Zebrało się ostatnio parę głośnych spraw związanych z tytułowymi problemami, nie od rzeczy byłoby zatem wtrącić swoje trzy grosze. Albo i cztery.
Sprawa pierwsza: Pussy Riot. Sporo było wokół nich hałasu, ale ciężko było wyłowić niego jakieś wyważone głosy – dominowało czarno-białe podejście, bądź to broniące ich występu w imię wolności słowa, bądź to potępiające za szarganie świętości. Tymczasem sprawa czarno-biała nie była. Liczne porównania z Nieznalską nie uwzględniają tej znaczącej różnicy, że Nieznalska wystawiła swoją pracę w galerii sztuki, gdzie posłowie LPR musieli się celowo wybrać (zapewne pierwszy raz w życiu), żeby dać się obrazić – natomiast „Puśki” wtargnęły do cerkwi, na dodatek w trakcie mszy, bezceremonialnie włażąc z butami w cudzą przestrzeń, czego żadną miarą nie da się obronić jako uprawnione korzystanie z wolności słowa. Tam się nie dało powiedzieć „nie chcesz, to nie oglądaj” – wiernych w cerkwi nikt nie pytał, czy mają ochotę oglądać ten koncert.
Nie znaczy to jednak, że wyrok dwóch lat więzienia można uznać za sprawiedliwą karę – w normalnym kraju tego typu akt chuligaństwa kwalifikuje się co najwyżej na grzywnę, może w ostateczności symboliczny wyrok w zawieszeniu. Rosja normalnym krajem nie jest, ale i tam pewnie czymś podobnym by się skończyło, gdyby Pussy Riot zaśpiewały „Bogurodzico, błogosław Putina” albo w ogóle coś apolitycznego. Kto nie urodził się wczoraj, ten dobrze rozumie, że sąd ukarał w ten sposób nie żadną obrazę uczuć religijnych, tylko efektowne przywalenie Putinowi – tak samo jak Chodorkowski nie za żadne przekręty trafił do kolonii karnej, tylko za krytykowanie władzy. Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie…









