Cichy Fragles

skocz do treści

AdBlock po krakowsku

Dodane: 18 stycznia 2013, w kategorii: Polityka

Tu, o, jak by to powiedział Torero.

Na zalew reklamowego badziewia, sterczącego w centrum Krakowa z niemal każdej ściany, narzekano od lat – i przez lata władze odpowiadały, że nic się nie da zrobić, bo złe przepisy, bo wyegzekwować trudno, bo swobody obywatelskie i w ogóle. Aż w zeszłym roku pojawiła się determinacja, żeby coś z tym zrobić – i okazało się, że wystarczy puścić patrol Straży Miejskiej ulicą, wszystkich po kolei postraszyć mandatami, a szyldy i plakaty zaczynają znikać jeden po drugim. I tak, krok po kroku, Stare Miasto stopniowo przestało przypominać bazar. Dało się? Dało się.

Od lat narzeka się również na zjawisko nazwane złośliwie smogiem wawelskim, czyli zanieczyszczenie powietrza przez tysiące piecyków, którymi do dziś ogrzewa się stare budynki, paląc tam w najlepszym razie węglem, a w najgorszym – diabli wiedzą. Pod tym względem Kraków mieści się, szczególnie zimą, w niechlubnej krajowej czołówce – ale ciągle słyszymy, że nic się nie da zrobić, bo złe przepisy, bo wyegzekwować trudno, bo swobody obywatelskie i w ogóle. Przykład walki z szyldami pozwala jednak mieć nadzieję, że i tu kiedyś doczekamy happy endu. Przynajmniej ci z nas, którzy mają zdrowe płuca;-).


Przeczytane w 2012 – podsumowanie

Dodane: 14 stycznia 2013, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku… nie, już bez recenzji, w poprzednich odcinkach opisałem wszystko i rok czytelniczy 2012 zamknąłem, pozostało jeszcze go podsumować.

Niewątpliwie był to rok inny niż poprzednie. Po pierwsze, zakup czytnika zaczął powoli zmieniać moje przyzwyczajenia czytelnicze – co prawda e-booków przeczytałem przez ten rok zaskakująco mało, bo raptem siedem (co po części wynika z faktu, że rzuciłem się testować różne internetowe czasopisma, na pewien czas odsuwając książki na drugi plan), ale w 2013 z pewnością będzie ich dużo więcej – i powinien to być stały trend, choć z czytania na tradycyjnym papierze nie spodziewam się zbyt prędko zrezygnować.

Po drugie, pojawiła się akcja Drugie Życie Książki, pozwalająca zdobywać nowe tytuły drogą wymiany. Wcześniej tego typu inicjatywy wprawdzie też się zdarzały, ale tylko od przypadku do przypadku, a z frekwencją (i co za tym idzie, wyborem towaru) bywało różnie – natomiast DŻK odbywa się co miesiąc i dorobiło się jakiegoś zainteresowania lokalnych mediów, więc trochę ludzi przybywa i zawsze te dwie-trzy godne uwagi książki uda się złapać (czasem niemal dosłownie złapać, bo sępów nie brakuje). Korzyść podwójna: można zwolnić odrobinę miejsca na półce i zdobyć coś, czego w księgarniach już się nie znajdzie.

A księgarnie powodów do zadowolenia ze mnie nie mają, bo z obu ww. powodów kupiłem w zeszłym roku nieco mniej książek niż normalnie – i to zapewne również będzie stałym trendem…

To rzekłszy, przejdźmy do rzeczy, czyli do tego, co w zeszłym roku udało mi się przeczytać:


Pamięć motoryczna

Dodane: 9 stycznia 2013, w kategorii: Nauka


(obrazek zapożyczony stąd)

Logowałem się na konto bankowe. Coś na chwilę odwróciło moją uwagę, gdy wstukiwałem numer klienta. Po chwili wróciłem do formularza z częściowo wpisanym numerem i… zaraz, jak to było dalej? Niewiarygodne, ale ni w ząb nie pamiętam. Przez lata wklepywałem go tyle razy, że w końcu zacząłem to robić odruchowo, już nawet nie angażując w to świadomości – no i jak przyszło jej użyć, to się okazało, że nie da rady, bo numer mam niemal dosłownie w małym paluszku, ale już nie w głowie. No dobrze, to skasujmy i wpiszmy bezmyślnie od początku, pomyślałem – a tu się okazuje, że nie da rady, bo jak już się włączyło w to świadomość, to cholera jedna nie chce się wyłączyć i psuje szyki. Trzeba zatem chwili (de)koncentracji, żeby się udało.

Czemu tak się dzieje? Ano dlatego, że pamięć niejedno ma imię, a dzieli się nie tylko na krótko- i długotrwałą, ale także na deklaratywną i proceduralną. W uproszczeniu: ta pierwsza przechowuje to, co „wiemy” (czyli wszelakie wspomnienia czy informacje), a ta druga – to, co „potrafimy” (czyli np. umiejętność jazdy na rowerze albo gry w piłkę). Dlatego właśnie wielu umiejętności nie da się nabyć teoretycznie – czytając książkę do nauki pływania, wprowadzamy informacje tylko do pamięci deklaratywnej, a nie do proceduralnej, gdzie są potrzebne, a gdzie można je wprowadzić tylko drogą praktyki, niestety. Oczywiście granica między wiedzą a umiejętnością bywa płynna (stąd użyte cudzysłowy), o czym przekonałem się na własnej skórze, wklepując ten nieszczęsny numer – okazało się, że zamiast „wiedzieć”, jaki on jest, już tylko „umiałem” go wklepać.

A świadomie użyć tej umiejętności nie mogłem, bo próba świadomego sięgnięcia po jakąś informację przestawia zwrotnicę w mózgu i dane napływające z pamięci deklaratywnej częściowo nadpisują te z pamięci proceduralnej. Dlatego właśnie piłkarzom zdarzają się czasem kuriozalne kiksy w zupełnie prostych sytuacjach: wybiega taki zawodnik na pozycję sam na sam z bramkarzem, ma przeciwników kilkanaście metrów z tyłu, całe wieki na oddanie strzału – i beznadziejnie pudłuje. Czemu? Ano właśnie ten nadmiar czasu na decyzję mu zaszkodził, bo włączyło się myślenie deklaratywne i zakłóciło działanie motoryczne, podczas gdy w identycznej sytuacji, ale z obrońcą na plecach strzeliłby biedak odruchowo i miałby gola jak w banku. Oczywiście nie jest to regułą, profesjonaliści zwykle potrafią utrzymać koncentrację niezależnie od okoliczności, jednak bez psychologa często ani rusz – Adam Małysz coś o tym wie.

Mój problem na szczęście pomocy psychologa nie wymagał – po paru minutach siadłem znowu, numerek sam się wklepał, udało się wreszcie zalogować – pełny sukces! No, prawie pełny, bo działając odruchowo, zapomniałem spojrzeć na ten numer przed wciśnięciem „zaloguj” – i w efekcie dalej go nie znam;-).


Postanowienia na rok 2013

Dodane: 3 stycznia 2013, w kategorii: Prywata

Rok temu postanowiłem opublikować na blogu swoje postanowienia noworoczne, żeby się zmotywować do ich spełnienia. Roczek minął, więc wypada powziąć nowe postanowienia – ale najpierw oczywiście podsumujmy stare.

W roku 2012 zamierzałem:

Zmniejszyć oponę wokół brzucha
zrealizowane Zacisnąłem pasa o jedną dziurkę, a ostatnio wszyscy mi mówią, że schudłem – sukces bezdyskusyjny.

Ograniczyć bezproduktywne siedzenie w necie
zrealizowane Produktywne, nieproduktywne, tak czy siak ograniczyłem. Zapewne nie bez znaczenia był tu zakup tabletu, który swoimi ograniczeniami trochę utrudnia wysiadywanie w necie całymi wieczorami.

Przeczytać przynajmniej 30 książek
zrealizowane No ba. Nawet czterdzieści się zebrało, nie licząc komiksów.

Obejrzeć przynajmniej tyleż filmów plus 2-3 seriale
częściowo zrealizowane Naliczyłem 27 filmów – to chyba ze trzy razy więcej niż rok wcześniej, więc postęp spory, a do założonej liczby zabrakło minimalnie (jeśli w ogóle, bo mogłem przy liczeniu coś pominąć). Ale seriali zero. Może jednak trzeba w końcu zainwestować w telewizor;-).


Przeczytane w 2012 #6

Dodane: 30 grudnia 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Rzeźnia numer pięć (Kurt Vonnegut)
  • Dziwne anioły (Kathe Koja)
  • Kobieta i mężczyźni (Manuela Gretkowska)
  • Láska nebeská (Mariusz Szczygieł)
  • Rage (Stephen King)

Rzeźnia numer pięć (Kurt Vonnegut)

okładka (Albatros)

Tak się jakoś złożyło, że najsłynniejszą powieść Vonneguta przeczytałem dopiero jako dziesiątą jego książkę – co nie wyszło jej na dobre, bo autor wykorzystywał różne motywy wielokrotnie i znając je z innych utworów („Śniadanie mistrzów”, „Rysio snajper” czy „Sinobrody”), ma się wrażenie wtórności, choć „Rzeźnia numer pięć” powstała przed nimi. Uroku jej to jednak nie odbiera.

Główny bohater – Billy Pilgrim, po części alter ego autora – to amerykański żołnierz, który do wojaczki zupełnie się nie nadawał, ale miał pecha osiągnąć wiek poborowy w czasie drugiej wojny światowej, kiedy armia wobec wysokich potrzeb nie była zbyt wybredna. Trafił więc na front – i już pierwsza bitwa skończyła się dla niego wylądowaniem w niemieckim obozie jenieckim, skąd następnie został przewieziony do Drezna, tuż przed słynnym zbombardowaniem miasta przez aliantów. Powieść zwykło się przedstawiać jako książkę właśnie o zbombardowaniu Drezna, w rzeczywistości jednak o Dreźnie jest tu niewiele, a samego bombardowania autor nawet nie opisuje – z umieszczonej pod ziemią tytułowej rzeźni nic nie widać i niewiele słychać, dopiero po jej opuszczeniu bohaterowie zobaczą skutki nalotu.

Autor, który sam przeżył bombardowanie Drezna, wyraźnie się powstrzymuje od komentarzy, dążąc raczej do tego, by same się one cisnęły na usta czytelnikom. Cała historia utrzymana jest w lekkim, niemal drwiącym tonie, tragiczne wydarzenia narrator raz po raz komentuje słowami „zdarza się”, nie brakuje również elementów komicznych (jak angielscy jeńcy, którzy dzięki paczkom od Czerwonego Krzyża opływają w dostatek, bo z powodu błędu w druku dostają ich 10 razy więcej niż powinni), a nawet jawnego absurdu: bohater twierdzi, że kilka lat po wojnie został porwany przez kosmitów, od których się dowiedział, że upływ czasu (jak również wolna wola) to tylko złudzenie – w rzeczywistości wszystkie chwile od początku do końca istnienia Wszechświata istnieją jednocześnie przez całą wieczność.

Nie brak sygnałów wskazujących, że wywody Billy’ego (który oprócz tego twierdzi, że potrafi podróżować po całym swoim życiu i przeżywać wielokrotnie dowolne jego momenty, ale nie może nic już zmienić) to objawy schizofrenii, jednak sama idea prowadzi nas do przesłania od autora: nie da się wymazać wyrządzonego zła ani go cofnąć, a jego ciężar i konsekwencje pozostają z nami na zawsze. Niby banał, ale przekazany w bardzo oryginalny i sugestywny sposób, zmuszający do jego przemyślenia na serio. Podobnie zresztą można podsumować całą powieść: żartobliwa, utrzymana w tonie absurdalno-sielankowym, a jednak pod tą fasadą niosąca śmiertelnie poważne treści…

Ocena: 5-

Inne tego autora: Rysio snajper



Przeczytane w 2012 #5

Dodane: 26 grudnia 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku krótko o krótkich utworach:

  • Amsterdam (Ian McEwan)
  • Prawo do powrotu (Janusz A. Zajdel)
  • Bestie (Joyce Carol Oates)
  • Złodziej i psy (Nadżib Mahfuz)
  • Za rzekę, w cień drzew (Ernest Hemingway)
  • Śmiertelny strach (Robin Cook)
  • Nasza klika (Philip Roth)

Amsterdam (Ian McEwan)

okładka (Świat Książki)

Redaktor naczelny brukowca zdobywa prywatne zdjęcia niedawno zmarłej przyjaciółki, dzięki którym może skompromitować znienawidzonego polityka. Wybitny kompozytor, przeżywający kryzys twórczy podczas pracy nad symfonią milenijną (rzecz się dzieje kilka lat przed rokiem 2000), szuka natchnienia w górach i gdy je w końcu znajduje, jest tym tak przejęty, że ignoruje nawet widzianą z oddali scenę pobicia, będącego ewidentnie wstępem do gwałtu. Obaj ww. bohaterowie, wieloletni przyjaciele, z powodu tych wydarzeń i ich konsekwencji staną się wkrótce zapiekłymi wrogami, wzajemnie doprowadzając do swojego upadku, a czytelnikowi dając do myślenia tak o moralności, jak i o roli przypadku w ludzkim życiu – do tragedii prowadzi tu bowiem splot zupełnie, wydawałoby się, nieznaczących okoliczności.

Książka niepozorna, przez większość czasu niby nic szczególnego się nie dzieje – a jednak, drobiazg po drobiazgu, układa się to wszystko w mocną rzecz, wobec której trudno pozostać obojętnym. Może oprócz mało wiarygodnej końcówki, gdzie obaj bohaterowie wzajemnie kopią sobie dołki w stylu rodem z taniej komedii, a autor jeszcze potem daje niemal łopatologicznie do zrozumienia, że ich grzechy i tak nie przyniosły oczekiwanych skutków, więc po co im to było. Hmm, a po co było budować te wszystkie moralne dwuznaczności, żeby na koniec walnąć tak banalnym morałem?

Sytuację częściowo ratuje ostatnia scena, stawiająca w nowym świetle przyczynę całego zamieszania (choć jak się zastanowić, to wymowy powieści znacząco ona nie zmienia). Pełnej satysfakcji mimo wszystko nie ma, ale apetytu na kolejne dzieła tego autora niewątpliwie nabrałem.

Ocena: 5-



Read It Never

Dodane: 22 grudnia 2012, w kategorii: Net

Too much internet
(obrazek zapożyczony stąd)

Kilkanaście otwartych kart w przeglądarce, ze czterdzieści stron w ulubionych, kolejne kilkanaście zapisanych w Instapaperze, a to wszystko i tak pestka przy dwóch i pół tysiącach linków w Delicious (z czego prawie dwieście to zbiory dalszych linków). Prawie każde dłuższe posiedzenie przy kompie kończy się ponownym wydłużeniem którejś z tych kolejek, a skrócić którąkolwiek udaje mi się raz na chiński rok – z wyjątkiem kart w przeglądarce, z którymi systematycznie się rozprawiam, jak już się przestają mieścić na ekranie.

Niby dobrze wiem, że internet zawsze mi dostarczy więcej ciekawych treści, niż nadążę przeglądać, ale jakoś uwzględnić tego w swoich działaniach nie potrafię. Mogę się pocieszać tylko tym, że jest wiele gorszych uzależnień;-).


Przeczytane w 2012 #4

Dodane: 16 grudnia 2012, w kategorii: Literatura, Nauka

W dzisiejszym odcinku literatura (popularno-)naukowa:

  • Porady seksualne dr Tatiany (Olivia Judson)
  • Podziemni bogowie (Umberto Eco)
  • Wejście na orbitę / Okamgnienie (Stanisław Lem)
  • Czy jest tam kto? (Frank Drake i Dava Sobel)

Porady seksualne dr Tatiany (Olivia Judson)

okładka (W.A.B. i CIS)

Masowe orgie, kazirodztwo, wymienianie się nasieniem, kopulacja przez nozdrza, zjadanie genitaliów i płodów, seks w łonie matki… dobra, starczy tych słów kluczowych;-). Wymienione praktyki to tylko czubek góry lodowej – dr Tatiana dostaje listy z prośbami o poradę w najbardziej dziwacznych sprawach związanych z prokreacją („niechcący połknęłam swojego faceta przed stosunkiem, co mam teraz zrobić?”), a odpowiadając na nie, często sypie jeszcze kolejnymi przykładami, żeby pocieszyć swoich korespondentów, że inne gatunki mają gorzej.

„Inne gatunki”, bo pani doktor nie zajmuje się ludźmi, tylko wszelkimi innymi formami życia. Najczęściej są to oczywiście owady, które nie mają żadnych zahamowań i pod względem ilości (nie mówiąc o „jakości”) perwersji seksualnych biją na głowę nawet Japończyków (wyobraża ktoś sobie, że stosunek patyczaków może trwać nawet trzy miesiące bez przerwy?), ale przedstawicieli reszty królestwa zwierząt też nie brakuje: nawet poczciwe ssaki potrafią zaskakiwać, np. u hien również samice mają fallusy, a lwy potrafią kopulować nawet kilkadziesiąt razy dziennie – i niech ktoś teraz spróbuje wątpić, że lew jest królem zwierząt;-).

Ciekawym przypadkiem, któremu autorka poświęca cały osobny rozdział, są wrotki z grupy Bdelloidea, które, choć rozmnażały się płciowo, w drodze ewolucji pozbyły się samców i przeszły na dzieworództwo. Feministki z gatunku homo sapiens mogłyby im buty czyścić, gdyby wrotki nosiły buty;-). Na drugim biegunie mamy śluzowce, których różne gatunki rozwinęły od kilkunastu do nawet kilkuset płci – stworzenie harmonijnego związku byłoby w tej sytuacji nie lada wyzwaniem, na szczęście jednak do spłodzenia potomstwa wystarczy zwykle udział przedstawicieli „zaledwie” trzech-czterech różnych płci.

Przykłady tego typu kuriozów można by wyliczać długo i namiętnie, jako że bogactwo przyrody wydaje się w tej kwestii (kluczowej przecież dla przetrwania gatunku) niewyczerpane, a autorka, od lat pisząca felietony naukowe dla „The Economist”, zna się na rzeczy doskonale. Szkoda tylko, że książka stanowi (z wyjątkiem ostatniego rozdziału) proste złożenie tychże felietonów w zbiór – powtórzeń wprawdzie nie jest wiele, jednak trochę się czuje, że książka nie powstawała od początku jako spójna całość. A że odpowiedzi na fikcyjne listy opierają się z grubsza na jednym schemacie, z czasem robi się to monotonne. Sytuację ratowałby ostatni rozdział, gdyby nie przerost formy nad treścią – oprawa dyskusji o wspomnianych Bdelloidach wydaje się momentami ważniejsza niż sama dyskusja. Owszem, odrobina komizmu nigdy nie zaszkodzi, ale przerabianie nauki na farsę to już lekka przesada.

I jeszcze jedno: książka ma niby 370 stron, ale dobre sto zajmuje indeks, bibliografia i przypisy, więc de facto dostajemy tej lektury prawie o jedną trzecią mniej, niż się spodziewamy. Niegłupi sposób na łatwe zwiększenie grubości i ceny…

Ocena: 4



Przeczytane w 2012 #3

Dodane: 10 grudnia 2012, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku komiksy i o komiksach:

  • Saga o potworze z bagien (Alan Moore)
  • Alan Moore. Wywiady (Bill Baker)
  • Niebieskie pigułki (Frederik Peeters)
  • Lucyfer #8: Wilk pod drzewem
  • Batman: Najlepsze opowieści
  • Hard boiled (Frank Miller i Geof Darrow)
  • Ślimacze opowieści #2: miłość i patologia

Saga o potworze z bagien (Alan Moore)

okładki (Egmont)

Swamp Thing, czyli po naszemu potwór z bagien, nigdy nie należał do najpopularniejszych amerykańskich superbohaterów – może dlatego, że delikwenta żyjącego na bagnach z dala od cywilizacji trochę trudniej wplątywać w niesamowite przygody, niż herosów zamieszkujących wielkie metropolie. Szczególnie cienko seria przędła na początku lat 80-tych, DC zastanawiało się zatem nad jej likwidacją, ostatecznie jednak postanowiono dać potworowi jeszcze jedną szansę, zatrudniając nowego scenarzystę – mało jeszcze wtedy znanego, ale dobrze się zapowiadającego Alana Moore’a. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę: Moore przeprowadził rewolucję, odmieniając wizerunek serii, podnosząc jej poziom intelektualny i artystyczny, wreszcie inspirując kolegów po fachu do odważniejszego eksperymentowania, a wydawców do ściągania kolejnych scenarzystów z Europy.

Dla nieznających bohatera, krótkie wprowadzenie: zaczęło się od tego, że niejaki Alec Holland prowadził badania nad środkiem przyspieszających wzrost roślin – osiągnął pewne sukcesy, ale źli ludzie postanowili położyć rękę na jego osiągnięciach, więc podłożyli w jego laboratorium bombę, która posłała go na tamten świat, a jego ciało do bagna, wraz z chemikaliami, którymi laboratorium było wypełnione. Jakiś czas później Holland wynurzył się z bagna – znowu żywy, ale już jako potwór będący skrzyżowaniem rośliny i człowieka. Potem źli ludzie dostali za swoje, a potwór wrócił do bagna, gdzie czuł się najlepiej, ale spokoju zaznać już nie mógł, bo scenarzyści muszą z czegoś żyć.

Moore, zgodnie z zasadą, że nic tak nie ożywia akcji jak kilka trupów, zaczął swoją rewolucję od zabicia… głównego bohatera. Oczywiście nie tak całkiem na śmierć – nie oszukujmy się, w amerykańskich komiksach takiej możliwości nie ma – ale zanim zabójcy się o tym przekonają, zdążą przeprowadzić sekcję „zwłok” i dokonać paru dziwnych odkryć, które jednak nie tłumaczą najważniejszego: skoro mikstura Hollanda działała tylko na rośliny, jakim cudem zadziałała na niego i w jaki sposób przywróciła go do życia, skoro eksplozja bomby bezdyskusyjnie go zabiła? Odpowiedź na te pytania w końcu udaje się znaleźć – i jest to odpowiedź, która wywróci do góry nogami całą wiedzę o potworze z bagien, a dla niego samego będzie początkiem ciężkiego kryzysu tożsamości…

Oczywiście z czasem kryzys mija, a kolejne przygody znów trochę się zbliżają do superbohaterskich standardów – ale nie ma mowy o rutynie, a całość trzyma ponadstandardowy poziom, budząc silne skojarzenia z „Sandmanem” (dla którego była zresztą inspiracją), tym silniejsze, że spotykamy tu takie postacie jak Etrigan czy Kain i Abel. No ale właśnie, kiedy się to czyta po „Sandmanie”, trudno już o zachwyt – zbyt wiele tych samych pomysłów i motywów, przez Gaimana zresztą lepiej i szerzej rozwiniętych. Zachwytu więc nie ma, ale jest uznanie dla bardzo solidnej roboty, dającej niezły przedsmak późniejszych wybitnych dzieł Moore’a.

Ocena: 4+

Inne tego autora: Prosto z Piekła



Zagadka matematyczno-logiczna – rozwiązanie

Dodane: 7 grudnia 2012, w kategorii: Nauka

Jako że dyskusja wokół zadanej przeze mnie zagadki wzięła i wygasła, czas przedstawić rozwiązanie – a przede wszystkim rozumowanie, które do niego prowadzi.

Przypomnijmy: Trurl i Klapaucjusz dostali, odpowiednio, iloczyn i sumę pewnych liczb naturalnych większych od 1 i mniejszych od 100, po czym przeprowadzili następujący dialog:

TRURL: Nie wiem, co to za liczby.
KLAPAUCJUSZ: Wiedziałem, że nie wiesz.
TRURL: Skoro tak, to już wiem.
KLAPAUCJUSZ: Zatem i ja już wiem.

Jak im się udało znaleźć te liczby? Aby do tego dojść, prześledźmy ich rozmowę krok po kroku:


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »