Cichy Fragles

skocz do treści

Lapidarium powyborcze

Dodane: 25 maja 2015, w kategorii: Polityka, Przemyślenia


(obrazek © by Raczkowski)

„Kto przybywa na konklawe jako papież, opuszcza je jako kardynał” – taki katolik z Komorowskiego, a tego nie wiedział.

***

Szczerze mówiąc, nawet mi go nie szkoda – jego wyskok z JOW-ami po pierwszej turze był wrong on so many levels, że już miałem olać drugą turę. Ostatecznie stwierdziłem, że to mimo wszystko ciągle mniejsze zło, ale niesmak pozostał.



-izm i -fobia

Dodane: 11 stycznia 2015, w kategorii: Przemyślenia

Pod jednym względem terroryści przegrali – karykatury z Charlie Hebdo, które wcześniej widziało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, po ataku zobaczyło co najmniej kilkadziesiąt milionów. Zdarzyły się oczywiście media, które żadnego rysunku nie przedrukowały, czy to z powodu poprawności politycznej, czy to z powodu niechęci do obrażania uczuć religijnych, ale większość okazała solidarność z ofiarami i słusznie rozpropagowała to, co mordercy chcieli zniszczyć.

Owszem, pismo często jechało po bandzie, prezentując humor z okolic naszego „NIE” albo i ostrzejszy, ale to w zaistniałej sytuacji bez znaczenia – wolność słowa obejmuje także wolność obrażania i nie wydaje mi się, by można było oddzielić jedno od drugiego. A choćby i się dało, nie może to być żadną okolicznością łagodzącą dla masowego mordu.

Pod innym jednak względem terroryści mogą mówić o sukcesie – raz jeszcze udało się umocnić stereotyp muzułmanina-terrorysty i dodać argumentów tym, którzy uważają islam sam w sobie za zło, a jego wyznawców najchętniej przegoniliby z Europy.



Dematerializacja

Dodane: 8 grudnia 2014, w kategorii: Przemyślenia

Książki w e-bookach.
Muzyka w MP3.
Filmy na VOD-ach.
Gry na Steamie.

I weź tu człowieku znajdź prezent, który można położyć pod choinką.

OK, dziś jeszcze się da (może tylko z lekkim poczuciem zacofania, gdy się kupuje coś na płycie, jak zwierzę), ale co będzie za kilkanaście lat, jak już fizyczne nośniki całkiem odejdą do lamusa? Będziemy sobie dawać na gwiazdkę same zabawki, czy może kupony z kodami? Czarno to widzę…


I am the world!

Dodane: 23 lipca 2014, w kategorii: Przemyślenia

„Oceniam potrzeby światowego rynku na około pięć komputerów” – miał stwierdzić prezes IBM w roku 1943. Co prawda w rzeczywistości niczego takiego nie powiedział, ale gdyby nawet, to w tamtych czasach byłaby to jak najbardziej realistyczna ocena – w rzeczy samej, dopiero w latach 50-tych IBM zaczął sprzedawać więcej niż pięć komputerów rocznie.

A dziś… Cóż, ostatnio zauważyłem, że sam jeden posiadam więcej niż pięć komputerów: stacjonarny, netbook, tablet, czytnik, komórka, na upartego jeszcze odtwarzacz MP3 można podciągnąć – co prawda z bardzo okrojoną funkcjonalnością, ale nawet on parametrami bije na głowę wszystkie komputery świata z lat 40-tych czy 50-tych razem wzięte; w telewizorze, choć to straszny staroć, też na pewno siedzi jakiś procesor i kawałek pamięci, więc na bardzo upartego i on by się załapał. A do tego jeszcze mógłbym wyciągnąć z szafy stare częsci stacjonarnego kompa, dokupić obudowę i złożyć kolejny pełnoprawny komputer, starą komórkę jeszcze można doliczyć, też przecież w szafie zalega – i w sumie by wyszło dziewięć!

Gdyby ktoś w 1943 (ba, niechby nawet w 1983) powiedział, że przyjdą czasy, kiedy jeden człowiek będzie mógł mieć w domu dziewięć komputerów i nie będzie to żaden fenomen (idę o zakład, że większość czytających te słowa może się pochwalić co najmniej porównywalną liczbą), byłoby to oczywiście uznane za nonsens niewarty komentowania – ale nikt tak nie stwierdził, bo wykracza to ponad ówczesne wyobrażenia tak dalece, że nawet jako teoretyczna, zupełnie nieprawdopodobna możliwość, nie miało racji bytu.

Tu proponuję mały eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie jakiś absolutnie hurraoptymistyczny scenariusz rozwoju technologii przez najbliższe kilkadziesiąt lat – a potem spróbujmy go jeszcze przebić o parę rzędów wielkości. Absurd? A z rozwojem komputerów tak właśnie było…


Information overload

Dodane: 15 maja 2014, w kategorii: Net, Przemyślenia

Jak wiadomo, w naturze nadmiar żywności praktycznie nie występuje, a i dostatek rzadko – dlatego ewolucja przystosowała nas do jedzenia ile wlezie i magazynowania tłuszczu w organiźmie, bo nigdy nie wiadomo, czy jutro też będzie co zjeść. Rozwój cywilizacji doprowadził jednak do tego, że żywność jest powszechnie dostępna w dowolnych ilościach i bez trudu możemy jej mieć dużo więcej, niż jesteśmy w stanie skonsumować, ale ewolucja pozostała w tyle i nadal jesteśmy popychani przez pierwotne instynkty do najadania się na zapas – stąd narastająca plaga otyłości w bogatych krajach.

Podobny problem pojawił się w ostatnich latach z informacją. W warunkach naturalnych nasze mózgi nie dostawały jej zbyt wiele do przetrawienia, a ponieważ wiedza to potęga, ewolucja wyposażyła nas w niespożytą ciekawość świata, dzięki której wynaleźliśmy koło i internet. A ten ostatni wynalazek doprowadził do tego, że i informacji dostajemy w nadmiarze, co na dłuższą metę może być nie mniej szkodliwe niż nadmiar żywności.

Mózg co prawda nie tyje, ale z przyswajaną wiedzą coś musi zrobić, a możliwości jej magazynowania ma ograniczone (nie tyle przez pojemność pamięci, co przez niską efektywność jej zapisu), więc na ciągły zalew danych reaguje coraz bardziej opornie, niby je rejestrując, ale tak naprawdę przeprowadzając co najwyżej powierzchowną analizę i zaraz zapominając. Problem w tym, że jeśli nadmiar informacji jest stały, to takie zachowanie z reakcji obronnej stopniowo zmienia się w standardowy tryb działania, prowadząc do zjawiska, które doczekało się już wiele mówiącego określenia „cyfrowa demencja”.

Sam nie prowadzę zdrowego trybu życia pod tym względem – bardzo delikatnie mówiąc. O ile oponę wokół brzucha mam pod kontrolą (choć całkowicie pewnie już się jej nie pozbędę, starość nie radość i tak dalej), o tyle opony mózgowe już ledwo wyrabiają. Czas najwyższy na jakąś umysłową dietę, pomyślałem, tylko jak się za nią zabrać? Przecież nie o to chodzi, żeby się schować na tydzień pod kamieniem, a potem zacząć odreagowywać i obserwować efekt jojo. Wstukałem więc tytułową frazę w Google, otworzyłem parę pierwszych linków, w jednym z nich było parę kolejnych wartych kliknięcia, więc ani się obejrzałem, jak zebrało się kilkanaście kart w przeglądarce – i dopiero wtedy mi zaświtało, że chyba robię coś nie tak…

Cóż – zdać sobie sprawę z uzależnienia, to podobno połowa sukcesu.


UkraiNa krawędzi

Dodane: 23 lutego 2014, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Powiedzieć, że w tym tygodniu sporo się na Ukrainie działo, to nic nie powiedzieć. Konflikt, który po trzech miesiącach bezowocnych przepychanek wydawał się tkwić w impasie, nagle nabrał takiego przyspieszenia, że aż trudno było nadążyć za kolejnymi zawirowaniami, a huśtawka nastrojów była naprawdę ekstremalna.

W poniedziałek wyglądało na to, że kolejną fazę konfrontacji mamy już za sobą – władza zgodziła się na amnestię dla demonstrantów w zamian za przerwanie okupacji budynków administracji rządowej, obie strony się trochę cofnęły i zanosiło się na kolejne dni albo tygodnie wyczekiwania na jakiś przełom.

We wtorek okazało się, że konfrontacja dopiero się zaczyna – Janukowycz przeszedł do ofensywy, starcia uliczne pochłonęły co najmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych i wszystko wskazywało, że to początek ostatecznej rozprawy z Majdanem. Zachód, jak zwykle w takich przypadkach, wyraził oburzenie i potępienie, a Majdanowcy uprzejmie wyrazili, ile to dla nich znaczy.

We środę Zachód jakby pojął aluzję – USA i UE nałożyły sankcje i wywarły większy nacisk dyplomatyczny na Ukrainę, a Janukowycz jakby też pojął aluzję i dzień upłynął bez kolejnych starć. Eskalacja przemocy zatrzymana, więc może jednak uda się rozwiązać problem drogą negocjacji?

We czwartek szok – zamiast rozmów kolejny starcia na Majdanie, kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, kilkaset osób rannych, stan wyjątkowy, obustronna radykalizacja stanowisk i najwyraźniej koniec szans na jakiekolwiek porozumienie. W komentarzach mnożą się porównania z Egiptem i Syrią. Wszystko wskazuje, że kraj zmierza ku katastrofie. Wojna domowa, krwawa dyktatura, rozpad państwa – niczego już nie można wykluczyć.

W piątek kolejny szok, tym razem pozytywny – europejska (czytaj: polsko-niemiecka) misja dyplomatyczna odnosi historyczny sukces, po wielogodzinnych dwutorowych negocjacjach (Merkel z Putinem oraz Sikorskiego i Steinmeiera z Janukowyczem) doprowadzając do podpisania porozumienia, które brzmi jak akt kapitulacji władzy – spełnione zostają prawie wszystkie postulaty opozycji.

Części Majdanu „prawie” jednak nie zadowala – Prawy Sektor odrzuca porozumienie i zapowiada, że jeśli Janukowycz nie odda władzy do jutra, spalą jego rezydencję. Agenci czy tylko kretyni, myślę sobie – przecież to może być dla władzy idealny pretekst do zerwania rozejmu i powrotu do rozwiązań siłowych. Zresztą gotowość Janukowycza do dotrzymania warunków i bez tego stoi pod dużym znakiem zapytania…

W sobotę znowu pozytywne zaskoczenie – rezydencja zostaje zajęta (na szczęście jednak nie spalona) bez walki, jej mieszkaniec gdzieś zniknął (kolejne kaczki dziennikarskie widzą go już to w Charkowie, już to w Soczi, już to nawet w Emiratach Arabskich), a jego obóz rozsypał się jak domek z kart. Opozycja dzięki dezerterom z Partii Regionów uzyskuje większość w parlamencie i zaczyna przegłosowywać coraz odważniejsze zmiany – najpierw te z porozumienia, potem uwolnienie Julii Tymoszenko, wreszcie nawet oficjalne odsunięcie Janukowycza od władzy. Aż trudno uwierzyć – przeciwnik, który zaledwie przedwczoraj wydawał się już gotowy do ostatecznej rozprawy z opozycją, nagle po prostu skapitulował…

Dziś, gdy piszę te słowa, na Ukrainie trwa wielkie sprzątanie – zarówno na Majdanie, jak i w parlamencie, który od rana usuwa ludzi Janukowycza ze stanowisk i anuluje kolejne kontrowersyjne ustawy przyjęte za jego rządów. Można już z czystym sumieniem pogratulować Ukraińcom zwycięstwa – ale i zapytać, co dalej?



Płukanie mózgu

Dodane: 11 stycznia 2014, w kategorii: Net, Przemyślenia

Co jakiś czas nachodzi mnie refleksja, że po co ja ciągle tyle czytam, skoro rzadko kiedy jestem w stanie sobie przypomnieć, o czym wczoraj czytałem w gazecie, a tym bardziej w necie. Co tam zresztą wczoraj – nawet zaraz po wyłączeniu komputera nie zawsze jestem w stanie powiedzieć, co przeglądałem przez ostatnią godzinę czy dwie.

Po części wynika to oczywiście z niedostatków ludzkiej pamięci, która nie jest zbyt solidna ani też dostosowana do przyjmowania dużych ilości informacji. Po części z tego, że nie jest również porządnie indeksowana, więc dopiero po trafieniu drugi raz na ten sam artykuł przypomnę sobie, że już go czytałem. Po części z tego, że siłą rzeczy większość tych informacji faktycznie nie jest aż tak ważna, żeby je przechowywać. Ale też na pewno po części z tego, że internet systematycznie osłabia zdolność koncentracji, przyzwyczajając nas do skanowania tekstów zamiast solidnego ich czytania, co się prędzej czy później skończy powszechnym intelektualnym ADHD, o ile już to nie nastąpiło…

Ale starczy już tej dygresji. Wracając do tematu – ilekroć mnie ta refleksja nachodzi, przypominam sobie (dla usprawiedliwienia?) poniższą anegdotkę:

Pewien młody mnich płukał właśnie jarzyny, gdy zbliżył się do niego jeden z braci i chcąc wystawić go na próbę, zapytał:
– Mógłbyś mi powiedzieć, o czym dzisiaj w porannej homilii mówił nasz starzec?
– Nie pamiętam już – wyznał młodzieniec.
– To po co słuchałeś tej homilii, jeśli jej nie pamiętasz?
– Widzisz, bracie: woda obmywa moje jarzyny i nie zostaje w koszu, a przecież jarzyny są potem czyste.

Nie da się ukryć, że coś w tym jest. Ale z tej analogii wynikałoby, że siedzenie w necie to forma dobrowolnego prania mózgu – i również coś w tym jest…


Big datas

Dodane: 13 sierpnia 2013, w kategorii: Net, Przemyślenia


(obrazek via GoodData)

Gdy opublikuję ten wpis, jego treść zostanie zaindeksowana (czytaj: skopiowana) przez Google. To samo zrobi Bing, Yandex, Ahrefs i pewnie kilka innych wyszukiwarek. Przez RSS treść trafi także do webowych klientów typu The Old Reader, Ino Reader czy Feedly. Niniejszy akapit i powyższy obrazek znajdzie się na Facebooku i Google Plus. Wszystkie te witryny bez wątpienia robią backupy.

Już z tego, co wyliczyłem powyżej, wychodzi, że treść przeze mnie wytworzona zostanie powielona co najmniej dwadzieścia razy. Nie licząc kopii na moim dysku, na pendrajwie i w chmurze (też backupowanej), nie licząc nieznanych mi firm zbierających dane w sobie wiadomych celach, nie licząc spambotów kradnących treść, żeby mieć z czego tworzyć precle, nie licząc wreszcie przynajmniej kilkudziesięciu osób, które to przeczytają – choć u Was ta treść zostanie zapisana tylko tymczasowo (chyba że ktoś czyta to przez desktopowego klienta RSS, który nie usuwa automatycznie starych wiadomości).

W sumie – niewykluczone, że treść tego wpisu zostanie na stałe powielona stukrotnie albo i lepiej. A to przecież zaledwie wpis na małym blogu z garstką czytelników i przyzerową wiralnością. Ile razy są powielane newsy z portali albo śmieszne obrazki z Kwejka, nawet nie próbuję zgadywać. A to wszystko przecież i tak drobiazgi w porównaniu z oprogramowaniem, filmami czy muzyką, które kopiuje się milionami.

Szacuje się, że wszystkie dane zgromadzone przez ludzkość na komputerach zajmują obecnie ponad trzy zettabajty. Ciekawe, jaką część tej ilości stanowią unikalne dane. 1%?


A kiedy piłkarze?

Dodane: 20 lipca 2013, w kategorii: Futbol, Przemyślenia

(obrazek via New York Times)

Tytułowe pytanie nachodzi mnie za każdym razem, kiedy słyszę o kolejnej aferze dopingowej, a ostatnio naszło mnie oczywiście przy okazji wpadki jamajskich sprinterów. Doping wydaje się bowiem coraz bardziej przeżerać sport wyczynowy – choć trudno powiedzieć, na ile jest to rzeczywisty wzrost, a na ile efekt skrupulatniejszych kontroli – i coraz trudniej wierzyć, by jakakolwiek dyscyplina była od niego wolna. A moje podejrzenia co do piłkarzy wzmacnia – paradoksalnie – brak afer.

Nie, nie upadłem tak nisko, by brak dowodów uznawać za dowód, że zostały zniszczone. Swoje przypuszczenia (w żadnym razie nie aspirujące do miana czegoś więcej niż przypuszczeń) opieram na rachunku prawdopodobieństwa: zawodowych piłkarzy jest wielokrotnie więcej, niż przedstawicieli jakiejkolwiek innej dyscypliny, konkurencja ogromna, gra się toczy o coraz bardziej obłędne pieniądze (które przecież potrafią zagłuszać głos sumienia wyjątkowo skutecznie), więc należałoby się spodziewać, że i oszustów korzystających z dopingu będą w tym sporcie tłumy, nawet gdyby procentowo było ich znacznie mniej niż np. wśród kolarzy.

Tymczasem poza słynną wpadką Maradony na MŚ’94, poważniejszych afer dopingowych w futbolu ze świecą szukać. Jedyne w miarę rozpoznawalne nazwiska, jakie podrzuca Google, to Abel Xavier i Mohamed Kallon, Wikipedia dodaje jeszcze kilka mniej znanych przypadków z czołowych europejskich lig – i na tym koniec. Zadziwiająco mało, biorąc pod uwagę, że sama tylko ekstraklasa to czterystu-pięciuset zawodników w każdym kraju, a ile tych krajów, a gdzie niższe ligi…



Refleksja przedponiedziałkowa

Dodane: 26 maja 2013, w kategorii: Przemyślenia

(obrazek via Cartoon a day)

Jedną trzecią życia przesypiamy. Jedną trzecią pracujemy. Z pozostałej jednej trzeciej spory kawałek poświęcamy na dojazdy, jedzenie, zakupy, porządki i inne obowiązki domowe. Oznacza to, że – lekko licząc – trzy czwarte życia schodzi nam tylko na to, aby żyć, a tylko jedną czwartą mamy rzeczywiście dla siebie. Czy to nie smutne?

Dobrze, że chociaż weekendy nieco poprawiają statystykę.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »