
Jednym ze zjawisk odróżniających Polskę od zachodniego świata są wybuchające od czasu do czasu spory o to, czy sztuka powinna być cenzurowana, czy też nie. Szczęśliwie od świata wschodniego różni nas to, że na sporach (i ew. umorzeniu sprawy przez prokuraturę) zwykle się kończy. Sam oczywiście jestem programowo przeciwko cenzurze – czy to obyczajowej, czy religijnej, czy zwłaszcza politycznej – ale nie o tym dzisiaj, tylko o kwestii wprawdzie pobocznej, ale niezmiennie w tych sporach się przewijającej, czyli wartości „obraźliwego” dzieła.
Mianowicie: ilekroć dojdzie do dyskusji o jakiejś „Pasji” czy „Klątwie”, tylekroć ze strony procenzorskiej padają argumenty, że owo dzieło jest bezwartościowe, lub wręcz w ogóle nie zasługuje na miano dzieła sztuki, a autor(ka) to beztalencie, które stawia na prowokację, bo nic więcej nie potrafi. Nieodmiennie w tego typu zarzutach przodują ludzie, którzy omawianego dzieła nie widzieli, co niestety pozwala łatwo i zasłużenie ich wyśmiać. „Niestety”, ponieważ argument sam w sobie pozostaje w ten sposób bez odpowiedzi, na którą przecież zasługuje.












