Cichy Fragles

skocz do treści

Obywatelu, powiedz nam co wiemy

Dodane: 18 kwietnia 2012, w kategorii: Absurdy

Urząd przysłał mi list. W związku z niedopełnieniem obowiązku złożenia informacji o nieruchomościach dostałem formularz do wypełnienia. A w formularzu do wpisania: dane osobowe, adres zameldowania, adres do korespondencji (tak, przysłali mi list i proszą o adres do korespondencji) i różne inne bardziej szczegółowe. Zacząłem wypełniać i co mnie uderzyło: w całym czterostronicowym formularzu nie ma dosłownie ani jednej (!) informacji, której ten urząd już by nie posiadał. A żeby nie było co do tego wątpliwości, przy niektórych polach nawet usłużnie napisali ołówkiem, co tam powinienem wpisać i gdzie postawić krzyżyk. Cóż, miło z ich strony.

Cudownych recept na ograniczenie biurokracji słyszałem dziesiątki, ale wszystkie jakoś pomijają sprawę najbardziej, wydawałoby się, oczywistą – absolutny i niepodważalny zakaz pytania obywatela o rzeczy, które urząd już wie. Na podstawie swoich doświadczeń śmiem przypuszczać, że co najmniej połowę papierkologii mielibyśmy z głowy.

A potem zakaz pytania o to, co już wiedzą inne urzędy, następnie zakaz używania papieru (chyba że jest to naprawdę totalnie konieczne), zakaz wysyłania pocztą tego co można wysłać przez net… Ech, rozmarzyłem się. Takich luksusów to przecież może nasze wnuki doczekają.


Cytaty weekendu

Dodane: 14 kwietnia 2012, w kategorii: Varia
Beavis i Butt-head towarzyszyli teledyskom, komentując wszystko na trzy sposoby: „cool”, „sucks” i debilnym rechotem. Wtedy nazywano to głupotą, dzisiaj nazywamy to Facebookiem.

Wojciech Orliński
Jeśli ja panu dam dolara i pan mi da dolara, to każdy z nas ma po jednym dolarze. Ale jak ja panu dam myśl i pan mi da myśl, to każdy z nas ma dwie myśli.

Zygmunt Bauman

Oba cytaty z dzisiejszej papierowej Wyborczej (skądinąd wyjątkowo obfitującej w dobre teksty, kumulacja normalnie) – pierwszy z felietonu o wiadomo jakim serialu (w sieci chyba niedostępnego), drugi ze świetnego wywiadu (w sieci tylko skrócona wersja), który po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że Bauman to najmądrzejszy z żyjących Polaków – i coraz bardziej wstyd przyznać, że mimo to ciągle jeszcze nie przeczytałem ani jednej jego książki…


Elizabeth Costello (J. M. Coetzee)

Dodane: 6 kwietnia 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Znak)

Wydaje się, że obracam się wśród ludzi z wielką łatwością, że mam absolutnie normalne relacje z nimi. Czy to możliwe, zadaję sobie pytanie, że wszyscy oni uczestniczą w zbrodni na niewyobrażalną skalę? Czy ja to wszystko sobie uroiłam? Muszę być szalona! Ale codziennie widzę nowe dowody tych zbrodni. I to właśnie ci, których podejrzewam, dostarczają mi dowodów, demonstrują mi je, podsuwają przed oczy. Trupy. Fragmenty zwłok, które kupują w sklepach.

To jest tak, jakbym odwiedziła przyjaciół i pochwaliła uprzejmie lampę w ich salonie, a oni odpowiedzieliby: „Ach tak, ładna, prawda? Abażur jest ze skóry polskiej Żydówki, stwierdziliśmy, że takie są najlepsze, skóry młodych żydowskich dziewic”. A potem wchodzę do łazienki, a na opakowaniu mydła napis: „Treblinka – sto procent stearynianu”. Czy ja śnię, pytam samą siebie? Cóż to za dom?

A jednak nie śnię. Patrzę ci w oczy, patrzę w oczy Normy, dzieci i widzę tylko dobroć, ludzką dobroć. Uspokój się, mówię sobie, robisz z igły widły. Takie jest życie. Wszyscy się z tym pogodzili, czemu ty jedna nie możesz? Dlaczego?

Mocne słowa. Ich autorka nie ma jednak w zwyczaju owijania w bawełnę – jak sama deklaruje: „Mówię, co myślę. Jestem starą kobietą. Nie mam już czasu mówić rzeczy, których nie myślę.” A w kwestii praw zwierząt myśli inaczej niż reszta ludzkości i nie waha się w ich obronie sięgać po najostrzejsze sformułowania, włącznie z porównywaniem ich traktowania przez ludzi z Holocaustem – co naturalnie budzi wielkie emocje i kontrowersje. Byłoby jednak rażącym uproszczeniem sprowadzanie tej postaci tylko do jej poglądów na prawa zwierząt. Elizabeth Costello jest przede wszystkim pisarką – znaną, docenianą i nagradzaną, na starość zajmującą się głównie wygłaszaniem wykładów, które składają się na niniejszą powieść. A właściwie powieścio-esej, jako że fabuły prawie tu nie ma.


Ku’ku

Dodane: 4 kwietnia 2012, w kategorii: Absurdy

Ludzka pomysłowość nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Szkoda tylko, że jakoś częściej negatywnie niż pozytywnie. Oto co udało się wykombinować twórcom pewnej strony, której nazwy litościwie tu nie zdradzę:

Zapraszamy do grupy na Facebook'ku / Zapraszamy do fanów na Facebooku'ku

Można to chyba uznać za ironiczne postscriptum do wpisu sprzed miesiąca. Szkoda, że wtedy jeszcze nie trafiłem na ten kwiatek.


Top 10: najlepsze gierki XX wieku

Dodane: 27 marca 2012, w kategorii: Varia

Dlaczego tylko XX? Cóż, mógłbym tutaj machnąć nostalgiczny wywód o starych dobrych czasach pionierskiego romantyzmu, kiedy takie gry robili, panie, że dzisiaj to już nawet na bazarze takich nie mają – ale byłoby to bzdura i zrzędzenie zgreda żyjącego przeszłością. Owszem, DOSBox jest jednym z częściej odpalanych przeze mnie programów, mimo to (a może właśnie dlatego) na dawne hity patrzę bez emocji i nie zamierzam ich idealizować, ani deprecjonować hitów dzisiejszych, które za kolejne kilkanaście lat zapewne będą wspominane z taką samą nostalgią i wychwalane tymi samymi frazami. Zatem – dlaczego?

Po pierwsze, z daleka lepiej widać – do tytułów sprzed kilkunastu lat łatwiej podejść z dystansem, bez uprzedzeń, z samodzielnie wyrobioną przez lata opinią. Po drugie, trudno porównywać gierki z różnych epok – przepaść technologiczna (i finansowa) jest zbyt wielka, żeby był jakikolwiek sens stawiać obok siebie np. Ishar i Skyrim. Fakt, aby być w tym punkcie konsekwentnym, należałoby i XX wiek podzielić na dwie czy trzy epoki, ale ojtam ojtam;-). Po trzecie wreszcie, w początkach obecnego stulecia zacząłem wypadać z obiegu i dziś już tylko z grubsza się orientuję, co tam w gierkach piszczy (dość powiedzieć, że w kolejce do zagrania mam takie tytuły jak Gothic 2 czy Fable), więc aktualniejszego rankingu nie byłbym w stanie zrobić rzetelnie.

Dobra, do rzeczy. Oto moja subiektywna lista w kolejności alfabetycznej:


Civilization

Treść Civilization została dokładnie zawarta w tytule tej gry. Jest to historia rozwoju cywilizacji ludzkiej, historia odkryć, paktów i podbojów, walki z naturą i z innymi ludźmi, historia ekonomii, która zawsze bezlitośnie weryfikuje zamierzenia polityków i strategów.

Nic dodać, nic ująć – ten cytat z „Biblii komputerowego gracza” powinien wystarczyć za wprowadzenie ludziom, którzy o „Cywilizacji” nie słyszeli. Pozostałe 99% graczy chyba żadnych tłumaczeń nie potrzebuje – kto choć raz w to zagrał, zbudował kilka miast, stoczył parę wojen z sąsiadami, rozwinął jakąś technologię i tak dalej, powinien znać magię tej gry i syndrom „jeszcze jednej tury”. Dziś oczywiście wygląda ona już bardzo blado na tle swoich kolejnych części, ale w roku 1990 to była naprawdę strategia ultymatywna, w cieniu której wszelka konkurencja jeszcze długo leżała i kwiczała.


Taki sobie niecny plan

Dodane: 22 marca 2012, w kategorii: Przemyślenia

  1. przyuważyć palacza ze zwisającym kapturem;
  2. poczekać aż wywali peta na ziemię nawet nie zadając sobie trudu zgaszenia go;
  3. podnieść tlącego się peta i niepostrzeżenie wrzucić do ww. kaptura;
  4. obserwować rozwój wydarzeń z dziką satysfakcją.

Kiedyś na pewno ten plan zrealizuję. I niech będzie, że jestem złym człowiekiem;-).


Zagadka na niedzielę

Dodane: 17 marca 2012, w kategorii: Polityka

Fundusz Kościelny przynosi Kościołowi ok. 90 mln złotych rocznie. Wpływy z PIT wynoszą ok. 38 mld złotych rocznie. 0.3% z tej drugiej sumy to 114 mln złotych. W Polsce mamy podobno 90% katolików, więc dla KK zostałoby 103 mln rocznie. A nawet gdyby np. co dziesiąty katolik okazał się kryptoateistą czy zwykłym leniem, któremu nie chce się raz na rok wypełnić rubryczki w zeznaniu podatkowym, to nadal Kościół byłby ciut do przodu w porównaniu z obecnym systemem.

No i nie zapominajmy, że wpływy z PIT wraz z rozwojem gospodarki systematycznie rosną, podczas gdy obecne wydatki na Fundusz Kościelny zależą w dużej mierze od liczby duchownych (ubezpieczenia społeczne i tak dalej), których powoli ubywa.

Dlaczego zatem propozycja rządu wywołuje ze strony Kościoła ostry sprzeciw, teksty o wytaczaniu armat i straszenie wojną religijną? Przecież chyba nie dlatego, że Kościół sam nie wierzy w swoje statystyki?


Moloch (Stanisław Lem)

Dodane: 11 marca 2012, w kategorii: Literatura, Nauka

Moloch | Stanisław Lem (Agora)

[tom 30 Lemowej Kolekcji]

Zbiór esejów publikowanych w latach 90-tych w PC Magazine, a potem zebranych w tomach „Tajemnica chińskiego pokoju” i „Bomba megabitowa”. Po miejscu publikacji nietrudno się domyślić tematyki – i owszem, o komputerach jest tu sporo, ale w wielu tekstach stanowią one tylko pretekst do rozważań o powiązanych problemach. Przede wszystkim o sztucznej inteligencji, która mimo gigantycznego wzrostu możliwości obliczeniowych komputerów była wówczas (i dziś zresztą nadal jest) tylko ciut mniej odległym marzeniem niż kilka dekad wcześniej, kiedy pierwszy raz zaczęto o jej stworzeniu poważnie myśleć. Autor nie ma złudzeń: na sztuczną inteligencję z prawdziwego zdarzenia jeszcze sobie długo poczekamy, skoro póki co przerasta nas nawet stworzenie sztucznego instynktu, którym może się pochwalić byle owad, a najpotężniejsze komputery świata ciągle jeszcze nie.

A nawet jak już się doczekamy, możemy zderzyć się z kolejnym problemem – sztuczny rozum może po prostu nie umieć się dogadać z rozumem naturalnym, jako inaczej zbudowany i wobec tego w inny sposób myślący. Tu oczywiście pojawia się wątpliwość: czy taki niepojmowalny dla nas rozum może w ogóle istnieć? Czy nasz sposób racjonalnego myślenia nie jest jedynym możliwym? Cóż, nigdy nie mieliśmy do czynienia z rozumem innym niż ludzki, więc nie mamy w tej kwestii żadnego punktu zaczepienia – i nie będziemy go mieć, dopóki tej sztucznej inteligencji nie stworzymy. Tu jednak wychodzi kolejny problem: skoro ta inteligencja może być dla nas niezrozumiała, w jaki sposób ją w ogóle rozpoznamy? Skąd będziemy wiedzieć, czy zbudowaliśmy nieludzki rozum, czy tylko dziwacznie funkcjonujący komputer? Czy w ogóle da się to rozstrzygnąć?


Jak używać apostrof’u

Dodane: 7 marca 2012, w kategorii: Varia

Oczywiście nie tak jak w tytule. I nie tak, jak to robi – niestety – większość internautów, wstawiających ten znak gdzie popadnie. A jak widzę po raz kolejny „Facebook’a”, „PiS’u”, „Laptop’a”, czy, o zgrozo, „PC’ta”, innych kwiatków litościwie nie wymieniając, to naprawdę tracę wiarę w ludzkość.

Zasada jest bowiem prosta jak budowa cepa: apostrof w języku polskim służy wyłącznie do oddzielania końcówek wyrazów obcojęzycznych w sytuacji, gdy końcówka jest „niekompatybilna” z resztą wyrazu. Przykładowo jeśli ktoś się nazywa Bruce Wayne, to odmieniając jego imię i nazwisko piszemy „Bruce’a Wayne’a” czy „Bruce’owi Wayne’owi”, bo „e” na końcu wyrazu w rodzaju męskim u nas nie występuje i nie mamy na taką okoliczność odpowiedniej końcówki. Ale jak założy kostium i stanie się Batmanem, to już apostrof przestaje być potrzebny, bo „Batman” odmienia się zupełnie zwyczajnie i prawomyślnie.

Natomiast taki Johnny Depp potrzebuje apostrofu tylko po imieniu („Johnny’ego Deppa”, „Johnny’emu Deppowi”), a i to nie zawsze, bo w niektórych przypadkach końcówka się szczęśliwie zgadza – piszemy więc „z Johnnym Deppem” albo „o Johnnym Deppie” bez żadnego apostrofu. Proste i intuicyjne, prawda?

No to żeby nie było za łatwo, przyjrzyjmy się Francuzom – każdy się chyba domyśli, że Charles de Gaulle przy odmianie powinien mieć apostrof po nazwisku – ale uwaga: po imieniu również! Co prawda kończy się ono spółgłoską i na piśmie wszystko wygląda prawidłowo, ale nie w mowie – „s” na końcu jest bezdźwięczne i niewymawiane, przez co nasze końcówki przestają pasować, więc dla zaznaczenia tego faktu trzeba pisać „Charles’a”, „Charles’em” i tak dalej. Ale jeśli Charles jest Anglikiem czy Amerykaninem, apostrofu już nie trzeba, bo w angielskim to imię wymawia się z „s” na końcu i odmiana jest naturalna zarówno w mowie jak i na piśmie.

Z drugiej strony samogłoska na końcu też nie musi wymagać apostrofu – pod warunkiem, że jest to „y” czytane jako „j”, np. w słowie „Disney” czy „Romney” – ich możemy odmieniać bez żadnych dodatkowych znaczków.

A czasem trzeba kombinować jeszcze inaczej – wspomnianego Bruce’a w narzędniku piszemy „z Bruce’em” (dodatkowe „e” po apostrofie), a w miejscowniku, co dość zaskakujące, „o Brusie” – każdy bowiem chyba przyzna, że „Bruce’ie” czy coś w tym guście wyglądałoby raczej pokracznie. Takich nie całkiem intuicyjnych odmian jest zresztą więcej, ale to na szczęście margines. W miażdżącej większości przypadków wystarczy pamiętać o tym, co napisałem w drugim akapicie.

Ot i wszystko:-).


30 lutego

Dodane: 29 lutego 2012, w kategorii: Absurdy

Jak wiadomo, urodzeni 29 lutego to mają przerąbane – urodziny raz na cztery lata (chyba że ktoś nie lubi urodzin, wtedy to powód do radości, ale takich jest nie wiedzieć czemu mniejszość). Ale to nic w porównaniu z… 30 lutego. Jak donosi Wikipedia, taki dzień zdarzył się m.in. w ZSRR w latach 1930 i 1931. Z czego można wnosić, że jeszcze żyje parę osób, które w akcie urodzenia mają nieistniejące miasto (Leningrad/Stalingrad) w nieistniejącym państwie i do tego z nieistniejącą datą.

Co w sumie nie powinno dziwić – tam przecież nawet rewolucja październikowa była w listopadzie;-).


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »