
Igrzyska Olimpijskie, największa impreza sportowa na świecie, to również impreza najbardziej chyba kuriozalna. Do jednego worka wrzuca się tu masę dyscyplin, które przez pozostałe cztery lata w większości mało kogo obchodzą, ale przez ten jeden miesiąc nagle urastają do miana najważniejszych sportów narodowych – choć rzecz jasna nie wszystkie, tylko te, w których nasi akurat coś osiągną.
Na co dzień zjawisko sezonowych kibiców oczywiście też obserwujemy (dość wspomnieć Małyszomanię czy Kubicomanię) – efekt jest jednak bez porównania słabszy i dotyczy tylko dyscyplin samych w sobie cieszących się jakąś popularnością. Trudno sobie wyobrazić nagły szał na punkcie np. chodziarstwa, choćby nasz reprezentant seryjnie zdobywał wszystkie możliwe nieolimpijskie trofea. Tylko te olimpijskie nobilitują bezdyskusyjnie, wyciągając z cienia nawet najbardziej egzotyczne sporty, jak wspomniane chodziarstwo – dopóki Robert Korzeniowski wygrywał mistrzostwa Europy czy świata, psa z kulawą nogą to nie obchodziło, ale jak sięgnął po złoto w Atlancie, natychmiast stał się bohaterem narodowym.
Skąd ta różnica? Owszem, IO to najbardziej prestiżowe zawody – ale w każdej dyscyplinie jakieś zawody są najbardziej prestiżowe, a jednak nie wszystkimi się interesujemy, choćby nasi nie wiadomo jakie triumfy w nich odnosili. W takim na przykład brydżu Polska jest podobno mocarstwem, zbierającym medale seryjnie – ale kto w ogóle o tym wie? Poza garstką pasjonatów, prawie nikt. Nie dyscyplina jest tu zatem ważna, tylko olimpijski prestiż.












