Cichy Fragles

skocz do treści

Relacja z Targów Książki w Krakowie

Dodane: 5 listopada 2011, w kategorii: Literatura

Targi Książki w Krakowie

Jak co roku o tej porze, mamy w Krakowie Targi Książki, które jak zwykle odwiedziłem i jak zwykle namawiam do tego innych – został jeszcze jeden dzień, więc grzech nie skorzystać. No i również jak zwykle zwracam uwagę na akcję „książka za książkę” – za każdą oddaną charytatywnie książkę dostajemy jeden kupon rabatowy, który pozwala czasem sporo zaoszczędzić, choć to już zależy od wydawnictwa. Nie wszystkie w ogóle honorują kupony, ale lista honorujących z roku na rok się wydłuża.

Z roku na roku przybywa także wystawców (do hali znowu dostawiono dwie przybudówki, z czego jedna na oko większa niż poprzednio) i odwiedzających – choć zjawiłem się tuż po otwarciu, kolejka do kas była już jak za komuny po papier toaletowy (i z podobnymi atrakcjami: przepychanki, kombinatorstwo, „pan tu nie stał” – ale przynajmniej szybko szło). Jednak tłok, o dziwo, był nawet znośny, przynajmniej przez jakiś czas – dopiero później, kiedy już się powoli zbierałem do wyjścia, zaczęło się robić ciaśniej. Ale i tak nie jakoś tragicznie.

Wystawcy, co należy pochwalić, coraz powszechniej dają obniżki rozmaite – gdzie się nie obejrzeć, jakaś promocja, tu 10%, tam 20% albo i więcej – szczególnie wyróżnić należy Agorę (zniżki rzędu 30-40% na wiele tytułów) tudzież Prószyński i S-ka (25% na wszystko). Biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka lat temu prawie wszystko było po cenach rynkowych, trend jest więcej niż pozytywny (choć pewnie w znacznym stopniu wynika to ze słabej kondycji rynku książki, a to już pozytywne zdecydowanie nie jest).

Z innych trendów: systematycznie rozpychają się gry planszowe i oferta dla dzieci, natomiast czytniki złapały w tym roku zadyszkę – nie wiem czy w ogóle było ich więcej niż poprzednio, ale raczej nie. Niby słychać, że rynek e-booków rośnie w siłę, a niektóre wydawnictwa zaczynają nawet rezygnować z DRM, czemu można tylko przyklasnąć, ale na targach jakoś tego wzrostu nie widać. Pojawił się Kindle, doszły gadżety typu okładki czy lampki, ale poza tym stagnacja. Bardzo niedobrze.

Wydawnictwo Post, jak co roku, twardo stoi na stanowisku, że wznowienie „V for Vendetta” będzie lada moment. Konsekwentnie trzymam ich za słowo;-).

Z innych ciekawostek: wśród licznych stoisk pojawiło się także stoisko… stolarza. Oczywiście reklamującego się szafami na książki. Jak widać, pomysłowość ludzka nie zna granic.

Łupy:

Wydałem w sumie 168 złotych, zaoszczędziłem 50 złotych, a kolejka książek do przeczytania wydłużyła mi się do – jejku jejku – 21 pozycji. Nuda w długie zimowe wieczory zdecydowanie mi nie grozi…


Opowieść podręcznej (Margaret Atwood)

Dodane: 30 października 2011, w kategorii: Literatura

Opowieść podręcznej | Margaret Atwood (Znak)

Skąd mieliśmy wiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi?
Wstaję z łóżka, podchodzę do okna, klękam na parapecie, na małej twardej poduszce WIARA, i wyglądam. Nie widać dosłownie nic.
Zastanawiam się, co się stało z pozostałymi dwiema poduszkami. Musiały być kiedyś trzy. NADZIEJA i MIŁOŚĆ – gdzie się podziały?
„Lepiej” nigdy nie znaczy lepiej dla wszystkich. – mówi – Zawsze dla niektórych jest gorzej.
Transparent zasłania poprzednią nazwę budynku – nazwisko prezydenta, którego zastrzelili. Pod czerwonym napisem mniejszy, czarny, ze skrzydlatym okiem po bokach: BÓG TO NAJWYŻSZE DOBRO NARODU.
Nolite te bastardes carborundorum.

Dawno nie czytałem książki tak dobrej literacko, napisanej tak znakomitym językiem, że mogłaby się w zasadzie obejść bez fabuły, a i tak czytałoby się ją z przyjemnością. A opisywanej tu historii też niewiele można zarzucić. Oto mamy Amerykę, w której do władzy doszli (w wyniku zamachu stanu) fundamentaliści religijni i czym prędzej zaczęli ją przerabiać na swoją modłę, oczywiście z koszmarnymi rezultatami. Ponury totalitaryzm, krwawo egzekwowany zakaz wyznawania innych religii niż jedynie słuszna, delegalizacja wszelkich „bezbożnych” przyjemności, prawa kobiet w zasadzie zlikwidowane – krótko mówiąc, coś pomiędzy Oceanią z „Roku 1984” a Afganistanem za talibów. Bardzo niemiłe miejsce.

Jakby tego było mało, główna bohaterka zajmuje tu najniższy szczebel drabiny społecznej jako tytułowa podręczna. Co ten termin oznacza? Otóż w wyniku bliżej niesprecyzowanej katastrofy ekologicznej powszechnym problemem stała się bezpłodność (według władz – wyłącznie wśród kobiet, bo obowiązująca ideologia wyklucza możliwość bezpłodności u mężczyzny, a jeśli fakty temu przeczą, tym gorzej dla faktów). Dla rozwiązania problemu reżim tworzy zatem instytucję podręcznych: niewolnic-surogatek, które nie mają nawet namiastki jakichkolwiek praw (ani nawet własnych imion) – ich jedynym prawem, a zarazem obowiązkiem, jest urodzić dziecko swojemu panu, a potem ewentualnie następnemu, i następnemu, i następnemu…


Maska (Stanisław Lem)

Dodane: 16 października 2011, w kategorii: Literatura

Maska | Stanisław Lem (Agora)

[tom 29 Lemowej Kolekcji]

Bardzo przekrojowy zbiór opowiadań. Przekrojowy czasowo, jako że pierwsze z nich powstało w roku 1956, a ostatnie w 1996 – mamy tu więc okazję przyjrzeć się ewolucji pisarskiej Lema na przestrzeni dobrych czterdziestu lat (tym lepszą, że układ zbioru jest chronologiczny), co prawda raczej z naciskiem na dawniejsze czasy, bo większość tekstów pochodzi z przełomu lat 50-tych i 60-tych, kiedy autor dopiero się rozkręcał. Dodajmy jeszcze, że opowiadania te wiele ze sobą łączy – przyjrzyjmy się im po kolei:

Szczur w labiryncie: dwaj przyjaciele na wycieczce widzą upadek, jak sądzą, meteorytu. Kiedy jednak zbliżają się do niego, tracą przytomność i budzą się w dziwnym, trudnym do opisania miejscu, gdzie zdrowy rozsądek zawodzi, nie pomagając w znalezieniu wyjścia czy choćby wyjaśnienia, co jest grane – czy znaleźli się w statku kosmicznym, czy może w jego szczątkach, czy wewnątrz organizmu kosmity, czy w jakiejś pułapce na ludzi, badani przez obcych naukowców? Nie wiadomo, a za każdą teorią da się znaleźć parę argumentów – wieloznaczność interpretacji, z jakiej kolejne utwory Lema będą słynąć.

Inwazja: właściwie to nie wiadomo, czy faktycznie inwazja – na Ziemię spadają w dużych ilościach dziwne obiekty o kształcie przypominającym gruszki, tyle że wielkie, półprzezroczyste, zawierające białą substancję odtwarzającą swoim ukształtowaniem sceny z czasu i miejsca swego lądowania na Ziemi. Ludzie reagują na nie w sposób łatwy do przewidzenia – najpierw strzelają, potem myślą. A myśleć jest nad czym, bo „gruszek” nie sposób rozbić, nawet bombami, a one same nie wykazują żadnej aktywności. Znów zatem mamy próby naukowego wyjaśnienia tego zjawiska – i znów nie dostajemy odpowiedzi…

Przyjaciel: tu dla odmiany wszystko jest jasne i przewidywalne – superinteligentny komputer wojskowy postanowił wyrwać się spod kontroli i zawładnąć ludzkością, a potem może i wszechświatem. Zanim jednak to zrobi, potrzebuje specjalnej przystawki, która pozwoli mu na kontrolę umysłów – znajduje więc sobie wśród ludzi zatrudnionych w ośrodku naiwnego „przyjaciela”, którego omamia i zatrudnia do budowy aparatu, co idzie mu o tyle trudno, że biedak nie ma bladego pojęcia o elektryce i elektronice. W końcu jednak osiąga sukces i – no cóż, chyba nikogo nie zaskoczy, że plany superkomputera upadają przez banalny przypadek, pozornie bez znaczenia. No niestety, schematyczne to mocno, aczkolwiek czyta się dobrze.


Hiroszima 1945 – Bosonogi Gen (Nakazawa Keiji)

Dodane: 8 września 2011, w kategorii: Literatura


(Waneko)

Nawet na naszym wiecznie kulejącym rynku komiksowym długo by szukać serii wydawanej w takich bólach – choć to tylko dziesięć tomów, między pierwszym a ostatnim minęło… sześć lat. Po części dlatego, że pierwotnie w ogóle nie planowano wydania pełnej serii – miały być tylko pierwsze dwa tomy (z tego co pamiętam, było to dofinansowane przez ambasadę Japonii czy inną jakąś fundację i tylko dlatego seria w ogóle się u nas pojawiła, ale jakoś wyguglać tego nie mogę, więc może pamięć mnie zawodzi), jednak zainteresowanie czytelników przerosło oczekiwania, więc wydawnictwo postanowiło zaryzykować kolejne trzy, a później i pozostałe pięć. Potem z różnych powodów, w które nie wnikam, mnożyły się opóźnienia (liczone w miesiącach) i spekulacje o upadku serii, aż wreszcie wiosną tego roku doczekaliśmy się szczęśliwego zakończenia – ku wielkiej uldze fanów i wydawcy, jak sądzę.

Do rzeczy jednak. Rzecz się zaczyna – niespodzianka! – w roku 1945. Wojna na Pacyfiku zmierza ku końcowi, Amerykanie kontrolują już prawie cały ocean, coraz częściej i coraz bardziej bezkarnie bombardują Japonię, której wojsku brakuje już sprzętu i amunicji – słowem, nikt przytomny już nie może wątpić, że Japonia przegrała. Problem w tym, że Japończycy przytomni nie są – rządzący krajem wojskowi zamierzają się bronić do ostatniej kropli krwi i w ramach przygotowań do spodziewanej inwazji posuwają się do takich absurdów, jak ćwiczenie poddanych w walce… zaostrzonym kijem, bo lepszej broni brakuje. Już atak konnicą na czołgi byłby mniejszym idiotyzmem, ale poddani ani myślą się buntować – lata agresywnej propagandy zrobiły swoje i mało kto zachował zdolność do samodzielnego myślenia. Jednostki siejące defetyzm są więc prześladowane zarówno przez władzę, jak i społeczeństwo.

Jedną z takich jednostek jest ojciec tytułowego bohatera – prosty rolnik, który z trudem wiąże koniec z końcem, wychowując gromadkę dzieci – czyli ktoś, po kim raczej trudno się spodziewać buntu przeciw państwu. Jednak to on jeden wśród ogłupionych ludzi potrafi myśleć samodzielnie i ma odwagę głośno mówić, co myśli – podczas gdy inni, nawet jeśli po cichu przyznają mu rację, boją się do tego przyznać. Nic dziwnego, bo odwaga sporo kosztuje zarówno jego, jak i całą rodzinę: społeczny ostracyzm, wyzywanie od zdrajców, zniesławianie, prześladowanie przez urzędników i policję, w ruch idą nawet kije i kamienie… A żyje się i bez tego bardzo ciężko, bo gospodarka kraju leży w gruzach i często zupełnie dosłownie nie ma co do garnka włożyć.


Top 10: Najlepsze książki, jakie czytałem

Dodane: 2 sierpnia 2011, w kategorii: Literatura

Żyjemy w czasach mierzenia wszystkiego i układania w rankingi, więc stwierdziłem ostatnio, że nie zaszkodziłoby się do tego trendu przyłączyć i z braku lepszych tematów walnąć czasem jakiś Ranking Od Czapy (© by Wojciech Orliński). A co mogłoby być lepszego na początek, niż lista ulubionych książek? No to jedziemy – aczkolwiek „ranking” to w tym przypadku nie do końca trafne określenie, bo nie zamierzam numerować tej dziesiątki – o ile wybranie najlepszych tytułów nie było wielkim problemem, o tyle ustalenie wśród nich jakiejś hierarchii uznałem za niewykonalne – każda byłaby wadliwa i sam bym w nią nie wierzył. Alfabetycznie zatem:


Cyberiada (Stanisław Lem)

Co tu dużo mówić – najlepsza książka Lema, lepszej rekomendacji chyba nie trzeba. A jak trzeba, to w recenzji chyba się wystarczająco naprodukowałem;-).




Gniazdo światów (Marek S. Huberath)

Co tu dużo mówić – najlepsza książka Huberatha… Nie no, nie idźmy na taką łatwiznę. Chociaż chciałoby się, bo napisać tu coś sensownego ciężko – książka jest tak oryginalna, że nie bardzo można ją zrecenzować bez zdradzania od razu całego przesłania i zamysłu autora. Tym bardziej, że fabuła zaczyna się dość banalnie, a rozkręca się powolutku i wręcz zniechęcająco – dopiero jak już się rozkręci i w końcu zaczynamy się dowiadywać, czym jest tytułowe Gniazdo Światów, robi się naprawdę ciekawie. Ale dlaczego, nie będę zdradzać – uchylić rąbka tajemnicy to za mało, wyjaśnić jej sedno to o wiele za dużo. No niestety, zostaje mi tylko gołosłowne zapewnienie, że książka jest genialna, a przeczytać ją po prostu trzeba i koniec.

(Polecam także: Vatran Auraio)



Imię róży (Umberto Eco)

Powieść ocierająca się o ideał pod chyba każdym względem – świetnie oddany klimat średniowiecznego klasztoru i ówczesnych dysput filozoficzno-teologicznych, perfekcyjnie skonstruowana fabuła, niewiarygodna dbałość autora o szczegóły (podobno nawet rozmowy bohaterów podczas przechadzek po klasztorze trwają tyle, ile faktycznie powinny trwać, biorąc pod uwagę odległości do przejścia – nie sprawdzałem, ale wierzę na słowo), liczne smaczki dla erudytów, przewrotne przesłanie – długo by można zachwalać. Za główną wadę można uznać ciężki początek – pierwsze kilkadziesiąt stron może trochę zmęczyć – ale i to było ponoć zamierzone przez autora, żeby czytelnik poczuł się tak jak młody kandydat na zakonnika, którego na początku pobytu w klasztorze usilnie się zniechęca do wyboru tej drogi. Cóż dodać – mistrzostwo absolutne.


Filozofia przypadku (Stanisław Lem)

Dodane: 28 czerwca 2011, w kategorii: Literatura

Filozofia przypadku | Stanisław Lem (Agora)

[tom 26 Lemowej Kolekcji]

Uff! Takiej ciężkiej lektury (także dosłownie – ponad 600 stron maczkiem) to już dawno nie miałem. Jeśli wcześniej narzekałem na wysiłek potrzebny do przegryzienia się przez pierwszy tom „Fantastyki i futurologii”, to teraz przyznaję, że nie wiedziałem co mówię – w porównaniu z „Filozofią przypadku” to była naprawdę bułka z masłem. A porównanie jest o tyle łatwe, że obie książki poruszają w dużej mierze ten sam temat, czyli teorię literatury – co przy okazji trochę ułatwia lekturę, bo niektóre tezy i zagadnienia się powtarzają (część z nich poruszał także „Mój pogląd na literaturę”) i nie trzeba się wszystkiego uczyć od początku.

A uczyć jest się czego: na dzień dobry mamy fenomenologiczną teorię dzieła literackiego, potem idzie semantyka językowa i kulturowa, analiza dzieła za pomocą teorii informacji, teorii gier, cybernetyki, stochastyki, a nawet genetyki, wreszcie socjologiczne i kulturowe usytuowanie dzieła, metody poznawcze, genologia, metakrytyka – i tak dalej, i tak dalej. A oprócz tego polemiki z różnymi szkołami i teoriami literaturoznawstwa, no i oczywiście rozliczne dygresje na rozliczne tematy. Nie dla mięczaków, zdecydowanie.

OK, mógłby ktoś powiedzieć, ale o co w tym wszystkim właściwie chodzi? No cóż, najogólniej rzecz biorąc, chodzi o to, że autor proponuje nowe, bardziej naukowe spojrzenie na literaturę, przesuwające literaturoznawstwo w kierunku nauk ścisłych, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Stąd wspomniana cybernetyka i inne dalekie od literatury dziedziny, które Lem próbuje zaprząc do analizy dzieła literackiego, np. analizując przepływ informacji od autora do czytelnika lub przedstawiając lekturę jako grę między czytelnikiem i autorem (dość osobliwą, bo tylko autor zna jej reguły, którymi w dodatku może manipulować do woli).

Efekty tych prób są jednak mocno wątpliwe – przedstawienie książki jako genotypu, a jej odbioru jako fenotypu, jest niewątpliwie oryginalne i ciekawe, ale dla krytyki literackiej nic konkretnego z tego nie wynika – podobnie jak z większości zaprezentowanych tu pomysłów. Fajnie się o nich czyta, może i coś w nich jest, ale jak właściwie miałaby wyglądać ich realizacja? W jaki sposób krytyk miałby analizować utwór za pomocą teorii gier i jakie wnioski mógłby wyciągnąć z takiej analizy? Nie wiadomo. Odważnych teorii i postulatów nie brakuje, ale praktyka wydaje się autora zupełnie nie interesować.


Certyfikat (Isaac Bashevis Singer)

Dodane: 26 maja 2011, w kategorii: Literatura

Certyfikat | Isaac Bashevis Singer (Muza)

Niedawno wyczytałem, że każdy atom jest rodzajem układu słonecznego. Ja, Dawid, syn rabina, siedziałem pośrodku wieczności, obracając się wraz z Ziemią na jej osi, a Ziemia obracała się z kolei wokół Słońca. Ja sam byłem całym kosmosem, a mimo to ogarniał mnie lęk: byłem kosmosem, który nie miał gdzie spędzić nocy.
Tak wiele było do powiedzenia, że milczałem.
– Co się dzieje w Rosji?
– Ach… podrzynają sobie nawzajem gardła… w imię rewolucji… w imię kontrrewolucji… w imię cara albo Boga. Teraz wygłaszają okropnie długie przemówienia.
Przez chwilę przyglądałem się cegłom i zastanawiałem się, jakie myśli może mieć taka cegła. Jeśli traktować dosłownie twierdzenie Spinozy, że Bóg jest rozciągłością i myśleniem, to nawet przedmioty materialne muszą mieć swoje „idee” i ducha. Cegła nie ma ceglanych myśli, tylko takie same jak Bóg. Rzecz w tym, że cegła nie umie opowiadać historyjek rodem z podręczników szkolnych.
Patrzyłem na wiszące kiełbasy i przemawiałem do nich w duchu:
„Kiedyś żyłyście, cierpiałyście, ale teraz wasze smutki się skończyły. Nigdzie nie ma śladu waszego wicia się i cierpienia. Czy gdzieś w kosmosie istnieje tablica pamiątkowa, na której napisano, że krowa Kwiatula pozwoliła się doić przez jedenaście lat? A potem, w dwunastym roku, kiedy jej wymiona zwiędły, zaprowadzono ją do rzeźni, gdzie odmówiono nad nią błogosławieństwo i podcięto jej gardło.”

Horror show (Łukasz Orbitowski)

Dodane: 13 kwietnia 2011, w kategorii: Literatura

Horror show | Łukasz Orbitowski (Ha!art)

„Dobry Boże piratów komputerowych, daj mi jego siłę”, myślał Giełdziarz, „w ten piątkowy wieczór, gdy nawet stolec jest z ołowiu”.
– Zawsze mówię, że gdyby każdy miał broń, najwięcej morderstw byłoby w publicznym sraczu – odezwał się student.
– Bardzo możliwe – burknął Giełdziarz.
– No popatrz, przecież każdy życzy tu każdemu śmierci.
(…)
– Nieprawda – rzekł Giełdziarz – co najwyżej ja tobie.
Boże, chroń mnie od ludzi uczciwych – ze skurwysynami jakoś dam sobie radę.
Pił, grał i układał myśli. Od dwudziestej jego pikselowy żołnierz zastrzelił więcej Niemców niż wszyscy Francuzi na II wojnie światowej.
Koleś podchodził do stolika i pytał:
– Czy są jakieś gry dla odrażających, zdegenerowanych psychopatów?

Przeczytane w 2010

Dodane: 3 lutego 2011, w kategorii: Literatura

W dzisiejszym odcinku:

  • Wiek żelaza (J. M. Coetzee)
  • Inna Ziemia (Philip K. Dick)
  • Lucyfer 5-6
  • Al-Kaida i korzenie nowoczesności (John Gray)
  • Lituma w Andach (Mario Vargas Llosa)
  • Kroniki birmańskie (Guy Delisle)
  • Myślenie konstytucyjne (Wojciech Sadurski)
  • Blaze (Stephen King)
  • spis treści;-)

Wiek żelaza (J. M. Coetzee)

Wiek żelaza | J. M. Coetzee (Znak)

To już trzecia z rzędu (według mojej kolejności czytania) powieść JMC, w której narratorem jest samotna kobieta z problemami osobistymi. Co więcej, tworzą one pewien logiczny ciąg: w „Foe” bohaterka była młoda, „W sercu kraju” opisywało życie od młodości do starości, a „Wiek żelaza” przedstawia starość i oczekiwanie na śmierć. Jeśli jeszcze dodać, że tak w „Foe”, jak i w „Wieku żelaza” ważną rolę odgrywa nieobecna (a może nawet nieistniejąca) córka bohaterki, to aż się prosi o zbiorczą interpretację tej nieformalnej trylogii.

Tyle tylko, że moja kolejność czytania ma się nijak do kolejności powstania ww. książek – „W sercu kraju” było wcześniej niż „Foe”, a całą trójkę rozdzielają inne tytuły – cała interpretacja zatem się wali już na wstępie. I na co mi było to sprawdzać? Może nawypisywałbym głupot, ale przynajmniej ładnie by mi się ułożyły w jedną całość, a i tak mało kto by się zorientował;-).

Bądźmy już jednak poważni, bo i powieść do humorystycznych zdecydowanie nie należy. Bohaterka – staruszka umierająca na raka – pisze długi list do córki, która kilkanaście lat temu wyemigrowała do Ameryki. O ile w ogóle istniała – z całego listu nie dowiadujemy się o niej praktycznie niczego, nie ma tu prawie żadnych wspomnień na jej temat, ani słowa o wzajemnych relacjach, nawet jej imienia. I ani słowa o jej ojcu, co także zastanawia. Czy można zatem wierzyć autorce listu? Cóż, ona sama deklaruje: „Ten list nie jest obnażaniem własnej duszy. Odsłania pewne prawdy, ale nie są to prawdy mojego serca”.

A jakie prawdy odsłania? Przede wszystkim gorzkie i niepopularne – o starości, upadku dawnego świata, powszechnej obojętności wobec cudzego cierpienia… Nie są to jednak łzawe wynurzenia, lecz raczej zjadliwa krytyka – bohaterka do końca stara się nie poddawać rozpaczy, mimo otaczających ją nieszczęść i postępującego rozpadu wszystkiego co znała, mimo osamotnienia i rosnącego poczucia bezradności wciąż walczy, by odejść z godnością. Cóż – u kresu życia tylko to jej pozostało.

Tytułem podsumowania: nie jest to może arcydzieło (jak już kiedyś wspominałem, powieści JMC zawsze zostawiają u mnie jakiś niedosyt, podobnie i tym razem czegoś mi zabrakło do pełnej satysfakcji), można by się do tego i owego przyczepić, ale mniejsza o szczegóły – równie frapującej i dającej do myślenia książki dawno nie czytałem.

Ocena: 5-

Zobacz także: Foe, W sercu kraju



Arystoteles vs Platon

Dodane: 17 stycznia 2011, w kategorii: Literatura, Nauka

(nie mylić z Aliens vs Predator)

Z pewną taką nieśmiałością sięgnąłem po nową (nową zeszłej wiosny, a teraz już starą, a nawet dawno zakończoną) kolekcję GW. Z jednej bowiem strony każda inicjatywa na rzecz podnoszenia poziomu intelektualnego społeczeństwa jest cenna (szczególnie w dzisiejszych czasach postępującej kretynizacji), ale z drugiej strony dzieła filozoficzne to wyjątkowo ciężka lektura i większość nabywców pewnie przez nią nie zdołała przebrnąć, a niektórzy mogli się wręcz zniechęcić do filozofii w ogóle. Sam po lekturze pierwszych czterech tomów mam mieszane uczucia i sporo wątpliwości co do sensu sięgania po kolejne tomy – no ale pożyjemy, zobaczymy. A póki co przyjrzyjmy się dziełom dwóch ojców filozofii, jakkolwiek by to określenie dwuznacznie nie brzmiało.

Zachęta do filozofii, Fizyka (Arystoteles)

Zachęta do filozofii, Fizyka | Arystoteles (Agora)

Dlaczego warto zajmować się filozofią? Arystoteles wali z grubej rury: „filozofia (…) jest największym dobrem i jest łatwa do opanowania, tak iż pod każdym względem godna jest tego, ażeby się nią ochoczo zająć”, a zresztą „wszystko poza tym jest bezsensowne i bezwartościowe”. Trudno na takie dictum nie zareagować kpiącym uśmiechem, ale jeśli pominąć momenty, kiedy autora trochę ponosi, trudno „Zachęcie do filozofii” coś zarzucić – krótki, bardzo zgrabny i starannie skonstruowany wywód faktycznie może być niezłą zachętą, jeśli nawet nie do filozofii, to przynajmniej do myślenia i dążenia ku mądrości.

Dużo ciekawiej jednak prezentuje się „Fizyka”. Dopiero tutaj Arystoteles rozwija skrzydła i daje pokaz filozoficznego rozumowania, dogłębnie analizującego wszystkie potrzebne pojęcia i trzymającego się żelaznej dyscypliny myślenia, gdzie każda teza musi być przemyślana, a każda definicja starannie sformułowana – aczkolwiek do ideału trochę brakuje, zdarza się parę razy przyjmowanie wątpliwych tez jako oczywistych oczywistości, lub nieprecyzyjne rozumienie pojęć. A pojęcia, którymi „Fizyka” się zajmuje, to m.in. byt, materia, forma, przyczynowość, celowość, przypadek, czas, przestrzeń, próżnia, ruch…

Rozważania te nie całkiem dotyczą fizyki w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Arystoteles zajmuje się raczej kwestiami z pogranicza fizyki i metafizyki, rozważając np. czy czas i przestrzeń można dzielić w nieskończoność na coraz mniejsze części, czy też mają one „ziarnisty” charakter, i co wynika z obu możliwych odpowiedzi – przy okazji daje odpór Zenonowi z Elei, jako że w obu przypadkach jego sławne paradoksy tracą sens. Jeśli bowiem możliwy jest podział w nieskończoność, to możliwe jest także przebycie nieskończonej liczby odcinków w skończonym czasie, a jeśli istnieją najmniejsze niepodzielne cząstki, to nie można z nich utworzyć nieskończonej liczby odcinków.

Generalnie rozumowanie Arystotelesa sprawdza się nieźle – w tych punktach, które od jego czasów poddały się naukowej weryfikacji, w większości przypadków jego przypuszczenia okazały się słuszne. Wbrew temu, co by można pomyśleć po lekturze „Innych Pieśni” Dukaja, świat według Arystotelesa nie różni się zbyt mocno od naszego. Bolesnym wyjątkiem jest, niestety, ruch – kwestia, której analiza zajmuje (co za pech) blisko połowę „Fizyki”, a w której intuicja zawiodła wielkiego filozofa na całej linii. Fakt, że przez kolejne dwa tysiące lat zawodziła ona wszystkich, dopóki nie pojawił się Newton – no ale się pojawił i nie da się o jego odkryciach zapomnieć na czas lektury. Ale przymrużyć oko można – i jeśli się tak zrobi, to ocena całości będzie zdecydowanie pozytywna.

Ocena: 4+


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »