
Trudno uwierzyć, jak ten czas leci – ale pamięci o nim nie zaciera i nie zatrze.

Trudno uwierzyć, jak ten czas leci – ale pamięci o nim nie zaciera i nie zatrze.
W dzisiejszych czasach, kiedy szuria – od płaskoziemców po antyszczepionkowców – wylewa się już niemal zewsząd, a do tego bywa autentycznie niebezpieczna, zajmowanie się takim pociesznym marginesem jak wyznawcy Daenikena, wydaje się zawracaniem głowy – no ale nawet marginesowi warto czasem poświęcić odrobinę uwagi, zwłaszcza jeśli może to być pouczające.
Jednym z ulubionych zajęć daenikenistów jest wyszukiwanie podobieństw pomiędzy starożytnymi budowlami, posążkami czy malunkami z różnych stron świata, które to podobieństwa mają dowodzić jakiejś ingerencji z kosmosu, ponieważ ich twórcy nie mogli mieć ze sobą żadnych kontaktów, a według daenikenistów to przecież niemożliwe, żeby wpadli na te same pomysły niezależnie od siebie.
Przyjrzyjmy się zatem jednemu memowi z tego cyklu – najpopularniejszemu, jak sądzę, bo przewinął mi się on przez ekran już wiele razy, choć żadnych stron tego rodzaju nie śledzę:

Wyimek z dyskusji o pewnym hejterze, który okazał się być płatnym trollem:

Dedykuję wszystkim, którzy uważają, że dyskusja z hejterami ma jakikolwiek sens.

Nie dlatego, że bez niej służba zdrowia by się zawaliła – działałaby nieco gorzej, ale nie byłaby to jakaś fundamentalna różnica. Wszystkie te zbierane co roku miliony to bardzo drobny ułamek rocznego budżetu NFZ i nieco większy, nieobojętny ale nadal nie porażający ułamek wydatków na aparaturę medyczną. Dałoby się bez tego żyć, choć oczywiście w wielu przypadkach nieco krócej.
Nie dlatego, że zachęca Polaków do pomagania – dwieście ileś milionów złotych podzielone przez trzydzieści kilka milionów ludzi to raptem coś koło siedmiu złotych na głowę, żaden powód do dumy, a dla niektórych te monety wrzucone do puszki to wygodny wykręt, żeby przez pozostałe 364 dni w roku nie dawać nic nikomu. Zresztą, organizacji zbierających pieniądze na cele dobroczynne i bez tego jest od groma.
Nie dlatego, że drażni patoprawicę – ich drażni tyle dobrych rzeczy, że jeden Owsiak w te czy wewte żadnej różnicy nie robi. Owszem – patrzenie, jak się zapluwają i wymyślają coraz bardziej kretyńskie uzasadnienia swojej nienawiści, bywa zabawne, ale nie jest to rodzaj humoru, jakiego potrzebujemy.
Dlaczego zatem?
Przez kilka lat odpowiedź na pytanie, w co najwięcej w mijającym roku grałem, była niezmienna: World of Tanks. W roku 2022 lider jednak w końcu się zmienił – sensacyjnie zdetronizowany przez rywala zupełnie niepozornego, który miał być zaledwie odstresowującym przerywnikiem pomiędzy poważniejszymi rzeczami. Jak to się stało, że gra w budowanie krainy z sześciokątnych płytek zdołała mnie tak wciągnąć?
Z nowym rokiem nowym krokiem – postanowiłem więc, że albo w końcu rozruszam tę stronę, albo odpuszczę sobie na dobre. Oczywiście postanowienia noworoczne są po to, żeby o nich zapominać po tygodniu i podejmować ponownie w przyszłym roku, więc możliwe, że i tutaj tak się skończy.
Tradycyjnych podsumowań roku nie chce mi się robić – wypadałoby zresztą podsumować dwa lata, bo poprzednio tego nie zrobiłem, więc tym bardziej mi się nie chce. Zamiast tego będzie kilka notek o różnych niedawno przeczytanych/obejrzanych/ogranych rzeczach, na temat których akurat mam coś do powiedzenia.

Ponieważ nic tak nie ożywia akcji jak kilka trupów, zacznijmy od serialu, który ma je poniekąd już w tytule: „Bodies”. Trupy na dzień dobry dostajemy cztery, wszystkie w tym samym zaułku w Londynie, ale w różnych latach – od 1890 do 2053. Wszystkie to ewidentnie ten sam facet, z tą samą raną postrzałową, więc mamy do czynienia z podróżami w czasie – o czym czwórka detektywów z różnych epok oczywiście nie może wiedzieć, ale oczywiście niektórzy się dowiedzą.
Z ostatniej chwili: odnaleziono debiutancki wiersz Lema, opublikowany w tygodniku „Nasza opinia” w roku 1938 – czyli aż osiem lat wcześniej, niż dotychczas datowano jego oficjalny debiut.

Co zabawne, błąd edytorski w przedostatnim czterowierszu poskutkował utworzeniem pierwszego w karierze Lema neologizmu.
Źródło: Instytut Książki

Książka „Władca pierścieni” (w odróżnieniu od filmu) nie kończy się banalnym happy endem po pokonaniu Saurona, lecz rozdziałem „Porządki w Shire”, w którym hobbici wracają do domu tylko po to, by odkryć, że pod ich nieobecność jakieś typy spod ciemnej gwiazdy przejęły władzę w Shire i budują tam mały Mordor. Zamiast świętować sukces, trzeba zatem jeszcze raz chwycić za broń i przywrócić normalność – co oczywiście dla zaprawionych w bojach bohaterów nie stanowi już większego wyzwania.
Z punktu widzenia dramaturgii utworu ten rozdział nie ma sensu – dopiero co obserwowaliśmy decydującą o losach świata bitwę na polach Pelennoru, a teraz mamy się ekscytować jakąś śmieszną nawalanką o zadupie, której wynik i tak jest oczywisty? Panie, z czym do ludzi. Jeśli jednak chodzi o przesłanie, rozdział ten dowodzi mądrości Tolkiena – zwraca bowiem uwagę, że zło nie kończy się na granicach Mordoru i nawet jeśli ten Mordor upadnie, nie będzie to oznaczać ostatecznego triumfu dobra. Zło trzeba zwalczać nieustannie i nie łudzić się, że gdziekolwiek będziemy od niego całkowicie wolni i bezpieczni.
Jeśli szukasz czegoś konkretnego, skorzystaj z wyszukiwarki.
Jeśli nie bardzo wiesz, czego szukasz, możesz przejrzeć najlepsze wpisy lub archiwum.