Cichy Fragles

skocz do treści

Gone to Erathia

Dodane: 15 sierpnia 2011, w kategorii: Varia

Piątek: yes yes yes, długi weekend! Od czego by tu zacząć? Hmm, mam parę wpisów do wykończenia, trzeba się za nie wreszcie wziąć. Ale to lepiej jutro, a na razie… może by tak w Heroes-ów?

Poniedziałek: dobra, ile można grać w Heroes-ów, weźmy się za coś bardziej konstruktywnego w końcu… Zaraz, gdzie się podział mój długi weekend?

No nic, może następnym razem pójdzie bardziej konstruktywnie;-).


Lepperum polelum

Dodane: 7 sierpnia 2011, w kategorii: Polityka

Nasza debata publiczna schodzi na psy od dawna, ale śmierć Leppera pokazała, że poziom żenady ciągle jeszcze potrafimy śrubować. Po katastrofie pod Smoleńskiem przynajmniej były dwa dni autentycznej żałoby, zanim tego nie przerwał pomysł pochówku na Wawelu; tym razem nie było nawet chwili powagi, zwłoki jeszcze nie zdążyły ostygnąć, a już niektórzy publicyści zaczęli rzucać oskarżenia, że Leppera zaszczuł Tusk/Kaczyński/media/cykliści, a może i wszyscy naraz – to nic, że o jego motywach na razie guzik wiemy (ale wiemy, że miał ciężko chorego syna, podupadające gospodarstwo i problemy finansowe, więc jego czyn mógł nie mieć nic wspólnego z polityką), badanie faktów jest dla leszczy.

Blogerzy z kolei zabrali się za wymyślanie teorii spiskowej na ten temat. Na razie idzie im to średnio, bo media nie podały żadnych szczegółów, do których można by się przyczepić, a „cui bono” jak na złość wskazuje na Kaczyńskiego, z którym tropiciele spisków zwykle sympatyzują, więc iść tym tropem oczywiście nie będą. Ale w kwestii zasadniczej już są pewni – samobójstwo to być nie mogło. Jedni wyrokują, że Lepper nie miał osobowości samobójcy (a wiedzą to pewnie dlatego, że skończyli psychologię i znali Leppera osobiście, prawda?), inni już wyśledzili zylion teoretycznych powiązań ze wszystkimi tragicznymi zgonami, jakie miały miejsce w Polsce przez ostatnie kilka lat, jeszcze inni żadnych przesłanek nie mają, ale „to przecież nie mógł być przypadek” – i tyle. Uzasadnienie prędzej czy później przecież się znajdzie.

Nie muszę chyba dodawać, że ww. oskarżenia mocno mnie zniesmaczają, a kiełkujące teorie spiskowe równie mocno śmieszą – autorom jednych i drugich chciałbym więc dać jedną dobrą radę: warto, naprawdę warto szczegółowo poznać daną sprawę, zanim zaczniesz się o niej publicznie wypowiadać. Niby banał, a mam ostatnio wrażenie, że już nikt takiego podejścia nie uznaje.

A wyznawcom teorii spiskowych, którzy cierpią z braku punktów zaczepienia, mogę podrzucić trop: to nie mogło być samobójstwo, bo kto normalny zabijałby się w piątek o siedemnastej, tuż przed weekendem? Bawcie się dobrze, drogie dzieci – wierzę, że zbudujecie na tym spostrzeżeniu piękną dziesięciopiętrową teorię.


Top 10: Najlepsze książki, jakie czytałem

Dodane: 2 sierpnia 2011, w kategorii: Literatura

Żyjemy w czasach mierzenia wszystkiego i układania w rankingi, więc stwierdziłem ostatnio, że nie zaszkodziłoby się do tego trendu przyłączyć i z braku lepszych tematów walnąć czasem jakiś Ranking Od Czapy (© by Wojciech Orliński). A co mogłoby być lepszego na początek, niż lista ulubionych książek? No to jedziemy – aczkolwiek „ranking” to w tym przypadku nie do końca trafne określenie, bo nie zamierzam numerować tej dziesiątki – o ile wybranie najlepszych tytułów nie było wielkim problemem, o tyle ustalenie wśród nich jakiejś hierarchii uznałem za niewykonalne – każda byłaby wadliwa i sam bym w nią nie wierzył. Alfabetycznie zatem:


Cyberiada (Stanisław Lem)

Co tu dużo mówić – najlepsza książka Lema, lepszej rekomendacji chyba nie trzeba. A jak trzeba, to w recenzji chyba się wystarczająco naprodukowałem;-).




Gniazdo światów (Marek S. Huberath)

Co tu dużo mówić – najlepsza książka Huberatha… Nie no, nie idźmy na taką łatwiznę. Chociaż chciałoby się, bo napisać tu coś sensownego ciężko – książka jest tak oryginalna, że nie bardzo można ją zrecenzować bez zdradzania od razu całego przesłania i zamysłu autora. Tym bardziej, że fabuła zaczyna się dość banalnie, a rozkręca się powolutku i wręcz zniechęcająco – dopiero jak już się rozkręci i w końcu zaczynamy się dowiadywać, czym jest tytułowe Gniazdo Światów, robi się naprawdę ciekawie. Ale dlaczego, nie będę zdradzać – uchylić rąbka tajemnicy to za mało, wyjaśnić jej sedno to o wiele za dużo. No niestety, zostaje mi tylko gołosłowne zapewnienie, że książka jest genialna, a przeczytać ją po prostu trzeba i koniec.

(Polecam także: Vatran Auraio)



Imię róży (Umberto Eco)

Powieść ocierająca się o ideał pod chyba każdym względem – świetnie oddany klimat średniowiecznego klasztoru i ówczesnych dysput filozoficzno-teologicznych, perfekcyjnie skonstruowana fabuła, niewiarygodna dbałość autora o szczegóły (podobno nawet rozmowy bohaterów podczas przechadzek po klasztorze trwają tyle, ile faktycznie powinny trwać, biorąc pod uwagę odległości do przejścia – nie sprawdzałem, ale wierzę na słowo), liczne smaczki dla erudytów, przewrotne przesłanie – długo by można zachwalać. Za główną wadę można uznać ciężki początek – pierwsze kilkadziesiąt stron może trochę zmęczyć – ale i to było ponoć zamierzone przez autora, żeby czytelnik poczuł się tak jak młody kandydat na zakonnika, którego na początku pobytu w klasztorze usilnie się zniechęca do wyboru tej drogi. Cóż dodać – mistrzostwo absolutne.


Nowy, lepszy layout

Dodane: 24 lipca 2011, w kategorii: Prywata

Każdy chyba przyzna, że mój dotychczasowy layout wyglądał jak w Paincie robiony – i nic dziwnego, bo on faktycznie był w Paincie robiony;-). Ale dość amatorszczyzny – nowym layoutem zajął się profesjonalny grafik i efekt chyba nie pozostawia wątpliwości, że warto było.

Liczę, że odzew czytelników również będzie pozytywny, ale oczywiście jestem otwarty na krytykę – szczególnie konstruktywną, ale nie jest to warunek bezwzględnie konieczny;-).

Edit: Już po dodaniu wpisu zauważyłem, że zebrało mi się ich już okrągłe 250. Ćwierć tysiąca wpisów – kto by pomyślał, jak ten czas leci…


Potęga homeopatii

Dodane: 18 lipca 2011, w kategorii: Nauka

Powyższy obrazek z SMBC pomógł mi wreszcie zrozumieć, skąd się bierze wiara w homeopatię. To przecież banalnie proste: im mniej dowodów, tym większa ich siła;-).


Paradoks pogodowy

Dodane: 14 lipca 2011, w kategorii: Przemyślenia

Kiedy pogoda jest przez kilka dni chłodniejsza niż być powinna, zaraz po necie zaczynają krążyć złośliwe pytania z cyklu „gdzie to globalne ocieplenie?” lub wręcz kategoryczne stwierdzenia, że ocieplenie to ściema, bo przecież za oknem zimno.

Ale jak przez pół zimy nie ma grama śniegu, a przez pół lata mamy zwalający z nóg upał, przy którym na termometrze w słońcu regularnie brakuje skali, to już jakoś żaden cwaniak słowem o ociepleniu klimatu nie wspomina…


Historyczny sukces działaczy

Dodane: 11 lipca 2011, w kategorii: Varia

Polska na podium Ligi Światowej! Po raz pierwszy od fafnastu lat! Kolejny cud nad Wisłą! Kurek polskim Messim! I tak dalej. Zachwytom nad osiągnięciem naszych siatkarzy nie ma końca, a mnie z każdym kolejnym newsem na ten temat ogarnia coraz większy niesmak. Powiedzmy sobie bowiem otwarcie: sukces to może i był, ale – pomijając już sprzyjające nam szczęście i Bułgarów – osiągnięty w sposób mało chwalebny.

Dla niezorientowanych w temacie: światowa siatkówka od lat pogrąża się w zepsuciu, reguły nią rządzące są coraz bardziej niejasne i coraz bardziej uzależnione od widzimisię działaczy, a jednym z efektów tego stanu rzeczy jest – nazwijmy rzecz po imieniu – fałszowanie losowań. Nawet, a właściwie przede wszystkim, na największych imprezach. Dość wspomnieć igrzyska w Pekinie, gdzie działacze i trenerzy na długo przed losowaniem ćwierćfinałów wiedzieli, na jakich rywali wpadną, czy MŚ we Włoszech, gdzie gospodarze przypadkiem mieli drogę do finału usłaną najsłabszymi możliwymi przeciwnikami – plan pokrzyżowała im tylko Brazylia, która celowo przegrała ostatni mecz w grupie, żeby wpaść na nich w kolejnej rundzie i spuścić im łomot za te machlojki.

A tegoroczny finał Ligi Światowej odbywał się w Polsce – i nawet najbardziej niezorientowani już się pewnie domyślają, że i nasi działacze „organizacyjnie” zrobili co w ich mocy, żebyśmy odnieśli sukces. Nie dbali nawet o pozory uczciwości – do jednej grupy trafiły cztery najwyżej notowane drużyny, a do drugiej Polska wraz z trójką najsłabszych. Ot, przypadek, poszczęściło nam się. A dzięki temu szczęściu do wdrapania się na trzecie miejsce wystarczyły nam wygrane z Argentyną (dwukrotnie) i Bułgarią. I na tym nasze supergwiazdy poprzestały – z Włochami było 0:3, z Rosją 1:3, o Brazylii w eliminacjach nawet nie wspominam. Realnie zasłużyliśmy więc na szóste, góra piąte miejsce – na osiem drużyn. Ale na papierze mamy trzecie i to się liczy, a cel uświęca środki…

To jedna z przyczyn, dla której wolę futbol – FIFA jest wprawdzie skorumpowana, ale widać to tylko przy wyznaczaniu gospodarzy turniejów, natomiast ich przebieg pozostaje uczciwy (pomijając MŚ 2002, kiedy sędziowie na pewno nie przez przypadek sprzyjali Korei Południowej) i jeśli Polska odniesie jakiś sukces na Euro 2012, to przynajmniej będziemy wiedzieć, że to zasługa wyłącznie piłkarzy i trenerów, a nie sprytnych działaczy. Czego i siatkarzom serdecznie życzę.


Koniec postępów polskiego futbolu?

Dodane: 7 lipca 2011, w kategorii: Futbol

Po dzisiejszym dołączeniu Kazachstanu do długiej listy krajów, które dzięki nam odniosły historyczne sukcesy piłkarskie, zacząłem się zastanawiać, z kim my tu jeszcze możemy wygrać – i stwiedziłem, że już nie bardzo jest z kim. Reforma europejskich pucharów sprzed paru lat, dzieląca Europę w rundach kwalifikacyjnych na Wschód i Zachód, odcięła nas bowiem od niemal wszystkich najsłabszych rywali: nie możemy już trafić w pierwszej rundzie ani na mistrza Wysp Owczych, ani na zwycięzcę pucharu San Marino, ani na wicemistrza Liechtensteinu, ani na kogoś z Andory czy Luksembur… A nie, przepraszam, Luksemburczycy też już nas kiedyś złoili.

Krótko mówiąc, nie możemy trafić na nikogo, przy kim nasi kopacze nożni mogliby się jeszcze poczuć, nie bójmy się tego słowa, faworytami. Niby jest jeszcze Czarnogóra, ale na tym koniec: nikogo więcej poniżej miliona mieszkańców, nikogo bez zawodowej lub półzawodowej ligi, nikogo dostatecznie opóźnionego w futbolowym rozwoju, żeby czołowi tamtejsi piłkarze nie umieli prosto kopnąć piłki. Czarna rozpacz.

Ale po namyśle, jednak ma to i dobrą stronę: z żadną z ww. drużyn nie mamy okazji wygrać – ale przegrać również. A to znaczy, że na wspomnianej na początku liście Liechtenstein czy San Marino prędko się nie pojawi. Ta refleksja trochę poprawiła mi humor, a nawet przyszedł mi do głowy dowcip:

– Co mają wspólnego: Euro 2012 i występy polskich klubów w pucharach?
– Jedno i drugie skończy się w lipcu.

Chociaż nigdy nie wiadomo, może Euro się przedłuży;-).


Debata po polsku

Dodane: 30 czerwca 2011, w kategorii: Absurdy

Zebranie właścicieli mieszkań. Nie pierwsze, a nawet nie dziesiąte, ale i tak już samo ustalenie porządku obrad trwa i trwa. Kiedy w końcu udaje się wybrać przewodniczącego zebrania i uspokoić towarzystwo, zaczyna się rozwlekłe gadanie o jakichś procedurach, co i rusz przerywane kolejnymi próbami zabrania głosu przez ludzi z sali. Zanim się wreszcie dowiadujemy, po co w ogóle to zebranie zwołano i nad czym mamy głosować, mija z pół godziny. Jak już wiemy, zaczyna się dyskusja, stopniowo – ale dosyć szybko – przechodząca w kłótnię, przekrzykiwanie się, walki o głos, nie obywa się oczywiście bez nieśmiertelnego „ja panu/pani nie przerywałem!” i symultanicznych pojedynków słownych, w których nikt nikogo nie słyszy, a nawet jak słyszy, to i tak nie słucha.

Po prawie dwóch godzinach udaje nam się wybrać… metodę głosowania. A raczej udałoby się, gdyby było kworum. Ponieważ trochę zabrakło, nieobecni dostaną karty do głosowania pocztą i dopiero jak padnie wystarczająco dużo głosów, to na następnym zebraniu będzie można przejść do głosowania nad meritum. W sumie dobrze, bo może będzie okazja, żeby to meritum przedyskutować – dziś jakoś zabrakło na to czasu…

Co tu dużo mówić – aż się prosi, żeby to podsumować wiadomym cytatem z Bismarcka. Jeśli nie potrafimy się dogadać nawet w najbardziej banalnych i przyziemnych sprawach, to i trudno się dziwić naszym posłom, że nigdy nie mogą dojść do sensownego porozumienia w sprawach wyższej wagi.


Filozofia przypadku (Stanisław Lem)

Dodane: 28 czerwca 2011, w kategorii: Literatura

Filozofia przypadku | Stanisław Lem (Agora)

[tom 26 Lemowej Kolekcji]

Uff! Takiej ciężkiej lektury (także dosłownie – ponad 600 stron maczkiem) to już dawno nie miałem. Jeśli wcześniej narzekałem na wysiłek potrzebny do przegryzienia się przez pierwszy tom „Fantastyki i futurologii”, to teraz przyznaję, że nie wiedziałem co mówię – w porównaniu z „Filozofią przypadku” to była naprawdę bułka z masłem. A porównanie jest o tyle łatwe, że obie książki poruszają w dużej mierze ten sam temat, czyli teorię literatury – co przy okazji trochę ułatwia lekturę, bo niektóre tezy i zagadnienia się powtarzają (część z nich poruszał także „Mój pogląd na literaturę”) i nie trzeba się wszystkiego uczyć od początku.

A uczyć jest się czego: na dzień dobry mamy fenomenologiczną teorię dzieła literackiego, potem idzie semantyka językowa i kulturowa, analiza dzieła za pomocą teorii informacji, teorii gier, cybernetyki, stochastyki, a nawet genetyki, wreszcie socjologiczne i kulturowe usytuowanie dzieła, metody poznawcze, genologia, metakrytyka – i tak dalej, i tak dalej. A oprócz tego polemiki z różnymi szkołami i teoriami literaturoznawstwa, no i oczywiście rozliczne dygresje na rozliczne tematy. Nie dla mięczaków, zdecydowanie.

OK, mógłby ktoś powiedzieć, ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi? No cóż, najogólniej rzecz biorąc, chodzi o to, że autor proponuje nowe, bardziej naukowe spojrzenie na literaturę, przesuwające literaturoznawstwo w kierunku nauk ścisłych, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Stąd wspomniana cybernetyka i inne dalekie od literatury dziedziny, które Lem próbuje zaprząc do analizy dzieła literackiego, np. analizując przepływ informacji od autora do czytelnika lub przedstawiając lekturę jako grę między czytelnikiem i autorem (dość osobliwą, bo tylko autor zna jej reguły, którymi w dodatku może manipulować do woli).

Efekty tych prób są jednak mocno wątpliwe – przedstawienie książki jako genotypu, a jej odbioru jako fenotypu, jest niewątpliwie oryginalne i ciekawe, ale dla krytyki literackiej nic konkretnego z tego nie wynika – podobnie jak z większości zaprezentowanych tu pomysłów. Fajnie się o nich czyta, może i coś w nich jest, ale jak właściwie miałaby wyglądać ich realizacja? W jaki sposób krytyk miałby analizować utwór za pomocą teorii gier i jakie wnioski mógłby wyciągnąć z takiej analizy? Nie wiadomo. Odważnych teorii i postulatów nie brakuje, ale praktyka wydaje się autora zupełnie nie interesować.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »