rzeczy: nie istnieje wolny rynek, istnieje tylko zbiór regulacji, których liberałowie gospodarczy nie zauważają. Zakaz pracy dzieci, niewolnictwa, handlu organami czy głosami w wyborach, a z drugiej strony rozbudowane prawodawstwo umożliwiające działanie giełdy, banków czy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością – wszystko to regulacje ograniczające wolność gospodarczą i budzące kontrowersje w momencie wprowadzania w życie po raz pierwszy, dziś jednak stanowiące oczywistości niekwestionowane – i przez to także niedostrzegane. Łatwo więc ulec złudzeniu, że wolny rynek bez trzymanki to jakiś wyróżniony stan absolutnej wolności, a wszystkie inne systemy sprowadzają się do jego ograniczania.

Tymczasem absolutna wolność gospodarcza nie istnieje (chyba że jako anarchia), a różnice między różnymi wizjami gospodarki sprowadzają się do różnic w poglądach, które regulacje uznajemy za słuszne, a które niekoniecznie. Oczywiście jedni akceptują szeroki zakres regulacji, a inni nie chcą prawie żadnych – ale „prawie” robi dużą różnicę. O czym warto pamiętać, gdy się trafi na korwinistów, którzy uważają, że bronią jedynego naturalnego stanu – w rzeczywistości ich wizja nie jest żadnym uniwersalnym punktem odniesienia, tylko jednym z wielu równoprawnych poglądów na politykę gospodarczą.


Stąd do wieczności i z powrotem (Sean Carroll)

Dodane: 25 listopada 2013, w kategorii: Literatura, Nauka

okładka (Prószyński i S-ka)

Dobrem najsprawiedliwiej rozdzielonym jest – jak wiadomo – rozum, bo nikt się nigdy nie skarży, że go dostał za mało. Według tego samego kryterium najbardziej niesprawiedliwie podzielony jest czas, bo na jego brak skarżą się bez przerwy wszyscy, choć niby mamy całą wieczność do dyspozycji.

Hmm, czy ja już tego kiedyś nie pisałem? Owszem. Ale co tam, dobrą frazę warto wykorzystać ponownie – zwłaszcza że jeśli czas faktycznie nie ma końca, to wszystko, co kiedykolwiek miało miejsce, i tak się jeszcze kiedyś powtórzy, i to nawet nieskończenie wiele razy, więc jeden raz w te czy wewte różnicy nie zrobi.

Ale czy na pewno czas nie ma końca? Skoro w powszechnym mniemaniu miał swój początek w Wielkim Wybuchu, to może będzie i koniec? Problem w tym, że jedno i drugie wymyka się zarówno eksperymentowi, jak i (przynajmniej na razie) rozumowi – na hasło „początek czasu” intuicja odpowiada pytaniem „a co było przed początkiem?” (i ewentualnie „dlaczego ten początek nastąpił?”), podobnie z końcem. Czas jest dla nas tak fundamentalnym i nienaruszalnym elementem świata, że wyobrażenie sobie jego braku przekracza nasze możliwości – i może słusznie, może rzeczywiście coś takiego, jak nieistnienie czasu, jest logicznie niemożliwe (chyba że w komplecie z nieistnieniem czegokolwiek, ale na to już za późno).

Nauka zna jednak wiele przypadków, gdy rzeczywistość okazywała się niezgodna z intuicją (albo i w ogóle ze zdrowym rozsądkiem, jak mechanika kwantowa), więc nie można z góry skreślać żadnej możliwości – zwłaszcza że tak naprawdę ciągle nie rozumiemy, czym właściwie jest czas. Dodatkowym wymiarem, podobnym w jakimś sensie do wymiarów przestrzennych? Medium, w którym się poruszamy? Miarą wzrostu entropii? A może tylko abstrakcyjnym pojęciem, określającym następstwo zdarzeń? Za każdą z tych interpretacji przemawia wiele argumentów, każda też ma swoje słabości – szczegóły pominę, żeby nie przepisywać książki – a jak to we współczesnej fizyce często bywa, żadna nie wyjaśnia wszystkiego…


Science & Fiction: Grawitacja

Dodane: 3 listopada 2013, w kategorii: Nauka

Szum wokół tego filmu każe przypuszczać, że wszyscy go już widzieli, a ja byłem jednym z ostatnich – nie zamierzam więc przybliżać tu fabuły ani ostrzegać przed spoilerami. Kto (jeszcze) nie oglądał, czyta dalej na własne ryzyko – niewielkie, bo fabuła ani rozbudowana, ani też specjalnie zaskakująca, ale dla porządku informuję.

Ze wspomnianego szumu przebijają się dwie opinie: pierwsza, że film jest arcygenialny; druga, że na dodatek jest niesłychanie poprawny z naukowego punktu widzenia. Pierwszą kwestię zostawię na później, głównym tematem wpisu będzie bowiem kwestia druga. Czy rzeczywiście wszystko, co zobaczyliśmy na ekranie, mogłoby się zdarzyć w rzeczywistości? Czy „Grawitacja” to tylko fikcja, czy jednak już fantastyka?

Pytania czysto retoryczne – gdyby wszystko było rzeczywiście bez zarzutu, niniejszy wpis nigdy by przecież nie powstał, bo nie byłoby w nim o czym pisać;-).


Zagadka probabilistyczna

Dodane: 7 września 2013, w kategorii: Nauka

Uczestnik teleturnieju dostaje do wyboru dwie koperty. W jednej jest dwa razy więcej pieniędzy niż w drugiej, ale nie wiadomo, która jest która, ani o jakie sumy chodzi. Uczestnik wybiera jedną z kopert i stwierdza, że jest w niej tysiąc złotych. Prowadzący proponuje mu wówczas zamianę kopert.

Bolek i Lolek siedzą przed telewizorem i zaczynają dyskutować, co opłaci się w takiej sytuacji zrobić.

BOLEK: W drugiej kopercie jest albo 500 złotych, albo 2000, a obie możliwości są tak samo prawdopodobne. Zamiana oznacza więc 50% szansy, że się straci 500 złotych i 50% szansy, że się zyska 1000. Statystycznie na zamianie zyskujesz 250 złotych, więc lepiej się zamienić.

LOLEK: Zamiana nic nie daje, oczekiwana wartość zawsze będzie taka sama. Wyobraź sobie, że zamiast jednego uczestnika jest ich dwóch, każdy zagląda do innej koperty i każdy przeprowadza takie samo rozumowanie – gdyby było ono prawidłowe, obaj statystycznie zyskiwaliby na zamianie po 25%, a przecież od wymiany kopert pieniędzy w nich nie przybywa.

Który z nich ma rację i dlaczego ten drugi się myli?


Dylemat Eutyfrona

Dodane: 25 sierpnia 2013, w kategorii: Nauka

Czy pewne czyny są moralnie dobre (lub złe), ponieważ Bóg tak mówi, czy raczej Bóg tak mówi, ponieważ są dobre?

Innymi słowy: czy zasady moralne są arbitralnie ustalane przez Boga, czy raczej stanowią normę wyższego rzędu niż boskie nakazy? Obie odpowiedzi są z religijnego punktu widzenia mocno niewygodne, bo wynika z nich, że etyka jest albo kwestią czysto umowną, albo niezależną od Boga (ba, nawet stojącą ponad nim).

Dylemat, nazwany tak od bohatera jednego z dialogów Platona, został oczywiście gruntownie przemyślany przez filozofów (o czym można się przekonać, zerkając na hasło w Wikipedii), jednak satysfakcjonującego rozwiązania jak dotąd nie znaleziono. Poza oczywiście takim, że Boga nie ma, więc dylemat jest bezprzedmiotowy – ale dla wierzących taka odpowiedź oczywiście nie wchodzi w grę. Czy zatem ktoś ma inny pomysł, jak do tego problemu podejść?


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »